sobota, 12 lipca 2014
Dlaczego bycie złym sprawia frajdę i dlaczego się później tego żałuje? WOLF AMONG US
sobota, 12 maja 2012
Żywe trupy idą dalej
czwartek, 29 lipca 2010
Obrazki z emigracji
Dzięki temu "Przybysz" to uniwersalna historia o emigrancie i emigracji jako takiej. Mężczyzna opuszcza rodzinne miasto, które terroryzują... macki. Zostawia żonę i córeczkę i udaje się do obcego kraju/miasta/państwa-miasta. A może lepiej napisać OBCEGO? Wszystko tam jest inne. Alfabet, jedzenie, zwierzęta, przedmioty wykorzystywane na co dzień. Próbuje znaleźć pracę, stworzyć dom i ściągnąć do siebie bliskich. Ale wylewająca się zewsząd obcość, trudności w komunikacji i brak zrozumienia dla otaczającej go rzeczywistości, daje o sobie znać na każdym kroku. Gdy zatrudniają go do rozklejania plakatów robi to do góry nogami. Gdy roznosi paczki nie rozumie ostrzeżenia i zostaje zaatakowany przez jakieś gigantyczne stworzenie pilnujące posesji. Jest w tym wszystkim sam, tęskni za żoną, ale nie jest jedynym przybyszem. Powoli poznaje ludzi, którzy tak jak on znaleźli się w podobnej sytuacji. Małżeństwo, które uciekło z miażdżonej buciorami olbrzymów krainy, starzec, który stracił nogę na wojnie - opowiadają mu oni swoje historie, pomagają mu się zaaklimatyzować, poznać tą obcą krainę z lepszej strony. Wspólnie jedzą, rozmawiają i patrzą z nadzieją w przyszłość.Napisałem wcześniej uniwersalna, a to dlatego, że zrozumie ją każdy, kto ma w sobie dość wrażliwości i wystarczająco oleju w głowie, tak samo - Chińczyk, Taj, Ukrainiec, Meksykanin, Ekwadorczyk i Polak. "Przybysz" mówi o uczuciach, o wyobcowaniu, tęsknocie. Pokazuje czym jest Nowy Świat dla emigranta - nie tylko szansą na nowe, często lepsze życie, ale również wielkim, niezrozumiałym molochem, który próbuje go pożreć. Zastanawiam się czy tak właśnie czuli się ludzie przybywający do Ameryki w na początku poprzedniego stulecia?
Shaun Tan jest genialnym ilustratorem, mnie "Przybysz" od strony graficznej zachwycił. Ilustracje w kolorach sepii pełne są niesamowitości, fantastycznych krajobrazów i zagadkowych urządzeń. Co stronę uderzała mnie wrażliwość Tana i jego dbałość o szczegóły. Całości dopełnia kompozycja kadrów i klimat. Każda ilustracja przedstawia sceny jakby z XX wieku, tylko że z równoległego wszechświata. Można to oglądać godzinami. Nasycić wzrok, zamknąć, odłożyć na półkę i wrócić do przybysza dnia następnego. Wydanie, czy polskie czy amerykańskie, jest po prostu perełką wartą swojej ceny. Sam w "Przybysza" z pewnością wyposażę moją domową biblioteczkę.
Przykładowe plansze do obejrzenia na stronie Tana i stronie polskiego wydawcy komiksu.
niedziela, 2 maja 2010
Światu na ratunek pod znakiem parasola



czwartek, 18 marca 2010
Portret Śledzia
wtorek, 2 marca 2010
Wszystko, co kocham
Najnowszy film Jacka Borcucha to historia czwórki licealistów, którym przyszło żyć i grać punka w komunistycznej Polsce, na początku lat 80tych. Papierosy, piwo, granie muzy, pierwsza miłość i seks, a daleko w tle stan wojenny i małe, ludzkie dramaty. Nie zrozumcie mnie źle. Jest Jaruzelski, żołnierze na ulicach i konwój wojskowy, ale nie poświęcono im zbyt wiele czasu. Nie jest to film historyczny, a przynajmniej dla mnie nie był. Odebrałem go raczej jako opowieść o młodości, o pewnym stanie ducha, uczuciach towarzyszących chłopakom (szczególnie Jankowi, głównemu bohaterowi) u progu dorosłości, niż fabularyzowaną relację z tych wydarzeń. Poza tym reżyserowi (i scenarzyście w jednej osobie) udało się uciec od pewnego tendencyjnego podejścia do tematu wydarzeń z grudnia 1981 roku. Mam wrażenie, że współcześnie zapomina się, że to były tragedie "po obu stronach barykady". Żołnierze, którzy stoją na punkcie kontrolnym są gołowąsami, niewiele starszymi od bohaterów. Wszystkim towarzyszy taka sama niepewność i strach. W pierwszym momencie, gdy dowiedziałem się, że ojciec głównego bohatera jest w partii i do tego jest wojskowym myślałem, że Chyra (bo on grał tą postać) będzie niezłym skurwielem przeciwko któremu syn będzie się buntował. Borcuch poszedł w inną stronę. Pokazał pistolet, który ostatecznie nie wystrzelił. Ojciec ma legitymacje partyjną, ale mieszka pod jednym dachem z kochającą go żoną, która wstępuje do Solidarności i nie jest zatwardziałym komuchem i partyjną szują. Dobrze obrazują to sceny z rodzinnego domu, gdy umiera mu matka. Pomaga synom, którzy grają "wywrotową" muzykę pozwalając im przeprowadzać próby w jednostce i wstawia się za nimi, by mogli zagrać na balu na zakończenie roku szkolnego.
Co mi się bardzo podobało to brak martyrologi, pozytywistycznej myśli i wałkowania ogranych kawałków. Brak tutaj nauczycieli pomagającym biednej i uciskanej młodzieży wyjść na ludzi (co było chociażby obecne w takim, skądinąd bardzo fajnym "Rezerwacie"). Nie ma również takiego przesadnego demonizowania tamtego okresu. Są kartki, ale nie pokazano pustych sklepowych półek. Jest co robić, nawet w takiej małej miejscowości jak Hel. Gonzo u siebie idealnie to ubrał w słowa: "Nie jest to historia o szarym PRLu, ani tym bardziej czarno-białym. Tu są kolory. I optymizm, choć nie wszystko kończy się dobrze. Tak jak w życiu." Napisałem na początku, że "Wszystko, co kocham" jest o uczuciach i młodości. Chłopaki może i się buntują, ale co przede wszystkim z nich bije, to ta młodzieńcza beztroska. Chodzą na piwo i tanie wino, popalają kiepskie fajki i cieszą się małymi rzeczami: kąpielą w morzu, hokejem za garażami czy jeżdżeniem motorynką. Wszystko to wygląda naprawdę bardzo naturalnie i prawdziwie. Kolejną rzeczą, którą osobiście bardzo się podobała jest pominięcie wątków kościelnych oraz ten ich... przypadkowy (powiedzmy) patriotyzm. Wszystko wynikło ze zwyczajnej chęci grania i utarcia nosa komisarzowi. Konsekwencji tego koncertu, czy to rozmawiając w szkolnym kiblu, czy już słysząc skandujących kolegów, z pewnością żaden z nich nie przewidział.
Właśnie tym ten film ostatecznie mnie kupił. Taką totalnie naturalną koleją rzeczy. Pokazaniem, że tak naprawdę te duże rzeczy, mają często początek w impulsie albo nawet przypadku. "Wszystko, co kocham" pod względem sposobu opowiadania historii, naturalnej gry aktorów i emocji jakie towarzyszyły mi podczas seansu, w ogóle nie przypominał mi kina polskiego, z jakim do tej pory miałem styczność.

Wychwalić muszę pod niebiosa młodych aktorów (chociaż i ci starsi zagrali bez zarzutów). Takiego luzu, takiej gamy uczuć i takiego czucia roli nie widziałem dawno. Zagrali brawurowo i cholernie wiarygodnie. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie również niesamowicie naturalna scena miłosna między Mateuszem Kościukiewiczem a Olgą Frycz. Dawno nie oglądałem tak odważnego seksu w filmie (ale można to zrzucić na karb tego jakie kino preferuję i na 10 filmów, które oglądam tylko 1 jest europejski o najprawdopodobniej jest to horror). Kapitalna jest również muzyka, cholernie podobały mi się zdjęcia. Osoba odpowiedzialna za scenografię i przeniesienie Helu o te 28 lat wstecz, zasługuje również na oklaski. Od strony technicznej muszę się jednak przypieprzyć do jednej rzeczy - dźwięku. Mam wrażenie, że polskich filmach obowiązują zupełnie inne standardy niż na Zachodzie, bo zbyt często się zdarza, że nie rozumiem kwestii i normalne jest, że coś mi umyka. Tutaj oczywiście nie było inaczej i kilkanaście razy miałem trudności z dosłyszeniem dialogów, szczególnie tych, które działy się w mieszkaniu Janka.
Szczerze polecam z całego serca. To bezpretensjonalne, dobrze zagrane i inteligentne kino.
piątek, 5 lutego 2010
Prywatna księga komiksu*
Mogę narzekać na TVP, jej denne seriale i beznadziejne programy rozrywkowe. Mogę bluźnić, że likwidują ostatni program edukacyjny - "Laboratorium" (na które od dobrych kilku lat nie udało mi się i tak trafić), i że puszczają dobre, wartościowe filmy tak późno w nocy. Ale zawsze żałuję, że nie mam, i zazdroszczę wszystkim posiadaczom TVP KULTURY. Właśnie tam leci/leciała masa interesujących mnie programów, koncertów i filmów, w tym właśnie tytułowa "Prywatna księga komiksu" (w oryginale: "Comic Book Confidential") z 1988 roku. Na szczęście to dziadowskie facebookowe informowanie o tym co robią moi znajomi przyniosło mi dzisiaj pewną korzyść. Gonzo skomentował link do tego bardzo ciekawego filmu dokumentalnego. Okazuje się, że ta znienawidzona TVP umieściła go na swojej stronie, w Filmotece."Prywatna księga komiksu" to historia amerykańskiego komiksu (tego ostatniego łatwo można się domyśleć z tytułu). Znani i lubiani twórcy opowiadają o: początkach w branży, złotych latach dla super bohaterów, komiksie propagandowym, horrorach i ich problemach z cenzurą i kodeksem, roli kobiet-komiksiarek, komiksie undergroundowym, bardziej artystycznym podejściu do tematu jakie prezentował magazyn RAW, odejściu od fantastyki w stronę opowieści obyczajowych i w końcu także o wyprowadzeniu superbohaterstwa z żałosnej komedii, na dobrze nam znaną drogę chwały i prestiżu. Co ciekawe, skupiono się głównie na zeszytowo-magazynowo-albumowej części rynku, pomijając praktycznie całkowicie zjawisko pasków w gazetach czy weekendowych wkładek w dziennikach. (jest dosłownie zdanie). O swoich dziełach i dziejach opowiadają: Stan Lee, Will Eisner, Jack Kirby, Robert Crumb, Charles Burns, Frank Miller i kilkoro innych, których przyznaje się że nie znałem nawet z nazwiska. Miłym uzupełnieniem jest to, że wywiady i wspomnienia poprzetykano prezentacjami ich historii, które sami czytają (taki komiks w filmie... i wygląda to lepiej niż takie "Watchmen Motion Comics"). Myślę, że każdy interesujący się komiksem znajdzie w tym filmie coś wartego uwagi. Ja spędziłem te prawie półtorej godziny bardzo przyjemnie.
"Prywatna księga komiksu" w Filmotece TVP.
* Wystarczy się sekundę zastanowić i polskie przenikliwe tłumaczenie tytułu jest jak zwykle niezwykle głupie. Ale co tam, ważne że można ten film obejrzeć legalnie, po polsku.

wtorek, 15 grudnia 2009
W-WA - komiksowy reportaż ze stolicy
Pierwsze co się rzuca w oczy to bardzo nietypowy format tego wydania. Na "Komiks W-WA" składają się 123 pionowe paski (z prawie 150 opublikowanych), które przez cztery lata ukazywały się w Gazecie Stołecznej. Nie pocięto, nie poprzerabiano. Bardzo fajnie to wygląda i chociaż z deka nieporęczne, to jednak chwali się, że ten wielce oryginalny album wygląda tak jak wygląda. Za scenariusze odpowiadał Alex Kłoś i Tomek Kwaśniewski, a rysował Przemek Truściński. Olbrzymia większość to zapisy rozmów ze zwyczajnymi mieszkańcami Warszawy. Są policjanci, rowerzyści, ochroniarze, sklepikarze, radni, maturzystki, kierowcy wszelacy i nawet dżokej. Przypominało mi to momentami trochę przedstawienia zawodów z książeczek dla dzieci. "To pan policjant. Pan Policjant łapie przestępców i kieruje ruchem." Tyle że tutaj zamiast tego Pan Policjant je kebab albo opowiada jak to się dobrze mu się z kolegą chodzi w parze. Raz te rozmowy są zabawne, innym razem trochę mniej, ale raczej zawsze mają jakąś pointe. Czasami te komiksy nawiązują do ważniejszych wydarzeń (Pomarańczowa Rewolucja, protesty pielęgniarek, wybory do parlamentu), informują o jakiejś akcji, a czasami są to po prostu sielskie obrazki z plaży bądź parku. Mimo, iż pomysł niecodzienny, to gdyby nie niesamowita kreska Trusta, nie sięgnąłbym po to. Bo może to i fajny przykład reportażu, ale myślałem sobie: "Co mnie obchodzi pani Krysia z warzywniaka albo pan Sylwester, który łowi w Wiśle? Ja nawet Warszawy nie lubię!" Dopiero jak miałem komiks w łapie, jak zobaczyłem rysunki Truścińskiego, powiedziałem z zachwyte "Ło!", to nabrałem ochoty na tą pozycję. Kapitalne kadrowanie, świetna mimika twarzy bohaterów, tła, kolory, liternictwo - to wszystko wpływa na bardzo dobry odbiór "Komiksu W-WA". Miałem go w domu kilka miesięcy i czasami sięgałem tylko żeby przejrzeć, popatrzeć jak facet rysuje.
Mimo sceptycznego podejścia i oporów względem tej pozycji z lektury jestem bardzo zadowolony. Może trzy rozmowy/historie nie przypadły mi do gustu. Myślę, że to pozycja warta posiadania w domowej biblioteczce, szczególnie dla ludzi kochających naszą stolicę.wtorek, 24 listopada 2009
Baśnie marsz!
"Baśnie. Marsz drewnianych żołnierzyków" to grubaśny album, którego każda strona jest warta tych okładkowych 60 złotych. Na pierwszy ogień dostajemy rysowany przez Craiga Russella "Ostatni Bastion" - opowieść Niebieskiego Chłopca o ostatnich dniach desperackiej obrony przejścia (z krainy Baśniowców do świata Docześniaków) oraz o jego miłości do Czerwonego Kapturka. Utrzymany jest w konwencji bardziej klasycznego fantasy, z całą tą charakterystyczną otoczką: wielkim zamkiem, rycerzami, orkami, trollami i wielką bitwą. Kawał dobrej historii, i to od strony fabularnej, jak i od strony wizualnej. Russell na tych prawie 50 stronach serwuje szczegółowe, klimatyczne rysunki, które idealnie pasują do średniowiecznej stylistyki. Poza tym jest w tym komiksie coś nieuchwytnego, co powoduje, że po skończeniu go, człowiekowi naprawdę jest przykro. Czy to ukłucie smutku, gdyż oglądamy upadek świata marzeń, czy może spowodował to rychły koniec romansu, czy też ostatnie strony z popijawy i toast jaki wygłasza Niebieski. Nie wiem. W każdym razie, "Ostatni Bastion" to świetny wstęp do świetnego albumu i chociaż ciężko nazwać go przystawką, to jednak daniem głównym jest "Marsz drewnianych żołnierzyków".
Zaczyna się tym, że kampanię wyborczą Księcia Uroczego, polegającą głównie na rozdawaniu stanowisk i dawaniu obietnic, przerywa niecodzienne wydarzenie. W świecie rzeczywistym zjawia się Czerwony Kapturek, której podobno udało się uciec z niewoli Adwersarza. Z tym, że jej relacja nie do końca trzyma się kupy i powoli wychodzi na jaw, że dziewczyna nie jest do końca tym za kogo się podaje. W tym samym czasie pojawiają się w Nowym Jorku tytułowe drewniane żołnierzyki. Rozbrajają, dozbrajają się i planują zniszczyć Baśniogród. W końcu dochodzi do ataku na Woodland. Bitwa jest bardziej zaciekła i spektakularna niż ta, którą mieliśmy okazję oglądać, kilkadziesiąt stron wcześniej, w pierwszej historii. Olbrzymie zastępy, wydawałoby się nieśmiertelnych kukieł, przetrzebiają szeregi Baśniowców. Giną kolejne postaci, podejmowane są coraz to bardziej rozpaczliwe próby obrony, ale sytuację ratuje dopiero, bad guy numer jeden, ulubieniec wszystkich - Wilk. I chociaż rezultat wydawał się od początku dobrze znany, to późniejsze reperkusje tego wydarzenia, jak i liczba ofiar po stronie dobrych mnie dość mocno zaskoczyły. Za oprawę graficzną odpowiadał Mark Buckingham. Jak zawsze odwalił kawał dobrej roboty i jak można się domyśleć, najjaśniejszym momentem w komiksie jest właśnie ta niesamowita walka. Dał poszaleć wyobraźni i łapie, dzięki czemu jesteśmy świadkami prawdziwie epickiego wydarzenia. Udało mu się oddać rysunkami chaos i brutalność bitwy, a przy tym widać tą fantastyczność "Baśni". Oprawa jest pierwsza klasa. Nacieszyć oko mogłem praktycznie każdym kadrem (i oczywiście okładkami Jamesa Jeana).
Trochę się bałem tego tomu. Miałem wrażenie, że Willingham chociaż nie ucieka od konfliktów, to boi się większych konfrontacji. Zrobił tak w tomie drugim, gdzie wybuch stodoły zakończył wojnę domową. Tutaj jedzie po bandzie. Zrzuca na Woodland kataklizm i bez problemu pozbywa się kilku drugoplanowych postaci. "Marsz drewnianych żołnierzyków" jak dla mnie zamyka w pewien etap w tej serii. Jeżeli kiedykolwiek dojdzie do tej zapowiadanej serialowej ekranizacji, to myślę, że byłby to idealny moment na koniec pierwszego sezonu. Zmienia się trochę układ sił w Baśniogrodzie, sugerują nam delikatnie kim może być Adwersarz (piszę to dlatego, że się przypadkiem tego dowiedziałem) i przede wszystkim otwierają się pewne drzwi, które do tej pory były zamknięte. W końcu Baśniowcy nie są pozostawieni sami sobie i swoim intrygom (wcześniej ze sceny zszedł Sinobrody i Złotowłosa), ale pojawia się przeciwnik, który do tej pory był tylko mglistym wspomnieniem. To naprawdę obszerna historia, oryginalnie ukazała się w 8 zeszytach. Dodajemy do tego "Ostatni Bastion" i dostajemy 240 stron wyśmienitego komiksu. Warto było przebrnąć przez słabszy początek, by później przeczytać ten album. "Baśnie" rozwinęły skrzydła i pokazały się z naprawdę świetnej strony.piątek, 9 października 2009
Baśnie miłosne
"Baśnie. Kroniki miłosne" są, w przeciwieństwie do "Na wygnaniu" i "Folwarku zwierzęcego", nie jedną dużą historią, a zbiorem czterech krótszych, z czego tylko ta tytułowa wydaje się być istotna z punktu widzenia całej fabuły. Album rozpoczyna, dziejąca się w czasie wojny secesyjnej, bardzo fajna pierdółka z Jackiem w roli głównej. Łapie on w magiczny worek (który wygrał z diabłem w karty) Śmierć i tym samym uniemożliwia odejście w zaświaty swojej nowej ukochanej. Czyn ten powoduje zabawne implikacje, a scena z martwym inwentarzem i żołnierzami zombie jest jak dla mnie jedną z najśmieszniejszych (w swojej makabrze) scen, jakie widziałem do tej pory w "Baśniach". Kolejna historia, tym razem już dziejąca się współcześnie, jest już na serio. Baśniogród staje w obliczu nowego zagrożenia. Dociekliwy reporter wpada na ślad sekretnej społeczności, tylko myli Baśniowców z wampirami. Wilk i spółka biorą sprawy w swoje ręce. Dziennikarz zostaje złapany, porwany, odpowiednio potraktowany i sprawa umiera śmiercią naturalną. Album zamyka krótka historyjka, wyjaśniająca czemu liliputy z Farmy próbują skraść ziarna jęczmienia ukryte w biurze dyrekcji Woodlandu. Dość zabawne i sympatyczne, w pewien sposób dodaje kawałeczek do układanki jaką jest przeszłość Baśniowców, ale to tak naprawdę, jest chyba całkowicie niepotrzebna bzdurka, która ciągnie poziom tomu trzeciego w dół.Najmocniejszym punktem są tytułowe, czteroczęściowe "Kroniki miłosne". Popychają historie zgrabnie do przodu i dają "Baśniom" pazura i baśniowego klimatu, którego przez ostatnie dwa tomy nie czułem. Sporo akcji, domknięte wątki, przemyślane posunięcia i w końcu pozwolenie postacią wyjścia z poza ram narzuconych im pewną konwencją. Mysia Policja trafia na spisek Sinobrodego i Złotowłosej mający na celu zabicie Wilka i Śnieżki. Ci, pod wpływem uroku, wyjeżdżają do lasu na biwak, gdzie po kilku dniach życia w głuszy, zostają napadnięci przez niedoszłą zabójczynię Śnieżki. Cieszy mnie fakt, że jest to w końcu spektakularny pojedynek. Po tych wszystkich gonitwach w "Folwarku zwierzęcym", właśnie takie napieprzanki mi brakowało. Wynik pojedynku łatwo przewidzieć, gdyż nie było możliwości uśmiercenia pozytywnych bohaterów, finał jest satysfakcjonujący. Natomiast konsekwencje samego wyjazdu były dla mnie sporym zaskoczeniem i jestem bardzo na tak dla takiego obrotu sprawy. W Nowym Jorku Sinobrody zostaje zabity przez Księcia Uroczego. Co jest preludium do późniejszej walki o władzę. Jednak na tą chwilę, wszyscy żyją długo i szczęśliwie, no ale to tylko cisza przez burzą.

Od strony graficznej ten tom ma dobre i złe momenty. "Kostucha" narysowana jest średnio i były kadry, przy których kręciłem nosem. Później uświadomiłem sobie, że przecież kreska pasuje wręcz idealnie do klimatu tego komiksu. Przywodzi na myśl "Opowieści z krypty", a to właśnie jest taka makabryczna historyjka (tyle, że finał w trochę innym stylu), której można byłoby się akurat tam spodziewać. W opowieści z reporterem wraca z rysunkami Lan Medina. Cholernie lubię tego rysownika. Stawiałbym go na równi z Markiem Buckinghamem, gdyby nie pewna rzecz. Jedynym mankamentem w komiksach Lana jest jak dla mnie postać Wilka. Jest zbyt ugładzony z wyglądu i brak mu elementu zwierzęcego. Znowu Mark rysuje tego bohatera świetnie - w stylu Wolverina, co według mnie pasuje lepiej do charakteru. Jak można się domyślić, Mark odpowiada za "Kroniki miłosne". Odwalił tam kawał dobrej roboty. Nie ma ani jednego słabszego obrazka, żadnej wpadki. Poza tym ma świetne pomysły na układ kadrów. Nie zwróciłem na to uwagi w "Folwarku zwierzęcym", ale tutaj rzuca się to w oczy. Jeżeli mamy pojedynek szlachetnie urodzonego Księcia i Sinobrodego, to ilustracje przybierają kształty herbów, jeżeli jest szaleńcza ucieczka przez to wszystko wydaje się być porozrzucane i chaotyczne. U Mediny wygląda to bardziej klasycznie. Taki sześciokadrowy, dość statyczny układ. "Jęczmienne panny" - ostatnią historię narysowała Linda Medley. Wiem, że to taka leciutka, bajkowa opowiastka, ale ta pani chyba wcześniej rysowała "Kaczory Donaldy" (wyjdę na totalnego ignoranta, ale nawet kobitki nie sprawdziłem), bo jej rysunki właśnie przypominają historię z tego magazynu (absolutnie nie mam nic do "KD", ale jak się widzi gołe kobiety rysowane w ten sposób to człowiek ma prawo kręcić nosem). Ta historia w ogóle nie powala i niestety strona graficzna nie przyczynia się do tego, żeby ocenić ją chociaż odrobinę wyżej. Okładki, jak zawsze autorstwa Jamesa Jeana i po raz kolejny cieszą niesamowicie oko. Są po prostu piękne.

"Baśnie. Kroniki miłosne" to dobra lektura. Widać, że Willingham zrozumiał potencjał drzemiący w pomyśle i zaczął na większą skalę go używać. A to Pinokio pozuje do zdjęć, mających służyć jako szantaż, a to klątwa Śpiącej Królewny wykorzystywana jest do włamania się do budynku, czy w końcu Wilk, przestaje się bawić w detektywa z filmów noir i pokazuje na co go tak naprawdę stać. To mi się podoba. Poziom rośnie i tytuł w końcu stał się dla mnie na tyle atrakcyjny, że z chęcią sięgnąłem po tom czwarty, a ten jest prawdziwą ucztą.
sobota, 16 maja 2009
World of Warcraft
"World of Warcraft Vol. 1" to jeden z największych komiksowych bubli jakie miałem okazję przeczytać ostatnimi czasy. Ten twardo okładkowy, 176 stronicowy album zawiera osiem pierwszych zeszytów (od numeru zerowego do siódmego) i jest jedną wielką stratą czasu. Serio.Zacznę od scenariusza, bo jest cienki jak sik komara. Za adaptację wziął się Walter Simonson, wg opisu legenda w branży, ale to jedna z tych legend, o których nigdy nie słyszałem. Zaserwował on historię tak sztampową, że już chyba bardziej się nie da. Otóż mamy brzeg rzeki i faceta, który budzi się z amnezją i zaraz po stoczeniu pojedynku z krokodylem, zostaje niewolnikiem. Ma walczyć na arenie ramię w ramię z krwawą elficą i leśnym rogaczem. Elfy się nienawidzą i chlają między sobą, a on, przywódca, próbuje łagodzić napięcia i zrobić z nich dobrą drużynę. Oczywiście nikt na nich nie stawia, a oni wygrywają z największymi killerami areny, zdobywają sławę i jakby to nie było - udaje im się uciec. Człowiek okazuje się królem z innego kontynentu, którego ktoś postanawia wyeliminować z gry. Elfy mają problemy ze swoją przeszłością, która ich odnajduje i zmusza do konfrontacji. Ktoś kogoś kiedyś zdradził, kogoś trzeba przed kimś ratować, ale wcześniej należałoby jeszcze komuś innemu coś odebrać. Na dodatek trzeba być dość dobrze zorientowany w świecie gry, żeby nadążyć za tymi wszystkimi rasami, gatunkami, krainami, bo narracja kuleje i nie wprowadza nas zbyt dobrze ani w świat, ani w historię (a miejscami w ogóle tego nie robi).
Oglądając rysunki Ludo Lullabi po głowie chodziła mi myśl: "Biusty, dużo dużych biustów". Gdzie tylko się da, jakaś elfica, ogrzyca bądź inna istota płci żeńskiej się wypina lub napina (obojętne czy to przy kolacji, w walce czy w śnie). Kreska jest taka super nowoczesna, szczegółowa, postaci przepakowane do granic możliwości, kobitki super zgrabne i wszyscy noszą miecze, które powinny być cięższe niż kowadło na których zostały wykute. Lullabi rysuje naprawdę fajnie, dba o detale i stara się to wszystko utrzymać w stylistyce znanej z gier. Oczywiście kwestią indywidualną jest czy to się komuś podoba. Niestety, cała ta nowoczesność daje dupy, gdy mamy akcję - scenę walki czy pościgu, i nie da się zrozumieć co właściwie facet narysował. Bywało, że kilkakrotnie przyglądałem się jednemu kadrowi, odwracałem do góry nogami, cofałem się do poprzedniej strony, tylko po to żeby dojść do tego co się właściwie stało. Bardzo podobny problem miałem z "Army of Darkness: Ashes 2 Ashes", ale tutaj jest takich momentów niestety znacznie więcej. Na pewno dużym plusem "World of Warcraft Vol. 1" jest żywa kolorystyka. Dające po oczach, jaskrawe barwy idealnie pasują do klimatu fantasy. Zastanawiam się, czy najbardziej popularna gra MMORPG nie ma czegoś ciekawszego do zaoferowania. Przecież komiks na licencji (obojętnie czy to filmu czy gry) wcale nie musi obrażać czytelnika. Konrad z Motywie Drogi pisał jakiś czas temu o fanowskich komiksach ze świata "WoW", ale nie dałem rady wciągnąć się w żaden. Zdecydowanie nie polecam.
niedziela, 3 maja 2009
Setny wpis
Zacznę od zeszłej soboty, bo akurat był to jeden z ciekawszych (w pozytywnym słowa znaczeniu) dni ostatnimi czasy. Najpierw na 16 byliśmy z Kamilą na poplitowsko-komiksowym spotkaniu w ŁDKu (serdecznie cię Rafale przepraszam, że tak nakręciłem z tą imprezą, ale w domu miałem prawdziwy kocioł i już nie zdążyłem cię powiadomić, że się jednak wybieram). W spotkaniu uczestniczyli Szymon Holcman i Michał Śledziński , a prowadził Piotr Kasiński. Na sali raptem kilka osób i mam wrażenie, że powodem tego był tak dość mocno wydumany temat. "Od PRL do III RP – obrazy przełomu w komiksie" i mnie trochę nastraszyło. Żadnego komiksu narysowanego w tamtym czasie nie znam. Taki traktującego o tych wydarzeniach czytałem aż jeden. Nie miałem bladego pojęcia o czym będzie dyskusja. Obawiałem się, że albo będzie nudno, albo będzie nieciekawie, albo jedno i drugie. Niepotrzebnie. Było naprawdę przyjemnie. Śledziu i Kasiński opowiadali o historii i realiach jakie panowały w latach 90tych, Holcman wyjaśnił mi różnicę między komiksową Polską, a komiksową Francją. Dowiedziałem się dlaczego niewiele na polskiej scenie jest duetów i czemu nie szuka się wsparcia w znanych nazwiskach. Wiem dlaczego nie ma już Produktu, czemu nagle, po trzech numerach zniknął Azbest i co dalej z BoW. Zadałem kilka pytań Michałowi co do jego przyszłych planów i cieszę się szczerze informacją, że może kiedyś wyjdzie wznowienie Fido i Mela. Było miło i przyjemnie, ale tak naprawdę do żadnych wniosków nie doszliśmy. Bardzo żałuję, że nie wypracowaliśmy odpowiedzi na najważniejsze (w moim mniemaniu) pytanie - dlaczego po '89 nagle komiks polski popadł w taką stagnację, że omal nie zszedł całkowicie? A może to i dobrze, że uczestniczący w dyskusji zdryfowali od tematu, bo te wszystkie dygresje zawsze są w tym wszystkim najfajniejsze. Nie wiem jak inni, ale mnie się podobało bardzo, w sumie to pierwsze takie komiksowe spotkanie (poza MFK), na którym udało mi się być i zaliczam to je do jak najbardziej udanych. Poznałem Piotra Świderka od rysunki.bardzofajny.net, zebrałem autografy od Śledzia (i nawet się cieszę z tego, że mi nie pomazał pierwszego numeru Produktu, o którym mi się zapomniało) i spędziłem mile półtorej godziny.
Po Poplicie, po zakupach i jedzeniu pojechaliśmy do kina Charlie na 3. część konkursu 6 Międzynarodowego Festiwalu Animacji Reanimacja i obejrzeliśmy kilka mniej lub bardziej fajnych krótkometrażówek. Wzięliśmy też udział w głosowaniu publiczności, mimo iż widzieliśmy tylko 1/4 konkursowych miniaturek, to się opłaciło. Kamila wygrała DVD z jakimś dokumentem i książkę "Polski Film Animowany", na którą sobie już wcześniej ostrzyłem zęby. A co do filmów to było naprawdę różnie. Najpierw były polskie "Bird's song" i "Mr. F". Ten pierwszy był inspirowany kaligrafią japońską i swoją prostą czernią i bielą po prostu urzekał. Klimatyczny i niepokojący - zdobył sobie głos Kamili. "Mr. F" to natomiast humorystyczna opowiastka w dość ładnym 3D, która irytowała bełkocząco-bzyczącym dubbingiem. Mnie zachwyciły: "Mr. Wire Nostalgia" (tan z kolei zdobył mój głos; wzruszył mnie swoją historią i z tych które dane mi było obejrzeć wydał mi się najładniejszy), "Man is the Only Bird that Carries his Own Cage" i "She Who Measures" (oba świetnie zrobione, niepokojące i z mocną wymową). Ubawiłem się setnie przy "The Control Master" i "Dialogues". Całkiem sympatyczne i miłe dla oka okazały się miłosne opowiastki: "Escale", "The Yellow Envelope" i "Love Recipe". Jedną wielką męczarnią były prawie dwudziestominutowe "The Kitchen Dimensions", które swoim surrealistycznym wizjami, psychodelicznym klimatem i nużącą muzyką zmusił mnie w połowie do wyjścia do bufetu. Największym nieporozumieniem jednak jest dla mnie wyróżnienie dla "Chicken Stew", które było jedynie dość zabawne.
Za rok będę chciał załapać się na wszystkie konkursy, bo tym razem to było tak trochę na spróbowanie. Jak się da to również na jakieś inne seanse, bo atrakcji masa i jak sądzę zabawa przednia. Poza tym możliwość oglądania animacji (formy którą darzę jakimś szczególnym uczuciem) na wielkim ekranie przewyższa YouTube i mój monitor pod każdym względem. A właśnie, na YT udało mi się znaleźć na razie tylko cztery, z czego trzy pierwsze naprawdę warto obejrzeć. Postaram się w najbliższym czasie wyszperać resztę (też te z reszty pokazów konkursowych).
środa, 18 lutego 2009
O miłości i o śmierci

Zaległości komiksowych ciąg dalszy. Nie wiedziałem kto to jest Charles Burns i co to za komiks jego autorstwa wydała Kultura Gniewu do czasu, gdy jesienią 2007 Kamila nie podsunęła mi pod nos recenzji z Przekroju, nie pokazała palcem i nie powiedziała "chcę to mieć". Nadal nie wiem kim jest Burns, ale wiem, że ma facet łeb i przy tym parę w łapie. Nadrobiłem braki, komiks przeczytałem dwa razy i chciałem się podzielić krótko moim przemyśleniami, bo "Black Hole" to świetna rzecz.
Zacznę od rysunków, bo tutaj sprawa zdawałoby się jest dość prosta - są fantastyczne. Spodobały mi się w zasadzie od razu. Na pierwszy rzut oka, czarno-białe ilustracje wydawały się proste, sterylne, ale przy tym bardzo klimatyczne. Po dłuższym obcowaniu dostrzegłem ich upiorność. Burns swoją kreską w doskonały sposób pokazuję brzydotę, serwuje makabryczne i obrzydliwe obrazy. Kreuje świat mroczny, nieprzystępny i tajemniczy. Czytelnik obcuje sobie z uśmiechniętą, wydawałoby się beztroską młodzieżą, a zaraz później zostaje rzucony w pełen chorych wizji i koszmarnych snów świat, i to tak bez najmniejszego ostrzeżenia. Przy tym wszystkim autor daje dowód, że umie też narysować coś pięknego, bo udaje mu się uchwycić niewinność i urodę głównej bohaterki, która w dużej mierze kontrastuje z otaczającym ją światem. Urzekła mnie kompozycja. Plansze, kadry, idealne operowanie czernią i bielą - wszystko sprawia wrażenie perfekcyjności. Nie ma co się dziwić, według tego co napisano na obwolucie, autor rysował swoje dzieło ponad 10 lat.
"Black Hole" to komiks o dorastaniu, a żeby być dokładnym, o nieprzyjemnych stronach dorastania czy nawet takich, których nigdy osobiście się nie doświadczyło. Burns pokazuje nam grupkę młodzieży z przedmieścia, wśród której panuje dziwna choroba przenoszona drogą płciową. Zarażenie się nią skutkuje bardzo różnie - przede wszystkim większymi lub mniejszymi deformacjami ciała. Już blurb ostrzega, że choroba nie jest najważniejsza, że to tylko element układanki, środek do wyznaczenia pewnej granicy. Śledzimy poczynania bohaterów, ich miłostki i miłości, konflikty i wszechogarniającą bezradność. Widzimy jak pomiędzy kolejnymi imprezkami wkraczają w dorosłe życie. Zmierzają się z przygnębiającą codziennością, brakiem akceptacji, bezmyślnością otaczających ich ludzi, gdzie jedyną rozsądną ucieczką jest wypalenie w samotności skręta. Budząca się seksualność, pragnienie odrębności muszą walczyć z społecznymi zapatrywaniami się, zdaniem ogółu, akceptacją kolegów i znajomych. Będąca poza nawiasem grupka zdeformowanych zarażonych wybrała życie wyrzutków. Zamieszkali w lesie, gdzie popadają w apatię i obojętność. Rodzi się wrogość i wzajemna nienawiść. Rzeczywistość "Black Hole" przypomina koszmar, z którego nie można się obudzić. Bohaterowie w niej grzęzną, topią się, zostają przez nią pożarci.
Trudno pisać o fabule tego komiksu, bo nie dość, że jest wielowątkowa i nieliniowa to tak naprawdę główną rolę odgrywają emocje i odczucia. To historia zmierzająca gdzieś, ale to gdzieś, oprócz tego że jest konkluzją, będzie dla każdego chyba czymś innym. Jeżeli miałbym się pokusić o zakwalifikowanie "Black Hole", wskazanie jakiejś przynależności gatunkowej powiedziałbym, że to społeczny horror psychologiczny. Coś czego King doszukiwał się z różnym skutkiem, w filmowych horrorach w "Danse Macabre", tutaj mamy podane jak na dłoni. Pokazanie problemów dorastającej młodzieży, gdzie elementem nadprzyrodzonym jest tajemnicza, objawiająca się potwornymi deformacjami choroba, która można traktować jako odzwierciedlenie młodzieńczych obaw, jak i również jak brak samoakceptacji. "Black Hole" to komiks idealny do wielokrotnego zagłębiania się i zgłębiania pod kątem symboliki. To również coś ponadczasowego, bo chociaż się dzieje w połowie lat 70tych to jednak, problemy nastolatków zawsze będą podobne.To fantastycznie dobra powieść graficzna. Wydana po prostu pięknie (gruby papier, świetna oprawa). Przyjemność z obcowania jest naprawdę wysoka. Polecam.
niedziela, 8 lutego 2009
Baśnie w świecie waśni #2
"Baśnie: Folwark zwierzęcy" są lepsze i podobały mi się bardziej niż "Na wygnaniu". Nie było to jednak specjalnie trudne. Fabuła zdaje się być ciekawsza i mieć zdecydowanie więcej do zaoferowania od przeciętnej zagadki detektywistycznej z pierwszego tomu. Człekokształtni Baśniowcy żyją sobie w Nowym Jorku, ich zwierzęcy towarzysze, całe zastępy gadających, mniej lub bardziej przyjaznych futrzaków niestety trafiła na Farmę. Odcięci, żyjący w odosobnieniu z wymuszonym zakazem podnoszenia łapy na współtowarzyszy zaczynają kombinować. Marzy im się powrót do baśniowej ojczyzny i życie dawnym życiem. Buntują się, zbroją i akurat na ich małą rewoltę nadziewa się Śnieżka z Różą Czerwoną, które przyjechały na inspekcję Farmy. Zwierzaki początkowo knują, chowają się, ale szybko przechodzą do konkretów. Zaczynają polować na Śnieżkę, mordować się wzajemnie i w ogóle popadają w lekkie szaleństwo. Przybywa jednak kawaleria, rebelia zostaje zdławiona, a jej sprawcy rozliczeni. Epilog pokazuje jak Śnieżka dochodzi do siebie po tym jak odstrzelono jej pół głowy, są procesy, wybierają nową władzę. Jednym słowem happy end.Po lekturze pojawiają się jednak rozczarowanie. I to dość spore. Willingham potraktował w moim odczuciu historię bez odrobiny refleksji. Coś takiego jak bunt zwierzęco-kształtnych Baśniowców, coś w czym drzemał olbrzymi potencjał (bo to cholera bunt w obozie uchodźców!), potraktował bardzo po łebkach. Jest gonitwa po lasach i polach, ucieczka z niewoli, kilka trupów i wybuch stodoły. Nawet coś takiego jak śmierć Śnieżki zmarnowano, zrobiono z tego tani cliffhanger. Zmartwychwstaje ona już na następnej stronie. Jest kilka odwołań do orwellowskiego "Folwarku zwierzęcego" i do "Władców much" Goldinga, ale ten komiks nawet nie nadąża za ich cieniem. To cienka, grzeczna, plastikowa papka. W tej materii nie zmieni tego nawet Złotowłosa sypiająca z Niedźwiedziem czy głowa nabita na pal.
Brakowało mi duetu Śnieżka - Wilk. To oni, ten magnetyzm który się między nimi rodził, stanowił jedną z rzeczy dzięki którym lektura tomu pierwszego nie była drogą przez mękę. Samotna Śnieżka jest całkowicie pozbawiona charyzmy i przebojowości. Miota się między kadrami i wyraźnie widać, że wycieczka na Farmę jej nie służy. Trzecią rzeczą, która od razu rzuciła mi się w oczy i której nie rozumiem jest brak konsekwencji. Możecie mnie nazwać czepialskim, ale dlaczego Wilk ma postać człowieczą, a już takie świnie, miśki i liski nie? Dlaczego największy killer w dżungli nadal jest tygrysem, a Bigby chadza swobodnie po Manhattanie i korzysta z dobrodziejstwa chwytnych kciuków? Komiks czytałem dość dawno, ale doskonale pamiętam, że ta myśl błąkała mi się w czasie lektury. Tak wiem, głupie to trochę, bo przecież to BAŚNIE.

Graficznie jest dobrze. Zmienił się rysownik, ale szczerze mówiąc tego nie zauważyłem (dopiero jak przeczytałem kto rysował to pojawiło się lekkie zdziwienie). Nadal jest to czytelnie, schludnie i miło dla oka rysowany komiks. Może ciut mniej szczegółowo, ale kreska utrzymała podobną stylistykę. Za to lepiej zrobiło się w warstwie kolorystycznej. Nie można przyczepić się do dominującej szarości i fioletów. Jest kolorowo, fantastycznie. Bardzo mocnym elementem są dla okładki Jamesa Jeana.
Drugi tom "Baśni" to lektura lekka, przyjemna i na pewno bardziej fantastyczna (w porównaniu z tomem pierwszym), ale bez głębszej myśli i niewykorzystująca swojego potencjału nawet w połowie. Ani to śmieszne, ani zmuszające do kombinowania, ani nawet specjalnie wciągające. Nie rozumiem tych zachwytów krytyki, nominacji i przyznawanych nagród (chociaż te za okładki [a chyba też były] są akurat zasłużone). Może po prostu ja oczekuję i wymagam od tej pozycji za dużo? Może właśnie to ma być takie miłe dla oka i niewymagające, a ja chcę Bóg wie co? Podobno tom trzeci to w ogóle najlepszy z najlepszych, z tych trzech co Egmont już wydał, więc sprawdzę. Już leży na biurku. Złapię się za niego jutro.
Dzięki Rychu za pożyczanie tej serii... i mam nadzieję, że mimo mojego kręcenia nosem będziesz pożyczał mi ją dalej.
Baśnie w świecie waśni #1
"Baśnie" to seria fantasy stworzona przez Billa Willinghama w 2002 roku. Od powstania, aż po chwilę obecną zyskuje coraz większe grono fanów na całym świecie. Wielokrotnie zastała nazywana przez krytyków i recenzentów "najlepszą, współcześnie ukazującą się serią komiksową", co potwierdza otrzymując kolejne nagrody (może poszczycić się jedenastoma nagrodami Eisera, w tym: za najlepszy debiut, trzykrotnie za najlepszą serię, a także za rysunki i okładki). Jest na tą chwilę jednym ze sztandarowych produktów Vertigo i doczekała się również dwóch spin-offów. Pomysł Willinghama, który zyskał bardzo szybko tysiące zwolenników, polegał na przeniesieniu do współczesnej Ameryki doskonale wszystkim znane postaci z baśni, bajek i ludowego folkloru. Tak oto czytelnik trafia do Baśniogrodu, który notabene znajduje się w Nowym Jorku i jest zamieszkały przez wszelkiego rodzaju fantastyczne, człekokształtne istoty."Na wygnaniu", bo taki tytuł nosi pierwszy tom, ukazał się w Polsce jesienią 2007 roku. Historia opowiedziana przez Willinghama, a zilustrowana przez Lana Medine skupia się na sprawie zaginięcia siostry Królewny Śnieżki - Róży Czerwonej. Śledztwem zajmuje się bajkowy łotr numer jeden, który po amnestii awansował na stróża prawa i porządku. Wilk, bo o nim mowa, nazywany również Bigby, jak przystało na rasowego detektywa rzuca się w wir śledztwa podsuwając czytelnikowi subtelne wskazówki, by ten mógł samodzielnie rozwiązać zagadkę. Należy zaznaczyć, że intryga nie jest specjalnie wyszukana i sprawny obserwator, mimo tych kilku pobocznych wątków, które połączą się zgrabnie w finale, jest w stanie przewidzieć dość szybko końcówkę. Mimo iż wszystko wskazuje, że zaginiona została zamordowana, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała sprawa została potraktowana przez twórców dość błaho. Nie czuć grozy sytuacji, która towarzyszyłaby tak brutalnemu zdarzeniu. Zagadka kryminalna nie wywołuje jakichś większych emocji i obawiam się, że trzeba ją potraktować jako tło, na którym pokazano relacje i prawa panujące w Baśniogrodzie, a także służące nakreśleniu stosunków między postaciami. Stanowi całkiem niezłe wprowadzenie do serii. W "Na wygnaniu" poznajemy przyczynę, która zmusiła Baśniowców do ucieczki ze swojego świata i osiedlenia się w całkowicie dla siebie obcych warunkach.
Przez śledztwo przewijają się kolejni doskonale nam znani bohaterowie: Jack (ten od łodygi fasoli), Sinobrody, Książe (były mąż Królewny Śnieżki), Kopciuszek, Piękna z Bestią i chociażby Pinokio, jednak główną rolę odgrywa duet Śnieżka - Wilk, i jak dla mnie jest on głównym atutem tego komiksu. Z jednej strony piękna, poważna i pełna wyniosłości Królewna - pełniąca obowiązki zastępcy burmistrza i przytłoczona masą obowiązków. Na dodatek, na horyzoncie pojawia się były mąż, który zwiastować może tylko kolejne kłopoty. Z drugiej brutalny i wyglądający na wiecznie zmęczonego Bigby, który zdaje się nie wiedzieć co to maniery i dobre wychowanie. Śledztwo, które przychodzi im razem prowadzić, jest powodem nieustannych spięć, ale i również źródłem pełnych humoru dialogów i wzajemnych, zabawnych docinek, tak więc sądzę, że dość szybko oboje zaskarbią sobie sympatię czytelnika.
Strona wizualna komiksu stoi na bardzo przyzwoitym poziomie. Jak wcześniej wspomniałem, za szkic odpowiada Lan Medina. Tusz nałożyli Craig Hamilton i Steve Leialoha. Rysunki są ładne i staranne. Niektóre kadry zachwycają ilością detali i misternością kompozycji. Niestety kolory pozostawiają wiele do życzenia. W pierwszym tomie "Baśni" dominują chłodne odcienie brązu, zieleni, fioletu i szarości. Ilustracje są przez to zimne, smutne i mało fantastyczne, brakuje im finezji. Wydawać by się mogło, że seria zasługuje na znacznie bardziej bogatą kolorystycznie oprawę.

Podsumowując, lektura komiksu "Baśnie. Na wygnaniu", mimo iż całkiem przyjemna, nie należy do tych ekstatycznych przeżyć jakie dane mi było zaznać przy obcowaniu z niektórymi arcydziełami komiksu. Z pewnością nie przysporzy żadnego olśnienia, a jeżeli potraktować tę pozycję jako komiks kryminalny to ze względu na intrygę wypadnie blado. Cała esencja "Baśni" polegająca na wrzuceniu bajkowych postaci w realia XXI wieku i jako taka zabawa konwencją wypada całkiem nieźle. Chociaż to, co serwuje Willingham nie umywa się do gaimanowskiego "Sandmana". Sądzę, że może zapewnić dość przyjemną, kilkudziesięciu-minutową rozrywkę i stanowi jedynie preludium do dalszych losów bohaterów. Konwencja wydaje się ciekawa i dająca szereg wspaniałych, scenariuszowych możliwości. Za przykład można podać krótki tekst Willnghama dołączony do albumu, opowiadający o pierwszym spotkaniu Śnieżki i Wilka. Chce się więc wierzyć, że kolejne tomy będą lepsze.
środa, 25 czerwca 2008
Supergangbang
Millar po raz kolejny udowadnia, że jest cholernie sprawnym twórcą i że z wałkowanego wielokrotnie tematu potrafi zrobić cholernie ciekawy komiks. Tak jak w przypadku "Ultimate X-Men" i "The Ultimates" i tutaj dostajemy coś cholernie oryginalnego. "Wanted" to komiks superbohaterski albo raczej prawie superbohaterski, bo tak naprawdę mamy świat bez bohaterów. Tło rysuje się następująco: super-złoczyńcy w roku 1986 połączyli pierwszy raz siły i razem zaatakowali ciągle odnoszących sukcesy herosów. Zginęły 2 miliony ludzi, a bohaterowie dostali konkretny łomot. Wykasowano im pamięć, zamieniono w mało znaczące postaci głupawych seriali telewizyjnych i co najważniejsze, wymazano ich z umysłów wszystkich ludzi. Ich chwałę dokumentują co najwyżej czytane przez dzieciarnię komiksy. Źli podzielili wpływy między 5 rodzin i żyją sobie ponad prawem czerpiąc zyski z przestępczości. Oczywiście ich istnienie jest ściśle strzeżoną tajemnicą i nikt spoza Bractwa nie ma pojęcia, że dwadzieścia lat wcześniej ktoś przeprogramował ludzkość.
O tym wszystkim dowiadujemy się razem z głównym bohaterem - Wesley'em Gibsonem. Wesley to najzwyklejszy nieszczęśliwy człowiek. Popychadło, które dostaje w dupę od całego świata. Przymyka oko na zdrady swojej dziewczyny, wieczory spędza przy sieciowym porno, szefowa gnoi go za każdym razem gdy tylko pojawi się w jej polu widzenia. Facet jest obiektem żartów i ataków lokalnych chuliganów. Co najzabawniejsze – godzi się na wszystko. Los się jednak do niego uśmiecha. Okazuje się być synem najlepszego zabójcy na świecie - Killera (który ma umiejętności jak marvelowski Bullseye - nigdy nie chybia). Jak można się domyśleć życzeniem ojca było aby syn zajął jego miejsce w super-tajnej organizacji przestępczej, a wybór Wesley'a, który odziedziczył umiejętności ojca jest oczywisty - zostaje jego godnym następcą. Śledzimy jego trening, inicjację, a także poczynania w konflikcie jaki wybucha między złoczyńcami, którzy chcą wyjść z cienia a tymi którzy chcą w nim pozostać.
Na 192 stronach dostajemy kapitalną historię, która według mnie traci tylko troszeczkę w końcówce, ale uderza ostatecznie mocną pointą. Mocny to akurat słowo, które pasuje doskonale do "Wanted". Jest brutalny, krwawy, wulgarny i nie do końca poprawny politycznie. Z pewnością jednak skierowany jest do ludzi lubiących historię o trykociarzach. Millar z niesamowitą wprawą żongluje utartymi schematami i tworzy z nich zupełnie nową całość. Widać już było to po elseworldowskim "Superman: Red Son", ale myślę, że w "Wanted" poszło mu to znacznie lepiej. Każda z postaci nawiązuje do tych znanych nam z uniwersów DC czy Marvela i jest sporo zabawy w odgadywanie pierwowzoru. Wspominany kilkakrotnie Detektyw to oczywiście Batman (który myśli, że grał tą postać w serialu komediowym), Joker to równie szalony i szatańsko uśmiechnięty Mr. Rictus, rządzący Azją The Emperor to nie kto inny jak Ra's al Ghul, a przeciwnik doktora Solomona Seltzera (który wydaje się być millarowską wersją Lexa Luthora) kończy na wózku jak Christopher Reeve.
Od strony graficznej jest równie przyjemnie. J. G. Jones, który "Wanted" narysował należy do tych, którego kreska raczej nie oszpeci komiksu. Jest czytelna, przyjemna dla oka, a kobitki wyglądają wielce atrakcyjnie. Całość dopełniają fajne kolory, które położył Paul Mounts. Dodatkowo trade tej sześcioodcinkowej mini-serii wzbogacono bardzo przyjemnym dossier, rysunki superłotrów zrobili m.in. Wood, Sienkiewicz, Quesada. Millar uzupełnia to, krótką charakterystyką i dodaje we wstępie jak to brat podsunął mu pomysł na komiks. Dla mnie bomba. Jeżeli ekranizacja okaże się w połowie tak udana to będzie super.
Przykładowe plansze można obejrzeć oczywiście na stronie Multiversum.



