Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 marca 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #1


Taki nowy cykl blogowy mi wpadł do głowy. Krótkie, dosłownie na kilka zdań, polecanki, na nadchodzący tydzień, w które mogę wepchnąć wszystko co jest dobre, a co nie doczeka się nigdy godnego odnotowania na blogu (bo jestem leniem, nie mam czasu, nie mam weny*). Będę starał się dawać to zawsze w poniedziałki i i trochę wcześniej niż dzisiaj. Lecimy!


Film   "Przygody Tintina" w reżyserii Spielberga. Dawno czegoś tak przyjemnego dla oka nie oglądałem. Ominąłem to w kinie, gdyż nasze pabianickie wycofało się z wyświetlania i teraz naprawdę żałuję, że nie wybrałem się do Łodzi. To najlepszy film nowej przygody jaki powstał od... lat! Na głowę bije ostatniego Indianę Jonesa czy Piratów z Deppem. Nieprzerwana akcja, zero dłużyzn, wspaniałe postaci i ich kapitalny (angielski) dubbing i humor! Wepchnęli tutaj dosłownie wszystko: pościgi na motorze za sokołem, czołg, dwóch niefrasobliwych policjantów, źle użytą bazookę, walkę dźwigów portowych, wielki piracki skarb, ucieczkę psującym się samolotem na pustynię i zwierzęcego pomagiera. I jest miodnie.  Wszystko gra, całość w 100% strawna. "Przygody Tintina" to czysty fun! Jeżeli ktoś lubi takie klimaty przygodowe to niech koniecznie sięgnie po ten tytuł. Odnaleźć tam można dziesiątki motywów dla których kochamy takie kino!

Muzyka     Soundtrack do "Mass Effect 3". W serię nie grałem i prawdopodobnie nigdy nie zagram. Trochę się z nią rozmijam. Za to muzyka z niej znana mi była od samego początku i nie mógłbym przegapić najnowszej odsłony. Uwielbiam to czego dokonali Jack Wall i Sam Hulick przy jedynce. Trochę gorzej mi wchodzi solowe poczynania Walla, ale to nadal solidny kawał soundtracku. W trójce wrócił Hulick, a swoją cegiełkę dołożyli: Christopher Lennertz, Sascha Dikiciyan, Cris Velasco i... Clint Mansell. W przypadku tego ostatniego mamy tylko jeden samodzielny kawałek i kolaborację z Hulickiem. Oba kawałki naprawdę dobre. Czuć tam jego rękę i wybijają się ponad wytyczony przez Hulicka poziom, ale nie są to utwory na miarę jego niedoścignionej kompozycji ze "Źródła". Natomiast całość, mimo tylu kompozytorów, trzyma bardzo równy poziom i zachowuje charakter znany z poprzednich odsłon. Jest to połączenie muzyki symfonicznej z elektroniczną z elementami melancholijnego ambientu - coś co osobiście coraz bardziej mi podchodzi. Czuć w tej ścieżce duch starszych produkcji science fiction. Idealnie nadaje się na tło, sprawdza się do czytania czy po prostu odpoczynku. 

Gra     "Flower" od Thatgamecompany. Ciężko pisać o odczuciach towarzyszących zabawie z "Flower". To bardziej przeżycie niż typowa rozgrywka. Machając padem i przyglądając się noszonym przez wiatr płatkom autentycznie się odpoczywa. To piękne widowisko dla oczu w połączeniu z kojącą oprawą muzyczną daje niesamowity i niezapomniany efekt. Budzą się w człowieku emocje, których normalnie podczas zabawy na konsoli ciężko znaleźć. Kwiatek trafia bezpośrednio w naszą wrażliwość. A przesłanie - odrodzenie, budzenie świata do życia - jakby idealnie pod tą porę roku, pod te pogody. Naprawdę brakuje słów, którymi można to opisać, bo samo "kierujesz wiatrem" chociaż prawdziwe to jednak za mało. Za śmiesznie niską cenę dostajemy "Flower" (który aż przykro nazywać produktem) - piękne emocje do wielokrotnego przeżywania. 


* Niepotrzebne skreślić

wtorek, 12 kwietnia 2011

Zaplątani

Disney to taka wytwórnia, która z jednej strony posiada najlepsze animacje (dla podkreślenia napiszę że chodzi mi o te "animacje wszech czasów"), a jednocześnie potrafi uwalić naprawdę fajny pomysł i sklecić głupawego, ciężkostrawnego gniota. Niejednokrotnie mnie zawiedli, niejednokrotnie pokazali też, że konkurencja musi się od nich wiele nauczyć. Także, każda ich nowa produkcja to w jakimś stopniu dla mnie zagadka. Zupełnie nie wiedziałem też czego się spodziewać po ich najnowszym dziele - "Zaplątanych". Dla mnie to był film zagadka. Trafiłem kiedyś na jakieś concept arty, ale tak się złożyło, że przedstawiał on samą wieżę. Innych bliższych kontaktów nie pamiętam. I tak się dziwnie złożyło, że gdy pojawił się pomysł pójścia na to do kina, bez większego zastanowienia się zgodziłem. Co więcej szybko stałem się entuzjastą tego pomysłu! nadal nie wiedząc na co się wybieram.


"Zaplątani" to historia Roszpunki. Podejrzewam, że tytuł wziął się stąd, że ewentualna "Roszpunka" byłaby wielce nieatrakcyjna dla chłopców, szczególnie, że kojarzy się głównie z Barbie. Księżniczka o magicznych włosach, porwana przez jędzowate babsko, spędza całe życie zamknięta w wieży. Aż zjawia się Flynn, przystojny łotr o dobrym sercu i obiecuje jej, że w zamian za zwrot kosztowności które ukradł, zaprowadzi ją na coroczny pokaz lampionów - które notabene mieszkańcy królestwa wysyłają w niebo w rocznicę jej zaginięcia. I ruszają w drogę pełną przygód. Ich śladem podążają zła macocha-kidnaperka, wykiwani wspólnicy łotrzyka i aż-za-bardzo-praworządny koń ze straży miejskiej (który zabiera tytuł najzabawniejszego i jednocześnie najodważniejszego disnejowskiego konia wałachowi Belli).

O czym wypada wspomnieć, to fakt, że mimo iż mamy film o księżniczce, a i pewne uczucie między głównymi bohaterami się rodzi (bo jakby mogło nie), to nie jest to już taka słodka historia miłosna, z ptasimi trelami w chórku. To dużo bardziej wybiegająca wobec oczekiwań młodych ludzi historia. Może nie tyle uwspółcześniona, bo nadal mamy na wskroś bajkową krainę, gdzie jest magia i zwierzęta niejednokrotnie inteligentniejsze od ludzi, ale jednak... "Zaplątani" są bardziej współcześni duchem niż większość disnejowskich animacji. Chociażby sama Roszpunka to krnąbrna nastolatka z krwi i kości. Czuć w niej młodość, naiwność, ale też to postać kipiąca energią, autentyczna i rozbrajająco zabawna. Od dawna tak dobrze wykreowanej postaci kobiecej Disney nie stworzył. Flynn natomiast to złodziej-parkurowiec. Akrobata nie tylko na miarę Aladyna, ale prawdziwy Yamakashi do kwadratu. I nawet dialogi są bardziej "luzackie", a przy tym i naturalne, i zabawne. Humor niewymuszony, a sceny łapiące za serce chociaż obecne, to są nieprzesłodzone.


Generalnie film nie ma słabej strony. Nie ma momentu nudy, bo akcji jest naprawdę sporo..., ale nie ma też specjalnego zaskoczenia. Niby to nie problem, bo w "Zaplątanych" chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, ale wszyscy (może oprócz dzieciaków) doskonale wiemy jak się cała heca skończy. Bardzo przypadły mi do gustu piosenki (chociaż z tej tawernianej, śpiewanej przez zgraję oprychów, nie zrozumiałem prawie nic). Świetnie wkomponowane i zaśpiewane. Od strony wizualnej film pierwsza klasa. Jest kolorowo, baśniowo i z fikuśnym wykończeniem. Nie dość, że wszystkie lokacje są bajerancko zaprojektowane to oszałamiają bogactwem detali. Udało się też Disneyowi stworzyć przepiękną, magiczną scenę z lampionami, na której autentycznie zaniemówiłem z wrażenia. Animacja postaci jest świetna. Miny jakie strzela Roszpunka mnie niejednokrotnie rozbrajały. Polski dubbing jednak bez szału. Jakoś mi do końca nie pasował młody Stuhr, BrzydUla wypadła w moim odczuciu lepiej i całkowicie faceta przyćmiła. Za muzykę odpowiada Alan Menken, także to powinno wystarczyć. Ten czterokrotny zdobywca Oscara to klasa sama w sobie. 

Nam się udało jeszcze załapać na seans w kinie. Jako że trochę czasu upłynęło to pewnie teraz jest to już niemożliwe. Niemniej jednak "Zaplątani" mieli niedawno swoją premierę na DVD i sądzę, że będzie to nie tylko kapitalny prezent dla najmłodszych.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Robin scHoodnij

Zapowiedzi były bardzo obiecujące. Scenariusz do "Nottingham", bo tak miał się ten film na początku nazywać, napisał duet Ethan Reiff i Cyrus Voris. Ich skrypt skupiał się na postaci szeryfa Nottingham, który byłby w nim tym dobrym, próbującym działać na rzecz ludu szlachcicem, Robin Hood (grany przez Christian Bale'a) miał być prawdziwie bezwzględnym łotrem, a Marion - miała zakochać się nieszczęśliwie w obu. Bardzo szybko jednak ta koncepcja upadła i pojawiła się następna, też ciekawa - Robin Hood miał być jednocześnie banitą i podszywać się pod szeryfa. Sam Scott podobno zachwycił się tym pomysłem i ale im bliżej zdjęć tym bardziej odchodzono od tego pomysłu. W momencie kiedy, jako któryś z kolei, Brian Helgeland zabrał się za przerabianie scenariusza wiadomo już było, że będzie po prostu "Robin Hood", a po rozdwojeniu jaźni i trudnych wyborach głównego bohatera nie będzie śladu. Co ciekawe, już podczas kręcenia zatrudniono kolejnego scenarzystę do przerabiania tekstu. Chodziły plotki, że scenariusz do najnowszego filmu Ridley'a Scotta jest jednym z najkosztowniejszych, a szeryf - postać, która była katalizatorem tej produkcji, która miała być najważniejsza, praktycznie wyleciał z historii.

Oczywiście wszystkie te rewelacje od początku wróżyły, że nie będzie to udany film. Wiedziałem, że osoba reżysera może coś uratuje, ale wydawało mi się, że każda zmiana scenarzysty to obniżanie poprzeczki, już nie mówiąc o zniknięciu spójności. No i fakt, że w roli Robina trzeba będzie oglądać wieprzkowatego Russella Crowe'a, nie nastrajał pozytywnie. Ale mimo tych obiekcji odważyłem się pójść do kina. I nie podobało mi się.

Sama historia z początku wydawałaby się nawet ciekawa, chociaż to znowu schemat "od zera do bohatera". Zaczyna się od bitwy, w której ginie Król Ryszard Lwie Serce. Robin-Crowe, zwykły łucznik podszywa się pod szlachcica - prawdziwego Robina z Loxley, któremu przychodzi zginąć w zasadzce. Jak fałszywy dziedzic Loxley'ów oddaje Janowi koronę po bracie i trafia na zubożałe włościa, gdzie rządzi jego żona - Marion. Zachęcony przez Loxleya Seniora zastanawia się nad moszczeniem sobie tam gniazdka i udawaniem przykładnego męża, ale pojawiają się dwa problemy. Zarządzona przez Króla Jana podwyżka podatków, które miałby być ściągane przez jego nowego namiestnika Godfrey'a siłą i działający z rozkazu francuskiego Króla Filip ten sam Godfrey, który przyszykowuje teren na atak francuskich wojsk.


Mamy świetny obraz średniowiecza. Brud pod paznokciami, idealne stroje z epoki, kozie bobki wzdłuż drogi. Jest kilka potyczek, ładne krajobrazy... i dwie duże, realistyczne bitwy. Czego brakuje to polotu. Ten film oglądało mi się gorzej niż rekonstrukcje z programów puszczanych w Discovery. Jest po prostu nudny. Twórcom nie udało się wzbudzić mojej sympatii do bohatera. Któregokolwiek. Nie ma momentu, w którym pomyślałem sobie: "Fajny ten Robin i jego kompania". Wcześniejsze historyczno-wojenne produkcje Scotta ("Gladiator", "Królestwo niebieskie"), może i też nie były doskonałe, miały swoje wady, ale człowiek nie mógł się oderwać od ekranu, potrafiły zainteresować - podobały mi się o wiele bardziej. Tak jak wspomniałem, realizm poraża. Ale co z tego? Ostatnia bitwa w filmie - wielkie lądowanie wojsk francuskich, ostrzał z klifu, szarża konnicy i w końcu wielka masakra... a wszystko to po prostu nudne. I zamiast się ekscytować ziewałem i wierciłem się, wyczekując wreszcie końca tego przydługiego filmu.

Nie jest to na pewno drugi "Gladiator", którym film był już okrzyknięty na etapie pierwszych klapsów na planie. Nie jest to też film przygodowy - w którym to gatunku osobiście upatruje Robina. Bo Scott zrobił film, w którym spokojnie mógł nie występować Robin Hood, a głównym bohaterem równie dobrze mógłby być Maćko z Bogdańca. Wiele razy słyszałem hasła w stylu "origin" albo "Robin Hood: Początek", ale mnie to nie przekonuje. Przybrano legendę w historyczno-polityczny płaszczyk, nałożono na to czapę patosu i tym samy pozbyto się faktora rozrywkowego. Gdzie rabowanie? Gdzie potyczki w lesie i walka z szeryfem? Kogo to całe pieprzenie obrażonych feudałów obchodziło? Rozejrzałem się po sali i chyba wszyscy równocześnie na tym ziewali.

Ale największym moim zarzutem jest Crowe. Przyznaję, rodzące się między nim, a Marion uczucie, wyglądało autentyczne. Czuć było magnetyzm, iskrzenie, ale poza tym... niestety. To fatalny Robin. Pomijam całkowicie kwestię wieku i akcentu. Był mało charyzmatyczny i zwyczajnie mdły. Imponuje może krzepą, ale nie ma za grosz uroku, brakuje mu zawadiackiego uśmiechu i co przykre - stroni od łuku (ile w końcu razy sobie postrzelał? Trzy?). Reszcie obsady nie mam nic do zarzucenia, chociaż Mark Strong powoli zaczyna mi się przejadać w rolach czarnych charakterów, a Danny Huston wypada coraz śmieszniej w swoich epizodycznych rólkach. Co do reżysera... Scott sobie u mnie tym filmem nagrabił, bo jego wersja "Robin Hooda" jest taka... klockowata..., jak aktor który gra tytułową rolę.

środa, 14 lipca 2010

Lecą smoki pod obłoki

W dzień w którym, dzieciaki odbierały świadectwa szkolne, ja miałem to szczęście, że siedziałem w kinie na "Jak wytresować smoka". Tylko dzięki Bree, która znalazła jeden, jedyny, poranny seans, nie ominęła mnie wielka przyjemność obcowania z tym filmem na dużym ekranie. A było jak najbardziej warto, bo ta animacja, obok "Wyspy tajemnic", to na tą chwilę najwyżej przeze mnie oceniana, tegoroczna produkcja. I nie sądzę, że nawet letnia ofensywa zabawek Pixara zagrozi jej pozycji.

Historia z gatunku tych "od zera do bohatera". Mamy osadę dzielnych wikingów, którzy od pokoleń walczą zaciekle ze smokami. Wioskowy ciamajda - Czkawka, próbuje ze wszystkich sił zdobyć akceptację pobratyńców i ojca, który tak się składa, że jest ich przywódcą. Im bardziej próbuje walczyć tym więcej nieszczęścia sprowadza. Podczas jednego z gadzich ataków udaje mu się zestrzelić smoka, którego do tej pory, nikt nie ubił, a nawet widział - Nocną Furię. I zamiast uwięzioną bestię ukatrupić, zaprzyjaźnia się z nią. Oczywiście robi to w sekrecie przed wszystkimi, i oczywiście tego sekretu utrzymać się w tajemnicy nie udaje. Fakt, że Czkawka ujeżdża smoka nie zostaje przyjęty przez wikingów z entuzjazmem. Oskarżają go o zdradę, a smok na którym latał zostaje prymitywnym GPSem, który ma doprowadzić do wojowników do smoczego legowiska. A tam oczywiście czeka, nic innego jak zagłada całego wojskowego kontyngentu. Jak to się wszystko kończy łatwo się domyślić. Oferma ratuje wszystkich (wraz z grupką dzieciaków, które wcześniej jeździły na nim jak na szmacie), udaje mu się pojednać z ojcem i na dodatek zdobywa dziewczynę. Także można powiedzieć, że standardzik. I chociaż to wszystko gdzieś już się oglądało, to "Jak wytresować smoka" nie cierpi z tego powodu, bo...


Cały czas coś się dzieje, nie ma żadnej zmarnowanej sceny. Od pierwszych minut nie ma chwili żeby się nudzić. Sporo jest również humoru i to nie tylko słownego. Postaci są cholernie mordziaste i przy tym mimicznie, także niejednokrotnie chichotałem sobie pod nosem patrząc na gęby średniowiecznych zakapiorów. Sama Nocna Furia, ochrzczona przez Czkawkę Szczerbatkiem, jest smoczą wersją wielkiego kota. Ruchy ciała, nerwowe spojrzenia czy sceny takiej zwierzęcej zazdrości wyszły animatorom genialnie. Wybija się ona zdecydowanie na prowadzenie, zostawiając resztę smoczych gatunków daleko w tyle. Te stylizowany na świnkę, kozła czy kozła, wydawały mi się ciut za bardzo udziwnione, a jednocześnie zupełnie nieciekawe. Prawdziwą perełką tego filmu są olśniewające sceny lotów. Chwytające za serce i wyglądające wprost bajkowo. Niemałym zaskoczeniem było dla mnie to, że przebiły te z "Avatara" (chociaż momentami krajobrazy dalekiej północy przypominały do złudzenia Pandorę). Z animacji, które miałem okazje oglądać w 3D smoki wypadły najlepiej. Dreamworks wyciągnął z naprawdę sporo z tej technologii. Krajobrazy, sceny walk czy wspomniane loty są wyborne.

I tak niespodziewanie "Jak wytresować smoka", na które o mały włos w ogóle bym nie poszedł, trafia do moich ulubionych filmów animowanych. Trochę smuci, że film mimo pozytywnych recenzji i wysokich ocen przeszedł troszkę u nas niezauważony (chociaż okazał się największym sukcesem finansowym wśród animacji Dreamworks). Z osób które znam, oprócz Kamili i mnie, do kina trafił tylko mój chrześniak z kumą. A szkoda, bo film: po pierwsze mocno działający na wyobraźnię (bardziej niż te wszystkie animacje z futerkowcami), po drugie budzi w dorosłym dziecko (a przynajmniej we mnie obudził). Tym co lubią animacje, a ominęli kino obowiązkowe "Żałujcie!"

piątek, 4 czerwca 2010

Trochę Alladyna, trochę Prince of Persia

Na "Księcia Persji: Piaski Czasu" nawet specjalnie nie czekałem. Jak zresztą na większość tegorocznych blockbusterów. Grę przeszedłem kilka razy. Uważam, że jest to jedna z najlepszych produkcji zręcznościowo-przygodowych wszech czasów. Zawsze wracam do niej z taką samą przyjemnością i chęcią, i to powinno wystarczyć, żeby mnie nakręcić na najnowszy film Mike'a Newella. W przeszłości niestety, już mnie wystarczająco dużo ekranizacji gier nauczyło, żeby nie napalać się na żadną następną. Ładne obrazki i sprawny trailer ma w tej chwili prawie każda wysokobudżetowa produkcja, więc to nie argument. Pozytywne recenzje i entuzjastyczne głosy zza oceanu już bardziej, ale pewnie gdyby nie propozycja Rycha, to skończyłoby się na tym, że film obejrzałbym na ekranie monitora. Także już na wstępie chciałbym mu podziękować, za to że mnie do kina wyciągnął. Bo "Książę Persji: Piaski Czasu" jest cholernie przyjemnym filmem i bawiłem się świetnie.

Z fabułą uciekli od gry najdalej jak się tylko dało, pozostawiając tylko kilka wspólnych elementów: księcia, księżniczkę, sztylet, klepsydrę i tytułowy piasek czasu dzięki któremu można cofać czas. Nie ma co się dziwić, bo przecież gra oferowała historię bardzo szczątkową, raczej bez sensu byłoby ja przenosić do filmu. I myślę, że scenarzyści wyszli z tego obronną ręką. Zamiast opuszczonego zamku, nieskończonych walk, ciągłego skakania i rozwiązywania akrobatyczno-czasowych zagadek dostaliśmy niezłą intrygę, która mimo iż z początku lekko chaotyczna, przypominająca inną disnejowską produkcję (animowanego "Aladyna") to ostatecznie wypadła bardzo dobrze. Nie chcę się w nią specjalnie zagłębiać i spoilerować, tym co jeszcze nie oglądali. Jednym zdaniem: mamy księcia Dastana, który zostaje wrobiony w morderstwo i wraz z Taminą, księżniczką z miasta, które zdobył musi uratować świat i oczyścić swoje imię. Jest zdrada, jest miłość, są pościgi, walki, zasadzki i karkołomny plan pokonania łotra, stojącego za wszystkim. Są oczywiście podróże, częste zmiany lokacji, orientalne miasta i przepiękne widoki. Także jest to bardzo typowe kino przygodowe, ze wszystkim znamiennymi dla tego gatunku elementami.

Co się ostatnio bardzo rzadko zdarza, nie ma w "Księciu Persji" ani jednej rzeczy na którą chciałbym ponarzekać. Wszystko co dodali wyszło produkcji na zdrowie. Komediowe hasła Szejka Amara, zresztą jak sama postać, są śmieszne, i chociaż sam pomysł podatkowego raju z główną atrakcją, którą ma być wyścig strusiów, wydaje się głupi, to autentycznie się z tego śmiałem. Chociaż to pewnie dlatego, że Kamila mi ostatnio powiedziała, że takie jeżdżenie na strusiu to tylko w kreskówkach... a tu proszę, w filmie też się trafia. Element grozy w postaci zakonu asasynów okazał się strzałem w dziesiątkę i godnie zastąpił hordy zmienionych przez piasek, demonicznych gwardzistów, z którymi w grze trzeba było wiecznie krzyżować miecze. To co natomiast żywcem wyciągnęli z gry, czyli akrobatyczne popisy Dastana, wypadają naprawdę dobrze. Parkour po starożytnym mieście, wspinaczki po murach, pełne sprytu i zwinności pojedynki... wszystko to oglądałem z prawdziwym bananem na twarzy. Widać, że przyłożyli się w tym miejscu, by jak najlepiej oddać ducha gry. Nawet postarali się skopiować pewne charakterystyczne ruchy i ujęcia kamery.


Od strony wizualnej film jest bardziej niż przyjemny. Dekoracje, wnętrza, stroje wyglądają pięknie. Bogate, cieszące oczy swoją misternością i egzotyką. Pejzaże trochę mniej, bo przecież głównym motywem jest tam pustynia, ale już taka panorama miasta, czy w nocy, czy w dzień, zapiera dech w piersiach. Bardzo dobrym wyborem okazała się Gemma Arterton na pyskatą, krnąbrną i zaradną księżniczkę Taminę. Też ciężko wzrok oderwać. I nie chodzi tylko o to, że dziewczyna jest ładna i atrakcyjna, ale głównie o to, że czuć w tej postaci pewność siebie i charyzmę. Każdą scenę kradła swoim wdziękiem (co ciekawe, ta aktorka mignęła mi wcześniej w innych produkcjach i niczym specjalnym się nie wyróżniła - no może poza fatalnym strojem w "007 Quantum of Solace "). Trochę słabiej wypada książę Dastan. Jake'owi Gyllenhaalowi trafił się sympatyczny bohater i chyba trochę za poczciwy. Nie jest oczywiście ciapowaty, ale brakowało mi tu trochę pazura... lekkiego draństwa jakie widać chociażby u Jacka Sparrowa. Reszta obsady wypadła bardzo okej. Ben Kingsley odpokutował tutaj nawet w moich oczach, te kilka wpadek, które zaliczył ostatnimi laty. A jeszcze słowo o muzyce. O ile kawałek śpiewany przez Alanis Morrisette nie przypadł mi do gustu - piosenki do filmów od lat mi nie podchodzą - o tyle ścieżka skomponowana przez Harry'ego Gregsona-Williamsa jest bardzo dobra. I w filmie, i poza nim słucha się jej świetnie. Oddaje idealnie klimat, napięcie, akcję - dla mnie bomba. W moim odczuciu Harry skomponował chyba tylko jedną lepszą rzecz - muzykę do "Sindbada: Legendy siedmiu mórz".


"Książę Persji: Piaski Czasu" podobały mi się bardzo i pewnie jeszcze nie raz sobie go obejrzę (tak jak nie raz odpalę jeszcze grę, chociaż znam ją już doskonale). Chyba porównywalnie dobrze bawiłem się na pierwszych "Piratach z Karaibów"... i szczerze mówiąc, nie sądziłem, że jeszcze na czymś będę się bawił równie fajnie. Byłbym w siódmym niebie, gdyby producenci zdecydowali się na kręcenie trylogii. Albo nawet tetralogii! - przecież "Zapomniane piaski" już za chwilę.

czwartek, 19 listopada 2009

Odlotowo. Balonowo!

Mimo, iż w grudniu zeszłego roku, zarzekałem się, że będę częstym gościem na seansach 3D, z wybraniem się na kolejny w tej technologii czekałem 11 miesięcy. Jakoś się do tej pory nie złożyło, chociaż kino kusiło. A to morderstwa w Walentynki, a to ekranizacja książki Neila Gaimana, a to oszukiwanie przeznaczenia po raz czwarty. I nic mnie jakoś ostatecznie nie przyciągnęło. Dopiero najnowsza produkcja Pixar Animation Studios była czymś co miałem szczerą ochotę obejrzeć w podwójnych okularach. No i niestety. O ile na "Piorunie" zachwyciłem się 3D o tyle teraz mój entuzjazm wyraźnie osłabł. Co nie znaczy, że animacja była zła.


Bo "Odlot" jest świetny. Już swoim poprzednim filmem Pixar pokazał, że nie boi się zrobić czegoś bardziej dojrzałego, że chce sprzedawać widzowi trochę inne historię niż te do których przyzwyczaiły nas tabuny futrzaków. Także i tym razem również wychodzi przed szereg. Bohaterem uczynił starca. Nie podskakującego, dziarskiego faceta z brodą jakim był Merlin w "Mieczu w kamieniu", ale upartego, zgorzkniałego dziadka, który musi podpierać się laską i jest głuchy jak pień bez aparatu w uchu. Wydawać by się mogło, że strzelili sobie tym samym w kolano i nawet spece od marketingu z Disney'a kręcili nosami i wróżyli porażkę. A jednak się udało! Ludzie poszli do kina i oszałamiająca ilość się w filmie zakochała. Co mnie urzekło to pierwsze 20 minut. To jedna z najlepiej opowiedzianych historii miłości jakie udało się pokazać w filmie animowanym. Wzruszająca i zadziwiająco normalna. Bez heroicznych wyczynów i burzliwych dziejów. Prawdziwa, ciepła i w pewien sposób kojąca. "Odlot" to jeden z tych filmów, na premierę którego mocno czekałem. Czytałem recenzje, słuchałem podcastu i wiedziałem co mnie czeka. Byłem przygotowany na chwytające za serce sceny, ale gdzieś w głębi siebie, sądziłem że ludzie trochę przesadzają, że na pewno nie będę płakać na początku filmu. Czasy "Króla Lwa" bezpowrotnie minęły, ale i tak, w scenie gdzie Carl zostaje sam, nie udało mi się opanować wzruszenia. Dobrze, że Kamila miała naszykowaną paczkę chusteczek.


Dalej film robi się już zdecydowanie bardziej zabawny i mimo, że utrzymany jest w lżejszym klimacie, to chwilami dalej jest strasznie nostalgiczny. Jak raczej nie płaczę na filmach, to tutaj broda zatrzęsła mi się jeszcze ze dwa razy. Ale wróćmy do humoru. Pojawia się gruby, gadatliwy harcerz Russell, źródło kilka naprawdę śmiesznych gagów, a później dołącza do niego ptaszysko Stefan i gadający pies As. Zwierzęta były niewyczerpanym źródłem mojego rechotu. Stefan rozśmiesza przede wszystkim swoją ptasią... mimiką. Czasami wystarczył u niego jeden ruch głowy, mrugnięcie okiem czy podniesienie nogi, by wywołać u mnie atak śmiechu. As natomiast rozkłada na łopatki swoim psim, szczerym, prostolinijnym myśleniem. Pixarowi udało się coś podobnego z mewami w "Gdzie jest Nemo?", tyle że As i tak bije je wszystkie na głowę, a do tego ma jeszcze ze sobą całą zgraję innych, gadatliwych czworonogów. Sporą zasługę ma w tym bardzo dobry poziom dubbingu. Cezary Pazura jako gadający pies jest bezbłędny i chyba tą kreację stawiam na równi z jego Sidem Leniwcem. Kacper Cybiński podkładający głos pod Russella również wypadł świetnie i aż miło, że w końcu Polacy poszli po rozum do głowy i dzieciom przestały użyczać głosu kobiety.

Animacja była świetna, chociaż nie był to już taki zachwyt jak w przypadku "WALL.E-ego" czy "Ratatuj". Postaci, jak postaci. Nie jestem wielkim miłośnikiem pixarowskich modeli. Zdecydowanie lepiej wychodzą im zwierzęta, potwory, zabawki i roboty. Ale przymknijmy na to oko. Świetnie prezentowała się dżungla, dom podczepiony do tysięcy baloników wyglądał bajecznie, ale przez okulary nie mogłem się cieszyć intensywnymi kolorami, którymi tak bardzo kusił trailer. Wszystko było przygaszone. Na dodatek przy scenach akcji miałem wrażenie, że obraz się rozmywa. "Odlot" był praktycznie pozbawiony efektów 3D. Była głębia, fajnie, że widoczki nią olśniewały, ale nie stwierdziłem chyba ani jednego, takiego robionego typowo pod 3D zabiegu. Nic nie leciało, ani nie wybiegało z ekranu, nie było wybuchu od którego trzeba było się uchylić. Sama zapowiedź "Opowieści wigilijnej" była bogatsza pod tym względem od produkcji Pixara, chociaż tak ciemna, że momentami gówno było widać. Po wyjściu z kina, trochę żałowaliśmy, że nie poszliśmy na zwykły, klasyczny seans.

"Odlot" jest jak dla mnie wielce udanym filmem. Z sali wychodziłem z uśmiechem od ucha do ucha. Był zabawny, ciepły, grający na uczuciach i o dziwo pełen akcji. Naprawdę nic nie zapowiadało, że będzie to kino przygodowe, a takie właśnie jest. Może nie Indiana Jones, ale sporo tam pościgów, latania, skradania się i nawet jest walka na miecze. Zaskakujące biorąc pod uwagę to, jak się film zaczyna i fakt, że bohaterami są Azjata z dużą nadwagą i staruszek, który do tej ledwo chodzi.


Przed właściwym filmem oczywiście Pixar wrzuca krótkometrażówkę. Czasami się zdarza, że są one śmieszniejsze niż to na co się tak naprawdę przyszło. Na szczęście tym razem była to tylko wisienka na przepysznym torcie! "Partly Cloudy" - short o chmurze, która robi dzieci i wiernym bocianie, który te dzieci dostarcza przyszłym rodzicom, nie zawodzi. Jest świetnie od strony wizualnej, a co najważniejsze, można pokładać się ze śmiechu. Niby banalny pomysł, ale podano to w sposób bezbłędny. Strasznie pocieszne to. Jak ktoś nie widział, to można pewnie znaleźć na YouTubie. Po prostu miodzio!

środa, 31 grudnia 2008

Szybszy niż błyskawica

Rzutem na taśmę, w ostatni dzień roku o ostatnim filmie jaki miałem przyjemność obejrzeć w tym roku w kinie. "Piorun" - najnowsza, komputerowa animacja Disney'a. Trailer widziałem już w sierpniu, leciał przed "Kung Fu Pandą" i jakoś wtedy nie wywołał u mnie entuzjazmu. Kolejny film o zagubionym zwierzątku, które podróżuje w towarzystwie innego zwierzątka. Futrzaki, rybki i owady mi się z lekka przejadły, ale na film pojechałem ze względu na 3D i kurde nie żałuję, bo było super.

Piorun to psi aktor. Gra superpsa w niezwykle popularnym serialu akcji i jest święcie przekonany, że super moce którymi tam dysponuje są prawdziwe. Cała produkcja jest robiona pod Pioruna, każdy robi wszystko, żeby pies nie zorientował się, że to mistyfikacja. Gdy przypadkowo trafia do Nowego Jorku dochodzi do bolesnego kontaktu z rzeczywistością. Dowiaduje się co to ból, głód i że super szczek nie robi na nikim najmniejszego wrażenia. Pewien, że moce wrócą rusza w wielce niebezpieczną podróż do Hollywood, by uratować swoją właścicielkę Penny. W wyprawę wciąga wiecznie narzekającą kotkę Marlenę, którą bierze za szpiega swojego największego wroga. Przyłącza się do nich również chomik Atylla - fanatyczny maniak Pioruna. Masa przygód, kupa śmiechu i niesamowicie duży faktor rozrywkowy. Piorun nie potrafi ani chwili usiedzieć w miejscu i ciągle pakuje się w tarapaty. Włamuje się do schroniska dla zwierząt, a zeskakuje na wagon pędzącego pociągu lub pędzi ratować swoją młodą panią z płonącego hangaru. Po prostu czysta komedia akcji. A otwierająca scena pościgu, pełna strzelania i wybuchów wygląda jak wyciągnięta z filmów Bonda. Zresztą muzykę zrobił John Powell, więc dostajemy coś dynamicznego, na miarę kilku kawałków z trylogii Bourne'a.

Najważniejszą dla mnie zaletą był obraz! Pierwszy raz wybrałem się na film w 3D i zakochałem się. Animacja jest naprawdę dobra, chociaż to raczej standard - zresztą Disney nie wypuściłby czegoś niedorobionego. Zwierzątka wyglądają ładnie, fajnie prezentują się tła i efekty. Jednak to, że ten film robi wrażenie, to w dużej mierze zasługa technologii 3D. Różnica jest diametralna i nawet nie potrafię ubrać w słowa mojego zachwytu. Wszystko nabiera kształtu i wyrazu, nawet pieprzony dym wydaje się prawdziwy. Podejrzewam, że ocena byłaby niższa, gdybym oglądał go w zwyczajnym kinie. Mimo iż technologia ma kilka wad (np. okulary zakładane na okulary, lekko migający i momentami okropnie ciemny obraz) to jestem pewny, że będę częstym gościem na trójwymiarowych seansach.

Drugim czynnikiem, który działa na korzyść filmu jest humor. "Piorun" po prostu rozkłada na łopatki. Po pierwsze chomikiem Atyllą, po drugie dobrym polskim dubbingiem, a po trzecie zdubbingowanym chomikiem Atyllą. Tomasz Karolak który podkłada głos gryzoniowi zabija tekstami z "Pana Wołodyjowskiego" zmiksowanymi z takimi z reklam i seriali. Świetnie wypada również Sonia Bohosiewicz jako cyniczna i sarkastyczna Marlena i cholernie śmieszne stadka miejskich gołębi. Po za tym jest kilka naprawdę zabawnych patentów: pozbawiający mocy różowy styropian czy kula w której porusza się chomik.
Bawiłem się świetnie, z czystym sumieniem polecam. Szczególnie w kinie w 3D - może jeszcze grają, więc można sobie zafundować podwójny pokaz z "Madagaskarem 2".

niedziela, 17 sierpnia 2008

Wielka draka w chińskiej... wiosce

Każdy fan filmów akcji (ba! zaryzykuję stwierdzenie, że każdy fan kina jako takiego) musiał zetknąć się z tzw. kinem kopanym. Czy to za sprawą klasycznych filmów Jackiego Chana i Bruce’a Lee, czy to dzięki "Matrixowi" i kilku ostatnim filmom Bessona. Filmy o sztukach walki (i ze sztukami walki) dostawaliśmy w przeróżnych odmianach i kombinacjach. Były walczące dzieci, nastolatki, karatecy, ninja, kickbokserzy, amerykańscy ninja, wielcy biali ninja i pewnie ninja-zombie również. Wyodrębnił się nawet gatunek, gdzie walczy się w powietrzu lub biegając po drzewach. Jak do tej pory w kinie zachodnim nie mieliśmy jeszcze połączenia zwierząt i sztuki kung fu (poza nielicznymi serialowymi wyjątkami takimi jak "Hong Kong Phooey"). DreamWorks Animation wyczuło lukę i stworzyło ku uciesze tysięcy fantastyczną kopaną animację ze zwierzątkami w roli głównej – "Kung Fu Pandę".

Dla mniej domyślnych wyjaśniam, że głównym bohaterem jest panda, któremu na imię Po, i który prowadzi wraz z ojcem kaczką knajpę serwującą kluski. Po nie potrafi walczyć, ale orientuje się w sztukach walki całkiem nieźle i marzy, o tym by zostać niepokonanym wojownikiem. Przypadek sprawia, że zostaje wybrany Smoczym Wojownikiem i ma powstrzymać potężnego Tai Lung – śnieżną panterę, który właśnie ma uciec z więzienia. Jak to z podobnymi schematami bywa, Po musi przekonać do siebie mistrza i piątkę jego uczniów, których wcześniej był oddanym fanem. Musi przejść ciężki trening i przełamać strach, by na końcu spełnić przepowiednie, stać się tym wybranym wojownikiem z przepowiedni i zwyciężyć groźnego przeciwnika.

Konwencja od zera do bohatera jest dość schematyczna, więc i w tym przypadku nie można mówić o specjalnej oryginalności. Jest to po prostu fantastycznie podane i mimo iż prawdopodobieństwo, że widziało się coś podobnego w wersji aktorskiej jest wysokie, "Kung Fu Pandę" ogląda się bardzo dobrze. Walki są ciekawe, dopracowane i zróżnicowane. Jak w porządnym kinie akcji mamy zwolnienia i zatrzymanie czasu, ruchomą kamerę i ciekawe ujęcia. Raz jest to potyczka z dziesiątkami nosorożców w walącym się więzieniu, innym walka mistrzów na linowym moście, albo pojedynek o kluseczkę. Poza tym jest bardzo zabawnie, chociaż ja na szczęście śmiałem się w zupełnie innych momentach, niż pięciolatka siedząca za mną. Gag goni gag, a fenomenalna mimika Po, Małpy, Modliszki, czy mistrza Shifu potrafi rozłożyć na łopatki i jak sądzę każdy znajdzie coś co go mniej lub bardziej rozbawi.
Wizualnie ten film prezentuje się fantastycznie. Efekty świetlne, woda jaki i również włoski z futra wyglądają bardzo fajnie, a wszystko jest utrzymane w bardzo przyjemnej, stonowanej kolorystyce. Dominuje oczywiście chiński folklor, chińskie żarcie i chińskie zwierzątka (dla tych którzy nie załapali Shifu to panda mała). Na uwagę i osobne zdanie pochwały zasługuje sama czołówka, będąca snem Po i stanowiąca taką małą, osobną historyjkę. Ją oraz napisy końcowe zrobiono to za pomocą tradycyjnej animacji. Mnie kojarzyły się z "Afro Samurajem", Kamili z "Pataponem", a ma to przypominać chiński teatr cieni. Wygląda wręcz wybornie.

Jeżeli chodzi o miodność to wśród animacji DreamWorks "Kung Fu Panda" jest według mnie zdecydowanie najlepsza. Wygrała ze "Shrekiem", który jakoś tą swoją baśniowością tak do końca do mnie nie trafia, a Panda składa hołd kinu które jest mi zdecydowanie bliższe. No i chyba przypadło mi to tak do gustu, bo przypomina Usagiego Yojimbo. Też są króliki i świnki, nawet podobne do tych rysowanych przez Stana Sakai'ego. Boleję tylko nad jedną rzeczą, mianowicie nad polskim dubbingiem. Oczywiście nie był zły, bo przecież sztukę dubbingowania opanowaną mamy do perfekcji. Po prostu aż chce się usłyszeć Po gadającego głosem Jacka Blacka, Jolie jako Tygrysicę, Setha Rogena w ciele Modliszki i tych kilka fraz wypowiedzianych przez Jackiego Chana w roli małpiego mistrza. Trzeba będzie poczekać te kilka miesięcy aż wyjdzie DVD i Tai Lung przemówi głosem Iana McShane’a. Film grają już w niewielu kinach, więc jeżeli ktoś jeszcze nie widział niech pędzi, bo to przyjemna rozrywka i warto wydać te kilkanaście (albo jak w przypadku pabianickiego kina dziesięć) złotych.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Indiana, bat i fedora

Z okazji Dnia Dziecka moja mama sprezentowała sobie, Kamili i mnie seans filmowy. Atrakcji było co nie miara, bo oprócz kina parkowałem pierwszy raz w garażu podziemnym. Fantastyczna sceneria, nic tylko zacząć się z kimś strzelać. Wybraliśmy się na film, dzięki któremu mieliśmy poczuć się jak dzieci (albo chociaż trochę młodziej), więc wybór był oczywisty – "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki". Przyznaję się, nie jestem wielkim fanem Indiany. Oglądałem to co chyba każdy miłośnik kina, czyli trylogię, która w dwóch trzecich jest wyśmienita, ale nad postacią dr Jonesa nie zatrzymywałem się dłużej niż na długość filmu. Jestem jednak w stanie zrozumieć fenomen tej serii i miłość jaką ludzie darzą archeologa-awanturnika. Może o odczuciach co do całości napiszę później, teraz wypowiem się na temat ostatniego tworu kooperacji Spielberg/Lucas.
"Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" to dobry film. Bawiłem się na nim świetnie, a chyba o to głównie chodzi w kinie rozrywkowym. Czytając jednak opinie i komentarze dochodzę do wniosku, że ludzie chyba zapomnieli, że chodzi o zabawę i skupili się na porównywaniu go ze starszymi częściami. Jest to nieuniknione, ale nie powinno się tego filmu oceniać tylko z perspektywy poprzedników. Sam wyszedłem z kina z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony miałem względem niego bardzo wysokie wymagania, z drugiej chciałem dostać dobry film przygodowy z masą akcji i bicia po gębach. Właśnie te wymagania mogą spowodować zawód, bo ludzie spodziewają się otrzymać film w stylu tych z lat 80tych, a otrzymują coś zgoła innego. Ja się trochę na to złapałem. Jeżeli chodzi o faktor rozrywkowy "Królestwo Kryształowej Czaszki" jest nim wypełnione po brzegi i każdy kto szykuje się na dobry film akcji to otrzyma.
Nowy Indiana Jones to galopująca akcja i wiele zapadających w pamięć obrazów. Indiana biegający z biczem po magazynie, Indiana i atomowy grzyb, pościg na motocyklu, bójka w kawiarni, poszukiwania na cmentarzu, pościg przez dżunglę czy chociażby potrójny wodospad. Takich scen było dużo i sądzę, że stanowią one esencję filmu. Sporo tu wyczynów kaskaderskich i bardzo przyjemnych efektów specjalnych. Wykorzystano w bardzo dobry sposób CGI i muszę przyznać, że Spielberg mnie tutaj zaskoczył bardzo pozytywnie. Spodziewałem się, że przesadzi i że będę musiał obcować z czymś na kształt nowej trylogii "Gwiezdnych Wojen", a pod tym względem "Królestwo Kryształowej Czaszki" nie wybija się specjalnie spośród obecnie kręconych filmów. Nie obyło się bez tradycyjnego mordobicia i nawet nie zmieniono odgłosu ciosów. Wymachujący pięściami na prawo i lewo archeolog cieszy oko. Znanych i lubianych motywów jest więcej, począwszy od delikatnych nawiązań w szczegółach (Arka Przymierza w magazynie w Strefie 51) i dialogach (rozmowy Mutta i Indiany przypominają te, które prowadził Indiana ze swoim ojcem) na doskonale znanych motywach skończywszy (jak chociażby scena gdzie wychodzą z grobowców z czaszką prost pod lufy komunistów). Jeżeli chodzi o poziom miodności to muszę przyznać, że nowy Indiana stoi wysoko wśród odgrzewanych hiciorów, jednak ma swoje wady obok których nie mogę przejść spokojnie.
Tak jak wcześniej dostajemy bardzo zabawny film, ale nie udało się niestety uniknąć głupkowatości. Oprócz fantastycznych haseł, którymi główny bohater uwielbia rzucić co jakiś czas, jest naprawdę dużo gagów. Niektóre są bardzo śmieszne, inne już mniej i pod tym względem przypomina nieszczęsną "Świątynie Zagłady", chociaż na szczęście do jej poziomu mu daleko. Są sceny, które wydają się niepotrzebne i zwyczajnie psują całość. Sceny, gdzie Mutt śmiga na lianach z małpami czy sposób w jaki ratuje bohaterów z ruchomych piasków po prostu były idiotyczne. Kolejny motyw to uczucie Indiego i Marion, które wydaje mi się jednym wielkim nieporozumieniem. Strasznie to spotkanie po latach przebiegło sztucznie i wydawało mi się motywem wepchniętym na siłę. I dlaczego ten ślub? Największym jednak zgrzytem jest dla mnie zakończenie. Finału można się spodziewać w zasadzie od samego początku i wątpię żeby kogoś zaskoczył. Rozwiązanie jak dla mnie, było przebajerzone i za bardzo spektakularne. Piszę to jak najbardziej serio. Lucas ze Spielbergiem rzucili nie tylko latający spodek, wielki wir, przejście do innego wymiaru i poskładanego z trzynastu szkieletów obcego, ale dorzucili do tego zawsze obecne trzęsienie ziemi (jeżeli ktoś woli to nazwać można je wstrząsami), rozpadnięcie się świątyni i na koniec jeszcze wielki potop. Dla mnie było tego za dużo i popsuło mi to obraz całości. Zdecydowanie bardziej cenie sobie klimatyczne poszukiwania na cmentarzu, gdzie pojedynkowali się z dwoma skocznymi cherlakami, niż międzygalaktyczny młyn.
Obsada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Harrison Ford nadal prezentuje się fantastycznie, Shia LaBeouf mimo iż w porównaniu z innymi "pomocnikami" Indiego (Sean Connery, Denholm Elliott, John Rhys-Davies) wypada cienko, to jego postać jest zabawna, zapewnia rozrywkę i z pewnością pozytywnie wpływa na film. Czarny charakter, Irina Spalko o dziwo mi się podobała, a muszę zaznaczyć, że nie lubię Cate Blanchett i byłem bardzo rozczarowany faktem, iż wybrano ją na głównego przeciwnika. Trochę szkoda, że nie próbowała uwieść Indiany, bo byłaby to z pewnością scena warta zapamiętania.
Podsumowując, "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" warto obejrzeć i sądzę, że warto to zrobić w kinie. Jest jak sądzę fantastyczną kontynuacją i zapewnia dwie godziny godziwej rozrywki, ale oglądając go nie ma tego uczucia nostalgii, które towarzyszy przy poprzednich częściach. Ten film ma wszystko za co można go pokochać, ale również sporo za co można go znienawidzić. Tyle, że jeżeli skupi się na wymienianiu tych wad, nie powinno się stracić obrazu całości. To film przygodowy i jak wiele osób podkreśla, obowiązkowe przymrużenie jest wpisane w ten gatunek. Produkcja rozrywkowa ma dostarczyć rozrywki i "Królestwo Kryształowej Czaszki" robi to w 100%.
"Indiana Jones" to jak sądzę jedna z najbardziej rozdmuchanych serii filmowych. Z pewnością ustępuje "Gwiezdnym Wojnom", ale im dłużej się zastanawiam to dochodzę do wniosku, że ma na pewno miejsce drugie. Indy ma oprócz czterech super kasowych filmów kinowych: serial, filmy telewizyjne, gry komputerowe, zabawki i własną serię Lego, komiksy i książki, a do tego setki gadżetów od koszulek i kubków do grających breloków. Niesamowity sukces komercyjny z pewnością zawdzięcza kreacji Forda i duetowi Spielberg/Lucas. Filmy z Indianą nie tylko były pastiszem dla produkcji klasy B, swoistym ukłonem i wyrazem uwielbienia dla biało-czarnych filmów z papierowymi jaskiniami i tanią charakteryzacją. One wyznaczyły nowe standardy dla filmów przygodowych i jak sądzę, przez następne dziesięciolecia w tej materii nie pojawi się nic co mogłoby zaszkodzić ich miejscu na piedestale. Będą nadal wzorowo poprowadzoną fabułą, idealną ilością humoru i kapitalnymi scenami walk, w których zwyczajne okładanie się pięściami rośnie do rangi niezapomnianych pojedynków. Kolejne produkcje będą czerpały z nich garściami. Niestety o ile "Poszukiwacze Zaginionej Arki" i "Ostatnia Krucjata" są fantastyczne, "Królestwo Kryształowej Czaszki" je goni i tylko trochę od nich odstaje, o tyle "Świątynia Zagłady" psuje serię. Lubię w nim cameo Dan Aykroyd i ostatnie 30 minut filmu, głównie ze względu na rewelacyjny pościg wagonikami, ale całość jest raczej niestrawna. Ciągłe pokrzykiwania małego Żółtka i zidiociałej piosenkarki i w kółko serwowane głupkowate żarty, robią z niego autentyczną parodię.
Ostatni film z Henrym Jonesem Jr może nie jest tak wspaniały jak poprzednie i raczej za dwadzieścia lat nie będziemy się nim zachwycać w ten sam sposób w jaki robimy to w przypadków tych produkcji z lat 80tych ubiegłego stulecia. Jednak udało mu się osiągnąć coś, czego nie zrobili jego poprzednicy podczas niedawnego odświeżania sobie serii. Udało mu się mnie zaciekawić w pewnym stopniu do swojego świata i przygód, których nie opowiedziano w filmach. Poczytałem trochę, zaopatrzyłem się w jakieś komiksy i w najbliższym czasie sięgam po "Indiana Jones and the Fate of Atlantis".

czwartek, 13 września 2007

Kupy Marvela

Lubię sobie od czasu do czasu obejrzeć jakiś komiksowy film. Taka odskocznia po godzinach spędzonych przy horrorach. Z takich obrazów z superbohaterami się chyba nie wyrasta. To ponadczasowe postaci. To zagrania, które nigdy się nie nudzą, bo dobro zawsze musi zwyciężyć. To lekka rozrywka, bo kino rodzinne. Nie uświadczy się krwi, seksu, rasistowskich kawałów i zbytnich wulgaryzmów. W jakim wydawnictwie bohaterowie są najciekawsi? Oczywiście w DC! no dobra... żartuję. Wiadomo, że największą i najlepszą wylęgarnią herosów jest Marvel i właśnie o marvelowskich superprodukcjach sobie popiszę.
Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć dwa filmy na podstawie komiksów tego wydawniczego olbrzyma. Tym razem padło na drugą częścią "Fantastycznej Czwórki" i trzecią odsłoną "Spider-Mana".


"F4-2" obejrzeć się da. Oprócz tego, że jest ładnie i efektownie nakręcony, to jest jeszcze Alba, która mimo iż wygląda sztucznie, przyciąga wzrok. Z równą przyjemnością można sobie popatrzeć na Galaktusa - Pożeracza Światów, który wpada na chwilę pod koniec filmu odwiedzić nasz Układ Słoneczny. Poza postacią Susan Storm jest ulubieniec publiczności The Thing (Michael Chiklis), z którego można się pośmiać i elegancki niczym Oskar Srebrny Surfer (grający go Doug Jones chyba uwielbia wskakiwać w wszelkiego rodzaju kostiumy, najlepiej żeby były obcisłe). Efekty komputerowe momentami są naprawdę świetne, widać tu że wykorzystano ten budżet na 130 milionów dolców. Najlepiej wypadającą postacią jest mówiący głosem Fishburna Silver Surfer, a wszelkie zmiany i całe zamieszanie, których dokonuje to cholernie efektowne kino. Jeszcze jednym plusem jest Galaktus, którego dziękować bogom tamtego uniwersum pokazano nie jako gigantycznego robota (coś w stylu Power Rangers), ale jako ogromną i zarazem bardzo brzydką chmurę. Cała reszta jak dla mnie to pomyłka. Gumowe aktorstwo w przypadku Reeda Richardsa i głupkowate żarty Human Torcha, na zmianę z silącą się na grę aktorską Albą i śmiesznymi problemami drużyny związanymi ze ślubem Reeda i Storm. Całość w moim odczuciu nieudolnie poprowadzona, ale film na szczęście nie był przesadnie długi, więc nie zmęczył.


Natomiast "Spider-Man 3" już wymęczył i to cholernie. Po świetnej i totalnie wypasionej drugiej części spodziewałem się, że z trójki Raimi zrobi jakiegoś niesamowitego fajerwerku z Venomem w roli głównej. Liczyłem na taką petardę, która przywali, powali i nie pozwoli mi ochłonąć przynajmniej przez jakiś czas. Zawiodłem się całkowicie. Zamiast Venoma dostałem jakiegoś z choinki wziętego Sandmana (kolesia, któremu w komiksie nie poświęcono pewnie więcej niż ze trzy numery [w "Ultimate Spider-Man", które czytam chyba były aż dwa]). Faceta, może zrobili efektownie, ale charyzmy w nim tyle co w samochodzie, w którym zastrzelił wujka Bena. Postać tego kolesia z piasku wprowadzona dla mnie niepotrzebnie. Kolejnym, niepotrzebnym zabiegiem było ponowne męczenie widza Zielonym Goblinem. A danie główne? Venom? Potraktowany po łebkach. Tutaj totalnie nie wykorzystano potencjału tej postaci. Oprócz tego od zawsze nie pasująca obsada stała się jeszcze bardziej irytująca. Tobey Maguire, z wyglądu cipowaty chłopak wykreował cipowatą postać Parkera. Peter jest taką niedojdą, że aż trudno mi sobie wyobrazić kto mógłby chcieć wyjść za mąż za taką totalną ofiarę losu. Sceny z jego udziałem są chyba najbardziej żałosną komedią tego roku. Zawsze ładną MJ, gra Kirsten Dunst, która nigdy ładna niestety nie była. Mary Jane w trójce oprócz tego, że pozbawiono urody to i również seksapilu, w dodatku jest nudna jak flaki z olejem. Druga kobitka Pająka - Gwen Stacy może i podobna do komiksowego pierwowzoru, ale postać jej płytka jak kałuża i w zasadzie praktycznie nic nie wnosząca do filmu. Jedyne jasne gwiazdy to J. Jonah Jameson i kelner, którego zagrał Bruce Campbell. Co do efektów, są niezłe, ale latającego po Manhattanie Spider-Mana widziałem już wcześniej. Piaskowa burza robi wrażenie, ale myślę, że film by bez niej zyskał... to jak zrobili symbiota jednak jak najbardziej okej. Boli jeno brak wijącego jęzora, no i mało go jednak w filmie. Raimi dał jak dla mnie ciała i trudno mu będzie odbudować u mnie zaufanie do jego filmów.

Uważam, że ogólnie mogłoby być dużo lepiej. Ekranizacje Marvela, które nie są tanie i o dziwo zwracają się całkowicie producentom, są zwyczajnie kiepskie. Kilka miesięcy wcześniej męczyłem się przy "Ghost Riderze". Dziś zacząłem sobie przypominać co dane mi było oglądać... "Man-Thing", "Punisher", "Hulk", "Daredevil" (o dziwo mimo Afflecka chyba najlepszy z tych wymienionych) - po seansie każdego raczej miałem nieprzyjemne wspomnienia. Oprócz "X-Menów", "Blade'ów" (no dobra, pomińmy część trzecią) i drugiego filmu o Peterze Parkerze uważam resztę za nieudane produkcje. Nie spełniają moich oczekiwań, a przecież nie oczekuję dużo. Bo to komiksowe historie są. Opierają się na prostych założeniach, ale nie są głupie. Szkoda, że twórcy nie potrafią podejść do widza, czy do przeciętnego czytacza historyjek obrazkowych jak do istoty myślącej, a za to serwują coś albo mdlącego swoją naiwnością, albo całkowicie odmóżdżającego. Blee...!

sobota, 1 września 2007

Baja Bay'a

Tak wiem.
Słowo "bajka" nie jest słowem odpowiednim. Bajka to żartobliwy utwór (najczęściej) wierszowany, który zawiera morał. "Transformers" (2007) lepiej chyba więc nazwać "filmem rysunkowym", tyle że do końca rysunkowy nie jest. Konwencją się jednak wpasowuje, więc określenie to jest w miarę trafne. Najnowszy film Michaela Bay'a, aktorska wersja filmu rysunkowego - kreskówki, której początek dała seria zabawek grają już w Polsce dwa tygodnie. Cholernie dziwiłem się krytyce tej produkcji. Serio. Po wielkich robotach zmieniających się w przeróżne pojazdy raczej nie należy się spodziewać ambitnej superprodukcji (chociaż "ambitna" i "superprodukcja" chyba nigdy nie idą w parze). To Transformersy! Kto wymaga głębi od czegoś takiego? W kilkudziesięciu komentarzach jakie przeczytałem przed wybraniem się do kina tylko kilka było pozytywnych. Większość natomiast równała ten film z ziemią. Główne zarzuty: kiepskie aktorstwo, infantylność, idiotyczny scenariusz, patetyczne gadki Optimusa Prime'a i fatalny montaż.


Mimo, że mi go odradzano, mówiono, że pieniądze w błoto wyrzucę i że film to rozrywka dla dzieciaków, poszedłem z ukochaną i bawiłem się fantastycznie. Ludzie chyba zapomnieli, że to wymysł Hasbro i pierwotnie miała się tym dzieciarnia w piaskownicach bawić, a spodziewali się bóg wie czego. Mnie micha się cieszyła w zasadzie przez cały seans. Było szybko, efektownie i bajerancko. Ten film jeżeli chodzi o warstwę audio-wizualną jest zajebisty! Efekty specjalne na poziomie takim, że musiałem zbierać co jakiś czas szczękę z podłogi. Roboty biegają, robią uniki, zmieniają się, skaczą, rzucają samochodami (dla odmiany takimi, które w nic się nie zmieniają), strzelają i cholera wie co jeszcze - nie zdążyłem zobaczyć. Rany! Przecież to samo co widziałem na ekranie, robiłem piętnaście lat temu podczas zabawy moimi zabawkowymi Transformersami. Wtedy też wszystko latało i było miażdżone przez plastikowe Autoboty. Jasne, były momenty, które tworzyły typowy komediowo-familijny klimat, ale ja się nawet dałem temu porwać i śmiałem się na głos. Były momenty zwątpienia, jednak to co Transformersy robią z miastem pod koniec filmu po prostu zwyczajnie wszystkie negatywy wymazały mi z pamięci.


Może jeszcze jestem dzieciakiem? Może nadal czuję takie kino? A może zwyczajnie ludziom jest trochę wstyd się zachwycić ciężarówką Peterbilt, która robi nawrót o 180 stopni, w zasadzie w miejscu? Ten film mnie po prostu urzekł. Poczułem się jak dzieciak, cieszyłem się jak dzieciak, kibicowałem Autobotom jak dzieciak. Zdaję sobie sprawę z jego niedociągnięć, ale wydaje mi się, że ludzie którzy gnoją ten film jednocześnie się ośmieszają. To tak jakby zarzucać filmom Disney'a to, że są za bardzo disnejowskie.
Rzadkość: nie mogę się doczekać sequela!

Oficjalna strona filmu.