Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja komiksu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja komiksu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #8

Gra "Okami HD" od Capcomu. Na konsole ostatnio wysyp odświeżanych hitów z poprzedniej generacji. Sam mocno z tego korzystam i zaopatruję się na różne sposoby w to co mnie ominęło. Sony oczywiście ma co najlepsze - między właśnie "Okami", a wkrótce dwie części "Yakuzy", na które czekam bardziej niż na gwiazdkę. "Okami" to dla mnie na pewno odkrycie przed duże "OK**WA"! Okami to po japońsku "wspaniały bóg", a zapisane innym krzakiem "wilk" - tak zamierzona dwuznaczność, bo w grze kierujemy poczynaniami wilczycy Amaterasu, która - tak się składa -jest jakimś ważnym dla świata bogiem (matką reszty pochodzących z chińskiego zodiaku bóstw). Gra jest bardzo mocno osadzona w shintoizmie i folklorze japońskim. Pełnymi garściami czerpie z mitologii i legend. Przesiąknięta jest też bardzo charakterystycznym humorem, który ociera się o slapstick i wywołuje jak mało co ostatnio szczery uśmiech na mojej gębie. Oprawa graficzna to cell-shading stylizowany na japońskie malarstwo suiboku-ga (styl bardzo mocno związany z kaligrafią, gdzie obraz maluje się głownie czarnym tuszem). Chociaż prosta to jest równie mocno urokliwa co widoczki ze "Skyrima". I sam gameplay też bardzo mocno jest z tym stylem związany - wszystkie moce Amaterasu (a jest ich naprawdę sporo) gracz odpala wykonując pociągnięcia pędzla. Chcesz ściąć drzewo? - ciachasz pędzlem poprzeczną kreskę. Chcesz żeby inne drzewo zakwitło? - jego koronę bierzesz w okrąg z tuszu. Naprawdę świetny patent! Jedyna rzecz, która osobiście mnie drażni to oprawa dźwiękowa. Muzyka jest bardzo przyjemna, ale dźwięki które wydają postaci podczas "mówienia" (tekst pojawia się w chmurkach) przyprawiają mnie o zgrzytanie zębów. Lepiej gdyby były nieme. Gra ma ponad 6 lat, ale czuć w niej świeżość i jednocześnie ducha poprzedniej generacji. Takie nieśpieszne łażenie po rozbudowanym świecie. W erze bardzo dużej dynamiki, przesadnej filmowości i intensywnych doznań "Okami" serwuje cholernie przyjemną odmianę. Mimo iż jest to tylko liniowy i trochę dziwny RPG. No i motyw budzenia świata do życia może być całkiem dobrą osłodą na coraz krótsze dni i dobijającą szarość świata.


Filmy trylogia "20 Century Boys" - wszystkie wyreżyserowane przez Yukihiko Tsutsumi. Któregoś letniego dnia trafiłem na zdjęcie Przyjaciela (głównego antagonisty serii) i sprawdziłem skąd pochodzi. Okazało się, że z filmu Tsutsumiego, a ten facet ma u mnie całkiem spory kredyt zaufania za straszne i fajne skręcone "Sairen". Więc zabrałem się za poszukiwania i zaopatrzyłem się w te 3 długachne filmy. Każdy ma trochę ponad 2 godziny, a do tego tworzą całość/ciągłość - lepiej oglądać jeden po drugim bez zbędnych przestojów, bo postaci jest bardzo dużo, a wątków chyba jeszcze więcej. To rzecz na podstawie mangi Naoki Urasawa, baaaardzo mocno japońska w swojej duszy, więc baaaardzo mocno pokręcona. To stylistyczny miszmasz, kombinacja kina akcji, komedii, obyczajówki, dramatu, kryminału, science fiction i cholera wie czego jeszcze. Jest tam wszystko: gigantyczne roboty, zabójcze wirusy, latające talerze, terroryści, zmienione w fortecę Tokio i super moce. Do tego właściwą akcję przeplatają sentymentalne retrospekcje z lat 70-tych przywodzące na myśl chociażby "Stand by Me". "20-seiki shônen" to historia przyjaźni grupki chłopców, którzy jako dzieciaki bawili się w bazę na moczarach, mieli wspólne sekrety i pasje, a którym 30 lat później przyjdzie ratować świat przed szaleńcem. Nie znam dzieła Urasawy, ale spotkałem się w internecie dość często z określeniem "arcydzieło". To na pewno wielka rzecz, bo filmy to dość dobrze oddają. Czuć tam dziecięcą fascynacje Expo'70, miłość do rocka i uwielbienie do popkultury. Jeżeli lubicie dziwactwa, jeżeli interesuje was taka totalnie pokręcona historia, która ma naprawdę wszystko... i przede wszystkim, jeżeli się nie boicie i umiecie docenić tą "inność" - te filmy czekają na to żebyście je odkryli. Mnie urzekły. Są świetne... chociaż jak to japoński pop - nie dla każdego. 



Muzyka  "Joe Hisaishi meets Kitano films" od... jak łatwo się domyśleć Hisaishiego, do... jak łatwo się domyśleć filmów Kitano. Dzięki tej płycie po raz kolejny odkryłem jak wspaniałym kompozytorem jest ten facet. Jakoś jego twórczość zdefiniowało mi robienie dla Miyazakiego i Ghibli - skądinąd kapitalne ścieżki, uwielbiam praktycznie każdy soundtrack, ale przez nie w jakiś dziwny sposób postrzegałem Hisaishiego. Przez lata traktowałem go... nie do końca poważnie. Marginalizowałem jego pracę i talent. Muzyka do filmów Ghibli jest wspaniała, ale nie znając reszty jego twórczości, miałem wrażenie, że facet potrafi robić tylko to. I dopiero teraz dochodzi do mnie jak wszechstronny i utalentowany z niego gość. Rzadko się zdarza, żeby pisana na zamówienie muzyka tworzyła tak fenomenalny myślowy krajobraz, oddawała emocje i uczucia jakie towarzyszą bohaterom, widzowi czy nawet reżyserowi. Warto wrzucić ją na warsztat i wybrać sobie to co najbardziej podpasuje. Jest to naprawdę spory przekrój - stylistycznie te aranżacje są mocno zróżnicowane. Ja słucham każdego - płynę przez jego twórczość i rozpływam się z zachwytu. Sprawdźcie koniecznie! 


Uff... dzisiaj tak wyszło, że sama japońszczyzna. 

sobota, 28 kwietnia 2012

Zanim pójdziesz do kina na Avangersów z polskim dubbingiem...

... obejrzyj:



Silver Surfer przybył na Ziemię już 1994 roku. Z tej krótkometrażówki wychodzi, że zmienił figurkę T-800 w srebrnego Oscara tylko po to by później, wraz z jego małym właścicielem, mógł ją wchłonąć Galactus. Nie wiem co to jest. Czy traktować to jako ewentualną zapowiedź filmu z którego Marvel zrezygnował, reklamę nadchodzącego serialu animowanego czy może to po prostu miał być słaby krótki metraż? Nie przyłożyłem się specjalnie do researchu, aż tak bardzo mi nie zależało. Jak widać same efekty nie były jakoś porażające złe - problemem jest lichutka historia. Rozdźwięk między obecnymi produkcjami z tego uniwersum, a tym co robili 15 lat temu jest jednak olbrzymi, nie? Dobrze, że takie rzeczy popadają w zapomnienie. 

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #3

Nawet nie wiem kiedy ten tydzień zleciał, a to za sprawą "Skyrim", w którym utonąłem. Tym samym, mimo L4, świąt i siedzenia w domu, moce przerobowe były wyjątkowo małe. 

Film     A raczej filmy, bo polecam dzisiaj dwie części "Crows ZeroTakashiego Miike. Najlepiej jedna po drugiej. Samo nazwisko reżysera mówi dużo i wystarczy wielu osobom, aby rzucić się na tytuł lub z miejsca go odrzucić. Miike to bardzo specyficzny reżyser, doskonale operujący kiczem, nie bojący się trudnych i dziwnych tematów i przede wszystkim mające swoje własne autorskie podejście do wszystkiego. Lubi rzeczy zagmatwać, lubi wrzucić w jakąś prostą rzecz wepchnąć tyle metafizyki, że człowiek po trzecim seansie ostatecznie daje za wygraną, poddaje się stwierdzając, że nie rozumie. Lubi brutalność. Z "Crows Zero" jest troszeczkę inaczej. To prequel do bardzo popularnego shonena (mangi dla chłopców) "Crows" i chyba trochę konwencja przycięła mu skrzydła. Ten tytuł jednak sam w sobie jest bardzo mocno przerysowany i przesiąknięty specyficznym humorem, więc nie jest źle. 


To historia pewnego rocznika męskiego liceum Suzuran, szkoły dla wyrzutków - wron - i wydawać by się mogło, że to jest to jedna wielka banda chuliganów i oprychów. I wiecie co,tak chyba rzeczywiście jest.Warto jednak zaznaczyć, że to naprawdę sympatyczne i zabawne łotry. Największym osiągnięciem w Suzuranie i marzeniem każdego, kto chce się liczyć, jest podbicie (przez pobicie) całej szkoły i podporządkowanie sobie wszystkich band oraz klas. Najbliżej tego jest trzecioklasista Serizawa, ale szyki psuje mu Genji - nowo przybyły chłopak, syn lokalnego yakuzy. Genji podbiciem szkoły, chce udowodnić ojcu, że jest w stanie przejąć po nim schedę. Tak zaczyna się wielka rywalizacja i niekończące pranie po mordach. Kolejne fortele by osłabić przeciwnika kończy wielka ustawka, która może i wyłania zwycięzce, ale walka trwa dalej. 

W "Crows Zero II" na arenę wchodzi druga szkoła - Hosen. To jeszcze gorsze liceum, a zgoleni na pałę uczniowie tworzą jednolity front nienawiści. Genji przypadkowo zrywa zawieszenie broni i teraz Kruki po kolei są eliminowani. Musi ocalić honor i pozycję, ale ludzie nie za bardzo palą się do walki, szczególnie że podczas ostatniej wojny ktoś zginął. Wszystko oczywiście kończy wielka bitwa - inaczej być nie mogło, taka konwencja. 


Obie części "Crows Zero" można spokojnie określić mordobiciami, ale nie tylko o wesołe napieprzanie tutaj chodzi. Najważniejszym elementem w filmie jest przyjaźń, to ile te chłopaki robią dla siebie. Oczywiście honor i szacunek również. Mimo że bohaterowie rozwiązują wszystkie konflikty pięściami to wyraźnie zaznaczono, że przemoc nigdy nie jest rozwiązaniem. Że nieważne jakim twardzielem jesteś, zawsze znajdzie się ktoś na kim polegniesz. Nie będzie spoilerem jak napiszę, że Genjiemu ostatecznie nie udaje się podbić szkoły. Suzuran tak działa.


Historię kontynuuje manga Hiroshiego Takahashiego, która trzeba pamiętać, że była pierwsza. Bohaterami są pierwszoroczniaki z filmu, którzy gdzieś tam się przewijają w tle, ale nie są aktywni w konflikcie Genji-Serizawa. Przeczytałem na razie kilka tomów "Crows" i chociaż fajne, to raczej mi na razie starczy. Jest jeszcze "Worst", który też dzieje się w Sazuranie, ale już kilka lat po Krukach. Każdy z tytułów pokazuje nowe pokolenie. Dobrze widać jak przez lata ten mangaka rozwinął warsztat. Miike zekranizuje teraz jego inną gangsterska mangę - "QP". Już nie mogę się doczekać!

Strasznie długaśny mi ten wpis wyszedł, ale jeszcze kilka słów na koniec. "Crows Zero" ma niesamowicie fajny klimat. Miike wyrysował obraz niegrzecznych japońskich chłopców, którzy stoją pomiędzy yakuzą, a gangami motocyklowymi. I chociaż wydaje się to przejaskrawione, to jednak czuć, że jest w tym jakaś cząstka prawdy. Wystarczy pogrzebać trochę w necie by zobaczyć, że Kruki i ich kultura yankee to nie są rzeczy do końca wyssane z palca. Naprawdę bardzo fajne, raczej męskie i trochę inne kino. 

W przyszłym tygodniu mam nadzieję, że polecę trochę więcej i różnorodniej. Albo może i nie. 

wtorek, 12 października 2010

Weird West

Lata świetności western ma za sobą. Próby reanimacji raczej spalają na panewce i od 1993 roku, kiedy to nakręcono "Tombstone", pojawiły się w kinach może dwa dobre westerny (i w żadnym z nich nie grał Christian Bale). Chyba już się to nie zmieni, wyeksploatowano tutaj wszystko do cna. Pomijam tutaj kapitalne "Deadwood". Po pierwsze produkcja telewizyjna, po drugie HBO wymyka się wszelkim schematom, po trzecie to jednak nie był czystej krwi western. Za to jest cholernie wdzięcznie łączyć ten gatunek z fantastyką - Weird West. Osadzenie horroru czy sci-fi w takiej konwencji ma olbrzymi potencjał i to tylko częściowo odkryty. Jak się zastanowić to takich produkcji jest masa, ale jak odnoszę wrażenie, że filmowcy się bardziej "ślizgają po" niż "zagłębiają w" temat. Niestety. Bo jakie horrory dzieją się na Dzikim Zachodzie? Zazwyczaj jest to któraś z kolei część, gdzie trochę z braku pomysłów, trochę z braku kasy, postanawiają robić prequel. I w ten sposób powstają (po)twory typu: "Od zmierzchu do świtu 3: Córka kata", "Zdjęcia Ginger III: Początek" czy "Wstrząsy 4: Początek legendy". Na tle tej crapfesty fajną opcją wydawał się "Jonah Hex" - miszmasz westernu i horroru w steampunkowym sosie. Liczyłem na taki drugi, mroczniejszy "Bardzo dziki Zachód", którego, mimo wszystkich wad, jestem olbrzymi fanem.

Myślałem, że "Johah Hex" ma wszystko czego potrzebuje ekranizacja komiksu. Charakterystycznych i topowych aktorów, których dobrze się ogląda, reżysera, który zrobił wcześniej dobry film (zresztą też ekranizację), scenarzystów, którzy bądź co bądź czują kino akcji (zrobili przecież "Adrenalinę" ze Stathamem), dobry materiał wyjściowy i bardzo fajnego antagonistę. Myślałem, że era crapowych ekranizacji robionych "na odpierdal" się skończyła i po olbrzymim sukcesie "Mrocznego Rycerza" Warner Bros. będzie stawiać na jakość. Brzydko mówiąc: GÓWNO! Pomyliłem się sromotnie. Pretekstowa fabuła, beznadziejne dialogi i fatalnie poprowadzone wątki wołają o pomstę do nieba. Można odnieść wrażenie, że widzowi nie dane jest zobaczyć tego co najlepsze. Że to co najciekawsze ostatecznie się nie załapało i że oglądam coś jakby... streszczenie (?). Nie wiem nawet jak to nazwać. Wygląda to tak, jakby film był montowany na chybcika. Może w jakimś pijackim amoku? "Jonah Hex" takiej postaci nigdy nie powinien powstać. Już nie chodzi o jakikolwiek szacunek dla oryginału, ale o szacunek dla widza. Za skręcenie tego syfu, przy budżecie 50 mln $, powinni im łapy połamać i nasłać najgorszą mendę ze skarbówki, żeby im przejrzała księgi. Śmiechu warta jest też długość - pomijając (bardzo słabo) animowane napisy początkowe i listę płac dostajemy ledwo co... 70 minut, bardzo zresztą słabego filmu. Niektóre seriale mają dłuższe odcinki specjalne albo finały sezonów.

Zapowiadano mroczny, dojrzały i krwawy film, quasi horror na dodatek, bo Hex potrafi rozmawiać z trupami i z tej umiejętności ma niejeden raz korzystać. I tak jest. Ten wątek, o dziwo, ma największy sens z całej fabuły - Jonah wyciąga informację od trupa i jedzie szukać swojego nemesis - ale jest tego jak na lekarstwo. Drugi pozytyw to Megan Fox. I nie piszę tego na fali hype'u, nie należę bandy napalonych na nią facetów. Tylko w jej przypadku nie odnosiło się wrażenia, że gra z kocim gównem pod nosem. Może to kwestia tego, że jest jej w tym filmie naprawdę mało, może tego, że jest młoda i niedoświadczona jak partnerujący jej aktorzy, a może po prostu jest urodzona do grania w kiepskich filmach? Nie wiem, ale i Brolin, i Malkovich powodowali u mnie, swoimi minami, zbolałym wzrokiem i sileniem się na twardzieli odruchy wymiotne. Aktorstwo leży i kwiczy. "Jonah Hex" to najbardziej żałosna ekranizacja komiksu od czasu popisowego numeru Cage'a - "Ghost Ridera".

Głodny dobrej, westernowej fantastyki, tak trochę w ciemno, wrzuciłem płytkę z "The Burrowers". Ten nakręcony za 9 mln $ horror okazał się idealną odtrutką. To pełną gębą Weird West i na dodatek jeden z najlepszych przedstawicieli tego gatunku, jaki dane mi było obejrzeć. Jest to historia próby odbicia porwanej, rzekomo przez Indian, rodziny. Okazuje się oczywiście, że porywacze to nie czerwonoskórzy, a rasa żyjąca na tych terenach od zawsze, która z braku bizonów przerzuciła się na ludzkie mięso. Nie ma sensu więcej zdradzać. Dostajemy dojrzały i surowy obraz utrzymany w duchu klasycznych westernów - jest męska przyjaźń, oddanie, miłość do kobiety i głupota młodzika. Strzelanie z rewolwerów oczywiście też jest. Do samego końca prawie żadnych fajerwerków, tylko czyste aktorstwo serwowane przez kapitalną obsadę. Clancy Brown, William Mapother (Ethan z "Lost") i jak zawsze genialny Doug Hutchison - tym razem w roli zdrowo pierdolniętego oficera, którzy przyłącza się do poszukiwań i lubuje się w mordowaniu Indian. Główna rola przypadła nieznanemu mi Irlandczykowi, Karlowi Geary - facet naprawdę dobrze zagrał, szkoda że w Hollywood nie potrzebują etatowych Irlandczyków, bo to naprawdę fajny, charakterystyczny aktor.

Mógłbym wychwalać "The Burrowers" przez kilka następnych akapitów, ale wiem, że wielu ten film nie podejdzie. Przede wszystkim tempo akcji jest delikatnie mówiąc powolne. J.T. Petty (jednocześnie reżyser i scenarzysta) pozawala nam się zastanowić nad tym co widzimy. Pozwala wczuć się w tamte realia, gra na emocjach i pokazuje tą brzydką twarz Dzikiego Zachodu, której w filmach z Johnem Waynem nie uświadczycie. Tutaj grupka żołnierzy może wjechać do rezerwatu, złapać pierwszego lepszego Winnetou, torturować go czy zabić. Dziki Zachód oznacza, że każdego Indianina potraktować jak zwierze. Wiem, że to nic nowego, że w podobnym duchu kręcono anty westerny już w latach 60tych, ale fantastykę to raczej ominęło.


I są potwory! Nie nastawiajcie się na coś z mitologii Lovecrafta - podobieństwo tytułu do książki Lumley'a jest przypadkowe. Ja trochę liczyłem właśnie na kretochłony, ale mimo że to nie były one, to zawodu nie ma. Takich filmów mi obecnie brakuje - z mięsistymi, krwawiącymi i jednocześnie lubującymi się w krwi potworami, na myśl o których włosy jeżą się na głowie. Horror amerykański od ponad dekady głównie kuleje, a tu nie dość, że taka, bądź co bądź, oryginalna stylistyka, to jeszcze kurcze oryginalne monstra. Polecam wszystkim, którzy nie boją się czegoś ambitniejszego, a jednocześnie tak głupio rozrywkowego. Bo "The Burrowers" to film o zakopanych pod ziemią, trawionych żywcem ludziach, a takich rzeczy to poważnie brać do końca nie wolno, chociaż morał wybitnie ponadczasowy i jak najbardziej serio - być Amerykaninem to znaczy mieć wszystko w dupie.

W tej chwili najfajniej bawią się westernem Azjaci. "Sukiyaki Western Django" i "Dobry, zły i zakręcony", chociaż trochę od fantastyki jeszcze dzieli, pokazują że to właśnie z tamtej strony należy wypatrywać dobrych produkcji. Poza tym te filmy to czysty fun! Odjechana zabawa konwencją, mieszanie pastiszu z parodią, puszczanie oka i przede wszystkim nie traktowanie widza jak debila. Z rzeczy made in U.S. myślę, że warto czekać na "Cowboys & Aliens". Mam nadzieję że Jon Favreau zrehabilituje się po lekkiej wpadzie z "Iron Manem 2" i zaserwuje nam kapitalną rozrywkę, blockbustera na najwyższym poziomie. Wypatruję również projektu "Mroczna Wieża" - mimo pełnych wad dwóch ostatnich tomów, to jedne z najlepszych przedstawicieli gatunku jakim jest Weird West i jednocześnie jeden z najlepszych hołdów jakie kultura popularna składa westernowi (a zaraz po siedmioksięgu Kinga jest "Powrót do przyszłości III").

piątek, 15 stycznia 2010

Jedenaście najlepszych filmów roku 2009

W końcu udało mi się jakoś wyliczyć i zrobić sensowne podsumowanie najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć (nie tylko w kinie, ale również w domowym zaciszu). Chyba i w tym zestawieniu nie ma specjalnego zdziwienia odnośnie pierwszego miejsca. Cztery z uwzględnionych tu produkcji miały już swoją chwilę na tym blogu, także nie będę się powtarzał. Bez zbędnych ceregieli, oto jedenaście, w moim mniemaniu, najlepszych filmów 2009 roku.
  1. "Avatar"
  2. "Odlot"
  3. "Moon"
  4. "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
  5. "Kac Vegas"
  6. "Star Trek"
  7. "Watchmen Strażnicy"
  8. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
  9. "500 dni miłości"
  10. "Koralina i tajemnicze drzwi"
  11. "Zielona Latarnia"

Pierwszy lot

Zieloną Latarnię, jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów uniwersum DC, znałem jedynie pobieżnie z występów w serialu animowanym. Wiedziałem, że facet moc czerpie z pierścienia i dzięki niemu potrafi urzeczywistniać wszystko co przyjdzie mu na myśl. Trochę jak Planetarianie. I jakoś nie ciągnęło ani do komiksów, ani nawet do czytania newsów o powstającym filmie aktorskim. Ale w łapy wpadł ten animowany film, bez żadnych większych oczekiwań włączyłem i było świetnie. Fabuła prościutka - Hal który dostał pierścień zostaje wcielony do Zielonego Korpusu (tacy zieloni strażnicy wszechświata) i mimo że żółtodziób to musi odnaleźć zdrajcę ukrywającego się w organizacji. Nie jest łatwo, bo nie dość że wszyscy bardziej doświadczeni, mają taką moc jak on, to i kosmos dla Zielonej Latarni nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Od pierwszych minut akcja, świetne postaci, zabawne dialogi i pierwszorzędny klimacik. Idealny komiksowy film animowany. Może i Marvel wygrywa na ilość sprzedanych komiksów, ale w animacjach wszelakich DC od lat jest górą.


Kukiełki lepsze niż książka

Gaiman swoją "Koraliną" mnie nie powalił. Za to weteran branży, Henry Selick trafił bezbłędnie w moje gusta. Wydobył z tej historii wszystko co dobre, podrasował i przyozdobił wytworami swojej wyobraźni. I tak "Koralina i tajemnicze drzwi" jest moim zdaniem dużo lepsza niż książka. Film zrobiony jest z olbrzymim polotem, odpowiednio straszny, momentami śmieszny i przede wszystkim wciąga jak diabli. Animacja jak zwykle świetna. Dbałość o szczegóły porażą, kukiełki mistrzowskie, a światy Koraliny, lekko podrasowane komputerem, wyglądają cudnie. Ale jeżeli miałbym porównywać trzy najbardziej znane animacje poklatkowe - "Koralinę", "Miasteczko Halloween" i "Gnijącą pannę młodą" to ta pierwsza wypada najsłabiej, chociaż słaba w żadnym wypadku nie jest. Po prostu za mało tam śpiewają.


Nieromantyczny film o miłości

Świetnie zagrany, ciepły i bardzo prawdziwy film o uczuciach, który... jak to zaznacza narrator już na wstępie, nie jest "love story". I dobrze, bo rom-komów mamy pod dostatkiem. Akurat "500 dni miłości" wstrzelił się w moje poczucie humoru idealnie. Wszystko tak niekonwencjonalnie podane, trochę z przymrużeniem oka, trochę na serio. Historia związku zwykłego chłopaka i zwykłej dziewczyny. Bez udziwnień w stylu zawodów baloniarskich. Jest za to kino, wycieczki do Ikei, kawa i spacery do parku. Bardzo przyjemny, idealny do obejrzenia z drugą połówką.


Wizualny orgazm

Jakoś ominąłem całe to zamieszanie związane z premierą "Strażników". Z braku czasu nie poszedłem do kina i obejrzałem dopiero kiedy pojawiła się wersja reżyserska. Podobał mi się, ale i też trochę zmęczył. Jednak te 187 minut to za dużo. Snyderowi udała się sztuka wkomponowania wszystkiego ładnie, wiernie, ale nadal twierdzę, że nie zawsze wierna adaptacja jest dobrą ekranizacją. Momentami mi się dłużyło, było za dużo pitolenia i dylematów, które sprawdzały się rozpisane na stronie komiksu, a nie rozciągnięte na kilka ujęć. Ale zaraz, ja miałem o najlepszych filmach pisać. No właśnie, dłużyzny nie zmienią faktu, że to co ten reżyser dokonał jest godne podziwu i należą mu się brawa. Od strony wizualnej "Strażnicy" to mistrzostwo świata. Świetne scenografie, idealne efekty CGI, kapitalne ujęcia kamery. Od strony audio też. Ścieżka i kawałki doskonałe. Pochwalić muszę dobór aktorów, dbałość o szczegóły i te wszystkie dodatki o jakie postarał się reżyser. Film zrobił na mnie wrażenie równie duże co komiks, serio. Jak dla mnie nie spłycono niczego. Co miało kopnąć kopnęło. I jedyne czego żałuję to, że nie poszedłem do kina.


Szwedzka ofensywa kryminalna

"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to jeden z najlepszych thrillerów kryminalnych jaki miałem przyjemność oglądać (ostatnio równie dobrym filmem z tego gatunku była koreańska "Zagadka zbrodni"). Świetnie poprowadzona fabuła, bardzo dobrze zarysowani i ciekawi bohaterowie, mroczna intryga i szybkie tempo. Film jest inteligentny i emocjonujący. Trzyma w napięciu. Jest mocny, dosadny i odważny. Jeżeli chodzi o fabułę to wszystko dopięto w nim na ostatni guzik (nic mi nawet nie zazgrzytało). Od strony technicznej wszystko świetnie: kapitalne plenery, pasująca muzyka, dobre zdjęcia i efekty. To naprawdę kawał solidnego kina. Wyróżnia się bardzo na tle tego wszystkiego co teraz wychodzi za oceanem.

Część druga, czyli "Dziewczyna, która igrała z ogniem" jest minimalnie słabsza. Brakowało mi takiego wątku kryminalnego jaki był w pierwszej części. Jest śledztwo, ale nie jest równie równie emocjonujące co poszukiwania mordercy Harriet. Intryga wyraźnie kręci się wokół Lisbeth, która z pomocnika zostaje głównym bohaterem. Za to plus, ale szkoda że urwano wątek handlu kobietami. Co jeszcze...? Jest dużo więcej akcji i film jest dużo bardziej dynamiczny. Fabuła pierwszej części to kilka miesięcy. Tutaj całość zamyka się chyba w tygodniu. Jest intensywniej. A to porwanie, pościg, bójka, włamanie, kolejna bójka... nie ma chwili odpoczynku. Ogląda się równie dobrze i te dwie godziny (z małym hakiem) mijają bardzo szybko. Mimo iż oba filmy stylizowane są na Hollywood to widać w nich europejską duszę. Świetne kino!


Człowiek z Księżyca

Miłośnicy kina science fiction mieli dobry rok. Niehollywoodzki "Moon" syna Bowiego, fanom gatunku na pewno przypadnie (jeżeli już nie przypadł do gustu), pozostałym myślę, że również. To cholernie dobry film. Z gęstym i ciężkim klimatem. Idealnie oddano tu izolację, wzmagającą się desperację, strach i zagubienie jakie panuje na księżycowej stacji. Czuć echa dzieła Kubricka (Anglia ma szczęście do sci-fi), a potęguje to wszystko muzyka Clinta Mansella, który jest mistrzem dołujących kompozycji. Oprócz tego, zafundowano nam pierwszej klasy scenariusz, a Rockwell stworzył kapitalną kreację - facet jest jednocześnie zabawny i przygnębiający, aż gardło ściska. Zbrodnią jest to, że Sony nie posłało tej produkcji do walki po Oscary. Sam w końcu mógłby otrzymać statuetkę, bo pracuje na nią od lat i za "Moon" spokojnie mógł ją zgarnąć.


Co jeszcze? Ogólnie oceniam rok 2009 tak sobie. Superprodukcje w dużej mierze były słabe. Dużo filmów, na które czekałem, w których pokładałem nadzieję mnie rozczarowało. Czasem bardzo mocno. Mam szczerą nadzieję, że w 2010, który zapowiada się smakowicie, będzie znacznie lepiej.

I tak, "Zielona Latarnia" podobała mi się bardziej niż "Dystrykt 9".

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Wcale nie taka Fantastyczna

Wykopalisk filmowych ciąg dalszy.

Osiem miesięcy temu pisałem o "Crusade", filmie który nie wyszedł z fazy planowania, a który mógł być całkiem zgrabnym filmem. Dzisiaj będzie podobny wpis, tyle że o "The Fantastic Four" z 1994 roku. O tej produkcji pewnie kilka osób wie (pewnie kilka zdążyło o niej nawet zapomnieć), ale ja wygrzebałem to z otchłani Internetu dopiero kilka dni temu. To czym różni się "Fantastyczna Czwórka" od "Krucjaty"? Tym, że powstała i istnieją ludzie (wierząc IMDb ponad 1300 takich osobników), którzy ją widzieli.


Fabuła w wielkim skrócie wygląda następująco: poznajemy Reeda Richardsa i Victora Von Dooma. Chłopaki studiują sobie razem i lubią się na tyle, żeby prowadzić razem badania. Przeprowadzają eksperyment na przelatującej komecie, co kończy się fatalnie dla Von Dooma. Rodzeństwo Stormów - Sue i Johnny mieszkają z mamą, która prowadzi stancję, w której mieszka Reed. Gdzieś w tym wszystkim jest Ben Grimm, który przyjaźni się z całą trójką. I tak po kilku latach tej znajomości wyruszają w czwórkę w kosmos badać kolejną kometę. Oczywiście wszystko się komplikuje, bohaterowie zostają trafieni promieniem i otrzymują nadnaturalne zdolności (jakie to chyba nie trzeba pisać). Ich statek rozbija się na Ziemi, a Czwórka zostaje złapana przez ludzi Dr. Dooma, który do tego momentu uważany był za zmarłego. Udaje im się jednak uciec, jednak Ben wściekły na swój niewyjściowy wygląd ucieka do kanałów. Tam spotyka Jewelera (nie mam bladego pojęcia kim ten facet jest, chyba jakiś bezdomny, który kradnie kamienie szlachetne), Alicję Masters i dowiaduje się, że Doom chce zniszczyć Nowy Jork. Wraca do Reeda. We czwórkę postanawiają powstrzymać Doktora i lecą do jego zamku. Po serii mniejszych potyczek z najemnikami Richardsowi udaj się dopaść i pokonać Dooma, Johnny zapala się powstrzymując wystrzał lasera i Czwórka postanawia zostać walczącą ze złem Fantastyczna Czwórką. Całość kończy ślub Reeda i napisy końcowe.

Film został nakręcony od początku do końca, dodano również efekty specjalne, pokuszono się o zrobienie zdjęć promocyjnych i trailera. Dlaczego więc "Fantastyczna Czwórka" nigdy nie dostała się do oficjalnej dystrybucji? Constantin Film (ci od "Niekończącej się historii" i serii Resident Evil) utraciłoby prawa do nakręcenia filmu z F4 jeżeli zdjęcia nie rozpoczęłyby się do końca 1992 roku. Planowany film miał mieć około 40 milionowy budżet, ale takich pieniędzy studio nie posiadało. Zwrócili się więc o pomoc do Rogera Cormana, który "machnął" im film za niecałe dwa miliony dolarów. Co ciekawe, i reżyser, i obsada zostali okłamani. Obiecano im, że film, mimo iż nie wejdzie do dystrybucji kinowej, zostanie puszczony jako pilot w okolicach 1994 roku. Co się oczywiście nigdy nie stało. Wierzyli w to prawie przez rok, chociaż producenci od początku traktowali film jako "zabezpieczenie praw do tytułu". Dziwna sprawa.

Dokładny opis i bardzo obszerną historię, która stoi za tą produkcją można przeczytać na stronie THIRD MILLENNIUM entertainment. Jest też galeria zdjęć pochodzących z trailera. Co najciekawsze jest też możliwość otrzymania kopii filmu po wpłaceniu 20 dolarów na organizację zajmującą się prawami i ochroną zwierząt. Osobiście trochę mnie ciągnie do tego tytułu. Na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z ostrym, serowym campem. Pewnie nawet w 1994 nie chciałbym nawet spojrzeć na ten film. Także teraz, ocena poniżej 4 nie zachęca zupełnie. Ale spójrzcie na fotkę The Thinga i powiedzcie, że nie macie ochoty zobaczyć go w akcji! Jestem również prawie pewny, że ten film był reklamowany lub omawiany lata temu w jakiejś polskiej prasie (prawdopodobnie w jakimś piśmie komputerowym).

niedziela, 10 maja 2009

Wolverine

W tygodniu wybrałem się do kina na "X-Men Geneza: Wolverine" i z przykrością muszę stwierdzić, że nie jest to specjalnie udany film (chociaż zły też nie jest). A szkoda, bo i postaci fajne, i możliwości duże, i aktorzy dobrzy. Niestety, scenariusz moim zdaniem kładzie całość i dość dobrze oddaje prawdę, że co za dużo to niezdrowo.

Zacznę od fabuły, która nie podobała mi się w ogóle. Czytałem "Weapon X" w podstawówce i o ile dobrze pamiętam ta historia była mroczna, brutalna i naprawdę mocna. Wolverine na pewno nie zgłosił się na ochotnika, był tam konkretnym killerem i kipiał furią. Sobie naiwny myślałem, że właśnie ta historia będzie kanwą całej historii, a tego nie ma! W filmie zaserwowali nam historię rosomakowej zemsty na bracie, który zamordował mu narzeczoną i po drodze jakieś pięć minut podśmiechujek z Weapon X. Autentycznie, ja to odebrałem jako żart. Na wszczepienia adamentium poświęcono całe pięć minut i wyglądało to licho. Chciałem obejrzeć origin Wolverina - aspołecznego, sarkastycznego gościa, który jest doskonałym zabójcą, świetnie zdaje sobie z tego sprawę i jest zadowolony z tego co robi. A tutaj wszystko to takie ugrzecznione. Logan nawet specjalnie nie szaleje, ma pazury, ale zamiast nimi kroić i siekać przeciwników, pewnie z racji ograniczeń wiekowych, woli używać ich do wywracania samochodów i otwierania drzwi. Zupełnie niepotrzebnie scenarzysta nawrzucał tylu mutantów. Zamiast kierować się zasadą jakościową, facet poszedł na ilość i tak oto mamy kilkuminutowe, bezsensowne występy, których spokojnie mogłoby nie być. Jest coś na co zwrócił mi uwagę Paweł z motywu drogi. Większość postaci jest przepakowana. Oprócz tego, że mają super cela to potrafią skakać na 4 metry i są superszybcy. Wielki niesmak pozostawia ta pokraka z numerem 11 i naprawdę idiotyczny końcowy pojedynek. To sterowane komputerem nie-wiadomo-co jest największym grzechem filmu. Pojawił się i ludzie na sali (głównie poniżej 20) zaczęli autentycznie chichotać. A poza tym jest mniejszych idiotyzmów - Stryker, który swojemu najlepszemu strzelcowi zapomniał dać jedyną skuteczną amunicję, biegający po ścianach Sabretooth i Gambit, przepakowani do granic możliwości Agent Zero i Deadpool (którzy spokojnie we dwójkę mogliby wybić armię całego afrykańskiego państaw, a nie tylko tych kilku ochroniarzy na których się natknęli), czy Logan szatkujący schody przeciwpożarowe, na które wbiega Gambit (to był chyba jakiś ukłon w stronę kreskówek z Tomem i Jerrym). Nie podobała mi się w dużej mierze muzyka. Harry Gregson-Williams to świetny kompozytor, ale tutaj to co zrobił mnie drażniło i w jakimś tam stopniu przeszkadzało mi w oglądaniu. Odnosiłem wrażenie, że muzyka jest toporna i niedopasowana.


Ale żeby być fair, film mimo tych wad oglądało mi się dobrze. To produkcja z bardzo wysokim faktorem rozrywkowym. Jest od groma widowiskowych akcji i sporo momentów, na których można się zaśmiać. Idąc do kina, również i tego oczekiwałem po tym filmie, więc trzeba być sprawiedliwym - "X-Men Geneza: Wolverine" w tym przypadku spełnił moje oczekiwania w 100%. Fajnie dobrano aktorów i taki Liev Schreiber z miejsca jak się pojawił zystkał sobie moją sympatię. Skubany przyćmił swoją łotrowską charyzmą Jackmana, który był jakiś wyjątkowo grzeczny. Fajne zdjęcia, kolorystyka, charakteryzacja - Blob po prostu rewela! Ukłonów w stronę fanów jest sporo, chociaż wyłapałem znacznie mniej niż np. w takim "X2", a tam one były naprawdę subtelne (migający w telewizorze Hank McCoy czy sygnet Hellfire Club). Całość jest lekką i przyjemną rozrywką, w której mimo wszystko czuć komiksowego, trykociarskiego ducha. Film Hooda to niestety przeciętniak. Niespecjalnie się wyróżnia wśród komiksowych adaptacji, a szkoda, bo Wolverine jest jedną z najciekawszych postaci w uniwersum Marvela i przydałoby mu się coś z prawdziwym wykopem.

I dostałem najgorsze alternatywne zakończenie jakie było możliwe. Miałem idącego drogą Strykera, którego zatrzymuje patrol wojskowy. No chyba, że coś było jeszcze później, ale już nie wysiedziałem. Wyszedłem.

środa, 3 września 2008

Komiksowo

Prawie miesiąc minął od faktu, ale jak to powiedziano w jednym filmie na widok przybijającego do Nowego Jorku Titanica - lepiej późno niż wcale. Na początku sierpnia miałem okazję obejrzeć dwie rozrywkowe produkcje, które pełnymi garściami czerpią z dobrodziejstw jakie wniosły komiksy do kultury popularnej. Pierwszy film bardziej bezpośrednio, bo jest dość luźną adaptacją świetnego komiksu Marka Millara, mowa będzie o "Wanted – Ścigani". Drugi już tak pośrednio, bo "Hancock" opowiada historię obdarzonego, znanymi z komiksów super mocami, człowieka, który taki super nie jest.

"Wanted" to świetny komiks z bardzo oryginalną i zabawną fabułą. Dowiedziałem się oczywiście o nim dopiero jak w sieci zaczęło huczeć od fragmentów, trailerów i pierwszych recenzji. Przeczytałem go, byłem wielce zadowolony i nagle gdzieś wyczytałem, że film tylko ociera się o fabułę komiksu, a reszta jest całkowicie zmieniona. Poczułem lekkie ukłucie niepokoju, ale entuzjastyczne głosy napływające ze wszystkich stron nastrajały raczej pozytywnie. Przyszło do oglądania i rzeczywiście... został sam Wesley Gibson ze swoją kiepską pracą, zdradzającą go dziewczyną, depresyjnym nastawieniem do życia i świat bez super-bohaterów. Tych nigdy nie było. Nie ma również Bractwa super-złoczyńców. Dostajemy bractwo tkaczy, przy okazji bawiących się w super-morderców, którym cele wskazuje wielkie krosno. Wesley dowiaduje się, że ojca, którego nigdy nie widział, a po którym odziedziczył niesamowite umiejętności ukatrupił niejaki Cross, były członek, który zbuntował się przeciwko Bractwu. I tak napędzany gniewem i żądzą zemsty zaczyna trening. Fabularnie wszystko zostało bardzo spłycone, ale nie ma się co dziwić. Wierna ekranizacja zostałaby niedoceniona przez szerszą widownię, bo jakoś nie widzę zachwytów nad filmem gdzie występują postacie stworzone z ekskrementów. Jak dla mnie zmiana nie tyle korzystna co nie rzutująca źle w żaden sposób. Bo film mimo daleko idących zmian jest równie dobry co komiks, na którym się mometnami opiera.
Od strony wizualnej mamy fajerwerk, prawdziwą petardę. Film reżyseruje Kazach Timur Bekmambetow, gość odpowiadający za dwa duże sukcesy rosyjskiej kinematografia – "Straży nocnej" i "Straży dziennej". I czuć jego rękę w "Wanted". Dziesiątki drobnych szczegółów, dopracowane efekty specjalne, łamanie praw fizyki. Do tego masa dynamicznych ujęć i popisów ze strony choreografów walk. Zwolnienia, zbliżenia, kosmiczna praca kamer z obrotami, saltami i przytupem. Jest sporo atrakcji dla fanów kina akcji i ogląda się to naprawdę dobrze. Do strony technicznej mam zero zastrzeżeń. Wszystko jest na najwyższym poziomie i jeżeli tylko ktoś potrafi przełknąć bandę morderców potrafiących podkręcać kule i przyspieszający swoje serce do 400 uderzeń na sekundę, która słucha się tajemniczego kodu z tkaniny to niech koniecznie uda się do wypożyczalni albo kupi DVD.

Są świetne filmy jak "Mroczny rycerz", są bardzo dobre filmy jak "Wanted - Ścigani" i jest "Hancock", którego nie polecam. Pokładałem olbrzymie nadzieje w tym tytule już od pierwszego zwiastuna, który był cholernie śmieszny i liczyłem na film, który będzie się naśmiewał z trykociarstwa w sposób bardziej wyszukany niż robią to w "Superhero Movie". Pomyliłem się. Początek "Hancock" ma dobry, ale później to już tylko równia pochyła. Naśmiewania się ze sterotypów i kolesi w spandeksie starczyło na kwadrans. Po dwudziestu minutach widzimy tylko kulejący scenariusz, wymuszony humor, idiotyczne pomysły, wepchnięty na siłę wątek miłosny i nudę, której w ogóle nie powinno być. Boli że mamy trójkę bardzo dobrych aktorów, którzy grają na odwal się. I Will Smith, i Charlize Theron, i Jason Bateman niczym się szczególnym nie wyróżnili, no chyba że weźmiemy pod uwagę kwaśne miny. Ich role toną w nijakości tego filmu. Dodatkowo od strony wizualnej "Hancock" pozostawia wiele do życzenia. Jak na film trwający półtorej godziny i mający budżet 150 milionów dolarów ma bardzo średnie efekty specjalne i w ogóle mało jako takiego efekciarstwa. Finał to już zupełna kpina i olbrzymi zawód. O ile podczas seansu towarzyszy uczucie irytacji, ale i pewna nadzieja, że finał da kopa to gdy już poleci lista płac jedynce co się czuje to złość. Jak można było spieprzyć tak fantastyczny materiał na zabawny film!?

piątek, 29 sierpnia 2008

Mroczny rycerz


Prawie trzy tygodnie minęły od wycieczki do kina na "Mrocznego rycerza" i nie mogłem się zebrać by skrobnąć o nim chociażby kilka słów. Jakoś brak pomysłu na fajny tekst i trochę za mało wolnego czasu skutecznie mnie odciągały od monitora. Dziś nadprogramowo mam wolne. Powiadomiono mnie sms po pierwszej w nocy żebym nie przychodził do pracy, bo pracy nie ma. No więc korzystam. Wysprzątałem mieszkanie. Odkurzyłem, umyłem podłogi, starłem kurz, który narastał od początku sierpnia, zacząłem się uczyć i w końcu przysiadłem do notki.
"Mroczny rycerz" mnie zachwycił. Oglądałem zwiastuny i plakaty, śledziłem szał podczas którego ten film wzniósł się na szczyt listy najlepszych filmów na IMDb i czytałem opinie po premierze w USA. Zdawałem sobie sprawę, że ta olbrzymia machina marketingowa nie stała by za filmem kiepskim, byłem przekonany że będzie to prawdziwa uczta kinomana. Jednak to co otrzymałem przekroczyło moje oczekiwania na tyle, że nie jestem w stanie określić jak bardzo. Pokuszę się o nazwanie filmu arcydziełem, które wykracza poza swój gatunek (arcydzieło mimo jednej skazy, którą zauważam, która trochę wkurza, ale o tym napiszę później). To mroczny, w pewien sposób nieprzyjemny, chłodny film. Realistyczny, wielowątkowy, epicki i bardzo dojrzały obraz. Chciałbym żeby to była moja myśl, ale niestety nie jest. Gdzieś w sieci wyczytałem że "Mroczny rycerz" to "Imperium kontratakuje" filmów komiksowych. Jak dla mnie cholernie trafne porównanie i podpisuję się pod nim. Uczucia jakie towarzyszą na koniec są bardzo podobne. Jest satysfakcja, bo obejrzało się wspaniały film, wielkie widowisko, ale towarzyszy temu dziwna gorycz, bo czy w filmach z superbohaterami nie chodzi o to żeby dobro w pełni wygrało?


Obłędny rycerz

Joker. Facet pojawił się na ekranie i przychylam się do setek głosów, ukradł film. Ja dodatkowo zapomniałem, że to Heath Ledger. Zapomniałem o jego śmierci, o jego wcześniejszych rolach. Dla mnie TO BYŁ Joker. Całkowicie odczłowieczony, szalony, kierujący się chorą logiką obleśny psychol. Porwała mnie ta kreacja. Mam ciarki na plecach, gdy przypominam sobie go mlaszczącego językiem.. Tak realistycznych i prawdziwych potworów kino miało niewiele i stawianie go obok Hannibala Lectera Hopkinsa wcale nie jest na wyrost. Na dodatek to on jest wielkim wygranym tej historii. Mimo iż nie odniósł żadnych wymiernych korzyści. Zostaje złapany, jego eksperyment socjologiczny związany z dwoma promami nie powiódł się, ale dopieprzył dobrym do żywego. W konsekwencji nikt stojący po stronie prawa nie zyskuje. Doprowadza do tego że, psychika Denta wywraca się na lewą stronę, Batman staje się poszukiwanym numer jeden, a Gordon musi ścigać swojego sprzymierzeńca wiedząc o jego niewinności.


Rycerz Bez Skazy

Harvey Dent. W jego przypadku nie jestem do końca przekonany. Aaron Eckhart to świetny aktor. Zagrał z pasją i stworzył pełnokrwistą, prawą postać prokuratora. który stawia sobie jeden cel - wytępić przestępczość w swoim mieście. Jednak narodziny Dwóch Twarzy mi się nie podobały. To było pójście na skróty. Wierzę, że można było złamać kogoś takiego jak Dent i wierzę również, że śmierć ukochanej może zdruzgotać. Jednak tutaj, w przypadku w wizji Nolana ciężko mówić o tej złej stronie u Denta. Był uparty, twardy, ale nie zły. Takie przesłuchiwanie szaleńca za pomocą rewolweru i monety nie przekroczyło pewnej granicy. Dent grany przez Eckharta był dobrym człowiekiem, wydawałoby się że całkowicie stabilnym umysłowo. Rozmowa z Jokerem spowodowałaby tak piorunującą przemianę? Może jestem za bardzo pod wpływem historii "The Long Halloween" i tamtego originu tej postaci, ale wydaje mi się, że można było zbudować wokół Harvey’a bardziej skomplikowaną intrygę i poświęcić mu trochę więcej taśmy. Uśmiercenie tak ważnego przeciwnika uważam również za wielki błąd, bo to jedna z najbardziej skomplikowanych osobistości podziemia Gotham. Zdaję sobie sprawę, że gdyby Dwie Twarze przeżył, uciekł i dalej planował zemstę film nie miałby tak błyskotliwego i mocnego zakończenia i stracił by bardzo na sile. Jednak jakiś minimalny żal pozostaje. Zaskoczyła mnie komputerowa charakteryzacja na jaką zdecydował się Nolan. Początkowo odebrałem to z lekkim kręceniem nosa, ale teraz myślę, że najważniejsze zostało spełnione. Stworzono z nieskazitelnego człowieka monstrum. Potworną kpinę tego czym był wcześniej. W tym popalonym garniturze, z odsłoniętym okiem, dziurą w brodzie był przerażający. Swoim wyglądem przypominał, że jest największym przegranym w potyczce.


Mroczny rycerz

Batman. Mało go trochę. Można pomyśleć, że za mało. Jednak gdy film dobiega końca, padają ostatnie kwestie i widzimy jego ucieczkę myślałem tylko o nim. Taka mieszanina goryczy, smutku, ekscytacji i zaskoczenia ("To tak się to skończy?"). Można ponarzekać, że gościu mówi sztucznym głosem, jeździ idiotycznym pojazdem nie przypominającym żadnego wcześniejszego Batmobilu, ale w "Mrocznym rycerzu" dostajemy prawdziwego Batmana, a przynajmniej ja dostałem. Bo prawda jest taka, że każdy ma swojego Batmana. Dla mnie, żadna inna filmowa wizja nie była bliżej realistycznego obrazu człowieka w masce nietoperza. Żaden inny Batman nie był bardziej prawdziwy i w żadnego tak łatwo mi nie przyszło uwierzyć. A że ucierpiała na tym komiksowość filmu... co z tego? Czy to aż takie ważne, że Gotham było w Chicago, a nie w studiu filmowym? Czy to, że część akcji działa się w dzień wpływa na odbiór tego filmu? Szczerze wątpię. Bo taki ktoś jak Joker wzbudza największą trwogę spacerując swoim kaczym chodem w blasku słońca. Poza tym historia Batmana jest uniwersalna. Można ją opowiadać na wiele sposobów i patrząc na Elseworlds'y wcale te inne wersje nie są gorsze.

Akapitem podsumowania, "Mroczny rycerz" mnie zachwycił w każdy możliwy sposób. Kreacjami aktorskimi, scenariuszem, który zaskakiwał kilka razy, wyborami scenarzystów i reżysera. Prawda jest taka, że jestem w staniem przymknąć oko na Dwie Twarze, bo zdaję sobie sprawę, że wtedy końcówka nie miałaby takiego wydźwięku, a i film nie potargałby mną tak mocno. Jestem w stanie wybaczyć mało Batmana w Batmanie. Bo jeżeli się kocha to się wybacza, a ja "Mrocznego rycerza" pokochałem. Każda z tych 152 minut jest fantastyczna i warta wielokrotnego obejrzenia. W tej chwili to dla mnie najlepsza adaptacja komiksu. Zdjęła z podium "Powrót Batmana", który utrzymywał się tam spokojnie piętnaście lat.

piątek, 11 lipca 2008

Rycerz Gotham

Ósmego lipca na sklepowe półki w Stanach trafił "Batman: Gotham Knight", czyli jak sądziłem taki smaczek przed premierą "The Dark Knight". Sześć krótkich animowanych opowieści wyreżyserowanych przez sześciu reżyserów ze scenariuszem sześciu scenarzystów. Trzy razy sześć. Według zapowiedzi twórców akcja miała rozgrywać się między wydarzeniami znanymi nam z "Batmana: Początek", a tymi które poznamy w najnowszym filmie Nolana. Jak się okazało "Batman: Gotham Knight" to nie żaden smaczek, ale pełnowartościowe danie i jak sądzę najdojrzalszy i chyba zarazem najlepszy animowany Batman. Wyznanie to wychodzi spod moich palców bardzo ciężko, bo jestem olbrzymim fanem kreskówek Timma. Muszę przyznać, że "Rycerz Gotham" jest nie tylko fantastyczny od strony wizualnej, ale i również cholernie miodny. Po nieobecności w "The Batman" wraca Kevin Conroy – jedyny prawdziwy głos Bruce’a Wayne’a i jego mroczniejszego wcielenia, więc nie tylko ogląda się to fantastycznie, ale i słucha.
Na pierwszy ogień idzie "Have I Got A Story For You". Opowieść utrzymana w konwencji znanej z jednego z odcinków (i pewnie z tuzina innych rzeczy, ale akurat ja znam to stamtąd) "The New Batman Adventures" mianowicie z "Legends of the Dark Knight". I tam, i tutaj mamy grupkę dzieciaków, które opowiadają sobie historie o Batmanie. Każde ma własną wizję bohatera i każde uważa, że ma rację. Oczywiście na koniec pojawia nam się Batman z przeciwnikiem i zaczynają okładać się po gębach. O ile dobrze pamiętam w "TNBA" łomot dostał Firefly (chyba jedyny łotr z Gotham, który dał się pokonać Melowi Gibsonowi). Tutaj mamy jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego, wyposażonego w masę gadżetów człowieka w czerni. Historia jest opowiadana "od tyłu", a Gacka przedstawiono jako gigantycznego nietoperza, który odrywa swoim ofiarom głowy (sweet), wielkiego, skaczącego po budynkach robota i jako żywy cień (chyba najfajniejsza wizja). Za animację odpowiadało Studio 4°C i jeżeli chodzi o wykonanie to ten odcinek przypomina bardzo ich olśniewające wizualnie "Tekkon Kinkreet" i sympatyczne "Beyond" - historię o błędach Matrixa umieszczona w "The Animatrix". Żyjące miasto, dynamiczna i bardzo szczegółowa kreska, lekko karykaturalne postaci, i chociaż akcja dzieje się w dzień i wrzucono trochę wątków komediowych, to klimacik jest. Zakończenie, mimo iż oczywiste, ogląda się bardzo przyjemnie. W kolejnym segmencie - "Crossfire" na główny plan wychodzi dwójka detektywów: Anna Ramirez i Crispus Allen (głosu użycza mój ulubiony kryminalistyk Gary Dourdan). Policjanci z polecenia Gordona eskortują do Arkham przestępcę złapanego przez Batmana. Allen jest sceptycznie nastawiony do pomocy udzielanej przez Mrocznego Rycerza. Ramirez próbując wyprowadzić go z błędu, pokazuje mu poprawę jaka zachodzi w okolicy. Pech chce, że trafiają w sam środek mafijnych porachunków. Oczywiście pojawia się Batman, ratuje Crispusa przed niechybną śmiercią w eksplozji i zdejmuje po kolei przeciwników. "Crossfire" animowało Production I.G znane ze wstawki w pierwszym "Kill Billu" i fantastycznego serialu "Ghost in the Shell". Odcinek mroczny, z fantastyczną sekwencją z płonącym Batmanem i dobrą pointą na koniec.
W "Field Test" Lucius Fox daje Bruce’owi nowy gadżet, który wytwarzając bardzo silne pole magnetyczne potrafi odbijać przyciski. Wayne zabiera oczywiście nowinkę w teren by sprawdzić jej działanie w kontaktach z bandziorami. W porównaniu z poprzednimi dwoma segmentami "Field Test" wypada średnio. Głównie ze względu na bardzo mangową animację studia Bee Train przez którą Batman wygląda jak jakiś rycerz zodiaku, ale też scenariusz jakoś specjalnie mnie nie urzekł. Zakończenie przewidywalne i dość typowe, ale jak sądzę dzięki tej historii mamy znacznie pełniejszy obraz motywów jakimi kieruje się facet w pelerynie, który stawia życie innych (nawet tych złych) ponad swoim własnym. Średnim odcinkiem jest również piąta historia - "Working Through Pain" robiona do scenariusza Briana Azzarello (jednego z niewielu nazwisk, które kojarzę w liście płac). Za animację po raz kolejny odpowiadało Studio 4°C, jednak tym razem postawiono na bardziej klasyczną kreskę, a szkoda. Jest nadal przyjemnie dla oka, mrocznie kiedy trzeba, ale wydaje mi się, że zabrakło pazura który by pociągnął historię. Batman poważnie ranny szuka wyjścia z kanałów, w które zapuścił się ścigając przestępcę. Próbując opanować ból wspomina swój pobyt w Indiach i nauki pobierane od wyklętej fakirki. Najjaśniejszym punktem jest sama końcówka, bo kilka dialogów, prawie romans i bójka w wykonaniu młodego Bruce’a nie są specjalnie interesujące.
Ostatnią opowieścią w tej antologii jest "Deadshot". Jak można się domyśleć mamy tutaj pojedynek z... Deadshotem – zabójcą, który specjalizuje się w zadaniach niewykonalnych i chełpi się opinią człowieka która nigdy nie pudłuje. Kolejnym celem snajpera doskonałego ma być James Gordon - komisarz, który zalazł za skórę wszelkiej maści bandziorom. Mimo ochrony policji musi interweniować Batman. Na dachu pędzącego pociągu dochodzi do nierównej walki – pięści kontra kule. Rezultat jest oczywisty, jednak dla Wayne’a zwycięstwo miało dużo większe znaczenie, gdyż stanie na wprost dymiącej lufy pistoletu przypomniało dzień, w którym stracił rodziców. Animację robiło Madhouse, jak dla mnie czołówka jeżeli chodzi o anime. Są piękne efekty świetlne i bogata sceneria. Jak dla mnie "Deadshot" jest świetne. To według moich standardów taka klasyczna historia z Gackiem. Najwyższe miejsce na podium jednak należy się historii czwartej. "In Darkness Dwells", bo o nim mowa jest również animacją robioną przez Madhouse, tyle że tym razem jest zdecydowanie straszniejszej. Ma miejsce porwanie kardynała O'Fallona. Napastnik opisywany jest jako ponad dwumetrowy jaszczurzo podobny potwór, a świadkowie są pod działaniem gazu produkcji Scarecrowa. Batman rusza do kanałów i trafia na samego Killer Croca (który wygląda trochę dziwnie, ale jestem chyba zbytnio przyzwyczajony do kreacji jaką stworzył Timm), napompowanego gazu strachu. Potwór przegrywa walkę, dostaje strzała z antidotum, ale wcześniej udaje mu się zarazić Batmana toksyną. Mroczny Rycerz rusza dalej. Ramie w ramie z narkotycznymi wizjami przemierza podziemia i w końcu odnajduje Jonathana Crane’a. Sposób przedstawienia walki, kolorystyka, jak i sceneria przywiodły mi na myśl jakiś piekielny krąg. Serio! Ci szaleni kultyści, latające wszędzie nietoperze, jednooki demon z kosą, świetne efekty dźwiękowe i mocna muzyka - skojarzenie nasunęło się samo. To Hell and Back. Trzeba pochwalić Madhouse, bo w bardzo fajny sposób wykorzystali spowolnienia czasu (zresztą nie tylko w tym segmencie) i zaserwowali nam najciekawszą, a przy okazji pełną akcji historię. "In Darkness Dwells" to coś naprawdę mocno zapadającego w pamięć.
"Batman: Gotham Knight" to jedna średnia, trzy bardzo dobre i dwie fantastyczne opowieści. To przede wszystkim dojrzałe historie z Człowiekiem Nietoperzem. Sporo tutaj nawiązań do tragicznej śmierci rodziców Bruce’a, motywów jakimi kieruje i wartości jakie wyznaje ta postać. Istnieje coś takiego jak psychologia postaci. Jest mrocznie, dość brutalnie i czuć klimat znany z "Batmana: Początek". To jedna z animowanych produkcji ze świata DC, która otrzymała w UK kategorię wiekową od 15 lat z uwagi na sceny przemocy i obecność krwi. Porównuje się tą antologię do "Animatrixa" i muszę przyznać, że coś w tym jest. Przede wszystkim obie pozycje łączy wykorzystanie animacji znanej z anime, i ten styl w obu przypadkach się sprawdza, chociaż w "Rycerzu Gotham" brakowało mi jakichś bardziej znanych reżyserów. Drugą wspólną cechą jest wypełnianie luki między częścią pierwszą, a kolejnymi. Zamysł świetny, tyle, że historie ze świata Matrixa cierpiały na poważną wadę, nie było tam interesującego bohatera. Całość była zbyt porwana, segmenty nie pasowały do siebie i tym samym wydało mi się to mało ciekawe (chociaż nie całkowicie). W przypadku Batmana dostałem coś do czego będę wracał wielokrotnie (już wracam!) i jak sądzę spokojnie może to funkcjonować samodzielnie. Muszę posiadać "Batman: Gotham Knight", najlepiej wersję dwupłytową. Wspaniała rzecz! Na moją ocenę z pewnością ma wpływ sentyment do Batmana i Conroy'a, ale nie sądzę, żebym trafił na lepszą animowaną adaptację amerykańskiego komiksu z superbohaterem. Prawdziwy mus!

Oficjalna strona antologii

piątek, 16 maja 2008

Iron Man

Wczoraj miałem okazję odwiedzić jedno z łódzkich kin i obejrzeć "Iron Mana". Wbrew obawom, które pojawiły się u mnie, gdy tylko usłyszałem o filmie i które pogłębiły się po obejrzeniu pierwszego trailera, film okazał się pierwsza klasa. Niestety, nie udało mi się wykonać założonego wcześniej planu. Przez pół roku nie nadrobiłem zaległości i nie zapoznałem się w większym stopniu z tą postacią, więc nie mam bladego pojęcia czy film wykorzystywał jakiekolwiek wątki znane z komiksów (oprócz Starka w zbroi) czy był po prostu nową wersją losów bohatera.
Recenzji "Iron Mana" jest już na pęczki i chyba w każdej wychwalają Roberta Downey Jr. – tu nie będzie inaczej. Zaczynam od niego, gdyż Robert moim zdaniem ciągnie ten film swoją osobą. Jest jego najjaśniejszym punktem i czyni "Iron Mana" rewelacyjnym. Tony Stark, w którego rolę się wcielił jest po prostu kapitalny. Kobieciarz, opój, imprezowicz. Z takim samym urokiem podrywa dziewczyny i sprzedaje broń masowego rażenia. Z ciętym żartem, olbrzymią charyzmą i gigantycznym ego ten cynik nie da się nie lubić. Przez całe życie sprzedając technologie wojskowe żyje sobie jak boża krówka, nieświadomy ile zła czyni rzucając na rynek kolejny rodzaj pocisku. Nagle staje się obiektem agresji i ofiarą broni, którą sam stworzył. Po wpływem tych wydarzeń ulega przemianie. Z uwięzionego przez terrorystów cynicznego konserwatysty, przemienia się miłującego pokój liberała. Po powrocie do Stanów, Stark zamyka swoje zakłady zbrojeniowe, wstrzymuje wszelkie dostawy, a w domowym zaciszu buduje zbroję, którą wykorzystuje później do walki ze złem, które pomógł stworzyć. Pomaga mu przyjaciel Murzyn i seksowna sekretarka, a głównym przeciwnikiem Tonego okazuje się nie zbrojna organizacja, a jego współpracownik, który zaszłej w nim przemiany nie jest w stanie zrozumieć i dalej dozbraja każdego kto zapłaci.
Można się spodziewać po filmie masy akcji, nawalanki co dziesięć minut i jednej wielkiej rozpierduchy na sam koniec, ale tak nie jest. Pół filmu wprowadzenia. Przedstawienia postaci i motywowania jego dalszych działań. Sporo humoru na początku, później umoralniania. Drugie pół to budowanie zbroi plus kolejna dawka gagów i ostateczna konfrontacja z przeciwnikiem. Mamy w zasadzie z trzy większe potyczki: ucieczkę Starka z jaskini Talibów, interwencję Iron Mana w Afganistanie i pojedynek z Iron Mongerem (ha, co za nazwa Iron Monger – Sprzedawca z Żelaźniaka), które stanowią jedynie góra 20% całości. Spodziewałem się większej ilość akcji i byłem trochę zdziwiony, ale okazuje się, że w tym filmie takie proporcje są idealne. Stark, którego praktycznie nie znałem, okazał się tak absorbującą postacią, że wynagrodził całkowicie wszelkie zgrzyty (jak chociażby jego cuda na kiju jakie nawyczyniał w tej ziemiance i kiepskie wykorzystanie niektórych bohaterów).
Dostałem film, który w pełni spełnia oczekiwania jakie mam idąc do kina na ekranizację komiksu. Był to taki mix filmu akcji, komedii, częściowo dramatu, z głównym bohaterem, który nie jest wymoczkiem, którego trzeba lubić i który czując odpowiedzialność za swoje czyny zaczyna działać. Walka dobra ze złem, bez zbędnej dziecinady, traktowania widza jak debila, gmatwania wątków i przynudzania. Ponad dwie godziny świetnej zabawy i dowód na to że odpowiednia obsada to klucz do sukcesu i że na ekranizacje Marvela jednak warto chodzić do kina*.

* chociaż trailer "The Incredible Hulka", który puszczali przed "Iron Manem" jakoś specjalnie do tego nie zachęca.

czwartek, 13 września 2007

Kupy Marvela

Lubię sobie od czasu do czasu obejrzeć jakiś komiksowy film. Taka odskocznia po godzinach spędzonych przy horrorach. Z takich obrazów z superbohaterami się chyba nie wyrasta. To ponadczasowe postaci. To zagrania, które nigdy się nie nudzą, bo dobro zawsze musi zwyciężyć. To lekka rozrywka, bo kino rodzinne. Nie uświadczy się krwi, seksu, rasistowskich kawałów i zbytnich wulgaryzmów. W jakim wydawnictwie bohaterowie są najciekawsi? Oczywiście w DC! no dobra... żartuję. Wiadomo, że największą i najlepszą wylęgarnią herosów jest Marvel i właśnie o marvelowskich superprodukcjach sobie popiszę.
Ostatnio miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć dwa filmy na podstawie komiksów tego wydawniczego olbrzyma. Tym razem padło na drugą częścią "Fantastycznej Czwórki" i trzecią odsłoną "Spider-Mana".


"F4-2" obejrzeć się da. Oprócz tego, że jest ładnie i efektownie nakręcony, to jest jeszcze Alba, która mimo iż wygląda sztucznie, przyciąga wzrok. Z równą przyjemnością można sobie popatrzeć na Galaktusa - Pożeracza Światów, który wpada na chwilę pod koniec filmu odwiedzić nasz Układ Słoneczny. Poza postacią Susan Storm jest ulubieniec publiczności The Thing (Michael Chiklis), z którego można się pośmiać i elegancki niczym Oskar Srebrny Surfer (grający go Doug Jones chyba uwielbia wskakiwać w wszelkiego rodzaju kostiumy, najlepiej żeby były obcisłe). Efekty komputerowe momentami są naprawdę świetne, widać tu że wykorzystano ten budżet na 130 milionów dolców. Najlepiej wypadającą postacią jest mówiący głosem Fishburna Silver Surfer, a wszelkie zmiany i całe zamieszanie, których dokonuje to cholernie efektowne kino. Jeszcze jednym plusem jest Galaktus, którego dziękować bogom tamtego uniwersum pokazano nie jako gigantycznego robota (coś w stylu Power Rangers), ale jako ogromną i zarazem bardzo brzydką chmurę. Cała reszta jak dla mnie to pomyłka. Gumowe aktorstwo w przypadku Reeda Richardsa i głupkowate żarty Human Torcha, na zmianę z silącą się na grę aktorską Albą i śmiesznymi problemami drużyny związanymi ze ślubem Reeda i Storm. Całość w moim odczuciu nieudolnie poprowadzona, ale film na szczęście nie był przesadnie długi, więc nie zmęczył.


Natomiast "Spider-Man 3" już wymęczył i to cholernie. Po świetnej i totalnie wypasionej drugiej części spodziewałem się, że z trójki Raimi zrobi jakiegoś niesamowitego fajerwerku z Venomem w roli głównej. Liczyłem na taką petardę, która przywali, powali i nie pozwoli mi ochłonąć przynajmniej przez jakiś czas. Zawiodłem się całkowicie. Zamiast Venoma dostałem jakiegoś z choinki wziętego Sandmana (kolesia, któremu w komiksie nie poświęcono pewnie więcej niż ze trzy numery [w "Ultimate Spider-Man", które czytam chyba były aż dwa]). Faceta, może zrobili efektownie, ale charyzmy w nim tyle co w samochodzie, w którym zastrzelił wujka Bena. Postać tego kolesia z piasku wprowadzona dla mnie niepotrzebnie. Kolejnym, niepotrzebnym zabiegiem było ponowne męczenie widza Zielonym Goblinem. A danie główne? Venom? Potraktowany po łebkach. Tutaj totalnie nie wykorzystano potencjału tej postaci. Oprócz tego od zawsze nie pasująca obsada stała się jeszcze bardziej irytująca. Tobey Maguire, z wyglądu cipowaty chłopak wykreował cipowatą postać Parkera. Peter jest taką niedojdą, że aż trudno mi sobie wyobrazić kto mógłby chcieć wyjść za mąż za taką totalną ofiarę losu. Sceny z jego udziałem są chyba najbardziej żałosną komedią tego roku. Zawsze ładną MJ, gra Kirsten Dunst, która nigdy ładna niestety nie była. Mary Jane w trójce oprócz tego, że pozbawiono urody to i również seksapilu, w dodatku jest nudna jak flaki z olejem. Druga kobitka Pająka - Gwen Stacy może i podobna do komiksowego pierwowzoru, ale postać jej płytka jak kałuża i w zasadzie praktycznie nic nie wnosząca do filmu. Jedyne jasne gwiazdy to J. Jonah Jameson i kelner, którego zagrał Bruce Campbell. Co do efektów, są niezłe, ale latającego po Manhattanie Spider-Mana widziałem już wcześniej. Piaskowa burza robi wrażenie, ale myślę, że film by bez niej zyskał... to jak zrobili symbiota jednak jak najbardziej okej. Boli jeno brak wijącego jęzora, no i mało go jednak w filmie. Raimi dał jak dla mnie ciała i trudno mu będzie odbudować u mnie zaufanie do jego filmów.

Uważam, że ogólnie mogłoby być dużo lepiej. Ekranizacje Marvela, które nie są tanie i o dziwo zwracają się całkowicie producentom, są zwyczajnie kiepskie. Kilka miesięcy wcześniej męczyłem się przy "Ghost Riderze". Dziś zacząłem sobie przypominać co dane mi było oglądać... "Man-Thing", "Punisher", "Hulk", "Daredevil" (o dziwo mimo Afflecka chyba najlepszy z tych wymienionych) - po seansie każdego raczej miałem nieprzyjemne wspomnienia. Oprócz "X-Menów", "Blade'ów" (no dobra, pomińmy część trzecią) i drugiego filmu o Peterze Parkerze uważam resztę za nieudane produkcje. Nie spełniają moich oczekiwań, a przecież nie oczekuję dużo. Bo to komiksowe historie są. Opierają się na prostych założeniach, ale nie są głupie. Szkoda, że twórcy nie potrafią podejść do widza, czy do przeciętnego czytacza historyjek obrazkowych jak do istoty myślącej, a za to serwują coś albo mdlącego swoją naiwnością, albo całkowicie odmóżdżającego. Blee...!