Dawno nie oglądałem tak dobrze zrealizowanej i strasznej krótkometrażówki. Już sam styl kreski jest niepokojący, a gdy w grę wchodzą cienie to zrobiło mi się naprawdę chłodno. W sumie Grabarz to chyba najmniej zepsuta postać w tej zbieraninie brzydali - twórcy zaprezentowali tak paskudne ryje, że autentycznie ten makabryczny finał cieszył mnie podwójnie. Obejrzyjcie jak już będzie ciemno.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą animacja. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 czerwca 2012
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Na nadchodzący tydzień polecam... #5
... chociaż tak naprawdę tydzień piąty zaginął.
Na razie mało polecanek. Utknąłem między darciem gęby i wycinaniem bandyckich hord w "Skyrimie", a rozczłonkowywaniem zastępów zombie w zbugowanym "Dead Island". Bawię się tak dobrze, że cała reszta rzeczy, które pochłaniałem była, z nielicznymi wyjątkami, do bani i nawet nie szukałem specjalnie odtrutki, ale kilka fajnych rzeczy się trafiło.
Film "Horror Express" z 1972 roku. Straszna ramotka, ale wyjątkowo zabawna i przyjemna na ten specyficzny dla staroci sposób. Niewiele brakuje żeby waliła stęchlizną i grzybem, ale właśnie to "niewiele" odgradza ten film od ton crapu, które powstawało w tamtym okresie i przy którym wytrzymuje się tylko dzięki fanatycznemu oddaniu. Występują same tuzy: Peter Cushing, Christopher Lee i Telly Savalas - ten ostatni w roli lubiącego wypić Kozaka. Fabuła to kosmos. Dosłownie. W pędzącym przez Syberię pociągu ożywa zamrożony człowiek pierwotny, który gotuje pasażerom mózgi swoim świecącym czerwoną żarówką okiem. Okazuje się, że jest... no tego nie zdradzę, ale dzięki temu potrafi posiąść ich wspomnienia i wiedzę. Oprócz niego jest jeszcze grupka Anglików, którzy sobie "sirują" i piją herbatę, a przy okazji przewożą różne dziwne rzeczy, jest też szpieg, które te rzeczy chce ukraść, a także mnich-brat Rasputina, który z gorliwego chrześcijanina zostaje wyznawcą bestii. W końcu są też zombie i wielkie bum na koniec. Oldie but goldie!
Film "Noc komety" z 1984 roku. Połączenie filmu sci-fi i horroru w konwencji post-apo, a poza tym czysty amerykański camp. Lata 80te wylewają się z każdej klatki. Oglądamy je we fryzurach, ciuchach, słyszymy w dialogach, onelinerach, kiepściutki scenariusz to kwintesencja tamtych lat - ma to swój niepowtarzalny urok. Główne bohaterki, dwie nastolatki zaraz po zagładzie jedyne o czym myślą to o podrywaniu facetów i zakupach. Na dodatek potrafią pociągnąć serię z uzi, a kiedy trzeba mogą konkretnie komuś przypierdzielić. "Noc komety" w ogólnym rozrachunku trochę śmierdzi, ale jest tam jedna scena grozy, która obejrzana za szczyla śni mi się do tej pory - chodzi konkretnie o spotkanie Sam z policjantami. Dla fanów niedorobioncyh zombiaków i Catherine Mary Stewart (która w tym filmie jest świetna) pozycja obowiązkowa. Mnie się film podobał, ale ja zwyczajnie lubię dobre złe filmy.
Teledysk Dye "Fantasy" reż. Jérémie Périn. Nie mam pojęcia co to za zespół, ale wypadała to Kamila. Już spory kawał czasu temu, ale sobie o tym przypomniałem i odświeżyłem. Miód na oczy wszystkich miłośników horrorów i pokręconych klimatów. Muzyka też całkiem niezła, chociaż to co mnie całkowicie przyciąga to animacja.
piątek, 16 marca 2012
Metamorphosis
Chcecie zobaczyć coś naprawdę kreatywnego?
Good Books "Metamorphosis"
Hunter S. Thompson, Kafka, niepokojąca, muzyka, piękna animacja. Czysty talent. Więcej (informacje i wersja bez narracji) na vimeo.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Zaplątani
Disney to taka wytwórnia, która z jednej strony posiada najlepsze animacje (dla podkreślenia napiszę że chodzi mi o te "animacje wszech czasów"), a jednocześnie potrafi uwalić naprawdę fajny pomysł i sklecić głupawego, ciężkostrawnego gniota. Niejednokrotnie mnie zawiedli, niejednokrotnie pokazali też, że konkurencja musi się od nich wiele nauczyć. Także, każda ich nowa produkcja to w jakimś stopniu dla mnie zagadka. Zupełnie nie wiedziałem też czego się spodziewać po ich najnowszym dziele - "Zaplątanych". Dla mnie to był film zagadka. Trafiłem kiedyś na jakieś concept arty, ale tak się złożyło, że przedstawiał on samą wieżę. Innych bliższych kontaktów nie pamiętam. I tak się dziwnie złożyło, że gdy pojawił się pomysł pójścia na to do kina, bez większego zastanowienia się zgodziłem. Co więcej szybko stałem się entuzjastą tego pomysłu! nadal nie wiedząc na co się wybieram.
"Zaplątani" to historia Roszpunki. Podejrzewam, że tytuł wziął się stąd, że ewentualna "Roszpunka" byłaby wielce nieatrakcyjna dla chłopców, szczególnie, że kojarzy się głównie z Barbie. Księżniczka o magicznych włosach, porwana przez jędzowate babsko, spędza całe życie zamknięta w wieży. Aż zjawia się Flynn, przystojny łotr o dobrym sercu i obiecuje jej, że w zamian za zwrot kosztowności które ukradł, zaprowadzi ją na coroczny pokaz lampionów - które notabene mieszkańcy królestwa wysyłają w niebo w rocznicę jej zaginięcia. I ruszają w drogę pełną przygód. Ich śladem podążają zła macocha-kidnaperka, wykiwani wspólnicy łotrzyka i aż-za-bardzo-praworządny koń ze straży miejskiej (który zabiera tytuł najzabawniejszego i jednocześnie najodważniejszego disnejowskiego konia wałachowi Belli).
O czym wypada wspomnieć, to fakt, że mimo iż mamy film o księżniczce, a i pewne uczucie między głównymi bohaterami się rodzi (bo jakby mogło nie), to nie jest to już taka słodka historia miłosna, z ptasimi trelami w chórku. To dużo bardziej wybiegająca wobec oczekiwań młodych ludzi historia. Może nie tyle uwspółcześniona, bo nadal mamy na wskroś bajkową krainę, gdzie jest magia i zwierzęta niejednokrotnie inteligentniejsze od ludzi, ale jednak... "Zaplątani" są bardziej współcześni duchem niż większość disnejowskich animacji. Chociażby sama Roszpunka to krnąbrna nastolatka z krwi i kości. Czuć w niej młodość, naiwność, ale też to postać kipiąca energią, autentyczna i rozbrajająco zabawna. Od dawna tak dobrze wykreowanej postaci kobiecej Disney nie stworzył. Flynn natomiast to złodziej-parkurowiec. Akrobata nie tylko na miarę Aladyna, ale prawdziwy Yamakashi do kwadratu. I nawet dialogi są bardziej "luzackie", a przy tym i naturalne, i zabawne. Humor niewymuszony, a sceny łapiące za serce chociaż obecne, to są nieprzesłodzone.
Generalnie film nie ma słabej strony. Nie ma momentu nudy, bo akcji jest naprawdę sporo..., ale nie ma też specjalnego zaskoczenia. Niby to nie problem, bo w "Zaplątanych" chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, ale wszyscy (może oprócz dzieciaków) doskonale wiemy jak się cała heca skończy. Bardzo przypadły mi do gustu piosenki (chociaż z tej tawernianej, śpiewanej przez zgraję oprychów, nie zrozumiałem prawie nic). Świetnie wkomponowane i zaśpiewane. Od strony wizualnej film pierwsza klasa. Jest kolorowo, baśniowo i z fikuśnym wykończeniem. Nie dość, że wszystkie lokacje są bajerancko zaprojektowane to oszałamiają bogactwem detali. Udało się też Disneyowi stworzyć przepiękną, magiczną scenę z lampionami, na której autentycznie zaniemówiłem z wrażenia. Animacja postaci jest świetna. Miny jakie strzela Roszpunka mnie niejednokrotnie rozbrajały. Polski dubbing jednak bez szału. Jakoś mi do końca nie pasował młody Stuhr, BrzydUla wypadła w moim odczuciu lepiej i całkowicie faceta przyćmiła. Za muzykę odpowiada Alan Menken, także to powinno wystarczyć. Ten czterokrotny zdobywca Oscara to klasa sama w sobie.
Nam się udało jeszcze załapać na seans w kinie. Jako że trochę czasu upłynęło to pewnie teraz jest to już niemożliwe. Niemniej jednak "Zaplątani" mieli niedawno swoją premierę na DVD i sądzę, że będzie to nie tylko kapitalny prezent dla najmłodszych.
środa, 19 stycznia 2011
Megamózg
Znajomi zabrali nas niedawno do kina. Mieliśmy iść na "Weekend" Pazury, ale nie było już miejsc, więc wylądowaliśmy na najnowszej animacji od DreamWorks. Miałem mieszane uczucia. Zawsze chętnie na nie chadzam, ale tym razem czułem lekki opór. Krótka zajawka wyświetlana przed "Jak wytresować smoka" była zabawna (to była scena wejścia do ratusza), ale wielki łeb i gałki oczne wielkości kul bilardowych głównego bohatera mnie odstraszały. Chyba od czasu "Aut", nie uprzedziłem się przez design postaci do filmu tak mocno jak w tym przypadku. Ale ostatecznie... "Megamocny" okazał się kapitalną rozrywką i świetną wariacją na temat superbohaterstwa.
Scenarzyści pełnymi garściami czerpali z dobrodziejstw kultury komiksowej. Origin Megamózga (pozwalam sobie przechrzcić głównego bohatera) i jego największego przeciwnika Metromana jest łudząco podobny do originu Kal'ela alias Supermana. Z ginących planet zostają wysłane dwie kapsuły. Jedna (ta ze ślicznym Metromanem) trafia do bogatej rodziny, druga (ta z brzydkim, niebieskoskórym Megamózgiem) trafia do więzienia - co uważam za po prostu kapitalny zabieg. Później obaj trafiają do jednej szkoły, gdzie ten brzydszy, widząc że nie może dorównać ładniejszemu, postanawia zostać geniuszem zła. I od tamtej chwili walczą ze sobą. Metroman, jak to przystało na superbohatera, za każdym razem zamyka swoje nemezis za kratkami, a Niebieski, jak to przystało na superłotra z tego więzienia ucieka i broi. I pewnego razu, w końcu, po latach walk udaje mu się /spoiler/ zabić swojego przeciwnika.
Megamózg podporządkowuje sobie miasto, kradnie i niszczy na potęgę, ale jego życie okazuje się puste. Brakuje mu walki, tęskni za grypserą. Postanawia użyć DNA Metromana i stworzyć nowego superbohatera, który uratuje dzień, ale pech chce, że tworzy kogoś znacznie gorszego od siebie. I to w zasadzie oś fabuły. Pokonać tego naprawdę złego i zdobyć dziewczynę. Bo nasz bohater obowiązkowo się zakochuje, a poza tym... odkrywa w sobie dobro i ostatecznie ratuje miasto.
Nie jest to tak do końca animacja skierowaną do dzieciaków. Oczywiście to takie moje pieprzenie, bo sceny przemocy nie wychodzą poza standardy. Pociechy będą się słodko na niej bawić, ale myślę, że to dorośli i to przede wszystkim ci, którzy są dobrze zaznajomieni kulturą superbohaterską wyciągną z tego filmu więcej. Po prostu miałem wrażenie, że ta historia jest kierowana do nich. I czułem dziwny dysonans, którego w innych animacjach, czy to od Pixara, czy właśnie od DreamWorks, nie było. Z jednej strony dojrzała i przemyślana fabuła, żarty dla wyrobionego widza, rozprawienie się z pewnymi mitami, a z drugiej strony banały skierowane do dzieciaków. Subtelności jest naprawdę sporo. Oglądałem to z uśmiechem na ustach i wierzcie mi po seansie byłem zachwycony. Ale, bo oczywiście jest jakieś "ale", po głębszym zastanowieniu czegoś mi brakowało. Jakiegoś trudnego do zidentyfikowania pierwiastka, który pozwoliłbym "Megamózgowi" stać się klasyką i podejrzewam, że doczekać się sequela.
Sama animacja naprawdę robi wrażenie. Takie drobiazgi jak niewidzialny samochód czy chmara robo-sługusów są naprawdę milutkie, ale to co powoduje opad szczęki to wesoła dewastacja miasta w końcowych minutach filmu. Poza tym bardzo fajne rozpisane sceny i sporo kapitalnych pomysłów. I na co zwróciła mi uwagę Kamila - w końcu postać kobieca z krótkimi włosami. Same postaci po prostu urocze. Do tego świetna, idealnie dobrana muzyka - gra chociażby AC/DC i Guns&Roses. Moim zdaniem w filmach superbohaterskich powinni grać takiego rocka. No i nie można powiedzieć złego słowa o dubbingu - w końcu bez osłuchanych gwiazd!
Warto się wybrać do kina póki jeszcze grają (a że zaczęły się ferie i mamy deficyt animacji to grać będą do końca stycznia). My nie byliśmy na 3D, więc nie wiem czy warto wydać dodatkowe 10 złotych na okular, ale zwykły seans zapewnia wizualny orgazm. Sporo scen, właśnie zrobionych pod kino. Dużo wybuchów i wyburzeń. I wiwaty na końcu. Mam wrażenie, że DreamWorks zostawia w tyle Pixara jeżeli chodzi o efekciarstwo.
Trzema słowami podsumowania: "Megamocny" jest mocny.
Scenarzyści pełnymi garściami czerpali z dobrodziejstw kultury komiksowej. Origin Megamózga (pozwalam sobie przechrzcić głównego bohatera) i jego największego przeciwnika Metromana jest łudząco podobny do originu Kal'ela alias Supermana. Z ginących planet zostają wysłane dwie kapsuły. Jedna (ta ze ślicznym Metromanem) trafia do bogatej rodziny, druga (ta z brzydkim, niebieskoskórym Megamózgiem) trafia do więzienia - co uważam za po prostu kapitalny zabieg. Później obaj trafiają do jednej szkoły, gdzie ten brzydszy, widząc że nie może dorównać ładniejszemu, postanawia zostać geniuszem zła. I od tamtej chwili walczą ze sobą. Metroman, jak to przystało na superbohatera, za każdym razem zamyka swoje nemezis za kratkami, a Niebieski, jak to przystało na superłotra z tego więzienia ucieka i broi. I pewnego razu, w końcu, po latach walk udaje mu się /spoiler/ zabić swojego przeciwnika.Megamózg podporządkowuje sobie miasto, kradnie i niszczy na potęgę, ale jego życie okazuje się puste. Brakuje mu walki, tęskni za grypserą. Postanawia użyć DNA Metromana i stworzyć nowego superbohatera, który uratuje dzień, ale pech chce, że tworzy kogoś znacznie gorszego od siebie. I to w zasadzie oś fabuły. Pokonać tego naprawdę złego i zdobyć dziewczynę. Bo nasz bohater obowiązkowo się zakochuje, a poza tym... odkrywa w sobie dobro i ostatecznie ratuje miasto.
Nie jest to tak do końca animacja skierowaną do dzieciaków. Oczywiście to takie moje pieprzenie, bo sceny przemocy nie wychodzą poza standardy. Pociechy będą się słodko na niej bawić, ale myślę, że to dorośli i to przede wszystkim ci, którzy są dobrze zaznajomieni kulturą superbohaterską wyciągną z tego filmu więcej. Po prostu miałem wrażenie, że ta historia jest kierowana do nich. I czułem dziwny dysonans, którego w innych animacjach, czy to od Pixara, czy właśnie od DreamWorks, nie było. Z jednej strony dojrzała i przemyślana fabuła, żarty dla wyrobionego widza, rozprawienie się z pewnymi mitami, a z drugiej strony banały skierowane do dzieciaków. Subtelności jest naprawdę sporo. Oglądałem to z uśmiechem na ustach i wierzcie mi po seansie byłem zachwycony. Ale, bo oczywiście jest jakieś "ale", po głębszym zastanowieniu czegoś mi brakowało. Jakiegoś trudnego do zidentyfikowania pierwiastka, który pozwoliłbym "Megamózgowi" stać się klasyką i podejrzewam, że doczekać się sequela.Sama animacja naprawdę robi wrażenie. Takie drobiazgi jak niewidzialny samochód czy chmara robo-sługusów są naprawdę milutkie, ale to co powoduje opad szczęki to wesoła dewastacja miasta w końcowych minutach filmu. Poza tym bardzo fajne rozpisane sceny i sporo kapitalnych pomysłów. I na co zwróciła mi uwagę Kamila - w końcu postać kobieca z krótkimi włosami. Same postaci po prostu urocze. Do tego świetna, idealnie dobrana muzyka - gra chociażby AC/DC i Guns&Roses. Moim zdaniem w filmach superbohaterskich powinni grać takiego rocka. No i nie można powiedzieć złego słowa o dubbingu - w końcu bez osłuchanych gwiazd!
Warto się wybrać do kina póki jeszcze grają (a że zaczęły się ferie i mamy deficyt animacji to grać będą do końca stycznia). My nie byliśmy na 3D, więc nie wiem czy warto wydać dodatkowe 10 złotych na okular, ale zwykły seans zapewnia wizualny orgazm. Sporo scen, właśnie zrobionych pod kino. Dużo wybuchów i wyburzeń. I wiwaty na końcu. Mam wrażenie, że DreamWorks zostawia w tyle Pixara jeżeli chodzi o efekciarstwo.
Trzema słowami podsumowania: "Megamocny" jest mocny.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Jedenaście najlepszych filmów roku 2010
Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?
- "Scott Pilgrim kontra świat"
- "Incepcja"
- "Wyspa tajemnic"
- "Jak wytresować smoka"
- "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
- "Toy Story 3"
- "Kick-Ass"
- "Miasto złodziei"
- "The Social Network"
- "Kołysanka"
- "Red Hill"

Western z antypodów
O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.

Wampiry z prowincji
Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.

Zuckerberg-Fake-Story
Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.

Zakochany kundel
Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.

Krwawa jatka
Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.

Pożegnanie z dzieciństwem
Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.

Fun Art
Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.

An Epic of Epic Epicness
Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.
No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".
I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.
niedziela, 31 października 2010
Salesman Pete and the Amazing Stone from Outer Space
Dzisiaj Halloween, ale zamiast czegoś w typowo horrorowym klimacie chciałbym się podzielić z wami kapitalnym krótkim metrażem pt.: "Salesman Pete and the Amazing Stone from Outer Space". Jest tutaj kilka elementów podchodzących pod estetykę znaną nam z filmów grozy, ale... to naprawdę inna para kaloszy. Pierwsze skojarzenie jakie mi przyszło do głowy po obejrzeniu filmu, to podobieństwo do pilotażowego odcinka "Atomówek", gdzie Feler Lumpeks strzelał ze swojej wymyślnej fuzji, do wszystkich mieszkańców miasta i zamieniał ich w mięso. Tutaj, tytułowy Niesamowity Kamień zamienia wszystkich w... owoce morza. Ale i kawał steku też jest! A sam Pete to sprzedawca-fajtłapa, który tak się złożyło, że został poddany eksperymentom i przy okazji jest super agentem.
Ten niespełna 7 minutowy szort stworzyli: Marc Bouyer, Max Loubaresse i Anthony Vivien, muzykę skomponował Cyrille Marchesseau, a dźwięki wyszły spod ręki MaelaVignaux. To jedna z najlepszych krótkometrażówek jakie miałem okazję w tym roku obejrzeć. Genialnie zrealizowana, łączy techniki tradycyjnie rysowanej animacji z doskonale wykorzystanym CGI. Pomysły na ujęcia, świetne tła, projekty postaci - to wszystko składa się na olbrzymią dawkę zajebistości. Oprócz tego... Marchesseau zaserwował muzykę, która pasuje do Bonda, co zresztą na dobre wychodzi, bo "Salesman Pete and the Amazing Stone from Outer Space" jest bardziej przeładowany akcją niż ostatni film o przygodach 007.
Znajdźcie chwilę i koniecznie obejrzyjcie! Świetna rzecz!
Ten niespełna 7 minutowy szort stworzyli: Marc Bouyer, Max Loubaresse i Anthony Vivien, muzykę skomponował Cyrille Marchesseau, a dźwięki wyszły spod ręki MaelaVignaux. To jedna z najlepszych krótkometrażówek jakie miałem okazję w tym roku obejrzeć. Genialnie zrealizowana, łączy techniki tradycyjnie rysowanej animacji z doskonale wykorzystanym CGI. Pomysły na ujęcia, świetne tła, projekty postaci - to wszystko składa się na olbrzymią dawkę zajebistości. Oprócz tego... Marchesseau zaserwował muzykę, która pasuje do Bonda, co zresztą na dobre wychodzi, bo "Salesman Pete and the Amazing Stone from Outer Space" jest bardziej przeładowany akcją niż ostatni film o przygodach 007.
Znajdźcie chwilę i koniecznie obejrzyjcie! Świetna rzecz!
wtorek, 5 października 2010
Takie tango
Nadal w czeskich klimatach. Przeglądałem przy śniadaniu blog Amanita Design i trafiłem na teledysk grupy DVA, którego autorem jest Jára Plachý. Plachý odpowiada również za rysunkowe dymki w "Machinarium", które były po prostu kapitalne. Ten teledysk, "Nunovó tango" zagarnął pierwszą nagrodę na festiwalu filmów animowanych Anifilm w Treboie.
Może nie pieję z zachwytu nad wykonaniem, ale strasznie podoba mi pomysł i nawiązania do klasyków kina grozy: "Nosferatu", "Mumia", "Frankenstein", "King Kong" czy "Metropolis". No i najważniejsze - ta kabaretowa muzyka, przy której można się tylko uśmiechać - po prostu świetny avant-pop. A do tego cholernie egzotycznie brzmiący język.
Bo DVA, jak sami stwierdzają tworzą "folklor nieistniejącego narodu", a język którym się posługują to tak naprawdę międzynarodowy zlepek. Ciekawe... I koniecznie posłuchajcie!
Może nie pieję z zachwytu nad wykonaniem, ale strasznie podoba mi pomysł i nawiązania do klasyków kina grozy: "Nosferatu", "Mumia", "Frankenstein", "King Kong" czy "Metropolis". No i najważniejsze - ta kabaretowa muzyka, przy której można się tylko uśmiechać - po prostu świetny avant-pop. A do tego cholernie egzotycznie brzmiący język.
Bo DVA, jak sami stwierdzają tworzą "folklor nieistniejącego narodu", a język którym się posługują to tak naprawdę międzynarodowy zlepek. Ciekawe... I koniecznie posłuchajcie!
A i na koniec jeszcze strona autorska Jaromira Plachý.
poniedziałek, 27 września 2010
Se-Ma-For Festiwal // Scary Puppets (ten najlepszy)
Wczoraj miałem napisać o najfajniejszej krótkometrażówce jaką miałem okazję obejrzeć podczas piątkowego pokazu Scary Puppets na Se-Ma-For Festiwal, ale oczywiście mi zeszło i zapomniałem. Także nadrabiam!

Najlepszym w moich oczach okazał się prawie półgodzinny fiński quasi horror "Elukka" ("Animal"). Jest to historia ojca i syna, którym przyszło żyć we wiosce nawiedzanej każdego wieczoru przez złe moce i atakowanej przez wilkołaka. Po stracie kolejnej owcy ojciec postanawia zapolować na potwora, co kończy się tym, że zostaje przez niego ugryziony. Ta lekarka, którą możecie zobaczyć powyżej to obiekt jego westchnień, ale też i źródło jego dalszych kłopotów. Tej samej nocy, kiedy zostaje on ugryziony, pani doktor potrąca jego syn, który poszedł łapać zbłąkaną owcę. W wyniku pomyłki mózg dziecka zostaje zamieniony z mózgiem zwierzęcia. Te nieoczekiwane przemiany będą źródłem masy zabawnych gagów.
"Animal" to komedio-horror pełną gębą. Mamy oczywiście masę rekwizytów charakterystycznych dla kina grozy. Ciemny las, wilkołaka, dziwną, złowrogą roślinność, a także eksperymenty naukowe, wzięte jakby z chorego snu doktora Frankensteina.
W mojej opinii to także najlepiej animowany film wieczornego pokazu. Większość produkcji ocierała się w znaczny sposób o pełne entuzjazmu amatorstwo. Natomiast ta fińska produkcja to w pełni profesjonalny film, gdzie możemy podziwiać nie tylko płynnie poruszające się i świetne wyglądające lalki (z kapitalną i przezabawną mimiką), ale również i pełne ruchomych elementów dalsze plany. Zresztą najlepiej przekonać się samemu. Tatu Pohjavirta na swoim kanale Vimeo umieścił "Animala", także nic nie stoi na przeszkodzie żebyście w domowym zaciszu zapoznali się z tą kapitalną animacją. Gorąco polecam!

Najlepszym w moich oczach okazał się prawie półgodzinny fiński quasi horror "Elukka" ("Animal"). Jest to historia ojca i syna, którym przyszło żyć we wiosce nawiedzanej każdego wieczoru przez złe moce i atakowanej przez wilkołaka. Po stracie kolejnej owcy ojciec postanawia zapolować na potwora, co kończy się tym, że zostaje przez niego ugryziony. Ta lekarka, którą możecie zobaczyć powyżej to obiekt jego westchnień, ale też i źródło jego dalszych kłopotów. Tej samej nocy, kiedy zostaje on ugryziony, pani doktor potrąca jego syn, który poszedł łapać zbłąkaną owcę. W wyniku pomyłki mózg dziecka zostaje zamieniony z mózgiem zwierzęcia. Te nieoczekiwane przemiany będą źródłem masy zabawnych gagów.
"Animal" to komedio-horror pełną gębą. Mamy oczywiście masę rekwizytów charakterystycznych dla kina grozy. Ciemny las, wilkołaka, dziwną, złowrogą roślinność, a także eksperymenty naukowe, wzięte jakby z chorego snu doktora Frankensteina.W mojej opinii to także najlepiej animowany film wieczornego pokazu. Większość produkcji ocierała się w znaczny sposób o pełne entuzjazmu amatorstwo. Natomiast ta fińska produkcja to w pełni profesjonalny film, gdzie możemy podziwiać nie tylko płynnie poruszające się i świetne wyglądające lalki (z kapitalną i przezabawną mimiką), ale również i pełne ruchomych elementów dalsze plany. Zresztą najlepiej przekonać się samemu. Tatu Pohjavirta na swoim kanale Vimeo umieścił "Animala", także nic nie stoi na przeszkodzie żebyście w domowym zaciszu zapoznali się z tą kapitalną animacją. Gorąco polecam!
Etykiety:
animacja,
horror,
impreza,
komedia,
krótki metraż
sobota, 25 września 2010
Se-Ma-For Festiwal // Duży Se-Ma-For + Maska + Scary Puppets
W Łodzi, od czwartku do niedzieli, odbywa się pierwszy Se-Ma-For Film Festival. Impreza z okazji 100-lecie filmu lalkowego jest praktycznie w całości poświęcona właśnie tego typu animacji. Kamila wybrała 4 pokazy, ale wszyło, że poszliśmy tylko na 3 (z czego jeden całkowicie inny, niż zamierzaliśmy). Każdy był na swój sposób bardzo dobry i zapewnił dobrej rozrywki.

Pierwszym punktem programu był Duży Se-Ma-For 2, czyli wybór krótkometrażówek skierowanych dla starszego widza (a dokładniej druga część tego wyboru). Otwierająca animacja poddała to jednak w wątpliwość. "Ptak nie ptak" o kanarku, który chciał żyć na wolności, był przynajmniej wg mnie, wybitnie dla dzieci. Ale nie tylko z powodu złego doboru nie przypadł mi do gustu. Był strasznie naiwny, podłożone głosy były bardziej niż drażniące i chyba sam pomysł został kiepsko wykorzystany. "Dowcipy z brodą" tego samego reżysera, Edwarda Sturlisa, były znacznie lepsze. Na całość składało się kilka miniaturek - były zabawne i nawet zaskakujące. Przynajmniej dla mnie te dowcipy brody nie miały. Średnio mi podeszło również "W 10 minut dookoła świata", które przedstawiało typowe scenki z kilku wybranych krajów. Straszny banał, chociaż pomysł i sposób animacji - postaci, przedmioty i dalszy plan wykonane były z literek i figur geometrycznych - robił wrażenie. Reszta animacji wyświetlanych w tym bloku była o wiele lepsza.
"Człowiek i Anioł" o aniele stróżu, który odciągając swojego podopiecznego od kolejnych używek sam im uległ, urzekał zabawnymi lalkami, lekkim humorem i morałem. "Ostrożność" na podstawie Gałczyńskiego to nic innego jak Teatrzyk Zielona Gęś, z twistem i charakterystycznym humorem. "Uwaga diabeł!" to chyba najzabawniejszy z tego zestawu krótki metraż. Wyraźnie podzielony na dwie części, co w sumie można odebrać jako wadę, bo żeby akcja się rozwinęła trzeba chwilę poczekać. W pierwszej połowie mamy pokaz magika, którego z zafascynowaniem obserwuje widownia (tutaj moim zdaniem były najzabawniejsze lalki ze wszystkich oglądanych wczoraj filmach), w drugiej szaleństwa diabełka, którego ów magik powołał do życia. Sporo świetnych pomysłów, zabawne gagi i co najważniejsze - czuć było magię z tej miniatury. Kolejnym bardzo zabawnym dziełem byli "Hydraulicy" - dramat życiowy prosto z PRL-u. Ekipa majstrów próbuje naprawić przeciek, a dewastuje cały blok. "Hydraulicy" przypomnieli mi o genialnym filmie "Pieczone gołąbki" Tadeusza Chmielewskiego. Tu i tu, bumelancka ekipa, która w nosie ma własność innych ludzi, doprowadza swoją "pracą" do kolejnych awarii. Brakowało tylko poety. Najlepszym natomiast filmem na tym pokazie był bezapelacyjnie "Worek". Interesująca animacja, świetne pomysły i cholernie mądry przekaz. To jedna z najbardziej oryginalnych miniaturek robionych metodą poklatkową jaką widziałem. Animowano przedmioty codziennego użytku nadając im czasami niecodzienne role. Podczas walki worka z parasolem śmiała się cała sala. Zawsze po obejrzeniu takich cudeniek mam ochotę kupić zestaw DVD z tymi wszystkimi kapitalnymi animacjami, by cieszyć się nimi kiedy tylko mam ochotę.
Na koniec, bo też jako ostatni leciał, zostawiłem sobie najnowszego "Danny Boya" Marka Skrobeckiego. Historia chłopaka, który wyróżnia się spośród bezmózgiego tłumu, zakochuje się i postanawia dostosować do reszty. Świetna metafora ogłupionego społeczeństwa, niepokojąca i lekko nieprzyjemna atmosfera samotnego i niezwykle smutnego człowieka, podszyta czarnym humorem. No i dobra animacja. Do tego ta ballada zawsze na mnie dziwnie działa i cholernie wzrusza.

Następna w programie była łódzka premiera "Maski" Braci Quay (dwie wcześniejsze były w Londynie i Poznaniu). Zrobiona na zamówienie Instytutu Kultury Polskiej w Londynie i Instytutu Adama Mickiewicza adaptacja prozy Stanisława Lema, kręcona w łódzkim studiu Se-Ma-Fora była najbardziej wymagającym i nieprzyjemnym, a jednocześnie hipnotycznym, wciągającym i intrygującym filmem jaki wczoraj oglądałem. Swoją atmosferą grozy, gęstym klimatem i nieprzystępnymi, obrzydliwymi wręcz lalkami była nawet trochę odpychająca. Surowy głos Magdaleny Cieleckiej, która w teatralny sposób, jakby do taktu, czytała kwestie tylko to potęgował. A jednak nie sposób było się od "Maski" oderwać. A po 25 minutach, gdy seans się zakończył, byłem zadowolony. Mnie się ten film bardzo podobał. To moje drugie spotkanie z twórczością Quay'ów, pierwszy raz miałem z ich pracą do czynienia w filmie "Frida" Julie Taymor, ale o tym dowiedziałem się później tego wieczoru i przed pokazem "Maski" nie wiedziałem czego się spodziewać. Trochę zmieszany byłem lichymi oklaskami. Publiczności chyba się takie ciężkie klimaty nie do końca spodobały, spora ilość osób opuściła salę zaraz po napisach, nie zostając na planowej dyskusji Marcina Giżyckiego, Kuby Mikurdy i Adriany Prodeus dotyczącej Quay'ów i książki - wywiadu rzeki z tymi reżyserami. A akurat ona, dla mnie, totalnego laika w temacie, była cholernie ciekawa i z pewnością wczorajszy wypad na ten festiwal byłby niepełny gdybym ją ominął. Na sali był też prezes wytwórni - Zbigniew Żmudzki, który opowiedział trochę o Quay'ach i "Masce". W sumie też pierwszy raz byłem świadkiem tak rzeczowej rozmowy, całkowicie obeznanych w temacie osób. Nawet w programach telewizyjnych nie spotykam się z równie interesującą, pełną anegdot i informacji dyskusji.
Trzecim i dla mnie chyba najważniejszym, punktem wczorajszego wieczoru był przegląd horrorów lalkowych "Scary Puppets". Oczywiście tutaj też przyszła masa przypadkowych ludzi, która nie wiem czego się spodziewała, chyba kolejnej "Piły". Rozmawiali, śmiali się, dyszeli znudzeni i wpierdzielali śmierdzący popcorn. Na szczęście w czasie przerwy, zdegustowani opuścili salę i na najlepszym filmie wieczoru zostaliśmy bez tych "uniemilaczy". Jak to bywa z horrorami, część prezentowanego materiału była w moim odczuciu crapem, ale jeżeli ktoś się interesuje tym gatunkiem to musi się z tym stykać. I tak nie podobały mi się "Hellraiser" i "Hello, I Am Legend!" - animacje poklatkowe zrobione za pomocą klocków Lego. Twórcy tego pierwszego mieli po 17 lat, także należą im się gratulacje i brawa, ale mnie osobiście to całe odgrywanie filmów za pomocą Lego bawi jedynie w Lego Star Wars. Poza tym oba nie były przystosowane do kinowego wyświetlania i usłyszeć w nich dialogi to była wielka sztuka. Miniaturki z Fangoria TV: "Meeting at the Cementary" i "Hell's Kitchen" były sympatyczne, ale to 10-sekundówki, także nie ma co się nad tym rozwodzić. Zaprezentowano jeszcze dwie animacje tego samego autora. Świąteczne i makabryczne "The Ornament" oraz przewrotne love story "Hanged". O nich można powiedzieć ciut więcej. Były zabawne, dosadne i co najlepsze - utrzymane w stylistyce "Opowieści z krypty".
Na sali było trzech reżyserów, których filmy wyświetlano w czasie pokazu: Brytyjczycy Benjamin Oke i Glenn Taunton oraz Włoch Santiago Calonga. Pierwszy prezentowany film Oke'a "Stalker From the Cornfield" był jednym z niewielu stricte horrorów, z czystą atmosferą grozy. I skłamałbym, gdybym powiedział, że mi się nie podobał. Trochę słabiej wypadło jego "Heavens Rejected - Chapeter 2", którego nie dość że nie zrozumiałem, to jakoś mnie swoim klimatem torture-porn trochę wynudziło. Natomiast filmy Calonga i Tauntona ("Mauricy in Insomnia" i "Haunt") mnie nie zachwyciły - ot takie tam niewyróżniające się krótkometrażówki. "Haunt" też blisko było do czystego horroru, ale położono go w moich oczach kradnąc muzykę od Akiry Yamaoki.
Nie podobały mi się dwa filmy. Czeski "Automat" i jedyny polski przedstawiciel w tym przeglądzie "Anunnaki" (który od strony technicznej wypadał chyba najlepiej, to nie urzekł mnie w żaden sposób historia). Intrygująco natomiast zaczynał się "Sunday" - połączenie filmu aktorskiego i animacji poklatkowej właśnie. Niestety banalne zakończenie zabiło w moich oczach tajemniczy początek, który mógłby się przerodzić w świetny horror. Za to przypadł mi do gustu short, który przyszedł aż z Nowej Zelandii. "Innocence" opowiada o dziewczynce, którą napadają do spółki potwory z szafy i spod łóżka. Takie surrealistyczne monster movie w klimatach Tsukamoto.
O najlepszym moim zdaniem filmie z pokazu Scary Puppets napiszę jutro. Za to na pocieszenie możecie obśmiać się przy shorcie Nagao:
sobota, 18 września 2010
U mnie w domu sobota to właśnie 'laundry day'
Dzisiaj krótkometrażowa animka, która najpierw spowodowała atak śmiechu, który znowu przerodził się w atak kaszlu, po którym jeszcze mnie boli. Tak, jestem chory, ale powoli wychodzę z tego - pierwszy wieczór bez gorączki. A animacja nosi tytuł "Laundry day".
O rany... mam nadzieję, że jak zamieszkamy razem z Kamilą, to nie znajdę przy okazji prania jakiej odznaki Różowej Wojowniczki z Power Rangers.
środa, 25 sierpnia 2010
Męski wieczór
Na dobry początek... popołudnia kilkuminutowa krótkometrażówka o dzieciaku, którego ojczym zabiera na wycieczkę do strip clubu. Za "Boys Night Out" odpowiada Teddy Newton, który teraz zrobił "Day & Night" dla Pixara (szorcik wyświetlany przed "Toy Story 3"). W każdym razie co wrażliwszych ostrzegam, że filmik zawiera wesołą, rysowaną erotykę, a tych do końca niezdecydowanych może przekona fakt, że obok roznegliżowanych dziewczyn występuje (krótko, bo krótko) najprawdziwsza ośmiornica.
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
Twoja elektronika mnie nie zatyka
Dawno nie było na flcl Disneya, dawno nie dawałem żadnej krótkometrażówki, więc będzie dzisiaj Goofy. Nigdy specjalnie nie przepadałem za tym bohaterem, ale muszę przyznać, że niektóre krótkie filmy z jego udziałem są wielce udane. Na przykład ten, który wrzucam dzisiaj - "How to Hook Up Your Home Theater". Świetnie obrazuje przesadę do której powoli się zbliżamy kompletując nasze kino domowe jak i pokazuje problemy jakie spotykają ludzi, którzy kupują sprzęt. Mam znajomego, któremu powoli zaczyna brakować w pokoju miejsca na sprzęt RTV i kolejne kolumny. Musiał też rozmontować i przerabiać regał by zmieścić gigantyczny telewizor. Ale jeszcze mu mało. To jeden z tych typów, którzy upierają się, że trzeba wydać kilkanaście tysięcy na sprzęt, aby docenić walory filmu.
A prawda jest taka, że walory "How to Hook Up Your Home Theater" można docenić odpalając ten 6 minutowy filmik z wklejki YouTube'a.
A swoją drogą... ktoś w ogóle czyta te gigantyczne instrukcje obsługi dołączane do sprzętu? Ta od mojego DVD ma 75 stron, a od telefonu grubo ponad 100! Przecież na to szkoda życia.
A prawda jest taka, że walory "How to Hook Up Your Home Theater" można docenić odpalając ten 6 minutowy filmik z wklejki YouTube'a.
A swoją drogą... ktoś w ogóle czyta te gigantyczne instrukcje obsługi dołączane do sprzętu? Ta od mojego DVD ma 75 stron, a od telefonu grubo ponad 100! Przecież na to szkoda życia.
środa, 14 lipca 2010
Lecą smoki pod obłoki
W dzień w którym, dzieciaki odbierały świadectwa szkolne, ja miałem to szczęście, że siedziałem w kinie na "Jak wytresować smoka". Tylko dzięki Bree, która znalazła jeden, jedyny, poranny seans, nie ominęła mnie wielka przyjemność obcowania z tym filmem na dużym ekranie. A było jak najbardziej warto, bo ta animacja, obok "Wyspy tajemnic", to na tą chwilę najwyżej przeze mnie oceniana, tegoroczna produkcja. I nie sądzę, że nawet letnia ofensywa zabawek Pixara zagrozi jej pozycji.
Historia z gatunku tych "od zera do bohatera". Mamy osadę dzielnych wikingów, którzy od pokoleń walczą zaciekle ze smokami. Wioskowy ciamajda - Czkawka, próbuje ze wszystkich sił zdobyć akceptację pobratyńców i ojca, który tak się składa, że jest ich przywódcą. Im bardziej próbuje walczyć tym więcej nieszczęścia sprowadza. Podczas jednego z gadzich ataków udaje mu się zestrzelić smoka, którego do tej pory, nikt nie ubił, a nawet widział - Nocną Furię. I zamiast uwięzioną bestię ukatrupić, zaprzyjaźnia się z nią. Oczywiście robi to w sekrecie przed wszystkimi, i oczywiście tego sekretu utrzymać się w tajemnicy nie udaje. Fakt, że Czkawka ujeżdża smoka nie zostaje przyjęty przez wikingów z entuzjazmem. Oskarżają go o zdradę, a smok na którym latał zostaje prymitywnym GPSem, który ma doprowadzić do wojowników do smoczego legowiska. A tam oczywiście czeka, nic innego jak zagłada całego wojskowego kontyngentu. Jak to się wszystko kończy łatwo się domyślić. Oferma ratuje wszystkich (wraz z grupką dzieciaków, które wcześniej jeździły na nim jak na szmacie), udaje mu się pojednać z ojcem i na dodatek zdobywa dziewczynę. Także można powiedzieć, że standardzik. I chociaż to wszystko gdzieś już się oglądało, to "Jak wytresować smoka" nie cierpi z tego powodu, bo...

Cały czas coś się dzieje, nie ma żadnej zmarnowanej sceny. Od pierwszych minut nie ma chwili żeby się nudzić. Sporo jest również humoru i to nie tylko słownego. Postaci są cholernie mordziaste i przy tym mimicznie, także niejednokrotnie chichotałem sobie pod nosem patrząc na gęby średniowiecznych zakapiorów. Sama Nocna Furia, ochrzczona przez Czkawkę Szczerbatkiem, jest smoczą wersją wielkiego kota. Ruchy ciała, nerwowe spojrzenia czy sceny takiej zwierzęcej zazdrości wyszły animatorom genialnie. Wybija się ona zdecydowanie na prowadzenie, zostawiając resztę smoczych gatunków daleko w tyle. Te stylizowany na świnkę, kozła czy kozła, wydawały mi się ciut za bardzo udziwnione, a jednocześnie zupełnie nieciekawe. Prawdziwą perełką tego filmu są olśniewające sceny lotów. Chwytające za serce i wyglądające wprost bajkowo. Niemałym zaskoczeniem było dla mnie to, że przebiły te z "Avatara" (chociaż momentami krajobrazy dalekiej północy przypominały do złudzenia Pandorę). Z animacji, które miałem okazje oglądać w 3D smoki wypadły najlepiej. Dreamworks wyciągnął z naprawdę sporo z tej technologii. Krajobrazy, sceny walk czy wspomniane loty są wyborne.
I tak niespodziewanie "Jak wytresować smoka", na które o mały włos w ogóle bym nie poszedł, trafia do moich ulubionych filmów animowanych. Trochę smuci, że film mimo pozytywnych recenzji i wysokich ocen przeszedł troszkę u nas niezauważony (chociaż okazał się największym sukcesem finansowym wśród animacji Dreamworks). Z osób które znam, oprócz Kamili i mnie, do kina trafił tylko mój chrześniak z kumą. A szkoda, bo film: po pierwsze mocno działający na wyobraźnię (bardziej niż te wszystkie animacje z futerkowcami), po drugie budzi w dorosłym dziecko (a przynajmniej we mnie obudził). Tym co lubią animacje, a ominęli kino obowiązkowe "Żałujcie!"
Historia z gatunku tych "od zera do bohatera". Mamy osadę dzielnych wikingów, którzy od pokoleń walczą zaciekle ze smokami. Wioskowy ciamajda - Czkawka, próbuje ze wszystkich sił zdobyć akceptację pobratyńców i ojca, który tak się składa, że jest ich przywódcą. Im bardziej próbuje walczyć tym więcej nieszczęścia sprowadza. Podczas jednego z gadzich ataków udaje mu się zestrzelić smoka, którego do tej pory, nikt nie ubił, a nawet widział - Nocną Furię. I zamiast uwięzioną bestię ukatrupić, zaprzyjaźnia się z nią. Oczywiście robi to w sekrecie przed wszystkimi, i oczywiście tego sekretu utrzymać się w tajemnicy nie udaje. Fakt, że Czkawka ujeżdża smoka nie zostaje przyjęty przez wikingów z entuzjazmem. Oskarżają go o zdradę, a smok na którym latał zostaje prymitywnym GPSem, który ma doprowadzić do wojowników do smoczego legowiska. A tam oczywiście czeka, nic innego jak zagłada całego wojskowego kontyngentu. Jak to się wszystko kończy łatwo się domyślić. Oferma ratuje wszystkich (wraz z grupką dzieciaków, które wcześniej jeździły na nim jak na szmacie), udaje mu się pojednać z ojcem i na dodatek zdobywa dziewczynę. Także można powiedzieć, że standardzik. I chociaż to wszystko gdzieś już się oglądało, to "Jak wytresować smoka" nie cierpi z tego powodu, bo...
Cały czas coś się dzieje, nie ma żadnej zmarnowanej sceny. Od pierwszych minut nie ma chwili żeby się nudzić. Sporo jest również humoru i to nie tylko słownego. Postaci są cholernie mordziaste i przy tym mimicznie, także niejednokrotnie chichotałem sobie pod nosem patrząc na gęby średniowiecznych zakapiorów. Sama Nocna Furia, ochrzczona przez Czkawkę Szczerbatkiem, jest smoczą wersją wielkiego kota. Ruchy ciała, nerwowe spojrzenia czy sceny takiej zwierzęcej zazdrości wyszły animatorom genialnie. Wybija się ona zdecydowanie na prowadzenie, zostawiając resztę smoczych gatunków daleko w tyle. Te stylizowany na świnkę, kozła czy kozła, wydawały mi się ciut za bardzo udziwnione, a jednocześnie zupełnie nieciekawe. Prawdziwą perełką tego filmu są olśniewające sceny lotów. Chwytające za serce i wyglądające wprost bajkowo. Niemałym zaskoczeniem było dla mnie to, że przebiły te z "Avatara" (chociaż momentami krajobrazy dalekiej północy przypominały do złudzenia Pandorę). Z animacji, które miałem okazje oglądać w 3D smoki wypadły najlepiej. Dreamworks wyciągnął z naprawdę sporo z tej technologii. Krajobrazy, sceny walk czy wspomniane loty są wyborne.
I tak niespodziewanie "Jak wytresować smoka", na które o mały włos w ogóle bym nie poszedł, trafia do moich ulubionych filmów animowanych. Trochę smuci, że film mimo pozytywnych recenzji i wysokich ocen przeszedł troszkę u nas niezauważony (chociaż okazał się największym sukcesem finansowym wśród animacji Dreamworks). Z osób które znam, oprócz Kamili i mnie, do kina trafił tylko mój chrześniak z kumą. A szkoda, bo film: po pierwsze mocno działający na wyobraźnię (bardziej niż te wszystkie animacje z futerkowcami), po drugie budzi w dorosłym dziecko (a przynajmniej we mnie obudził). Tym co lubią animacje, a ominęli kino obowiązkowe "Żałujcie!"piątek, 12 lutego 2010
Lavatory - Lovestory
Zbliża się 14. luty - Walentynki. Z racji tego dzisiaj coś w takich romantycznych klimatach. Rosyjska "Lavatory - Lovestory" to dość specyficzna opowieść o tym, że miłość można znaleźć wszędzie, dosłownie, bo nawet w miejskim szalecie. Ta niespełna 10 minutowa krótkometrażówka była w zeszłym roku nominowana do Oscara. Nie spodziewajcie się ochów i achów, gdyż animacja została wykonana bardzo oszczędną, rysowaną techniką. Nie jest to żadna rewelacja, tym, dla których strona wizualna jest ważna, pewnie będzie wydawać bardzo uboga, ale mnie się podoba. Prosto i czytelnie (kojarzy mi się trochę z tą serialową nauką angielskiego - "Muzzy") . Z "Lavatory Lovestory" bije optymizmem i szczerością. No i jest zabawna. Jeżeli macie 10 wolnych minut to poświęćcie je i pośmiejcie się z babci klozetowej robiącej jazdę figurową na szczocie.
środa, 3 lutego 2010
King Klunk

Uświadomiłem sobie dzisiaj, że od bardzo dawna nie wrzucałem żadnego szorta i nie napisałem o żadnej animacji, także dzisiaj będzie coś specjalnego - najprawdopodobniej pierwsza animowana parodia jaką widział świat. Mowa o filmie "King Klunk"z 1933 roku. Wystarczy spojrzeć na obrazek powyżej i wiadomo co takiego ten niespełna 9 minutowy film parodiuje.
"King Klunka" stworzył nie kto inny jak ojciec Woody'ego Woodpeckera - Walter Lantz. Legenda głosi, że pomysł na prześmiewczą krótkometrażówkę narodził się zaraz po wyjściu z "King Konga". Lantz miał nazwać film Coopera i Schoedsacka bzdurnym i głupim. "King Klunkowi" z miejsca zaczęto zarzucać rasizm i stereotypowe potraktowanie czarnoskórych dzikusów. Co oczywiście jest totalną bzdurą, bo Lantz i William Nolan (drugi reżyser) nie naśmiewali się z Czarnych tubylców, a jedynie wyśmiewali motyw z filmu z wielką małpą. Po czyjej stronie jest racja oceńcie sami. Sama kreskówka jest bardzo typowa i zawiera sporo elementów charakterystycznych dla tego animatora. Kto oglądał przygody wkurzającego dzięcioła (jak go w dzieciństwie nazywałem) ten z pewnością znajdzie tam te wspólne motywy. Występujący tutaj Pooch the Pup jest inną znaną postacią wykreowaną przez Lantza. W latach '32 i '33 występował obok Królika Oswalda (jeszcze bardziej znanego) w wielu kinowych kreskówkach. (spis dla ciekawskich)piątek, 15 stycznia 2010
Jedenaście najlepszych filmów roku 2009
W końcu udało mi się jakoś wyliczyć i zrobić sensowne podsumowanie najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć (nie tylko w kinie, ale również w domowym zaciszu). Chyba i w tym zestawieniu nie ma specjalnego zdziwienia odnośnie pierwszego miejsca. Cztery z uwzględnionych tu produkcji miały już swoją chwilę na tym blogu, także nie będę się powtarzał. Bez zbędnych ceregieli, oto jedenaście, w moim mniemaniu, najlepszych filmów 2009 roku.
- "Avatar"
- "Odlot"
- "Moon"
- "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
- "Kac Vegas"
- "Star Trek"
- "Watchmen Strażnicy"
- "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
- "500 dni miłości"
- "Koralina i tajemnicze drzwi"
- "Zielona Latarnia"
Pierwszy lot
Zieloną Latarnię, jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów uniwersum DC, znałem jedynie pobieżnie z występów w serialu animowanym. Wiedziałem, że facet moc czerpie z pierścienia i dzięki niemu potrafi urzeczywistniać wszystko co przyjdzie mu na myśl. Trochę jak Planetarianie. I jakoś nie ciągnęło ani do komiksów, ani nawet do czytania newsów o powstającym filmie aktorskim. Ale w łapy wpadł ten animowany film, bez żadnych większych oczekiwań włączyłem i było świetnie. Fabuła prościutka - Hal który dostał pierścień zostaje wcielony do Zielonego Korpusu (tacy zieloni strażnicy wszechświata) i mimo że żółtodziób to musi odnaleźć zdrajcę ukrywającego się w organizacji. Nie jest łatwo, bo nie dość że wszyscy bardziej doświadczeni, mają taką moc jak on, to i kosmos dla Zielonej Latarni nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Od pierwszych minut akcja, świetne postaci, zabawne dialogi i pierwszorzędny klimacik. Idealny komiksowy film animowany. Może i Marvel wygrywa na ilość sprzedanych komiksów, ale w animacjach wszelakich DC od lat jest górą.

Kukiełki lepsze niż książka
Gaiman swoją "Koraliną" mnie nie powalił. Za to weteran branży, Henry Selick trafił bezbłędnie w moje gusta. Wydobył z tej historii wszystko co dobre, podrasował i przyozdobił wytworami swojej wyobraźni. I tak "Koralina i tajemnicze drzwi" jest moim zdaniem dużo lepsza niż książka. Film zrobiony jest z olbrzymim polotem, odpowiednio straszny, momentami śmieszny i przede wszystkim wciąga jak diabli. Animacja jak zwykle świetna. Dbałość o szczegóły porażą, kukiełki mistrzowskie, a światy Koraliny, lekko podrasowane komputerem, wyglądają cudnie. Ale jeżeli miałbym porównywać trzy najbardziej znane animacje poklatkowe - "Koralinę", "Miasteczko Halloween" i "Gnijącą pannę młodą" to ta pierwsza wypada najsłabiej, chociaż słaba w żadnym wypadku nie jest. Po prostu za mało tam śpiewają.

Nieromantyczny film o miłości
Świetnie zagrany, ciepły i bardzo prawdziwy film o uczuciach, który... jak to zaznacza narrator już na wstępie, nie jest "love story". I dobrze, bo rom-komów mamy pod dostatkiem. Akurat "500 dni miłości" wstrzelił się w moje poczucie humoru idealnie. Wszystko tak niekonwencjonalnie podane, trochę z przymrużeniem oka, trochę na serio. Historia związku zwykłego chłopaka i zwykłej dziewczyny. Bez udziwnień w stylu zawodów baloniarskich. Jest za to kino, wycieczki do Ikei, kawa i spacery do parku. Bardzo przyjemny, idealny do obejrzenia z drugą połówką.

Wizualny orgazm
Jakoś ominąłem całe to zamieszanie związane z premierą "Strażników". Z braku czasu nie poszedłem do kina i obejrzałem dopiero kiedy pojawiła się wersja reżyserska. Podobał mi się, ale i też trochę zmęczył. Jednak te 187 minut to za dużo. Snyderowi udała się sztuka wkomponowania wszystkiego ładnie, wiernie, ale nadal twierdzę, że nie zawsze wierna adaptacja jest dobrą ekranizacją. Momentami mi się dłużyło, było za dużo pitolenia i dylematów, które sprawdzały się rozpisane na stronie komiksu, a nie rozciągnięte na kilka ujęć. Ale zaraz, ja miałem o najlepszych filmach pisać. No właśnie, dłużyzny nie zmienią faktu, że to co ten reżyser dokonał jest godne podziwu i należą mu się brawa. Od strony wizualnej "Strażnicy" to mistrzostwo świata. Świetne scenografie, idealne efekty CGI, kapitalne ujęcia kamery. Od strony audio też. Ścieżka i kawałki doskonałe. Pochwalić muszę dobór aktorów, dbałość o szczegóły i te wszystkie dodatki o jakie postarał się reżyser. Film zrobił na mnie wrażenie równie duże co komiks, serio. Jak dla mnie nie spłycono niczego. Co miało kopnąć kopnęło. I jedyne czego żałuję to, że nie poszedłem do kina.

Szwedzka ofensywa kryminalna
"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to jeden z najlepszych thrillerów kryminalnych jaki miałem przyjemność oglądać (ostatnio równie dobrym filmem z tego gatunku była koreańska "Zagadka zbrodni"). Świetnie poprowadzona fabuła, bardzo dobrze zarysowani i ciekawi bohaterowie, mroczna intryga i szybkie tempo. Film jest inteligentny i emocjonujący. Trzyma w napięciu. Jest mocny, dosadny i odważny. Jeżeli chodzi o fabułę to wszystko dopięto w nim na ostatni guzik (nic mi nawet nie zazgrzytało). Od strony technicznej wszystko świetnie: kapitalne plenery, pasująca muzyka, dobre zdjęcia i efekty. To naprawdę kawał solidnego kina. Wyróżnia się bardzo na tle tego wszystkiego co teraz wychodzi za oceanem.
Część druga, czyli "Dziewczyna, która igrała z ogniem" jest minimalnie słabsza. Brakowało mi takiego wątku kryminalnego jaki był w pierwszej części. Jest śledztwo, ale nie jest równie równie emocjonujące co poszukiwania mordercy Harriet. Intryga wyraźnie kręci się wokół Lisbeth, która z pomocnika zostaje głównym bohaterem. Za to plus, ale szkoda że urwano wątek handlu kobietami. Co jeszcze...? Jest dużo więcej akcji i film jest dużo bardziej dynamiczny. Fabuła pierwszej części to kilka miesięcy. Tutaj całość zamyka się chyba w tygodniu. Jest intensywniej. A to porwanie, pościg, bójka, włamanie, kolejna bójka... nie ma chwili odpoczynku. Ogląda się równie dobrze i te dwie godziny (z małym hakiem) mijają bardzo szybko. Mimo iż oba filmy stylizowane są na Hollywood to widać w nich europejską duszę. Świetne kino!

Człowiek z Księżyca
Miłośnicy kina science fiction mieli dobry rok. Niehollywoodzki "Moon" syna Bowiego, fanom gatunku na pewno przypadnie (jeżeli już nie przypadł do gustu), pozostałym myślę, że również. To cholernie dobry film. Z gęstym i ciężkim klimatem. Idealnie oddano tu izolację, wzmagającą się desperację, strach i zagubienie jakie panuje na księżycowej stacji. Czuć echa dzieła Kubricka (Anglia ma szczęście do sci-fi), a potęguje to wszystko muzyka Clinta Mansella, który jest mistrzem dołujących kompozycji. Oprócz tego, zafundowano nam pierwszej klasy scenariusz, a Rockwell stworzył kapitalną kreację - facet jest jednocześnie zabawny i przygnębiający, aż gardło ściska. Zbrodnią jest to, że Sony nie posłało tej produkcji do walki po Oscary. Sam w końcu mógłby otrzymać statuetkę, bo pracuje na nią od lat i za "Moon" spokojnie mógł ją zgarnąć.
Co jeszcze? Ogólnie oceniam rok 2009 tak sobie. Superprodukcje w dużej mierze były słabe. Dużo filmów, na które czekałem, w których pokładałem nadzieję mnie rozczarowało. Czasem bardzo mocno. Mam szczerą nadzieję, że w 2010, który zapowiada się smakowicie, będzie znacznie lepiej.
I tak, "Zielona Latarnia" podobała mi się bardziej niż "Dystrykt 9".
Etykiety:
animacja,
ekranizacja,
ekranizacja komiksu,
film,
komedia,
kryminał,
sci-fi,
zestawienie
czwartek, 19 listopada 2009
Odlotowo. Balonowo!
Mimo, iż w grudniu zeszłego roku, zarzekałem się, że będę częstym gościem na seansach 3D, z wybraniem się na kolejny w tej technologii czekałem 11 miesięcy. Jakoś się do tej pory nie złożyło, chociaż kino kusiło. A to morderstwa w Walentynki, a to ekranizacja książki Neila Gaimana, a to oszukiwanie przeznaczenia po raz czwarty. I nic mnie jakoś ostatecznie nie przyciągnęło. Dopiero najnowsza produkcja Pixar Animation Studios była czymś co miałem szczerą ochotę obejrzeć w podwójnych okularach. No i niestety. O ile na "Piorunie" zachwyciłem się 3D o tyle teraz mój entuzjazm wyraźnie osłabł. Co nie znaczy, że animacja była zła.

Bo "Odlot" jest świetny. Już swoim poprzednim filmem Pixar pokazał, że nie boi się zrobić czegoś bardziej dojrzałego, że chce sprzedawać widzowi trochę inne historię niż te do których przyzwyczaiły nas tabuny futrzaków. Także i tym razem również wychodzi przed szereg. Bohaterem uczynił starca. Nie podskakującego, dziarskiego faceta z brodą jakim był Merlin w "Mieczu w kamieniu", ale upartego, zgorzkniałego dziadka, który musi podpierać się laską i jest głuchy jak pień bez aparatu w uchu. Wydawać by się mogło, że strzelili sobie tym samym w kolano i nawet spece od marketingu z Disney'a kręcili nosami i wróżyli porażkę. A jednak się udało! Ludzie poszli do kina i oszałamiająca ilość się w filmie zakochała. Co mnie urzekło to pierwsze 20 minut. To jedna z najlepiej opowiedzianych historii miłości jakie udało się pokazać w filmie animowanym. Wzruszająca i zadziwiająco normalna. Bez heroicznych wyczynów i burzliwych dziejów. Prawdziwa, ciepła i w pewien sposób kojąca. "Odlot" to jeden z tych filmów, na premierę którego mocno czekałem. Czytałem recenzje, słuchałem podcastu i wiedziałem co mnie czeka. Byłem przygotowany na chwytające za serce sceny, ale gdzieś w głębi siebie, sądziłem że ludzie trochę przesadzają, że na pewno nie będę płakać na początku filmu. Czasy "Króla Lwa" bezpowrotnie minęły, ale i tak, w scenie gdzie Carl zostaje sam, nie udało mi się opanować wzruszenia. Dobrze, że Kamila miała naszykowaną paczkę chusteczek.

Dalej film robi się już zdecydowanie bardziej zabawny i mimo, że utrzymany jest w lżejszym klimacie, to chwilami dalej jest strasznie nostalgiczny. Jak raczej nie płaczę na filmach, to tutaj broda zatrzęsła mi się jeszcze ze dwa razy. Ale wróćmy do humoru. Pojawia się gruby, gadatliwy harcerz Russell, źródło kilka naprawdę śmiesznych gagów, a później dołącza do niego ptaszysko Stefan i gadający pies As. Zwierzęta były niewyczerpanym źródłem mojego rechotu. Stefan rozśmiesza przede wszystkim swoją ptasią... mimiką. Czasami wystarczył u niego jeden ruch głowy, mrugnięcie okiem czy podniesienie nogi, by wywołać u mnie atak śmiechu. As natomiast rozkłada na łopatki swoim psim, szczerym, prostolinijnym myśleniem. Pixarowi udało się coś podobnego z mewami w "Gdzie jest Nemo?", tyle że As i tak bije je wszystkie na głowę, a do tego ma jeszcze ze sobą całą zgraję innych, gadatliwych czworonogów. Sporą zasługę ma w tym bardzo dobry poziom dubbingu. Cezary Pazura jako gadający pies jest bezbłędny i chyba tą kreację stawiam na równi z jego Sidem Leniwcem. Kacper Cybiński podkładający głos pod Russella również wypadł świetnie i aż miło, że w końcu Polacy poszli po rozum do głowy i dzieciom przestały użyczać głosu kobiety.
Animacja była świetna, chociaż nie był to już taki zachwyt jak w przypadku "WALL.E-ego" czy "Ratatuj". Postaci, jak postaci. Nie jestem wielkim miłośnikiem pixarowskich modeli. Zdecydowanie lepiej wychodzą im zwierzęta, potwory, zabawki i roboty. Ale przymknijmy na to oko. Świetnie prezentowała się dżungla, dom podczepiony do tysięcy baloników wyglądał bajecznie, ale przez okulary nie mogłem się cieszyć intensywnymi kolorami, którymi tak bardzo kusił trailer. Wszystko było przygaszone. Na dodatek przy scenach akcji miałem wrażenie, że obraz się rozmywa. "Odlot" był praktycznie pozbawiony efektów 3D. Była głębia, fajnie, że widoczki nią olśniewały, ale nie stwierdziłem chyba ani jednego, takiego robionego typowo pod 3D zabiegu. Nic nie leciało, ani nie wybiegało z ekranu, nie było wybuchu od którego trzeba było się uchylić. Sama zapowiedź "Opowieści wigilijnej" była bogatsza pod tym względem od produkcji Pixara, chociaż tak ciemna, że momentami gówno było widać. Po wyjściu z kina, trochę żałowaliśmy, że nie poszliśmy na zwykły, klasyczny seans.
"Odlot" jest jak dla mnie wielce udanym filmem. Z sali wychodziłem z uśmiechem od ucha do ucha. Był zabawny, ciepły, grający na uczuciach i o dziwo pełen akcji. Naprawdę nic nie zapowiadało, że będzie to kino przygodowe, a takie właśnie jest. Może nie Indiana Jones, ale sporo tam pościgów, latania, skradania się i nawet jest walka na miecze. Zaskakujące biorąc pod uwagę to, jak się film zaczyna i fakt, że bohaterami są Azjata z dużą nadwagą i staruszek, który do tej ledwo chodzi.

Przed właściwym filmem oczywiście Pixar wrzuca krótkometrażówkę. Czasami się zdarza, że są one śmieszniejsze niż to na co się tak naprawdę przyszło. Na szczęście tym razem była to tylko wisienka na przepysznym torcie! "Partly Cloudy" - short o chmurze, która robi dzieci i wiernym bocianie, który te dzieci dostarcza przyszłym rodzicom, nie zawodzi. Jest świetnie od strony wizualnej, a co najważniejsze, można pokładać się ze śmiechu. Niby banalny pomysł, ale podano to w sposób bezbłędny. Strasznie pocieszne to. Jak ktoś nie widział, to można pewnie znaleźć na YouTubie. Po prostu miodzio!

Bo "Odlot" jest świetny. Już swoim poprzednim filmem Pixar pokazał, że nie boi się zrobić czegoś bardziej dojrzałego, że chce sprzedawać widzowi trochę inne historię niż te do których przyzwyczaiły nas tabuny futrzaków. Także i tym razem również wychodzi przed szereg. Bohaterem uczynił starca. Nie podskakującego, dziarskiego faceta z brodą jakim był Merlin w "Mieczu w kamieniu", ale upartego, zgorzkniałego dziadka, który musi podpierać się laską i jest głuchy jak pień bez aparatu w uchu. Wydawać by się mogło, że strzelili sobie tym samym w kolano i nawet spece od marketingu z Disney'a kręcili nosami i wróżyli porażkę. A jednak się udało! Ludzie poszli do kina i oszałamiająca ilość się w filmie zakochała. Co mnie urzekło to pierwsze 20 minut. To jedna z najlepiej opowiedzianych historii miłości jakie udało się pokazać w filmie animowanym. Wzruszająca i zadziwiająco normalna. Bez heroicznych wyczynów i burzliwych dziejów. Prawdziwa, ciepła i w pewien sposób kojąca. "Odlot" to jeden z tych filmów, na premierę którego mocno czekałem. Czytałem recenzje, słuchałem podcastu i wiedziałem co mnie czeka. Byłem przygotowany na chwytające za serce sceny, ale gdzieś w głębi siebie, sądziłem że ludzie trochę przesadzają, że na pewno nie będę płakać na początku filmu. Czasy "Króla Lwa" bezpowrotnie minęły, ale i tak, w scenie gdzie Carl zostaje sam, nie udało mi się opanować wzruszenia. Dobrze, że Kamila miała naszykowaną paczkę chusteczek.

Dalej film robi się już zdecydowanie bardziej zabawny i mimo, że utrzymany jest w lżejszym klimacie, to chwilami dalej jest strasznie nostalgiczny. Jak raczej nie płaczę na filmach, to tutaj broda zatrzęsła mi się jeszcze ze dwa razy. Ale wróćmy do humoru. Pojawia się gruby, gadatliwy harcerz Russell, źródło kilka naprawdę śmiesznych gagów, a później dołącza do niego ptaszysko Stefan i gadający pies As. Zwierzęta były niewyczerpanym źródłem mojego rechotu. Stefan rozśmiesza przede wszystkim swoją ptasią... mimiką. Czasami wystarczył u niego jeden ruch głowy, mrugnięcie okiem czy podniesienie nogi, by wywołać u mnie atak śmiechu. As natomiast rozkłada na łopatki swoim psim, szczerym, prostolinijnym myśleniem. Pixarowi udało się coś podobnego z mewami w "Gdzie jest Nemo?", tyle że As i tak bije je wszystkie na głowę, a do tego ma jeszcze ze sobą całą zgraję innych, gadatliwych czworonogów. Sporą zasługę ma w tym bardzo dobry poziom dubbingu. Cezary Pazura jako gadający pies jest bezbłędny i chyba tą kreację stawiam na równi z jego Sidem Leniwcem. Kacper Cybiński podkładający głos pod Russella również wypadł świetnie i aż miło, że w końcu Polacy poszli po rozum do głowy i dzieciom przestały użyczać głosu kobiety.
Animacja była świetna, chociaż nie był to już taki zachwyt jak w przypadku "WALL.E-ego" czy "Ratatuj". Postaci, jak postaci. Nie jestem wielkim miłośnikiem pixarowskich modeli. Zdecydowanie lepiej wychodzą im zwierzęta, potwory, zabawki i roboty. Ale przymknijmy na to oko. Świetnie prezentowała się dżungla, dom podczepiony do tysięcy baloników wyglądał bajecznie, ale przez okulary nie mogłem się cieszyć intensywnymi kolorami, którymi tak bardzo kusił trailer. Wszystko było przygaszone. Na dodatek przy scenach akcji miałem wrażenie, że obraz się rozmywa. "Odlot" był praktycznie pozbawiony efektów 3D. Była głębia, fajnie, że widoczki nią olśniewały, ale nie stwierdziłem chyba ani jednego, takiego robionego typowo pod 3D zabiegu. Nic nie leciało, ani nie wybiegało z ekranu, nie było wybuchu od którego trzeba było się uchylić. Sama zapowiedź "Opowieści wigilijnej" była bogatsza pod tym względem od produkcji Pixara, chociaż tak ciemna, że momentami gówno było widać. Po wyjściu z kina, trochę żałowaliśmy, że nie poszliśmy na zwykły, klasyczny seans."Odlot" jest jak dla mnie wielce udanym filmem. Z sali wychodziłem z uśmiechem od ucha do ucha. Był zabawny, ciepły, grający na uczuciach i o dziwo pełen akcji. Naprawdę nic nie zapowiadało, że będzie to kino przygodowe, a takie właśnie jest. Może nie Indiana Jones, ale sporo tam pościgów, latania, skradania się i nawet jest walka na miecze. Zaskakujące biorąc pod uwagę to, jak się film zaczyna i fakt, że bohaterami są Azjata z dużą nadwagą i staruszek, który do tej ledwo chodzi.

Przed właściwym filmem oczywiście Pixar wrzuca krótkometrażówkę. Czasami się zdarza, że są one śmieszniejsze niż to na co się tak naprawdę przyszło. Na szczęście tym razem była to tylko wisienka na przepysznym torcie! "Partly Cloudy" - short o chmurze, która robi dzieci i wiernym bocianie, który te dzieci dostarcza przyszłym rodzicom, nie zawodzi. Jest świetnie od strony wizualnej, a co najważniejsze, można pokładać się ze śmiechu. Niby banalny pomysł, ale podano to w sposób bezbłędny. Strasznie pocieszne to. Jak ktoś nie widział, to można pewnie znaleźć na YouTubie. Po prostu miodzio!
Etykiety:
animacja,
film,
komedia,
krótki metraż,
przygoda
Subskrybuj:
Posty (Atom)




