Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #3

Nawet nie wiem kiedy ten tydzień zleciał, a to za sprawą "Skyrim", w którym utonąłem. Tym samym, mimo L4, świąt i siedzenia w domu, moce przerobowe były wyjątkowo małe. 

Film     A raczej filmy, bo polecam dzisiaj dwie części "Crows Zero" Takashiego Miike. Najlepiej jedna po drugiej. Samo nazwisko reżysera mówi dużo i wystarczy wielu osobom, aby rzucić się na tytuł lub z miejsca go odrzucić. Miike to bardzo specyficzny reżyser, doskonale operujący kiczem, nie bojący się trudnych i dziwnych tematów i przede wszystkim mające swoje własne autorskie podejście do wszystkiego. Lubi rzeczy zagmatwać, lubi wrzucić w jakąś prostą rzecz wepchnąć tyle metafizyki, że człowiek po trzecim seansie ostatecznie daje za wygraną, poddaje się stwierdzając, że nie rozumie. Lubi brutalność. Z "Crows Zero" jest troszeczkę inaczej. To prequel do bardzo popularnego shonena (mangi dla chłopców) "Crows" i chyba trochę konwencja przycięła mu skrzydła. Ten tytuł jednak sam w sobie jest bardzo mocno przerysowany i przesiąknięty specyficznym humorem, więc nie jest źle. 


To historia pewnego rocznika męskiego liceum Suzuran, szkoły dla wyrzutków - wron - i wydawać by się mogło, że to jest to jedna wielka banda chuliganów i oprychów. I wiecie co,tak chyba rzeczywiście jest.Warto jednak zaznaczyć, że to naprawdę sympatyczne i zabawne łotry. Największym osiągnięciem w Suzuranie i marzeniem każdego, kto chce się liczyć, jest podbicie (przez pobicie) całej szkoły i podporządkowanie sobie wszystkich band oraz klas. Najbliżej tego jest trzecioklasista Serizawa, ale szyki psuje mu Genji - nowo przybyły chłopak, syn lokalnego yakuzy. Genji podbiciem szkoły, chce udowodnić ojcu, że jest w stanie przejąć po nim schedę. Tak zaczyna się wielka rywalizacja i niekończące pranie po mordach. Kolejne fortele by osłabić przeciwnika kończy wielka ustawka, która może i wyłania zwycięzce, ale walka trwa dalej. 

W "Crows Zero II" na arenę wchodzi druga szkoła - Hosen. To jeszcze gorsze liceum, a zgoleni na pałę uczniowie tworzą jednolity front nienawiści. Genji przypadkowo zrywa zawieszenie broni i teraz Kruki po kolei są eliminowani. Musi ocalić honor i pozycję, ale ludzie nie za bardzo palą się do walki, szczególnie że podczas ostatniej wojny ktoś zginął. Wszystko oczywiście kończy wielka bitwa - inaczej być nie mogło, taka konwencja. 


Obie części "Crows Zero" można spokojnie określić mordobiciami, ale nie tylko o wesołe napieprzanie tutaj chodzi. Najważniejszym elementem w filmie jest przyjaźń, to ile te chłopaki robią dla siebie. Oczywiście honor i szacunek również. Mimo że bohaterowie rozwiązują wszystkie konflikty pięściami to wyraźnie zaznaczono, że przemoc nigdy nie jest rozwiązaniem. Że nieważne jakim twardzielem jesteś, zawsze znajdzie się ktoś na kim polegniesz. Nie będzie spoilerem jak napiszę, że Genjiemu ostatecznie nie udaje się podbić szkoły. Suzuran tak działa.


Historię kontynuuje manga Hiroshiego Takahashiego, która trzeba pamiętać, że była pierwsza. Bohaterami są pierwszoroczniaki z filmu, którzy gdzieś tam się przewijają w tle, ale nie są aktywni w konflikcie Genji-Serizawa. Przeczytałem na razie kilka tomów "Crows" i chociaż fajne, to raczej mi na razie starczy. Jest jeszcze "Worst", który też dzieje się w Sazuranie, ale już kilka lat po Krukach. Każdy z tytułów pokazuje nowe pokolenie. Dobrze widać jak przez lata ten mangaka rozwinął warsztat. Miike zekranizuje teraz jego inną gangsterska mangę - "QP". Już nie mogę się doczekać!

Strasznie długaśny mi ten wpis wyszedł, ale jeszcze kilka słów na koniec. "Crows Zero" ma niesamowicie fajny klimat. Miike wyrysował obraz niegrzecznych japońskich chłopców, którzy stoją pomiędzy yakuzą, a gangami motocyklowymi. I chociaż wydaje się to przejaskrawione, to jednak czuć, że jest w tym jakaś cząstka prawdy. Wystarczy pogrzebać trochę w necie by zobaczyć, że Kruki i ich kultura yankee to nie są rzeczy do końca wyssane z palca. Naprawdę bardzo fajne, raczej męskie i trochę inne kino. 

W przyszłym tygodniu mam nadzieję, że polecę trochę więcej i różnorodniej. Albo może i nie. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #2

Gra    "Trine" od fińskiego Frozenbyte. Jak dla mnie to duchowy spadkobierca kultowego "The Lost Vikings", w które zagrywałem się w podstawówce. Więc coś w tym jest. Może nie nowatorska, ale nadal  oryginalna, prawie trzyletnia platformówka, z bardzo dobrze zachowaną proporcją między miażdżeniem przeciwnika, a główkowaniem i kombinowaniem. Mamy tradycyjną trójkę bohaterów, z którą spotkać się można w co drugiej fantasy: rycerza, maga i złodziejkę. Każde z nich ma unikalne zdolności, a tytułowy Trine - pradawny artefakt, połączył ich dusze tak, że tylko jednym z nich możemy w danej chwili kierować. Od nas zależy jak przejdziemy etap, z czyich umiejętności będziemy korzystać. Mag, który potrafi tworzyć skrzynie i kładki oraz przesuwać obiekty jest tutaj moim faworytem, ale elementy zręcznościowe najlepiej przechodziło mi się złodziejką. Piękna oprawa audiowizualna i olbrzymia grywalność. Bardzo duży nacisk na szczegóły. Niby "mała" gierka, ale można zatonąć na długie godziny. Do wielokrotnego przechodzenia. 


Muzyka   Soundtrack do gry "Deus Ex: Human Revolution" skomponowany przez Michaela McCanna. O rany!, ale cudo! Może to po części spowodowane jest tym, że zauroczyła mnie gra, a świat w niej pokazany jest tak obłędnie miodny, ale zakochałem się w tej ścieżce. Od pierwszych sekund mnie porwała i coś czuję, że na długo zagości w moim odtwarzaczu. Trochę monotematyczny jestem, bo to znowu soundtrack ilustrujący science-fiction, ale co zrobić? "Deus Ex: Human Revolution" to przede wszystkim elektronika. McCann wzbogacił ją elementami symfonicznymi i chórami, także dostajemy coś mrocznego, ale nie przygnębiającego. Ta płyta jest naprawdę energetyczna, zresztą w grze niektóre kawałki przyspieszają tętno. Przebija się też trochę orient, bo część gry dzieje się przecież w Chinach. Bardzo fajna mieszanka, słuchajcie w ciemno!



Film    "The Seaside Motel". Portale internetowe klasyfikują tą ekranizację mangi jako komedię romantyczną, ale film Kentarô Moriya'y dzieli od tego gatunku strasznie dużo. Jest to dramat, który trochę zbacza w stronę czarnej komedii... coś w stylu "Czwartku" albo "11:14". Mamy tytułowy motel, który tak naprawdę leży w samym środku lasu i gór - jedyne morze można tam zobaczyć na obrazkach (coś jakby z Murakamiego) i kilkanaście osób, których losy się przeplatają. Jest uciekający hazardzista i jego uwielbiająca koty, wiecznie zadającą pytania dziewczyna, dwójka gangsterów i specjalista od tortur, prostytutka i komiwojażer, małżeństwo, któremu za bardzo nie idzie w łóżku i które aż się pali do zdrady. Cała plejada nieudaczników, którzy za bardzo nie wiedzą co ze sobą począć. Szukają miłości, szczęścia, drogi życia? "The Seaside Motel" to momentami zabawny, czasami trochę gorzki, niegłupi film. Nie jest to ten rodzaj rozrywki, przy którym można boki zrywać, ale ja się klika razy szczerze zaśmiałem. Lekko pokręcona stylistyka, fajny montaż i zdjęcia oraz umiejętne eksploatowanie klisz dodają mu uroku. Przyjemny seans. Szczerze polecam.

niedziela, 18 września 2011

Przygoda z owcą

"Thanks, Smokey!" pokazał mi Pavel. To samo w sobie jest dla mnie zabawne, ale tych którzy go nie znają, bardziej bawić będzie sam film. Niekonwencjonalne spojrzenie na temat. Trudna i niesmaczna tematyka, ale jednocześnie wszystko jest szczerze zabawne, nie sposób się nie śmiać. Poza tym ten kilkuset sekundowy obraz nasycony jest erotyzmem, jakiego czasem trudno jest szukać w filmie kinowym. Dobra rzecz.

Zresztą inne filmiki od Zoochosis są równie zabawne.


środa, 7 września 2011

Paryska nostalgia

"Nie ma złych tematów jeśli historia jest prawdziwa, jeśli proza jest czysta i szczera, a odwaga i cnota poddawane opresji" powiedział Ernest Hemingway w najnowszym filmie Woody'ego Allena (tak mi się przynajmniej zdaje). Urzekło mnie to zdanie. 

Jest to jedna z perełek, bo "O północy w Paryżu" to dla mnie taki sznur pereł - małych, ale jakże cennych i trafnych prawd, które nie zawsze muszą urwać dupę, ale miło je usłyszeć. Szalenie mi się film podobał, a trzeba zaznaczyć, że entuzjastą allenowskiej twórczości nie byłem nigdy. Kilka jego filmów, z przełomu lat dziewięćdziesiąty i nowego stulecia, mnie do faceta zniechęciło. Dopiero, gdy przeczytałem "Czystą anarchię" i za namowami Kamili skusiłem się na "Annie Hall" oraz "Manhattan", doszło do mnie, że gościu ma przebłyski geniuszu i potrafi nakręcić niesamowity film.
Siłą "O północy w Paryżu" są nocne wyprawy Gila (który tak na marginesie, z tą swoją wkasaną koszulą wygląda gorzej niż ja z wypuszczoną) podczas, których spotyka się z paryską bohemą lat 20tych. Bezbłędnie dobrany drugi plan i genialne sceny ze wspomnianym Hemingway'em, Dalim, Buñuelem, Picasso czy  państwem Fitzgerald kradną film głównej obsadzie. Myślę, że każdy kto ma w sobie choć odrobinę romantyka tęskni za minionymi epokami (i nie chodzi mi tu o tęsknoty za PRLem). Tacy ludzie z pewnością znajdą w "O północy w Paryżu" coś dla siebie. Jednakże Allen swoim wywodem na temat "złotych czasów" nie przekazuje nam niczego nowego. Każdemu w pewnym momencie przychodzą do głowy podobne przemyślenia. Dla mnie to jest ok. Ja lubię sobie obejrzeć taką oczywistość. Bez napinki. Zdaje sobie jednak sprawę, że jest to mało błyskotliwe spostrzeżenia jak na tego autora i ludzie mogą poczuć się rozczarowani. Film jest inteligentną, pełną specyficznego humoru rozrywką. Nie wiem czy to dobra rekomendacja. Mam nadzieję, że tak. Oglądajcie!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Zaplątani

Disney to taka wytwórnia, która z jednej strony posiada najlepsze animacje (dla podkreślenia napiszę że chodzi mi o te "animacje wszech czasów"), a jednocześnie potrafi uwalić naprawdę fajny pomysł i sklecić głupawego, ciężkostrawnego gniota. Niejednokrotnie mnie zawiedli, niejednokrotnie pokazali też, że konkurencja musi się od nich wiele nauczyć. Także, każda ich nowa produkcja to w jakimś stopniu dla mnie zagadka. Zupełnie nie wiedziałem też czego się spodziewać po ich najnowszym dziele - "Zaplątanych". Dla mnie to był film zagadka. Trafiłem kiedyś na jakieś concept arty, ale tak się złożyło, że przedstawiał on samą wieżę. Innych bliższych kontaktów nie pamiętam. I tak się dziwnie złożyło, że gdy pojawił się pomysł pójścia na to do kina, bez większego zastanowienia się zgodziłem. Co więcej szybko stałem się entuzjastą tego pomysłu! nadal nie wiedząc na co się wybieram.


"Zaplątani" to historia Roszpunki. Podejrzewam, że tytuł wziął się stąd, że ewentualna "Roszpunka" byłaby wielce nieatrakcyjna dla chłopców, szczególnie, że kojarzy się głównie z Barbie. Księżniczka o magicznych włosach, porwana przez jędzowate babsko, spędza całe życie zamknięta w wieży. Aż zjawia się Flynn, przystojny łotr o dobrym sercu i obiecuje jej, że w zamian za zwrot kosztowności które ukradł, zaprowadzi ją na coroczny pokaz lampionów - które notabene mieszkańcy królestwa wysyłają w niebo w rocznicę jej zaginięcia. I ruszają w drogę pełną przygód. Ich śladem podążają zła macocha-kidnaperka, wykiwani wspólnicy łotrzyka i aż-za-bardzo-praworządny koń ze straży miejskiej (który zabiera tytuł najzabawniejszego i jednocześnie najodważniejszego disnejowskiego konia wałachowi Belli).

O czym wypada wspomnieć, to fakt, że mimo iż mamy film o księżniczce, a i pewne uczucie między głównymi bohaterami się rodzi (bo jakby mogło nie), to nie jest to już taka słodka historia miłosna, z ptasimi trelami w chórku. To dużo bardziej wybiegająca wobec oczekiwań młodych ludzi historia. Może nie tyle uwspółcześniona, bo nadal mamy na wskroś bajkową krainę, gdzie jest magia i zwierzęta niejednokrotnie inteligentniejsze od ludzi, ale jednak... "Zaplątani" są bardziej współcześni duchem niż większość disnejowskich animacji. Chociażby sama Roszpunka to krnąbrna nastolatka z krwi i kości. Czuć w niej młodość, naiwność, ale też to postać kipiąca energią, autentyczna i rozbrajająco zabawna. Od dawna tak dobrze wykreowanej postaci kobiecej Disney nie stworzył. Flynn natomiast to złodziej-parkurowiec. Akrobata nie tylko na miarę Aladyna, ale prawdziwy Yamakashi do kwadratu. I nawet dialogi są bardziej "luzackie", a przy tym i naturalne, i zabawne. Humor niewymuszony, a sceny łapiące za serce chociaż obecne, to są nieprzesłodzone.


Generalnie film nie ma słabej strony. Nie ma momentu nudy, bo akcji jest naprawdę sporo..., ale nie ma też specjalnego zaskoczenia. Niby to nie problem, bo w "Zaplątanych" chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, ale wszyscy (może oprócz dzieciaków) doskonale wiemy jak się cała heca skończy. Bardzo przypadły mi do gustu piosenki (chociaż z tej tawernianej, śpiewanej przez zgraję oprychów, nie zrozumiałem prawie nic). Świetnie wkomponowane i zaśpiewane. Od strony wizualnej film pierwsza klasa. Jest kolorowo, baśniowo i z fikuśnym wykończeniem. Nie dość, że wszystkie lokacje są bajerancko zaprojektowane to oszałamiają bogactwem detali. Udało się też Disneyowi stworzyć przepiękną, magiczną scenę z lampionami, na której autentycznie zaniemówiłem z wrażenia. Animacja postaci jest świetna. Miny jakie strzela Roszpunka mnie niejednokrotnie rozbrajały. Polski dubbing jednak bez szału. Jakoś mi do końca nie pasował młody Stuhr, BrzydUla wypadła w moim odczuciu lepiej i całkowicie faceta przyćmiła. Za muzykę odpowiada Alan Menken, także to powinno wystarczyć. Ten czterokrotny zdobywca Oscara to klasa sama w sobie. 

Nam się udało jeszcze załapać na seans w kinie. Jako że trochę czasu upłynęło to pewnie teraz jest to już niemożliwe. Niemniej jednak "Zaplątani" mieli niedawno swoją premierę na DVD i sądzę, że będzie to nie tylko kapitalny prezent dla najmłodszych.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

niedziela, 31 października 2010

Salesman Pete and the Amazing Stone from Outer Space

Dzisiaj Halloween, ale zamiast czegoś w typowo horrorowym klimacie chciałbym się podzielić z wami kapitalnym krótkim metrażem pt.: "Salesman Pete and the Amazing Stone from Outer Space". Jest tutaj kilka elementów podchodzących pod estetykę znaną nam z filmów grozy, ale... to naprawdę inna para kaloszy. Pierwsze skojarzenie jakie mi przyszło do głowy po obejrzeniu filmu, to podobieństwo do pilotażowego odcinka "Atomówek", gdzie Feler Lumpeks strzelał ze swojej wymyślnej fuzji, do wszystkich mieszkańców miasta i zamieniał ich w mięso. Tutaj, tytułowy Niesamowity Kamień zamienia wszystkich w... owoce morza. Ale i kawał steku też jest! A sam Pete to sprzedawca-fajtłapa, który tak się złożyło, że został poddany eksperymentom i przy okazji jest super agentem.

Ten niespełna 7 minutowy szort stworzyli: Marc Bouyer, Max Loubaresse i Anthony Vivien, muzykę skomponował Cyrille Marchesseau, a dźwięki wyszły spod ręki MaelaVignaux. To jedna z najlepszych krótkometrażówek jakie miałem okazję w tym roku obejrzeć. Genialnie zrealizowana, łączy techniki tradycyjnie rysowanej animacji z doskonale wykorzystanym CGI. Pomysły na ujęcia, świetne tła, projekty postaci - to wszystko składa się na olbrzymią dawkę zajebistości. Oprócz tego... Marchesseau zaserwował muzykę, która pasuje do Bonda, co zresztą na dobre wychodzi, bo "Salesman Pete and the Amazing Stone from Outer Space" jest bardziej przeładowany akcją niż ostatni film o przygodach 007.

Znajdźcie chwilę i koniecznie obejrzyjcie! Świetna rzecz!

poniedziałek, 27 września 2010

Se-Ma-For Festiwal // Scary Puppets (ten najlepszy)

Wczoraj miałem napisać o najfajniejszej krótkometrażówce jaką miałem okazję obejrzeć podczas piątkowego pokazu Scary Puppets na Se-Ma-For Festiwal, ale oczywiście mi zeszło i zapomniałem. Także nadrabiam!


Najlepszym w moich oczach okazał się prawie półgodzinny fiński quasi horror "Elukka" ("Animal"). Jest to historia ojca i syna, którym przyszło żyć we wiosce nawiedzanej każdego wieczoru przez złe moce i atakowanej przez wilkołaka. Po stracie kolejnej owcy ojciec postanawia zapolować na potwora, co kończy się tym, że zostaje przez niego ugryziony. Ta lekarka, którą możecie zobaczyć powyżej to obiekt jego westchnień, ale też i źródło jego dalszych kłopotów. Tej samej nocy, kiedy zostaje on ugryziony, pani doktor potrąca jego syn, który poszedł łapać zbłąkaną owcę. W wyniku pomyłki mózg dziecka zostaje zamieniony z mózgiem zwierzęcia. Te nieoczekiwane przemiany będą źródłem masy zabawnych gagów.

"Animal" to komedio-horror pełną gębą. Mamy oczywiście masę rekwizytów charakterystycznych dla kina grozy. Ciemny las, wilkołaka, dziwną, złowrogą roślinność, a także eksperymenty naukowe, wzięte jakby z chorego snu doktora Frankensteina.

W mojej opinii to także najlepiej animowany film wieczornego pokazu. Większość produkcji ocierała się w znaczny sposób o pełne entuzjazmu amatorstwo. Natomiast ta fińska produkcja to w pełni profesjonalny film, gdzie możemy podziwiać nie tylko płynnie poruszające się i świetne wyglądające lalki (z kapitalną i przezabawną mimiką), ale również i pełne ruchomych elementów dalsze plany. Zresztą najlepiej przekonać się samemu. Tatu Pohjavirta na swoim kanale Vimeo umieścił "Animala", także nic nie stoi na przeszkodzie żebyście w domowym zaciszu zapoznali się z tą kapitalną animacją. Gorąco polecam!


sobota, 25 września 2010

Se-Ma-For Festiwal // Duży Se-Ma-For + Maska + Scary Puppets

W Łodzi, od czwartku do niedzieli, odbywa się pierwszy Se-Ma-For Film Festival. Impreza z okazji 100-lecie filmu lalkowego jest praktycznie w całości poświęcona właśnie tego typu animacji. Kamila wybrała 4 pokazy, ale wszyło, że poszliśmy tylko na 3 (z czego jeden całkowicie inny, niż zamierzaliśmy). Każdy był na swój sposób bardzo dobry i zapewnił dobrej rozrywki.


Pierwszym punktem programu był Duży Se-Ma-For 2, czyli wybór krótkometrażówek skierowanych dla starszego widza (a dokładniej druga część tego wyboru). Otwierająca animacja poddała to jednak w wątpliwość. "Ptak nie ptak" o kanarku, który chciał żyć na wolności, był przynajmniej wg mnie, wybitnie dla dzieci. Ale nie tylko z powodu złego doboru nie przypadł mi do gustu. Był strasznie naiwny, podłożone głosy były bardziej niż drażniące i chyba sam pomysł został kiepsko wykorzystany. "Dowcipy z brodą" tego samego reżysera, Edwarda Sturlisa, były znacznie lepsze. Na całość składało się kilka miniaturek - były zabawne i nawet zaskakujące. Przynajmniej dla mnie te dowcipy brody nie miały. Średnio mi podeszło również "W 10 minut dookoła świata", które przedstawiało typowe scenki z kilku wybranych krajów. Straszny banał, chociaż pomysł i sposób animacji - postaci, przedmioty i dalszy plan wykonane były z literek i figur geometrycznych - robił wrażenie. Reszta animacji wyświetlanych w tym bloku była o wiele lepsza.

"Człowiek i Anioł" o aniele stróżu, który odciągając swojego podopiecznego od kolejnych używek sam im uległ, urzekał zabawnymi lalkami, lekkim humorem i morałem. "Ostrożność" na podstawie Gałczyńskiego to nic innego jak Teatrzyk Zielona Gęś, z twistem i charakterystycznym humorem. "Uwaga diabeł!" to chyba najzabawniejszy z tego zestawu krótki metraż. Wyraźnie podzielony na dwie części, co w sumie można odebrać jako wadę, bo żeby akcja się rozwinęła trzeba chwilę poczekać. W pierwszej połowie mamy pokaz magika, którego z zafascynowaniem obserwuje widownia (tutaj moim zdaniem były najzabawniejsze lalki ze wszystkich oglądanych wczoraj filmach), w drugiej szaleństwa diabełka, którego ów magik powołał do życia. Sporo świetnych pomysłów, zabawne gagi i co najważniejsze - czuć było magię z tej miniatury. Kolejnym bardzo zabawnym dziełem byli "Hydraulicy" - dramat życiowy prosto z PRL-u. Ekipa majstrów próbuje naprawić przeciek, a dewastuje cały blok. "Hydraulicy" przypomnieli mi o genialnym filmie "Pieczone gołąbki" Tadeusza Chmielewskiego. Tu i tu, bumelancka ekipa, która w nosie ma własność innych ludzi, doprowadza swoją "pracą" do kolejnych awarii. Brakowało tylko poety. Najlepszym natomiast filmem na tym pokazie był bezapelacyjnie "Worek". Interesująca animacja, świetne pomysły i cholernie mądry przekaz. To jedna z najbardziej oryginalnych miniaturek robionych metodą poklatkową jaką widziałem. Animowano przedmioty codziennego użytku nadając im czasami niecodzienne role. Podczas walki worka z parasolem śmiała się cała sala. Zawsze po obejrzeniu takich cudeniek mam ochotę kupić zestaw DVD z tymi wszystkimi kapitalnymi animacjami, by cieszyć się nimi kiedy tylko mam ochotę.

Na koniec, bo też jako ostatni leciał, zostawiłem sobie najnowszego "Danny Boya" Marka Skrobeckiego. Historia chłopaka, który wyróżnia się spośród bezmózgiego tłumu, zakochuje się i postanawia dostosować do reszty. Świetna metafora ogłupionego społeczeństwa, niepokojąca i lekko nieprzyjemna atmosfera samotnego i niezwykle smutnego człowieka, podszyta czarnym humorem. No i dobra animacja. Do tego ta ballada zawsze na mnie dziwnie działa i cholernie wzrusza.


Następna w programie była łódzka premiera "Maski" Braci Quay (dwie wcześniejsze były w Londynie i Poznaniu). Zrobiona na zamówienie Instytutu Kultury Polskiej w Londynie i Instytutu Adama Mickiewicza adaptacja prozy Stanisława Lema, kręcona w łódzkim studiu Se-Ma-Fora była najbardziej wymagającym i nieprzyjemnym, a jednocześnie hipnotycznym, wciągającym i intrygującym filmem jaki wczoraj oglądałem. Swoją atmosferą grozy, gęstym klimatem i nieprzystępnymi, obrzydliwymi wręcz lalkami była nawet trochę odpychająca. Surowy głos Magdaleny Cieleckiej, która w teatralny sposób, jakby do taktu, czytała kwestie tylko to potęgował. A jednak nie sposób było się od "Maski" oderwać. A po 25 minutach, gdy seans się zakończył, byłem zadowolony. Mnie się ten film bardzo podobał. To moje drugie spotkanie z twórczością Quay'ów, pierwszy raz miałem z ich pracą do czynienia w filmie "Frida" Julie Taymor, ale o tym dowiedziałem się później tego wieczoru i przed pokazem "Maski" nie wiedziałem czego się spodziewać. Trochę zmieszany byłem lichymi oklaskami. Publiczności chyba się takie ciężkie klimaty nie do końca spodobały, spora ilość osób opuściła salę zaraz po napisach, nie zostając na planowej dyskusji Marcina Giżyckiego, Kuby Mikurdy i Adriany Prodeus dotyczącej Quay'ów i książki - wywiadu rzeki z tymi reżyserami. A akurat ona, dla mnie, totalnego laika w temacie, była cholernie ciekawa i z pewnością wczorajszy wypad na ten festiwal byłby niepełny gdybym ją ominął. Na sali był też prezes wytwórni - Zbigniew Żmudzki, który opowiedział trochę o Quay'ach i "Masce". W sumie też pierwszy raz byłem świadkiem tak rzeczowej rozmowy, całkowicie obeznanych w temacie osób. Nawet w programach telewizyjnych nie spotykam się z równie interesującą, pełną anegdot i informacji dyskusji.

Trzecim i dla mnie chyba najważniejszym, punktem wczorajszego wieczoru był przegląd horrorów lalkowych "Scary Puppets". Oczywiście tutaj też przyszła masa przypadkowych ludzi, która nie wiem czego się spodziewała, chyba kolejnej "Piły". Rozmawiali, śmiali się, dyszeli znudzeni i wpierdzielali śmierdzący popcorn. Na szczęście w czasie przerwy, zdegustowani opuścili salę i na najlepszym filmie wieczoru zostaliśmy bez tych "uniemilaczy". Jak to bywa z horrorami, część prezentowanego materiału była w moim odczuciu crapem, ale jeżeli ktoś się interesuje tym gatunkiem to musi się z tym stykać. I tak nie podobały mi się "Hellraiser" i "Hello, I Am Legend!" - animacje poklatkowe zrobione za pomocą klocków Lego. Twórcy tego pierwszego mieli po 17 lat, także należą im się gratulacje i brawa, ale mnie osobiście to całe odgrywanie filmów za pomocą Lego bawi jedynie w Lego Star Wars. Poza tym oba nie były przystosowane do kinowego wyświetlania i usłyszeć w nich dialogi to była wielka sztuka. Miniaturki z Fangoria TV: "Meeting at the Cementary" i "Hell's Kitchen" były sympatyczne, ale to 10-sekundówki, także nie ma co się nad tym rozwodzić. Zaprezentowano jeszcze dwie animacje tego samego autora. Świąteczne i makabryczne "The Ornament" oraz przewrotne love story "Hanged". O nich można powiedzieć ciut więcej. Były zabawne, dosadne i co najlepsze - utrzymane w stylistyce "Opowieści z krypty".

Były też trzy produkcje prosto z Japonii: "Chainsaw Maid", "Bloody Date" i "The Bath". We wszystkich laleczki były robione z plasteliny. Dwie pierwsze wyszły spod ręki Takena Nagao i chyba spotkały się z największym odzewem ze strony publiczności, a także w porównaniu z innymi prezentowanymi filmami, z burzą braw. Jak zauważyła moja Kamila nie wybijały się oryginalnością, grały na utartych schematach, ale zombie, flaki w stylu "Martwicy mózgu" oraz mimika plastelinowych postaci jest tym co się ludziom podoba. Zresztą mnie również, bo oba uważam w swoim gatunku za zajebiste. "The Bath" to dzieło jednej osoby i trzeba przyznać, że udane. Katsuya Matsuyama opowiedział o facecie, który ma brać kąpiel, z tym że czuje, że coś jest nie tak. Niepokój i paranoja, dość znamienne dla japońskich horrorów, w plastelinowym wydaniu. Wszystkie trzy shorty to gwarantowana kupa śmiechu.

Na sali było trzech reżyserów, których filmy wyświetlano w czasie pokazu: Brytyjczycy Benjamin Oke i Glenn Taunton oraz Włoch Santiago Calonga. Pierwszy prezentowany film Oke'a "Stalker From the Cornfield" był jednym z niewielu stricte horrorów, z czystą atmosferą grozy. I skłamałbym, gdybym powiedział, że mi się nie podobał. Trochę słabiej wypadło jego "Heavens Rejected - Chapeter 2", którego nie dość że nie zrozumiałem, to jakoś mnie swoim klimatem torture-porn trochę wynudziło. Natomiast filmy Calonga i Tauntona ("Mauricy in Insomnia" i "Haunt") mnie nie zachwyciły - ot takie tam niewyróżniające się krótkometrażówki. "Haunt" też blisko było do czystego horroru, ale położono go w moich oczach kradnąc muzykę od Akiry Yamaoki.

Nie podobały mi się dwa filmy. Czeski "Automat" i jedyny polski przedstawiciel w tym przeglądzie "Anunnaki" (który od strony technicznej wypadał chyba najlepiej, to nie urzekł mnie w żaden sposób historia). Intrygująco natomiast zaczynał się "Sunday" - połączenie filmu aktorskiego i animacji poklatkowej właśnie. Niestety banalne zakończenie zabiło w moich oczach tajemniczy początek, który mógłby się przerodzić w świetny horror. Za to przypadł mi do gustu short, który przyszedł aż z Nowej Zelandii. "Innocence" opowiada o dziewczynce, którą napadają do spółki potwory z szafy i spod łóżka. Takie surrealistyczne monster movie w klimatach Tsukamoto.

Znalazły się w zestawie dwie ekranizacje klasyków: Poego i Lovecrafta. Po cichu liczyłem też na jakiegoś kingowego Dollara, chociażby to rosyjskie "Pole bitwy", ale się nie doczekałem. W sumie ciężko nazwać "Concerning Brow Jenkin" za ekranizację opowiadania "Snów z domu wiedźmy" Loviego. To raczej samo przedstawienie postaci Jenkinsa, który wyglądał zresztą identycznie jak ten z wersji Stuarta Gordona. Muszę przyznać Kamili rację, to całkowicie zmarnowany potencjał jeżeli chodzi o tą postać. Za to turecki "Czarny kot" to już adaptacja pełną gębą - do tego najbardziej klimatyczny horror na tym pokazie.

O najlepszym moim zdaniem filmie z pokazu Scary Puppets napiszę jutro. Za to na pocieszenie możecie obśmiać się przy shorcie Nagao:

sobota, 18 września 2010

U mnie w domu sobota to właśnie 'laundry day'

Dzisiaj krótkometrażowa animka, która najpierw spowodowała atak śmiechu, który znowu przerodził się w atak kaszlu, po którym jeszcze mnie boli. Tak, jestem chory, ale powoli wychodzę z tego - pierwszy wieczór bez gorączki. A animacja nosi tytuł "Laundry day".


O rany... mam nadzieję, że jak zamieszkamy razem z Kamilą, to nie znajdę przy okazji prania jakiej odznaki Różowej Wojowniczki z Power Rangers.

czwartek, 26 sierpnia 2010

A tymczasem w Australii...

Kilka dni temu pojawił trailer do filmu "Red Hill". Jak to ze mną bywa, zobaczyłem słowo "hill" zobaczyłem słowo "red" i pomyślałem: "O! Horror!". Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, ze to współcześnie dziejący się, mroczny, australijski western, i to na dodatek bardzo fajnie się zapowiadający. Serio. Od razu rzuciłem się sprawdzić czy to może nie Grega McLeana, gostka który zmajstrował dwa fachowe horrory - surowy, survivalowy, bezkompromisowy "Wolf Creek" i klasyczny, trzymający w napięciu animal attack - "Zabójca". Okazuje się, że McLean jest powiązany, z tym że tylko produkuje. A na stołku reżysera zasiadł prawie debiutant - Patrick Hughes. Zobaczcie trailer!


A piszę "prawie", bo Hughes nakręcił wcześniej krótkometrażowy rom-kom (przynajmniej wg opisu) "Signs" i tak się składa, że i on znalazł się w sieci. Z ciekawości kliknąłem i kurcze, to jedna z najsympatyczniejszych krótkometrażówek jakie dane mi było ostatnimi czasy obejrzeć. Bardzo pogodna, cholernie naturalnie zagrana, nastrajająca pozytywnie... i przynajmniej w moim mniemaniu, dająca nadzieję, że smutnym ludziom takie miłe rzeczy się przytrafiają. Nie żebym ja był smutny, ale jest mi lepiej z myślą, że może ktoś to obejrzy i go to rozweseli.

Także oglądać koniecznie "Signs" nawet przed trailerem "Red Hill" (o ile jeszcze go nie odpaliliście)! Na oba zejdzie Wam niecały kwadrans.

środa, 25 sierpnia 2010

Męski wieczór

Na dobry początek... popołudnia kilkuminutowa krótkometrażówka o dzieciaku, którego ojczym zabiera na wycieczkę do strip clubu. Za "Boys Night Out" odpowiada Teddy Newton, który teraz zrobił "Day & Night" dla Pixara (szorcik wyświetlany przed "Toy Story 3"). W każdym razie co wrażliwszych ostrzegam, że filmik zawiera wesołą, rysowaną erotykę, a tych do końca niezdecydowanych może przekona fakt, że obok roznegliżowanych dziewczyn występuje (krótko, bo krótko) najprawdziwsza ośmiornica.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Twoja elektronika mnie nie zatyka

Dawno nie było na flcl Disneya, dawno nie dawałem żadnej krótkometrażówki, więc będzie dzisiaj Goofy. Nigdy specjalnie nie przepadałem za tym bohaterem, ale muszę przyznać, że niektóre krótkie filmy z jego udziałem są wielce udane. Na przykład ten, który wrzucam dzisiaj - "How to Hook Up Your Home Theater". Świetnie obrazuje przesadę do której powoli się zbliżamy kompletując nasze kino domowe jak i pokazuje problemy jakie spotykają ludzi, którzy kupują sprzęt. Mam znajomego, któremu powoli zaczyna brakować w pokoju miejsca na sprzęt RTV i kolejne kolumny. Musiał też rozmontować i przerabiać regał by zmieścić gigantyczny telewizor. Ale jeszcze mu mało. To jeden z tych typów, którzy upierają się, że trzeba wydać kilkanaście tysięcy na sprzęt, aby docenić walory filmu.

A prawda jest taka, że walory "How to Hook Up Your Home Theater" można docenić odpalając ten 6 minutowy filmik z wklejki YouTube'a.



A swoją drogą... ktoś w ogóle czyta te gigantyczne instrukcje obsługi dołączane do sprzętu? Ta od mojego DVD ma 75 stron, a od telefonu grubo ponad 100! Przecież na to szkoda życia.

piątek, 12 lutego 2010

Lavatory - Lovestory

Zbliża się 14. luty - Walentynki. Z racji tego dzisiaj coś w takich romantycznych klimatach. Rosyjska "Lavatory - Lovestory" to dość specyficzna opowieść o tym, że miłość można znaleźć wszędzie, dosłownie, bo nawet w miejskim szalecie. Ta niespełna 10 minutowa krótkometrażówka była w zeszłym roku nominowana do Oscara. Nie spodziewajcie się ochów i achów, gdyż animacja została wykonana bardzo oszczędną, rysowaną techniką. Nie jest to żadna rewelacja, tym, dla których strona wizualna jest ważna, pewnie będzie wydawać bardzo uboga, ale mnie się podoba. Prosto i czytelnie (kojarzy mi się trochę z tą serialową nauką angielskiego - "Muzzy") . Z "Lavatory Lovestory" bije optymizmem i szczerością. No i jest zabawna. Jeżeli macie 10 wolnych minut to poświęćcie je i pośmiejcie się z babci klozetowej robiącej jazdę figurową na szczocie.

piątek, 15 stycznia 2010

Jedenaście najlepszych filmów roku 2009

W końcu udało mi się jakoś wyliczyć i zrobić sensowne podsumowanie najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć (nie tylko w kinie, ale również w domowym zaciszu). Chyba i w tym zestawieniu nie ma specjalnego zdziwienia odnośnie pierwszego miejsca. Cztery z uwzględnionych tu produkcji miały już swoją chwilę na tym blogu, także nie będę się powtarzał. Bez zbędnych ceregieli, oto jedenaście, w moim mniemaniu, najlepszych filmów 2009 roku.
  1. "Avatar"
  2. "Odlot"
  3. "Moon"
  4. "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
  5. "Kac Vegas"
  6. "Star Trek"
  7. "Watchmen Strażnicy"
  8. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
  9. "500 dni miłości"
  10. "Koralina i tajemnicze drzwi"
  11. "Zielona Latarnia"

Pierwszy lot

Zieloną Latarnię, jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów uniwersum DC, znałem jedynie pobieżnie z występów w serialu animowanym. Wiedziałem, że facet moc czerpie z pierścienia i dzięki niemu potrafi urzeczywistniać wszystko co przyjdzie mu na myśl. Trochę jak Planetarianie. I jakoś nie ciągnęło ani do komiksów, ani nawet do czytania newsów o powstającym filmie aktorskim. Ale w łapy wpadł ten animowany film, bez żadnych większych oczekiwań włączyłem i było świetnie. Fabuła prościutka - Hal który dostał pierścień zostaje wcielony do Zielonego Korpusu (tacy zieloni strażnicy wszechświata) i mimo że żółtodziób to musi odnaleźć zdrajcę ukrywającego się w organizacji. Nie jest łatwo, bo nie dość że wszyscy bardziej doświadczeni, mają taką moc jak on, to i kosmos dla Zielonej Latarni nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Od pierwszych minut akcja, świetne postaci, zabawne dialogi i pierwszorzędny klimacik. Idealny komiksowy film animowany. Może i Marvel wygrywa na ilość sprzedanych komiksów, ale w animacjach wszelakich DC od lat jest górą.


Kukiełki lepsze niż książka

Gaiman swoją "Koraliną" mnie nie powalił. Za to weteran branży, Henry Selick trafił bezbłędnie w moje gusta. Wydobył z tej historii wszystko co dobre, podrasował i przyozdobił wytworami swojej wyobraźni. I tak "Koralina i tajemnicze drzwi" jest moim zdaniem dużo lepsza niż książka. Film zrobiony jest z olbrzymim polotem, odpowiednio straszny, momentami śmieszny i przede wszystkim wciąga jak diabli. Animacja jak zwykle świetna. Dbałość o szczegóły porażą, kukiełki mistrzowskie, a światy Koraliny, lekko podrasowane komputerem, wyglądają cudnie. Ale jeżeli miałbym porównywać trzy najbardziej znane animacje poklatkowe - "Koralinę", "Miasteczko Halloween" i "Gnijącą pannę młodą" to ta pierwsza wypada najsłabiej, chociaż słaba w żadnym wypadku nie jest. Po prostu za mało tam śpiewają.


Nieromantyczny film o miłości

Świetnie zagrany, ciepły i bardzo prawdziwy film o uczuciach, który... jak to zaznacza narrator już na wstępie, nie jest "love story". I dobrze, bo rom-komów mamy pod dostatkiem. Akurat "500 dni miłości" wstrzelił się w moje poczucie humoru idealnie. Wszystko tak niekonwencjonalnie podane, trochę z przymrużeniem oka, trochę na serio. Historia związku zwykłego chłopaka i zwykłej dziewczyny. Bez udziwnień w stylu zawodów baloniarskich. Jest za to kino, wycieczki do Ikei, kawa i spacery do parku. Bardzo przyjemny, idealny do obejrzenia z drugą połówką.


Wizualny orgazm

Jakoś ominąłem całe to zamieszanie związane z premierą "Strażników". Z braku czasu nie poszedłem do kina i obejrzałem dopiero kiedy pojawiła się wersja reżyserska. Podobał mi się, ale i też trochę zmęczył. Jednak te 187 minut to za dużo. Snyderowi udała się sztuka wkomponowania wszystkiego ładnie, wiernie, ale nadal twierdzę, że nie zawsze wierna adaptacja jest dobrą ekranizacją. Momentami mi się dłużyło, było za dużo pitolenia i dylematów, które sprawdzały się rozpisane na stronie komiksu, a nie rozciągnięte na kilka ujęć. Ale zaraz, ja miałem o najlepszych filmach pisać. No właśnie, dłużyzny nie zmienią faktu, że to co ten reżyser dokonał jest godne podziwu i należą mu się brawa. Od strony wizualnej "Strażnicy" to mistrzostwo świata. Świetne scenografie, idealne efekty CGI, kapitalne ujęcia kamery. Od strony audio też. Ścieżka i kawałki doskonałe. Pochwalić muszę dobór aktorów, dbałość o szczegóły i te wszystkie dodatki o jakie postarał się reżyser. Film zrobił na mnie wrażenie równie duże co komiks, serio. Jak dla mnie nie spłycono niczego. Co miało kopnąć kopnęło. I jedyne czego żałuję to, że nie poszedłem do kina.


Szwedzka ofensywa kryminalna

"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to jeden z najlepszych thrillerów kryminalnych jaki miałem przyjemność oglądać (ostatnio równie dobrym filmem z tego gatunku była koreańska "Zagadka zbrodni"). Świetnie poprowadzona fabuła, bardzo dobrze zarysowani i ciekawi bohaterowie, mroczna intryga i szybkie tempo. Film jest inteligentny i emocjonujący. Trzyma w napięciu. Jest mocny, dosadny i odważny. Jeżeli chodzi o fabułę to wszystko dopięto w nim na ostatni guzik (nic mi nawet nie zazgrzytało). Od strony technicznej wszystko świetnie: kapitalne plenery, pasująca muzyka, dobre zdjęcia i efekty. To naprawdę kawał solidnego kina. Wyróżnia się bardzo na tle tego wszystkiego co teraz wychodzi za oceanem.

Część druga, czyli "Dziewczyna, która igrała z ogniem" jest minimalnie słabsza. Brakowało mi takiego wątku kryminalnego jaki był w pierwszej części. Jest śledztwo, ale nie jest równie równie emocjonujące co poszukiwania mordercy Harriet. Intryga wyraźnie kręci się wokół Lisbeth, która z pomocnika zostaje głównym bohaterem. Za to plus, ale szkoda że urwano wątek handlu kobietami. Co jeszcze...? Jest dużo więcej akcji i film jest dużo bardziej dynamiczny. Fabuła pierwszej części to kilka miesięcy. Tutaj całość zamyka się chyba w tygodniu. Jest intensywniej. A to porwanie, pościg, bójka, włamanie, kolejna bójka... nie ma chwili odpoczynku. Ogląda się równie dobrze i te dwie godziny (z małym hakiem) mijają bardzo szybko. Mimo iż oba filmy stylizowane są na Hollywood to widać w nich europejską duszę. Świetne kino!


Człowiek z Księżyca

Miłośnicy kina science fiction mieli dobry rok. Niehollywoodzki "Moon" syna Bowiego, fanom gatunku na pewno przypadnie (jeżeli już nie przypadł do gustu), pozostałym myślę, że również. To cholernie dobry film. Z gęstym i ciężkim klimatem. Idealnie oddano tu izolację, wzmagającą się desperację, strach i zagubienie jakie panuje na księżycowej stacji. Czuć echa dzieła Kubricka (Anglia ma szczęście do sci-fi), a potęguje to wszystko muzyka Clinta Mansella, który jest mistrzem dołujących kompozycji. Oprócz tego, zafundowano nam pierwszej klasy scenariusz, a Rockwell stworzył kapitalną kreację - facet jest jednocześnie zabawny i przygnębiający, aż gardło ściska. Zbrodnią jest to, że Sony nie posłało tej produkcji do walki po Oscary. Sam w końcu mógłby otrzymać statuetkę, bo pracuje na nią od lat i za "Moon" spokojnie mógł ją zgarnąć.


Co jeszcze? Ogólnie oceniam rok 2009 tak sobie. Superprodukcje w dużej mierze były słabe. Dużo filmów, na które czekałem, w których pokładałem nadzieję mnie rozczarowało. Czasem bardzo mocno. Mam szczerą nadzieję, że w 2010, który zapowiada się smakowicie, będzie znacznie lepiej.

I tak, "Zielona Latarnia" podobała mi się bardziej niż "Dystrykt 9".

czwartek, 19 listopada 2009

Odlotowo. Balonowo!

Mimo, iż w grudniu zeszłego roku, zarzekałem się, że będę częstym gościem na seansach 3D, z wybraniem się na kolejny w tej technologii czekałem 11 miesięcy. Jakoś się do tej pory nie złożyło, chociaż kino kusiło. A to morderstwa w Walentynki, a to ekranizacja książki Neila Gaimana, a to oszukiwanie przeznaczenia po raz czwarty. I nic mnie jakoś ostatecznie nie przyciągnęło. Dopiero najnowsza produkcja Pixar Animation Studios była czymś co miałem szczerą ochotę obejrzeć w podwójnych okularach. No i niestety. O ile na "Piorunie" zachwyciłem się 3D o tyle teraz mój entuzjazm wyraźnie osłabł. Co nie znaczy, że animacja była zła.


Bo "Odlot" jest świetny. Już swoim poprzednim filmem Pixar pokazał, że nie boi się zrobić czegoś bardziej dojrzałego, że chce sprzedawać widzowi trochę inne historię niż te do których przyzwyczaiły nas tabuny futrzaków. Także i tym razem również wychodzi przed szereg. Bohaterem uczynił starca. Nie podskakującego, dziarskiego faceta z brodą jakim był Merlin w "Mieczu w kamieniu", ale upartego, zgorzkniałego dziadka, który musi podpierać się laską i jest głuchy jak pień bez aparatu w uchu. Wydawać by się mogło, że strzelili sobie tym samym w kolano i nawet spece od marketingu z Disney'a kręcili nosami i wróżyli porażkę. A jednak się udało! Ludzie poszli do kina i oszałamiająca ilość się w filmie zakochała. Co mnie urzekło to pierwsze 20 minut. To jedna z najlepiej opowiedzianych historii miłości jakie udało się pokazać w filmie animowanym. Wzruszająca i zadziwiająco normalna. Bez heroicznych wyczynów i burzliwych dziejów. Prawdziwa, ciepła i w pewien sposób kojąca. "Odlot" to jeden z tych filmów, na premierę którego mocno czekałem. Czytałem recenzje, słuchałem podcastu i wiedziałem co mnie czeka. Byłem przygotowany na chwytające za serce sceny, ale gdzieś w głębi siebie, sądziłem że ludzie trochę przesadzają, że na pewno nie będę płakać na początku filmu. Czasy "Króla Lwa" bezpowrotnie minęły, ale i tak, w scenie gdzie Carl zostaje sam, nie udało mi się opanować wzruszenia. Dobrze, że Kamila miała naszykowaną paczkę chusteczek.


Dalej film robi się już zdecydowanie bardziej zabawny i mimo, że utrzymany jest w lżejszym klimacie, to chwilami dalej jest strasznie nostalgiczny. Jak raczej nie płaczę na filmach, to tutaj broda zatrzęsła mi się jeszcze ze dwa razy. Ale wróćmy do humoru. Pojawia się gruby, gadatliwy harcerz Russell, źródło kilka naprawdę śmiesznych gagów, a później dołącza do niego ptaszysko Stefan i gadający pies As. Zwierzęta były niewyczerpanym źródłem mojego rechotu. Stefan rozśmiesza przede wszystkim swoją ptasią... mimiką. Czasami wystarczył u niego jeden ruch głowy, mrugnięcie okiem czy podniesienie nogi, by wywołać u mnie atak śmiechu. As natomiast rozkłada na łopatki swoim psim, szczerym, prostolinijnym myśleniem. Pixarowi udało się coś podobnego z mewami w "Gdzie jest Nemo?", tyle że As i tak bije je wszystkie na głowę, a do tego ma jeszcze ze sobą całą zgraję innych, gadatliwych czworonogów. Sporą zasługę ma w tym bardzo dobry poziom dubbingu. Cezary Pazura jako gadający pies jest bezbłędny i chyba tą kreację stawiam na równi z jego Sidem Leniwcem. Kacper Cybiński podkładający głos pod Russella również wypadł świetnie i aż miło, że w końcu Polacy poszli po rozum do głowy i dzieciom przestały użyczać głosu kobiety.

Animacja była świetna, chociaż nie był to już taki zachwyt jak w przypadku "WALL.E-ego" czy "Ratatuj". Postaci, jak postaci. Nie jestem wielkim miłośnikiem pixarowskich modeli. Zdecydowanie lepiej wychodzą im zwierzęta, potwory, zabawki i roboty. Ale przymknijmy na to oko. Świetnie prezentowała się dżungla, dom podczepiony do tysięcy baloników wyglądał bajecznie, ale przez okulary nie mogłem się cieszyć intensywnymi kolorami, którymi tak bardzo kusił trailer. Wszystko było przygaszone. Na dodatek przy scenach akcji miałem wrażenie, że obraz się rozmywa. "Odlot" był praktycznie pozbawiony efektów 3D. Była głębia, fajnie, że widoczki nią olśniewały, ale nie stwierdziłem chyba ani jednego, takiego robionego typowo pod 3D zabiegu. Nic nie leciało, ani nie wybiegało z ekranu, nie było wybuchu od którego trzeba było się uchylić. Sama zapowiedź "Opowieści wigilijnej" była bogatsza pod tym względem od produkcji Pixara, chociaż tak ciemna, że momentami gówno było widać. Po wyjściu z kina, trochę żałowaliśmy, że nie poszliśmy na zwykły, klasyczny seans.

"Odlot" jest jak dla mnie wielce udanym filmem. Z sali wychodziłem z uśmiechem od ucha do ucha. Był zabawny, ciepły, grający na uczuciach i o dziwo pełen akcji. Naprawdę nic nie zapowiadało, że będzie to kino przygodowe, a takie właśnie jest. Może nie Indiana Jones, ale sporo tam pościgów, latania, skradania się i nawet jest walka na miecze. Zaskakujące biorąc pod uwagę to, jak się film zaczyna i fakt, że bohaterami są Azjata z dużą nadwagą i staruszek, który do tej ledwo chodzi.


Przed właściwym filmem oczywiście Pixar wrzuca krótkometrażówkę. Czasami się zdarza, że są one śmieszniejsze niż to na co się tak naprawdę przyszło. Na szczęście tym razem była to tylko wisienka na przepysznym torcie! "Partly Cloudy" - short o chmurze, która robi dzieci i wiernym bocianie, który te dzieci dostarcza przyszłym rodzicom, nie zawodzi. Jest świetnie od strony wizualnej, a co najważniejsze, można pokładać się ze śmiechu. Niby banalny pomysł, ale podano to w sposób bezbłędny. Strasznie pocieszne to. Jak ktoś nie widział, to można pewnie znaleźć na YouTubie. Po prostu miodzio!

piątek, 2 października 2009

Wojna według Tarantino

W końcu nadszedł ten dzień. Minęły dwa tygodnie, od czasu jak obejrzałem "Bękarty wojny" i zabieram się za spisanie swoich przemyśleń, które przez ten czas powędrowały od neutralnych, w stronę negatywnych. Może to i dobrze, bo jakoś sobie konkretnie ten film przetrawiłem, poukładałem i wszyscy, których moja negatywna opinia zdziwiła dowiedzą się o co mi tak naprawdę chodzi. Gro osób, które były zdziwione, że "Bękarty wojny" mi się nie podobały, rzucała tekst: "Może czego innego się spodziewałeś?". No tak, to na pewno! Spodziewałem się przede wszystkim dobrego filmu! Najlepszego Tarantino do czasu "Pulp Fiction" (bo to wynika z recenzji i wszelkich opinii, które czytałem przed seansem). Dostałem..., no cóż, dzieło bardzo średniej klasy, który odbieram jedynie jako, że zacytuję Gonzo "kolejny mokry sen" Quentina (i odsyłam również do przeczytania jego, bardzo trafnej, opinii).

"Bękarty wojny" przez pierwszą godzinę wymęczyły mnie okrutnie. Zaznaczyć muszę, że później było lepiej, zacząłem pod koniec się nawet dobrze bawić, ale ten gorzki początek, zawiązywanie akcji, przedstawienie postaci... to był dla mnie koszmar. Jeszcze nigdy nie byłem tak bliski wyjścia z seansu. I nawet nie chodzi o nudę (chociaż Tarantino w tej kwestii przebił samego siebie), która bije z ekranu nawet w scenie, gdzie Niedźwiedź rozbija baseballem głowę niemieckiemu żołnierzowi. Tarantino postanowił co akt rzucać widza w inną konwencję. Zaczyna się od spaghetti westernu, a później skaczemy przez epoki i gatunki. Ukłony, pokłony, hołdy, nawiązania, mrugnięcia okiem, ale gdzie w tym wszystkim spójność? Taki brak zdecydowania nie jest cechą dobrych filmów. Scena z muzyką Davida Bowie, była przednia, uważam ją za jedną z fajniejszych, ale pasowała do całości jak pięść do oka. Odniosłem wrażenie, że film urodził się od wizji kilku scen, w okół których reżyser zbudował cały film. Pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ta zbudowana otoczka była totalnie mdła. Za takie bezpłciowe uważam chociażby, te wszystkie sceny z okupowanego Paryża z Shoshanną i Zollerem w roli głównej. Wkurzało mnie, że tak łatwo ten film "wypompował" się z napięcia. Że gęsta atmosfera, którą udało się Tarantino budować przez pierwsze 20 minut jest przerywana wesołymi mordami Bękartów. Najpierw koszmar mordowanej rodziny, później radosna eksterminacja nazistów, zaraz później pełna bólu egzystencja i w tym wszystkim idiotyczne zaloty szeregowca.


Kolejna rzecz, która jest konsekwencją tego skakania od konwencji do konwencji i wielowątkowej fabuły, jest fakt, że mamy kilkoro bohaterów, ale (prawie) żaden dostatecznie dobrze rozwinięty, żaden nie dający się lubić i żaden, któremu tak naprawdę bym kibicował. Niektórzy wprowadzeni tylko po to, żeby po 20 minutach umrzeć. Samych Bękartów prawie nie ma. Niektórzy nawet nie wypowiadają żadnej kwestii, chyba nie wiemy nawet jak część z nich kończy. Odniosłem wrażenie, że na pierwszym planie jest Hans Landa, zagrany bezbłędnie przez Christopha Waltza, a którego chyba nawet nie było na plakatach promocyjnych. Później długo, długo nic i jest Shoshanna Dreyfus. Natomiast Pitt, Roth, Schweiger, których poszedłem oglądać mają epizodziki. Gestapowiec Hellstrom czy Angol - Archie Hicox zaprezentowali się lepiej, niż tytułowi bohaterowie. Kolejną rzeczą, która mi się nie podobała, było to, że Bękarty to straszne tłuki. Głupi, bezmyślni, żadni krwi i na dodatek całkowicie antypatyczni. Jasne, śmiałem się z gadki i akcentu Aldo Raine'a, a Stiglitz miał fajny moment w piwnicy, ale nie było szans, żebym z nimi sympatyzował czy trzymał kciuki. Wydaje mi się, że Tarantino zawsze łatwiej odnajdywał się w naprawdę czarnych charakterach, ale tutaj przesadził. Jego protagoniści są płascy, jałowi, nieciekawi. "Bękarty wojny" można wychwalać za kapitalne aktorstwo, bo wszyscy są w swoich rolach naprawdę przekonujący, niektórzy nawet odrobinę straszni, ale osobiście sto razy bardziej wolałbym te świetne kreacje oglądać w kinie wojennym typu: "Tylko dla orłów" czy "Złoto dla zuchwałych".

Rozpalajcie stos, ale nie lubię Ennio Morricone. Wybór rozumiem, ale niekoniecznie się z nim godzę. Wcześniejsze produkcje Tarantino wyróżniały naprawdę świetne i przemyślane ścieżki dźwiękowe, w tym wypadku tak nie jest. Wiem, że nie da się tutaj skompletować listy piosenek, ale w tej materii można było ugrać coś lepszego. Nie zachwyciły mnie dialogi, a przecież dzieła Quentina w dużej mierze opierają się właśnie na nich. Przyznaję, te z Landą czy Hellstromem były błyskotliwe, te z Reinem zabawne. Brakuje jednak perełek, takich które można byłoby zapamiętać i pośmiać się z kumplami przy piwie. Nie podobała mi się przesadna przemoc i jej gloryfikacja. Możecie mnie nazwać hipokrytą, gdyż boleję nad tymi wszystkimi PG-13, wkurzam się niejednokrotnie na brak krwi czy usuwanie części materiału tylko po to by ugłaskać cenzurę. Tutaj mnie to zdzieranie skalpów, strzelanie do trupa czy wycinanie swastyki, nie tyle odpychało czy brzydziło, co raczej drażniło. Głosy, jakoby zaspokajało to naszą ukrytą potrzebę odwrócenia ról, wzięcia rewanżu i odpłacenia się za krzywdy IIWŚ jest kiepskim usprawiedliwieniem. Dla mnie to po prostu wynik tej nieudanej tarantinowskiej zabawy konwencją. W ogóle tego, co tak szczerze mógłbym pochwalić, jest niewiele. Na pewno wspomniany wcześniej Pułkownik Landa. Świeci na tle reszty, jego postać jest przemyślana, ciekawa i dobrze napisana. Raz bawi, raz przeraża i jest w tym cholernie autentyczny. Reszta aktorów daje radę, Pitt jest świetny, mimo iż ten którego gra jest prosty jak konstrukcja cepa, podobały mi się Diane Kruger i Mélanie Laurent, Til Schweiger odnalazł się w roli małomównego psychola, a z Eli Rotha jest niezła małpa, znaczy się Niedźwiedź. Trafił do mnie humor, podobał mi się pomysł na takie alternatywne zakończenia wojny. Jest poza tym kilka scen, które wg mnie były świetne i zasługują na brawa. Zelektryzowała mnie ta w knajpie, kiedy do grupki konspiratorów dosiada się major gestapo. Udało się tutaj mistrzowsko zbudować napięcie i dosłownie siedziałem jak na szpilkach, dla mnie, normalnie, arcydzieło. Świetnie wyszła scena poprzedzająca uśmiercenie Bridget, a projekcja podczas pożaru kina mnie wgniotła w fotel. Było w tym coś piekielnego.


Jeszcze kilka uwag końcowych.
  1. Materiały prasowe były pełne kłamstw. Zawsze są, ale tutaj przesadzili. Zdanie: "Akcja „Bękartów” jest szybka, ekscytująca, trzymająca w napięciu." świeciło się podczas seansu w mojej głowie niczym neon. Przecież najnudniejszego filmu ten facet nie zrobił! Spodziewałem się powiewu świeżości, ale tutaj, nawet jak na tarantinowskie "gadanie i strzelanie" było strasznie mało tego "strzelania".
  2. W ciągu ostatnich trzech tygodni, podczas rozmów o tym filmie, wielokrotnie odpowiadałem na pytanie, czy w ogóle lubię filmy Tarantino. Zrobię to i teraz. Lubię jego filmy. "Wściekłe psy" i "Pulp Fiction" są w moich ulubionych i uważam je za jedne z najlepszych filmów powstałych w ubiegłej dekadzie. Szanuję kolesia za jego olbrzymią wiedzę, za styl, ale nie rozumiem ludzi, którzy łykają wszystkie jego filmy niczym wieloryb plankton i wynoszą go na piedestał.
  3. Nie uważam "Bękartów wojny" za zły film. Oglądało mi się go do pewnego momentu źle, to na pewno, ale później było lepiej i skłamałbym, gdybym napisał, że nic mi się nie podobało. Tą moja pisaniną miałem na celu pokazanie, że film żadnym arcydziełem nie jest. Wybitnie nie zasługuje na tak wysokie oceny i pozycje w rankingach (FilmWeb: 37, IMDb: 43).
Szkoda, bo mogło być lepiej.