Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 czerwca 2014

Krew na śniegu

Z odpaleniem bloggera po przeszło roku było trochę jak z powrotem z wakacji do domu. Wszystko znajome, nawet trochę wytęsknione. Znasz każdy zapach i każdy kąt. Stare śmieci. A jednocześnie towarzyszy człowiekowi ta przyjemna ekscytacja. Czujesz odnowienie. Był restart, jest energia do pracy. A ja mam ochotę i potrzebę pisać. Mam w końcu na czym pisać. Ale, co najważniejsze, mam o czy pisać. Wyszedłem z tego marazmu, który trzymał mnie przez bardzo długi czas. Konsumuję dobra popkultury w zdrowych ilościach i to tak bardzo różnym przekroju, jak jeszcze nigdy przedtem.

Ta któraś już inauguracyjna notka będzie na dodatek tematyczna! Nie tylko takie pierdzielenie jak to będzie świetnie i oczekiwanie na poklepanie po pleckach. Myślałem, żeby napisać o nowym filmie z Godzillą, bo jest o czym, ale trochę czasu upłynęło, nie wiem czy jest sens się spinać dzisiaj z tak ważnym tematem, więc zajmę się czymś świeżym.


"Krwawa Pani Śniegu" (1973 r.) --- jakoś tak wyszło, że do tej pory nigdy nie miałem okazji obejrzeć tego klasyka Toho. Podejrzewam, że w pewnym momencie problemem mógł być "Kill Bill", za którym tak do końca nie przepadam, a który jest w dużym stopniu hołdem dla "Lady Snowblood". Na szczęście poszedłem po rozum do głowy, nadarzyła się okazja (wieczór japoński u Dawida i Agi) i ją wykorzystałem.

Nad fabułą nie ma co się specjalnie rozwodzić. Jest dziewczyna. Jest lista. Jest zemsta. Dziewczyna skreśla nazwiska z listy. Spotyka różnych ludzi, część z nich przy okazji zabija. I do tego ładnie wygląda z parasolką.
Bo co przyciąga do tego obrazu to przede wszystkim piękna i dostojna Miyoko Akaza. Jej uroda i gra aktorska jest jego siłą napędową. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałem sobie, że będzie erotyka i jak tylko zobaczyłem Miyoko na ekranie byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. Ostatecznie okazało się, że cycka tam się nie uświadczy, ale mimo wszystko --- jest dobrze. Jedynym zgrzytem jaki miałem było to co ją popychało do przodu. Żeby historia o zemście chwyciła trzeba uwierzyć w bohatera. I chociaż motywy Sayo są zrozumiałe, to ciężko mi było uwierzyć w tak wielką determinację. Nawet jeżeli weźmiemy czasy w których działa się akcja i to jak wielkie znaczenie ma honor dla Japończyków. Na szczęście opowieść matki, więc tym samym i powód zemsty poznajemy na tyle późno, że przez większość filmu nie zastanawiamy się nad tym zbyt mocno. Zresztą poplątana chronologia, komiksowe wstawki i rozdziałowa budowa filmu to jego olbrzymie atuty i wybitnie mu pasuje.
Kolejną rzeczą która przypadła mi do gustu jest ta jasnoczerwona krew, którą w latach 70tych z uwielbieniem stosowali. Mimo, że wygląda karykaturalnie, to te fontanny posoki są po prostu piękne! Żadne CGI nie podrobi tych nienaturalnych rozprysków, które przyprawiłyby o ból głowy wszystkie trzy ekipy CSI. Choreografia walk jest w porządku. Widziałem w filmach japońskich zdecydowanie lepsze pojedynki, ale tym nie sposób odmówić uroku.

Tarantino jest świetnym reżyserem, bo wykorzystuje bardzo umiejętnie znane od lat i doskonale sprawdzone techniki opowiadania historii. Wyłuskał z "Krwawej Pani Śniegu" wszystkie najlepsze elementy i sprzedał je na nowo w swoim filmie. Jeżeli ktoś się interesuje kinematografią, to polecam obejrzeć, dzięki temu naprawdę ma się szczerszy obraz na twórczość tego reżysera. Mnie się "Lady Snowblood" naprawdę podobała i szczerze was zachęcam, żebyście po nią sięgnęli. Nie tylko dlatego, że lubuję się w japońszczyźnie i ramotkach z lat 70tych. To po prostu jest dobry film o zemście, a wiadomo, że to temat dla mnie wdzięczny jak mało który. Do tego pięknie nakręcony, ze świetną muzyką --- nie pamiętam kiedy oglądałem film, z którego ścieżką dźwiękową tak bardzo chciałem się bliżej zapoznać.


Zobaczyłem również, że dzieci w beczkach były na długo przed tą całą sprawą w Łodzi. Chociaż szczerze wątpię, żeby tamci ludzie oglądali ten film.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Na nadchodzący tydzień polecam... #9*

GRA



"Sleeping Dogs" estetyka kina akcji z Hong Kongu ani mnie ziębi, ani grzeje. To co widziałem można podsumować słowami: "policjanci kontra złodzieje, trzaskanie się po mordach, krew i strzelanie z kapiszonów". Wyróżniają się na pewno głupkowate i pełne popisów kaskaderskich produkcje Jackiego Chana, ale na mam czasu na dygresje. Jest w tym pewien potencjał, bo takie filmy - rasowe kino klasy B - są omijane przez lwią część publiki. Stylistyka jest słabo znana, materiał gotowy do wykorzystania w grach wideo. Więc było sobie nawet takie "True Crime", które korzystało z dobrodziejstw gatunku, ale nie doczekało się trzeciej części. Gra poszła pod skrzydła Square Enix i dostaliśmy "Sleeping Dogs" - zwyczajnie dobry sandbox. Tylko tyle i aż tyle. 


Wcielamy się w postać Wei Shena, policjanta z USA, który ma w Hong Kongu rozpracować Triadę. Pnie się typ po szczeblach przestępczej kariery. Ściąga haracze, porywa opancerzone furgonetki, okłada po pyskach ziomków z  innych gangów, w końcu do nich strzela, by później uciekać przed policją, a w wolnych chwilach też tej policji pomagać np. rozpracowując siatkę handlarzy żywym towarem. Fabuła nie jest odkrywcza, bo ciężko coś wymyślić w temacie tajniaka i gangsterskich porachunków, ale gra nadrabia schematy i ewentualną wtórność właśnie świetnym klimatem i umiejscowieniem akcji. Pełnymi garściami czerpie z HKCinema.

Jest porządny system walki (a jest je naprawdę dużo), jest parkour który świetnie sprawdza się przy wszelkiego rodzaju pościgach, jest w końcu strzelanie i wyskakiwanie z pojazdów - i obowiązkowy bullet time, w połączeniu dający możliwość tworzenia na ulicach niesamowite karambole. Do tego dziesiątki misji pobocznych, hazard, karaoke, uzupełnianie szafy i garażu, randki z dziewczynami, minigierki podczas hackowania kamer ochrony, trochę skradanki i całkiem nieźle zaimplementowany system osiągnięć, które z przyjemnością zaliczałem.


Twórcy kupili mnie DLC w klimatach chińskiego horroru. Duchy, zombie, demony, adwersarz zmielony w fabryce karmy dla kotów, wracający z piekła przeciwnicy. Niebieski ogień i egzorcyzmy - BAJKA! Jest jeszcze m.in. Turniej Zodiaka - wariacja na temat mojego ukochanego "Wejścia smoka"! 

Gra starcza na tydzień rozsądnego grania (tzn. katowania cały weekend, kończenia po kilka godzin w tygodniu), ja dostałem za darmoszkę od Sony, więc nie mogę przeliczyć stosunku funu do wydanych pieniędzy. Ale grę polecam, na tyle fajna że pokusiłem się o platynę, a zazwyczaj szkoda mi czasu na takie pierdoły.  






KSIĄŻKA



"Bractwo Bang Bang" Greg Marinovich i Joao Silva. Czytam ostatnio cholernie mało, taki poważny kryzys mnie pod koniec zeszłego roku dopadł i pomyślałem, że może uda mi się go przełamać zamieniając beletrystykę na reportaż. Trafiło na historię czterech fotoreporterów z RPA, którzy dokumentowali zmierzch apartheidu i przemiany w swoim kraju. Ta książka to mroczna podróż w głąb Czarnego Lądu, który wydaje mi się jeszcze bardziej dziki i bezwzględny niż do tej pory sądziłem. Bestialstwo i wyzucie z ludzkich odruchów jest wpisane w historię tego kontynentu  i miałem momenty, kiedy chciałem pizgnąć książką w kąt, chociaż ja do osób delikatnych czy też specjalnie wrażliwych nie należę. Od opisywanych wydarzeń, w których uczestniczyli, momentami chce się rzygać. Nie tyle ze względu na ich brutalność, a były cholernie brutalne, co sam fakt ich zaistnienia. To mocna i łapiąca za gardło pozycja, którą absolutnie polecam, bo:
  • dobrze pokazuje realia pracy fotoreportera i korespondenta wojennego, tego z czym się spotyka nie tylko w terenie, 
  • daje obraz tego co się działo podczas przemian i zdobywania niepodległości przez afrykańskie państwa - chociaż pokazane na przykładzie RPA, to jestem pewien, że odnieść się można do każdego innego państewka, gdzie toczyły się wojny plemienne,
  • obrazuje ten samoistny proces kiedy człowiek obojętnieje na krzywdę drugiego człowieka. 

Jeżeli ktoś szuka konkretnych informacji z zakresu historii najnowszej to - - - będzie musiał sporo doczytać, bo jednak to wspomnienia konkretnych wydarzeń obserwowanych przez obiektyw aparatu, a nie pozycja popularnonaukowa. 



FILM



"Człowiek o żelaznych pięściach" w reżyserii RZA. Znowu ukłon w stronę chińskiej kinematografii - tym razem filmów spod znaku wu tang. Miłość do tego gatunku widać i słychać w twórczości RZA i chłopaków z Wu Tang Clanu od pierwszej płyty. Historia fajnie zatacza koło, jeden z kawałków (już nie pamiętam który) słyszymy na napisach początkowych. Będzie naprawdę bardzo krótko, bo nie ma sensu się rozpisywać. Tutaj nie chodzi o historię, chodzi o napieprzanie się i o tym jest ten film. To rasowa chińska rozpierducha. Pomysłowe i cieszące oko choreografie, świetni fighterzy walczący każdy swoim własnym stylem, ładne scenografie. Bardzo udany hołd - nie da się tego rozpatrywać w kategorii odgrzewanego kotleta, bo od pierwszych minut czuć o co twórcom chodziło. Produkował to Tarantino i wiecie co, podobało mi się to bardziej niż rozwleczone "Django", chociaż nie twierdzę, że "Człowiek o żelaznych pięściach" to lepszy film. 







* pomyślałem że najlepszym żartem będzie wrzucić tutaj jakiś wpis.

sobota, 28 kwietnia 2012

Zanim pójdziesz do kina na Avangersów z polskim dubbingiem...

... obejrzyj:



Silver Surfer przybył na Ziemię już 1994 roku. Z tej krótkometrażówki wychodzi, że zmienił figurkę T-800 w srebrnego Oscara tylko po to by później, wraz z jego małym właścicielem, mógł ją wchłonąć Galactus. Nie wiem co to jest. Czy traktować to jako ewentualną zapowiedź filmu z którego Marvel zrezygnował, reklamę nadchodzącego serialu animowanego czy może to po prostu miał być słaby krótki metraż? Nie przyłożyłem się specjalnie do researchu, aż tak bardzo mi nie zależało. Jak widać same efekty nie były jakoś porażające złe - problemem jest lichutka historia. Rozdźwięk między obecnymi produkcjami z tego uniwersum, a tym co robili 15 lat temu jest jednak olbrzymi, nie? Dobrze, że takie rzeczy popadają w zapomnienie. 

wtorek, 4 października 2011

Legend of Mana

Są gry, które towarzyszą mi od lat. Wracam do nich zawsze z taką samą przyjemnością, nawet po kilkanaście razy. I chociaż istnieją setki innych, które pewnie by mi się nawet spodobały, bliżej mi do sprawdzonych tytułów. Tak się dziwnie składa, że olbrzymia część to tytuły z PSXa, w większości dzieła Squaresoftu - tego Square'a sprzed dekady, kiedy widzieli, że narracja nie oznacza półgodzinnych filmików.


Na pierwszy ogień pójdzie Legend of Mana - spin-off do serii Seiken Densetsu. Ciężko będzie w skrócie przedstawić co w tej grze takiego wspaniałego. Najważniejszy jest chyba klimat i duch w jakim jest stworzona. Dla mnie jest w niej wszystko, co powinno mieć fantasy, a o czym twórcy w dużej mierze zapomnieli. Mamy świat Fa'Diel, w którym bardzo ważną rolę odgrywa magia. Są magiczne rasy i istoty, które nie pozamykane w gettach, żyją sobie obok siebie (lub walczą ze sobą) i bohatera, który chociaż pozbawiony charakteru i cech szczególnych, odgrywa arcyważną rolę - kręci całym tym młynem. Niby to wszystko banały, ale w ostatecznym rozrachunku dostajemy rzecz wyjątkową. Fa'Diel to ociekający magią eklektyczny twór, w którym istoty z wszelkich możliwych mitologii spotykają się z tymi bajkowymi i takimi wyciągniętymi z typowego fantasy. Dlatego nie zdziwcie się, że obok szlachetnej rasy Jumi - żyjących kamieni, mamy małpę karatekę, bandę pingwinów piratów przewodzonych przez kapitana morsa, centaura romansującego z syrenami, demony i półdemony żyjące w zaświatach, smoki i gadającego, uciekającego z doniczki kaktusa. Ta mieszanka stylów kojarzyła mi się od zawsze z wielką wolnością, a ta odgrywa tutaj bardzo ważną rolę.

Mamy absolutną swobodę w kreacji świata. To gracz ustala wygląd krainy - ustawia na mapie lokacje, wybiera miejsce i sąsiedztwo. Podróżując po mapie otrzymuje questy i uruchamia wątki, ale cały czas do niego należy decyzja, które chce rozwijać. Od tego co wybierze zależy które postaci zginą, a które będą żyć. I to jak przechodzić będzie grę zależy od tego kogo wziął do drużyny. Questów jest 68, w tym można wyróżnić 3 główne historie - Elazula i Pearl, przedstawicieli wymierającej rasy Jumi, Larca i Sierry, smoczego rodzeństwa, które służy innym mistrzom oraz dziwnego trójkąta miłosnego z końcem świata w tle. Wszystkie absolutnie fantastyczne i rewelacyjnie pomyślane. Scenarzyści w każdym przypadku zaskoczyli mnie swoim świeżym konceptem i świetnie poprowadzoną historią. Chronologia gra tu również ważną rolę, dość często wykonanie jednego zadania wyklucza rozpoczęcie innego, co więcej, questy można przechodzić i zakończyć na różne sposoby. To powoduje, że autentycznie chce się wracać. Jeżeli ktoś gra bez solucji ma olbrzymią motywację by odkryć w kolejnej grze resztę możliwych wariantów. Może w tej chwili to nic specjalnego, ale na rok 1999, bo wtedy LoM miało premierę, niewiele było podobnych, tak bardzo nieliniowych tytułów.  

Fabuła to niestety sprawa drugorzędna. Legend of Mana kontynuuje wątki z 3 części Seiken Densetsu, w której Dragon Emperor ścina Drzewo Many. Dziewięć wieków po tym wydarzeniu, stajemy przed zadaniem zgromadzenia rozsianych po świecie artefaktów, które pozwolą obudzić magię i odtworzyć Drzewo Many. Ta swoboda wybierania questów, która dla mnie jest olbrzymią zaletą, powoduje, że tak naprawdę nie mamy głównego wątku. Wystarczy wykonać około 1/3 questów, nie trzeba nawet skończyć żadnego z wspomnianych przeze mnie wyżej głównych wątków, by ukończyć grę. Z tym łączy się też bezbarwność postaci, którą kierujemy. Nie ma ona swojej historii, jest trybem, który powoduje, że dobro ostatecznie wygrywa,. Może boleć, chociażby jego bardzo ograniczona rola w dialogach (w zasadzie tylko ich wysłuchujemy). Wynagrodzono nam to świetnymi wątkami pobocznymi. Każda przygoda, każda spotkana postać jest bardzo charakterystyczna i ma swoją historię do opowiedzenia. Są komiczne typy, z których nie sposób się nie pośmiać. Są również tragiczni desperaci, chcący skończyć ze swoim życiem i tacy, którzy dla fortuny potrafią wybić całą rasę. Twórcy żonglują nastrojami z mistrzowską wprawą. Niejednokrotnie rozpoczęta "salwą śmiechu" przygoda ma dołujący koniec. I mimo swojej bajkowej oprawy, to Legend of Mana jest raczej smutną grą. Porusza problemu, których nie spodziewalibyśmy się tam zobaczyć. To gra o utraconej miłości, odrzuceniu, chciwości, smutku i wszelkich złych wyborach jakie można dokonać. Świat wypełniają nieszczęśliwie zakochani, porzuceni, omamieni fałszywymi obietnicami. I my mamy wszystko naprawić.   

Wspomniałem o bajkowej oprawie. LoM jest w pełni rysowany, dwuwymiarowy i cudnie kolorowy. Ma taką grafikę, którą można podziwiać godzinami, za każdym razem zachwycać się widokiem, kiedy pojawiamy się na danej planszy. To co możemy oglądać w większości gier na concept artach, tutaj trafiło do  samej gry. Za oprawę muzyczna odpowiada japońska kompozytorka Yoko Shimomura. Kobitka stworzyła naprawdę nastrojową, zapadającą w pamięć muzykę. Z tym co widzimy na ekranie tworzy niesamowicie klimatyczne połączenie. To jedna z tych gier, w których strona audio-wizualna nie zestarzała się ani trochę. Teraz jest cel shading, ale absolutnie go LoM nie brakuje. 

Rozgrywka, bo wypadałoby o niej wspomnieć, różni się dość mocno od klasycznego nawalania się na zmianę, znanego chociażby z serii Final Fantasy. Odbywa się w czasie rzeczywistym, na tej samej planszy na której się poruszamy i przypomina trochę chodzone bijatyki. Dlatego ważne są sprawne palce i dobry kompan, który od czasu do czasu wspomoże nas jakimś specjalnym atakiem (to jedna z niewielu gier RPG, gdzie podczas rozgrywki może dołączyć drugi gracz i grać przyłączoną do bohatera postacią). A sami możemy takie rozwijać dzięki technikom, które przyporządkowujemy pod odpowiednie przyciski. Ważne jest też jaką broń używamy no i częstotliwość styl walki. Jeżeli atakujemy cały czas z powietrza to nie mamy szansy, żeby udało się nam rozwinąć jakieś silne ataki naziemne. Jeżeli nigdy nie użyliśmy, którejś z podstawowych (chociaż bezużytecznych) technik, możemy nigdy nie dostać tych najpotężniejszych ataków. 

Na koniec warto wspomnieć, że miłośnicy dłubania znajdą w tym tytule coś dla siebie. Twórcy udostępnili graczowi własny dom, a w nim zagrodę na potwory, ogród i warsztat. Na wpół wyklute potwory łapiemy podczas gry - pojawiają się losowa w różnych miejscach - i możemy jest hodować, sprzedawać i zabierać w bój, Karmimy je zdobytymi podczas walk produktom spożywczym. Rozwijają się ich parametry, a także wpływamy tym na charakter. Do zdobywania pokarmu służy też drzewo, które wyrasta nam w ogrodzie. Karmione nasionami rodzi owoce, a te idą do zagrody - dość proste. W ogóle samo oglądanie i czytanie nazw tych owoców to frajda. Ale najważniejsze miejsce to warsztat. W nim mamy kuźnie gdzie budujemy i ulepszamy coraz lepsze uzbrojenie *ilości kombinacji chyba nie da się ogarnąć*. Pracownię muzyczną, w której dzięki specjalnym monetom możemy tworzyć magiczne instrumenty - odpowiednik czarów w grze. No i pracownia golemów, gdzie z materiałów, broni i zbroi składamy golema i jego układy logiczne. Ilość i jakość zastosowanych materiałów oraz to jak je poukładamy na płytce będzie dawało przeróżne rezultaty - w statystykach i technikach stosowanych przez golema (a tych jest kilkadziesiąt). Można stworzyć naprawdę potężnego sprzymierzeńca. Dla dłubaczy to jest prawdziwa gra w grze, która razem z machaniem młotem i karmieniem potworków może zająć na całe tygodnie. 

Legend of Mana to 100% miodność, jedna z moich ulubionych gier - prawdopodobnie Top 10.  Ostatni raz grałem wiosną tego roku - próbowałem przejść wszystkie questy i niestety po raz kolejny nie udało mi się jednego odblokować. Pewnie jeszcze mi się w takim razie zdarzy tam powrócić. Jeżeli ktoś szuka dobrego, niekonwencjonalnego fantasy, jest gotowy przełknąć do pewnego stopnia dziecinny wygląd gry i ma na zbyciu kilkadziesiąt godzin, to nie powinien się w ogóle zastanawiać tylko szukać i grać!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Predators

Skłamałbym gdybym napisał, że "Predators" to wybitne kino science fiction. To nie ta liga co "Incepcja", "Avatar" czy "Dystrykt 9", ale od pierwszych minut widać, że Nimród Antal nawet nie próbował im w żaden sposób dorównać. W moim mniemaniu "Predators" to co solidny film sci-fi - łamane na - akcja, i w swojej kategorii od lat nie miał równego sobie. Jeżeli chodzi o filmy z Predatorami to oczywiście obie części "Obcy kontra Predator" zostawia daleko w tyle, a z "Predatorem 2" przegrywa w moich oczach jedynie minimalnie. I udało się to przy, umówmy się, że niewielkim jak na kino science fiction, budżecie (40 mln $).

Już pierwsze sceny wyraźnie sugerują, że będziemy mieli do czynienia z filmem mocno inspirowanym i poniekąd stylizowanym na "Predatora" z Schwarzeneggerem. Mnie w to gra, bo film z Arnoldem kocham miłością szczerą i bezgraniczną. Grupka zaprawionych w boju zakapiorów: żołnierzy, najemników, gangsterów i bojówkarzy - zawodowych zabójców, zostaje zrzucona do dżungli. Szybko dochodzi do nich, że nie są już w Kansas i z roli drapieżników zostali zdegradowani do roli ofiar - zwierzyny łownej. Dalej jest dokładnie to na co wszyscy czekali - podchody, zmiękczanie i polowanie. A na samym końcu odwet, podczas którego myśliwy staje się zwierzyną. Oczywiście w międzyczasie ekipa, po jednej i po drugiej stronie, odnotowuje straty w swoich szeregach. Są mniejsze i większe, ale równie przewidywalne twisty, ale cały film, w moim mniemaniu, ma tylko jeden słaby moment - gadającego do siebie Nolanda (w tej roli Laurence Fishburne) i chociaż to urozmaicenie, to tak szczerze mówiąc nie wiem po kiego... wprowadzone.

To pełną gębą komiksowa strzelanka i jeżeli ktoś w tym filmie szukał czegoś innego niż rzeźni w dżungli, to niestety, ale się mocno zawiódł. Jako, że od lat jestem z komiksami o Predatorach i Alienach mocno na bakier, to nowością było dla mnie wprowadzenie podziału w społeczeństwie myśliwych (jedni są brzydcy, a drudzy jeszcze bardziej brzydcy?) , ściąganie zwierzyny na obcą planetę czy polowania na nią z psami. I wszystkie te zabiegi uważam za bardzo dobre. Strasznie mi się micha cieszyła jak mieliśmy możliwość obejrzeć tą krótką walkę miedzy Predatorami.


Fajna obsada i różnorodne postaci. Świetna muzyka - John Debney świetnie "podszywa" się pod Silvestriego. Do tego dodać trzeba dobre zdjęcia i niezłe lokacje. Jeżeli nie zapomni się jakie ma to być kino i będzie się oceniać, biorąc pod uwagę rodowód serii to ciężko znaleźć coś na co można byłoby narzekać. Jest za to sporo takich smakołyków takich jak: obowiązkowy minigun (usypiacz/kosiarka), samurajski pojedynek w wysokiej trawie czy potworek, który wygląda jak pierwsza, na szczęście niewykorzystana wersja Predatora. To drugi film z rzędu, w którym oglądam Brody'ego i nie tylko mi on nie przeszkadza, ale i się podoba. Jego kreacja, tak bardzo różniąca się od tej Arnolda, można powiedzieć, że jest jego przeciwieństwem. Cwany, kierujący się własnym interesem, potrafiący wystawić towarzyszy, a mimo to dający się lubić. I chociaż początkowo dziwiłem się czemu wybrali Brody'ego, to po seansie byłem pewny, że był on strzałem w dziesiątkę. Kolejny umięśniony i sprytny action-hero o dobrym sercu zrobiłby "Predators" niepotrzebną krzywdę, bo obojętnie jaka by ta postać nie była zajebista, zawsze przegrywałaby w konfrontacji z Dutchem.


"Predators" to tylko, ale też i aż, porządnie zrobiony actioner sci-fi w stylu lat 80tych. To ukłon w stronę fanów starego "Predatora" - ja się za takiego uważam i jestem cholernie z wypadu do kina zadowolony. Po wyjściu z sali zresztą zastanawiałem się czemu musieliśmy tyle czekać na ten film? Przecież to powinno powstać przynajmniej dekadę temu! Wierzę, że klimat i charakter to w pewnej, może i nawet większej mierze niż Antala, zasługa producenta - Rodrigueza. I znowu chce mi się krzyczeć, żeby przestał wyciskać ten wyeksploatowany od dawna pomysł małych agentów i zaczął kręcić krwawe kawałki w stylu retro jak właśnie "Predators" czy nadchodzący "Maczeta".

piątek, 12 marca 2010

Synowie Martina i samochody

Ramon Gerard Antonio Estevez znany przede wszystkim jako Martin Sheen ma czworo dzieci. Wszystkie poszły w ślady ojca - aktora. Grają, produkują, a nawet i kręcą filmy. Ale tak naprawdę liczą się i są rozpoznawalni tylko dwaj synowie: Charlie i Emilio. Akurat obu przydarzyło się w latach 80tych zagrać w filmach, w których olbrzymią rolę odegrały auta i akurat obie produkcje stały się klasyką kina klasy B tamtej dekady. Wzięło mnie, żeby podzielić się jakimiś luźnymi przemyśleniami na temat tych filmów. Zacznę od starszego syna i od produkcji, którą miałem "przyjemność" niedawno oglądać...

"Maksymalne przyspieszenie" to doskonały przykład, że talent pisarski nie idzie w parze z talentem reżyserskim. Tak się złożyło, że nakręcił go na podstawie jednego ze swoich tekstów Stephen King - pisarz najbliższy mojemu sercu. I nie można tego napisać bardziej delikatnie - ten film jest wybitnie słaby i traktuję go jako jedną z największych porażek Kinga. Motyw maszyn, które obracają się przeciwko ludziom pojawiał się w jego twórczości, był to nawiedzony magiel w opowiadaniu "Magiel" (zekranizowanym przez Tobe Hoopera) i demoniczny Plymouth Fury z powieści "Christine" (zekranizowanej przez mojego ulubionego Johna Carpentera). Tutaj mamy ogólnoświatowy bunt wszelkich urządzeń elektrycznych spowodowany przelatującą w pobliżu Ziemi kometą. I tak: zwodzony most powoduje katastrofę drogową, kosiarka do trawy goni rowerzystę, bankomat zwymyśla faceta, który chce wypłacić pieniądze. Głównych bohaterów, którym przytrafiło się być na stacji benzynowej, odcinają od świata ciężarówki - mordercze, potężne kolosy, które przemierzają Amerykę wzdłuż i w szerz. Początkowo maszyny i ludzie spędzają czas na wzajemnej, wesołej eliminacji. Później okazuje się, że ci słabsi przeżyją tylko jeżeli będą służyć tym silniejszym... nalewając im bez końca benzyny do baków.

Jakkolwiek by się ten pomysł morderczych ciężarówek nie wydawał głupi, to jednak w Stanach te kolosy na kołach są panami dróg. Dobrym przykładem jest chociażby "Konwój" Peckinpaha, gdzie kolumna kilkuset ciężarówek prowadzi "wojnę" z policją z kilku stanów, czy telewizyjny "Pojedynek na szosie" Spielberga. Mimo, iż istnieje tam pewnego rodzaju kult samochodu ciężarowego (wyścigi, wystawy, zlecanie malowania obrazów ze swoimi pojazdami) to jednak wzbudzają one w sporej grupie ludzi lęk. Wydaje mi się, że King doskonale o tym wiedział i dlatego adwersarzami nie zostały np. sedany albo pick upy. O ile jeszcze mogę w miarę sensownie tłumaczyć sobie ten pomysł, o tyle nie potrafię usprawiedliwić Kinga z napisania tak głupiego, dziurawego i nudnego scenariusza do tego filmu. To autentyczny potworek z odmętów lat 80tych ze wszystkim grzechami jakie noszą campowe produkcje tamtych lat: fatalnymi dialogami, przerysowanymi do granic możliwości i irytującymi postaciami, głupimi, momentami irracjonalnymi ich zachowaniami, seksem w warunkach najbardziej nieodpowiednich z możliwych i całą zbrojownią (z wyrzutniami rakiet, granatami i całą kolekcją ciężkich karabinów maszynowych) znajdująca się akurat pod stacją benzynową w zabitym dechami Pcinie Dolnym.

Od strony technicznej "Maksymalne przyspieszenie" to również koszmarek. Po oczach bije fatalne aktorstwo. Emilio Estevez wypowiada swoje kwestie z tak zbolałą miną jakby narobił w gacie, cała reszta drugoligowych aktorów się może i stara, ale ma wrażenie, że nikt nawet nie próbował brać filmu Kinga serio. Pat Hingle, który parę lat później grał komisarza Gordona w filmach o Batmanie, tutaj gra najbardziej szujowatego właściciela stacji jakiego świat widział. Miota się, wszystkim grozi, doprowadza dzieci do płaczu i każde zdanie jakie pada z jego ust jest bardzie głupie od poprzedniego. Oglądałem, słuchałem i zastanawiałem się czy King pisząc, a później robiąc ten film nie był na alkoholowo-narkotycznej fali. O dziwo, jego krótki, otwierający epizodzik bankomatowy jest najlepiej zagranym momentem filmu. Z efekty specjalnymi jest różnie. Pirotechnika i sceny katastrofy są w porządku, ale już zupełnie nie przyłożono się do krwi i efektów gore. Poza tym jak każdy tani sensacyjniak z tego okresu, tak i ten ma sporo błędów i wpadek filmowców. Jeszcze przyjemniej się ogląda!


 Zastanawiałem się kiedyś nad kultowością tej pozycji. Zawdzięcza ją w pewnej mierze osobie Kinga, ale drugą, z pewnością dużo bardziej znaczącą, przyczyną jest to, że AC/DC zrobiło do niej ścieżkę dźwiękową. "Maksymalne przyspieszenie" jest wg mnie oglądalne tylko i wyłącznie dla tego. Gdyby nie te kawałki to każda minuta byłaby męczarnią. Ci Australijczycy grają idealnie dla takiego filmu. Oglądamy gniota, ale seans jest po prostu niezapomniany. Każdy film oglądałoby się lepiej, gdyby AC/DC robiło do niego muzę. Niestety tylko reżyserski debiut Stephena spotkał taki zaszczyć. Myślę, że warto zobaczyć ten film, głównie dla nich. Obowiązkowo z popcornem, piwem i może towarzystwem, które umili te półtorej godziny komentarzami.


Charlie Sheen zanim "pojechał do Wietnamu" popełnił w tym samym czasie (obie produkcje z 1986 roku) zdecydowanie lepszy film. "Widmo" Mike'a Marvina, bo o nim mowa, to taki protoplasta "Szybkich i wściekłych" z wątkiem nadnaturalnym, który najprawdopodobniej zjechał James O'Barr w swoim komiksie "Kruk". Film opowiada historię chłopaka, który wraca z martwych, by wymierzyć sprawiedliwość swoim oprawcom. Z racji tego że wygląda jak młody Charlie Sheen, a nie jak gnijące zombie, udaje mu się romansować z seksbombą Sherilyn Fenn i tym samym podpaść swojemu mordercy, który anektuje sobie prawa do dziewczyny. I tak Widmo dnie spędza na kąpielach, bywaniu w barze szybkiej obsługi, w którym pracuje jego brat i ewentualnym wożeniu crossem poderwanej dziewczyny, a w nocy na wyścigach. Zemsty dokonuje ścigając się superszybkim Turbo Interceptor i powodując kolejne efektowne kraksy. Bo oprawcy głównego bohatera to zmotoryzowany gang, który żyje z nielegalnych wyścigów i wszelkich przestępstw związanych z samochodami. Także nie można zabić ich inaczej.

To naprawdę fajnie napisana, mocno osadzona w amerykańskiej kulturze historia. Są szybkie samochody, ładne dziewczyny, kelnerki na wrotkach, szeryf, rock & roll i grupa punkowych złoczyńców. "Widmo" trochę mi przypomina pod tym względem te wszystkie filmy, w których pokazywano beztroskie życie młodzieży z przedmieści. Ciężko też znaleźć mi drugi film z tego okresu, który byłby podobnym wyrazem amerykańskiej miłości do samochodu. Oprócz prototypowego, futurystycznego Dodge M4S, którym jeździł główny bohater możemy podziwiać kilka świetnych furek - jest: Chevrolet Corvette, Dodge Daytona, Pontiac Firebird i przepiękny, chociaż mocno zajechany Plymouth Barracuda. Sam gang, który jeździ tymi cacuszkami jest mocno charakterystyczny i cholernie zabawny (wydawać by się mogło, że w latach 80tych czarne charaktery i przestępcy byli tylko tacy).

Turbo Interceptor i jego lakier metalic z masą perłową
Aktorzy w dużej mierze wywiązali się bardzo dobrze. Postaci są oczywiście przerysowane, ale też należycie rozwinięte. Główny czarny charakter (Cassavetes) jest odpychający, a jego głupawi kompani... głupawi. W pamięć zapadają chyba najbardziej Skank z przeżartym mózgiem i Rughead (wiejska głowa do wycierania). Sherilyn Fenn w jednej ze swoich pierwszych ról promieniuje urokiem dziewczyny z sąsiedztwa. Jest jednocześnie cholernie seksi, a przy tym niewinna. I chociaż nie popisuje się talentem aktorskim, to jednak jej występ zapada w pamięć na długo. Z tego co pamiętam sam Sheen jakoś wybitnie nie zagrał. Sztywny, milczący i mało charyzmatyczny. Wygląda jakby myślami był już przy swoim kolejnym filmie, co zresztą jest najprawdopodobniej prawdą, bo nawet do końca nie grał - pojechał na plan zdjęciowy "Plutonu" (zatrudniono innego aktora, który grał w retrospekcji sceny śmierci tym samym "tłumacząc" dlaczego nikt go po powrocie nie poznał [legenda głosi, ze wg scenariusza siła, która przywróciła Jake'a do życia spowodowała również, że nikt nie pamiętał jak on wyglądał, ale jaka jest prawda nie wiem]). Cieszy mała i dość zabawna rólka Randy'ego Quaida, który wcielił się tępiącego wyścigi w szeryfa. A ma co tępić. Te wszystkie wspaniałe maszyny, które wymieniłem wcześniej można podziwiać przede wszystkim właśnie, podczas świetnie nakręconych, dynamicznych wyścigów. W 1986 roku obyło się bez teledyskowego montażu i podrasowania całości komputerem, chociaż tak niebezpieczne kręcenie kosztowało życie jednego z filmowców. W każdej takiej scenie czuć szybkość i moc silników, a oko cieszą kolejne ujęcia kamery. Oprócz tego, że był świetnie nakręcony to okraszono go dobrymi efektami komputerowymi (sekwencja otwierająca film) i muzyką, jaką można było usłyszeć w filmie tylko w tamtej dekadzie. Poniżej mała próbka.



Dla mnie "Widmo" to mocno niedoceniony przez wielu klasyk. Często mówi się o nim tylko w kontekście tego kosmicznego Interceptora, zapominając, że to również świetna historia. Oczywiście nie jest to film idealny. Kuleją dialogi (chociaż zdarzają się bezbłędne hasła), a aktorstwo i klimat jest bardzo charakterystyczny dla kina klasy B tamtych lat - trzeba po prostu to lubić. Według mnie, każdy fan produkcji z lat 80tych powinien ten seans mieć odhaczony. Osobiście zemsta, której dokonuje Widmo, podoba mi się zdecydowanie bardziej niż ta, dużo bardziej znanego Erica Dravena. Jest może i mniej dojrzała, bardziej popowa..., ale tym samym zdecydowanie mniej pretensjonalna i ckliwa niż ta krucza. Klimat, tak jakby, bardziej "mój". Jest strzelanie, są wybuchy i pojedynki na szosach - czego chcieć więcej?

I "Kruk" nie miał takiego wyczesanego teledysku promującego film.

środa, 3 marca 2010

Gunhed, kolejny zapomniany klasyk cyberpunku

Powracam tym wpisem do produkcji z kultowej wytwórni Toho. Wreszcie! Od czasu ostatniego wpisu o Godzilli nie napisałem ani słowa o ich filmach. Nie żebym nie oglądał. Po prostu zostałem przekonany, że mało kogo obchodzą kolejne przygody Big G. i wszystkie inne kaijūny. Ale tym razem mam coś innego. Dzięki konkursowi na scenariusz do kontynuacji "Godzilli" z 1984 roku pojawił się pomysł by przeciwnikiem Króla Potworów był potężny super komputer. Zwyciężyła jednak Bioroślina, a skrypt Jamesa Bannona został na trochę odłożony na półkę. Musiał się spodobać, bo Masato Harada dość ostro wziął się do przerabiania scenariusza i po kilku miesiącach wziął się za kręcenie niesławnego "Gunheda" - cyberpunkowego sci-fi z wielkim mechem w roli głównej!

Niestety nie przyłożył się do tych przeróbek. Fabularnie ten film jest cienki niczym sik komara. A szkoda, bo historia, mimo iż jest mocno niejasna i momentami absolutnie głupia, ma interesujące podwaliny i wydaje się z początku że drzemie w niej jakiś potencjał.

W 2038 roku super komputer Kryon5 wypowiada ludzkości wojnę uznając ją za przestarzałą. By go powstrzymać na wyspę, gdzie został zbudowany, zostaje wysłana elitarna jednostka Gunhedów (od: Gun UNit Heavy Elimination Device) - gigantycznych robotów bojowych, ale zostaje ona całkowicie zniszczona przez system ochrony Kryona. Mamy 30letni przeskok. Grupa złodziei, nazywająca siebie poszukiwaczami skarbów (którymi w roku 2068 są procesory i części komputerowe) ląduje na wyspie Kryona5. Zostają w kilka minut wybici do nogi (dosłownie) - przeżywa jedynie mechanik Brooklyn i spotkana na miejscu Sierżant Nim (rangerka z Teksasu, której akurat zdarzyło się przybyć z jakąś tajemniczą misją). Muszą uciekać przed morderczym Biodroidem, któremu po drodze coś ukradli, a który wcześniej w jakiś dziwny sposób zasymilował koleżankę mechanika. W końcu spotykają dwójkę dzieci: 7 i 11 (z tym że nie jestem do końca pewny, czy to były dzieci czy może jakieś dziwne androidy, bo 11 pod koniec filmu zaczyna się świecić z ust). Muszą powstrzymać odliczanie, które obudzi i w konsekwencji uzbroi Kryon5, ale czemu przez 30 lat był on wyłączony nie wyłapałem. W czasie przeprawy przez kolejne poziomy Brooklyn znajduje cmentarzysko Gunhedów i uruchamia jednego, który oczywiście swoimi tłumaczeniami komplikuje wszystko jeszcze bardziej.


Scenariusz ma niezliczoną ilość dziur, ale tym samym pozostawia widzowi niesamowite możliwości do interpretacji tego co się właśnie obejrzało... albo raczej czego się nie zobaczyło. A wszystko przez fatalny montaż, który popełnił Yoshitami Kuroiwa. Facet zarżnął ten film na stole montażowym, bez kitu. Niektóre sceny są tak idiotycznie pocięte, że nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego do czego strzelają i przed czym uciekają bohaterowie. Nawet na japońskie standardy nie jestem w stanie pojąć jak taki paszkwil przeszedł proces postprodukcji i został zaakceptowany do puszczenia widowni.

Postaci i gra aktorska też nie są najmocniejszą stroną filmu. Skupię się na Nim i Brooklynie, pomijając wzięte nie wiadomo skąd dzieciaki. Zabawna sprawa. Ona mówi po angielsku, on po japońsku i w czymś co od biedy można uznać za engrish, a rozumieją się doskonale i prowadzą przez cały film w ten sposób konwersacje. Brenda Bakke, którą obsadzono w roli Pani Sierżant nawet nie próbuje udawać, że się stara. Gra fatalnie, rusza się fatalnie i nawet tak strzela. Brooklyna gra Masahiro Takashima, który później zagrał w dwóch częściach Godzilli ciapowatego pilota. Tutaj zresztą również jego postać też jest momentami aż nazbyt komiczna. W oddziale służy za podającego ognia, zamiast papierosów nosi przy sobie marchewki, które je w najdziwniejszych momentach i czasem używa do wciskania guzików, a siadając za sterami jakiegokolwiek pojazdu dostaje choroby lokomocyjnej. I akurat jemu, człowiekowi z tytułem "Największej gapy 2068 roku" trafia się pilotowanie jednego z najbardziej kozackich pojazdów jakie widziało kino. Najlepiej wypada majestatyczny Gunhed, który swoimi enigmatycznymi wypowiedziami (bo oczywiście mówi, prawie tak fajnie jak KITT) nie narobił sobie zbyt wielkiego obciachu. Poza tym ma plusa za sam fakt, że może jeździć i walczyć na whisky, którego dziwnym trafem całe pokłady składowane są na wyspie (tak, ten mech jeździł przez pół filmu na ponad 30letnim, składowanym w drewnianych beczkach whiskaczu).

Jeszcze słowo na temat muzyki, którą muszę niestety zaliczyć do minusów. Toshiyuki Honda skomponował dość fajną ścieżkę dźwiękową, którą również zarżnięto wykorzystując na potęgę jedynie główny motyw. Te kilka miejsc, w których słychać inne melodie, wypada dobrze i oddaje klimat scen, ale jest ich tyle co kot napłakał. Niemniej jednak słychać wyraźnie, że mogło być i pod tym względem lepiej. Mam wrażenie, że w gunhed-teamie zabrakło jakiegoś trzeźwo myślącego osobnika, który pokierowałby tą produkcją jak należy.

Czytacie te moje wywody i zastanawiacie się po co opisuję takie gówno? Nie przeczę, to bardzo kiepski film, ale tym samym jest cudowną perełką kina klasy B i miłośnicy tego typu produkcji będą go oglądać z fascynacją i uśmiechem na ustach. A co najważniejsze... Efekty specjalne, scenografia, miniaturki, a przede wszystkim gigantyczne modele, które powstały specjalnie na potrzeby tej produkcji są IMPONUJĄCE. Nawet teraz. Stworzono dwa, praktycznie pełnowymiarowe pojazdy: Gunheda i sterowanego przez system obrony Aerobota (kształtem przypominał trochę skorpiona) i walka między tymi hydraulicznie sterowanymi gigantami robi wrażenie. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie jaką ilość pracy pochłonęły te wszystkie olbrzymie plany zdjęciowe, skoro miniaturowe miasto demolowane przez Godzillę było budowane w halach Toho tygodniami. Sceny akcji z mechem w roli głównej zostały świetnie sfilmowane. Pirotechnika również pierwsza klasa, pełno w filmie spektakularnych wybuchów. O dziwo ani jedno, ani drugie nie zostało skrzywdzone podczas montażu. Względnie dużo taśmy poświęcono samemu doprowadzaniu wielkiego robota do stanu używalności i podróży przez labirynt korytarzy kompleksów wyspy, chociaż pokonywanie kolejnych kondygnacji można było spokojnie ograniczyć, a w zamian za to rozbudować niektóre wątki. Widać, że Gunhed miał być gwiazdą i również jemu zarezerwowano najlepsze momenty. Szkoda tylko, że ten popis rzemieślników, speców od scenografii, efektów specjalnych i komputerowych Harada tak kiepsko wykorzystał.

Przy premierze "Gunheda" pojawiła się oczywiście cała masa okołofilmowych gadżetów. Był model tytułowego robota, którego niepomalowaną wersję możecie oglądać wyżej możecie (i którego właścicielom strasznie zazdroszczę), komiksy, albumy z concept artami i zdjęciami z planu, a także i gra na PC, którą w USA przechrzczono na "Blazing Lazers". Jest oczywiście i soundtrack, więc można się przekonać ile z kompozycji Hondy trafiło ostatecznie do filmu. Jak podaje Wikipedia w powieści "Światło wirtualne" Williama Gibsona jest jednostka bojowa nazwana Gunhed, a fanem filmu jest nie kto inny, jak sam James Cameron.

"Gunhed", mimo swoich olbrzymich wad, zaprzepaszczonego potencjału i nakładu pracy, który został zmarnowany, jest jak najbardziej warty obejrzenia. Czysty camp lat 80tych z przesadzonymi postaciami, kiepskimi one linerami i niewyszukanym humorem. Poza tym to uczta dla miłośników klimatów cyberpunkowych, które tutaj biją zewsząd. Jest nawet "duch w pancerzu" (wspomniana przeze mnie towarzyszka Brooklyna, która trafiła do wirtualnej rzeczywistości wnętrza Biodroida)! Jeżeli istnieje jeszcze surowy materiał to wypuszczenie odrestaurowanej i przemontowanej wersji filmu byłoby cudownym rozwiązaniem, ale dobrze wiem, że "takich rzeczy na świcie to ni ma".

Zamiast trailera wrzucam teledysk do kawałka "Mindphaser" grupy Front Line Assembly. Wykorzystują w nim spore fragmenty filmu.

środa, 3 lutego 2010

King Klunk


Uświadomiłem sobie dzisiaj, że od bardzo dawna nie wrzucałem żadnego szorta i nie napisałem o żadnej animacji, także dzisiaj będzie coś specjalnego - najprawdopodobniej pierwsza animowana parodia jaką widział świat. Mowa o filmie "King Klunk"z 1933 roku. Wystarczy spojrzeć na obrazek powyżej i wiadomo co takiego ten niespełna 9 minutowy film parodiuje.

"King Klunka" stworzył nie kto inny jak ojciec Woody'ego Woodpeckera - Walter Lantz. Legenda głosi, że pomysł na prześmiewczą krótkometrażówkę narodził się zaraz po wyjściu z "King Konga". Lantz miał nazwać film Coopera i Schoedsacka bzdurnym i głupim. "King Klunkowi" z miejsca zaczęto zarzucać rasizm i stereotypowe potraktowanie czarnoskórych dzikusów. Co oczywiście jest totalną bzdurą, bo Lantz i William Nolan (drugi reżyser) nie naśmiewali się z Czarnych tubylców, a jedynie wyśmiewali motyw z filmu z wielką małpą. Po czyjej stronie jest racja oceńcie sami. Sama kreskówka jest bardzo typowa i zawiera sporo elementów charakterystycznych dla tego animatora. Kto oglądał przygody wkurzającego dzięcioła (jak go w dzieciństwie nazywałem) ten z pewnością znajdzie tam te wspólne motywy. Występujący tutaj Pooch the Pup jest inną znaną postacią wykreowaną przez Lantza. W latach '32 i '33 występował obok Królika Oswalda (jeszcze bardziej znanego) w wielu kinowych kreskówkach. (spis dla ciekawskich)



czwartek, 26 listopada 2009

Uniwersalny zregenerowany

W 1992 roku wszedł do kin "Uniwersalny żołnierz" Rolanda Emmericha - jeden z niewielu filmów o zombie, gdzie żywe trupy wyglądają bardziej na żywe niż na trupy, a do tego jeszcze gadają, biegają i ogólnie są sprawniejsi niż byli przed śmiercią. Przez wiele lat był to jeden z moich ulubionych filmów, a katowaniu go na VHSie nie było końca. Wiem, że nie jest to żadne "wielkie kino". Ot, dobrze zrealizowana kopana sensacja z Jean-Claude Van Dammem i Dolphem Lundgrenem. Trochę strzelania, trochę ścigania, trochę humoru i oczywista oczywistość: pośladki Van Damma - ten gościu latał z gołym tyłkiem chyba w każdym swoim filmie z lat 80tych i 90tych.


Naprodukowali kilka sequelów "Uniwersalnego żołnierza". Najpierw dwa bardzo szajsowate z Burtem Reynoldsem i całkowicie nową obsadą, a później jeszcze jeden w którym powrócił Van Damme. Nawet nazywał się "Uniwersalny żołnierz: Powrót". Pamiętam, że było to jedno z pierwszych DVD, które można było wypożyczyć w osiedlowej wypożyczalni, ale w momencie kiedy drobiliśmy się odtwarzacza to filmu już tam nie było. Obejrzałem go kilka lat temu, na TVNie i ciężko mi go nazwać dobrym. I pewnie przeszedłbym obok trailera najnowszego filmu o wskrzeszonych żołnierzach, gdyby nie fakt, że powraca oryginalna obsada! W "Universal Soldier: Regeneration" będzie grał Lundgren, będzie grał Van Damme, a na trzeciego, strzelającego muszkietera doczepiono im fightera Andreja "Pitbulla" Arlovskiego. Zabrakło Ally Walker, ale pewnie nie udało się jej jakoś sensownie wcisnąć w fabułę. Chociaż, prawdę powiedziawszy, obawiam się, że nie uda im się sensownie wytłumaczyć powrotu Andrew Scotta. Facet został zmielony na farmie Deveraux, a w trailerze biega dość żwawo. Nieważne. Nie spodziewam się niczego wielkiego, ale z drugiej strony... nie mogę się doczekać! Holy shit! Taki powrót jak najbardziej mi odpowiada. Dolph i JCVD znowu razem! Film miał już swoją premierę na tegorocznym Fantastic Fest i spotkał się głównie z pozytywnym odbiorem. Film leci prosto na DVD z premierą na początku lutego przyszłego roku. A jak to będzie wyglądało, możecie się przekonać z poniższego trailera.


piątek, 20 listopada 2009

Skoro jesteśmy przy balonach...

O francuskim "Czerwonym baloniku" dowiedziałem się kilka dni temu od Kamili, kiedy podesłała mi link, sugerując, że latający dom Pixara, mógł mieć inspirację w finale tej opowieści. Jest to krótki metraż z 1956 roku wyreżyserowany przez Alberta Lamorisse. Utrzymana w fantastycznej konwencji historia chłopca, który pewnego dnia, w drodze do szkoły znajduje czerwony, żyjący własnym życiem balonik. Od tej chwili chłopiec i balon wydają się nierozłączni, co wzbudza wesołość i zazdrość najmłodszych, ale również złość i frustrację u dorosłych. Opowieść, niby zabawną, z kilkoma naprawdę komicznymi sytuacjami, to jednak ostatecznie odebrałem ją jako dość smutną. Idealnie obrazuje ukrytą w ludziach głupią, bezmyślną zawiść i wynikającą z tej zazdrości chęć odebrania czy zniszczenia. "Czerwony balonik", mimo iż praktycznie pozbawiony dialogów, otrzymał Oscara w kategorii oryginalny scenariusz, co wydaje mi się, że jest precedensem (nie przypominam sobie drugiej krótkometrażówki nagrodzonej poza swoją kategorią). Został również nagrodzony Złotą Palmą (za najlepszy film krótkometrażowy) i specjalną nagrodą BAFTA.

Obraz kręcono w okolicach paryskiej dzielnicy Belleville. I jest to prawdopodobnie jeden z niewielu filmów gdzie możemy podziwiać oryginalną zabudowę tego miejsca. 95% tego co możemy zobaczyć już nie ma, zostało zburzone dekadę później. Jeżeli ktoś ma ochotę wybrać się w krótką podróż po paryskich uliczkach to koniecznie powinien obejrzeć ten film. Moim zdaniem warto, nawet jeżeli nie przepada się za "starym kinem".


poniedziałek, 26 października 2009

Gdzie jest ta obiecana stara gwardia?


Kilka lat temu, gdy do sieci trafiły pierwsze wzmianki na temat tarantinowskich "Bękartów wojny" pojawiła się plotka, jakoby Quentin w swoim filmie miał zatrudnić bardziej lub mniej przebrzmiałe gwiazdy kina akcji lat 80tych i początku 90tych. Miał być Michael Madsen, Michael Biehn, Danny Trejo, Dolph Lundgren, Mickey Rourke, a pewnie i Michael Dudikoff. Zapowiadano nawet, że pojawi się tam Eddie Murphy (pewnie przebrany za białego, łysego grubasa, ale najbardziej chciałbym go obejrzeć w roli Hitlera - to by był dopiero film). Pamiętam jak czytałem, że Bękarty miały być Parszywą Dwunastką XXI wieku i oczami wyobraźni widziałem skompletowaną obsadę, same gwiazdy kina kopanego, bohaterzy z filmów mojego dzieciństwa. Nie wyszło oczywiście z tego nic, jak zresztą z 50% zapowiedzi Tarantino, a "Bękarty wojny" dostaliśmy w formie jakiej dostaliśmy.

Wydaje się, że pomysł podłapał Sylvester Stallone, który na chwilę przestał bawić się w dojenie do upadłego "Rambo" i "Rocky'ego" i postanowił nakręcić coś oryginalnego. Tym sposobem 10 sierpnia przyszłego roku dostaniemy "The Expendables", utrzymany w duchu lat 80tych sensacyjniak. Masa strzelania, okładania się po mordach, strzelania, wybuchów, pościgów, strzelania i obowiązkowo - one linerów. Po obejrzeniu 3minutowego trailera wiemy już wszystko, może poza zakończeniem, chociaż pewnie będzie happy end, bo przecież w przypadku sukcesu można będzie zacząć doić kolejną krowę. Od początku trąbiono, że będzie stara gwardia i Sylvkowi prawie udało się zrobić to jak należy. Prawie to słowo kluczowe. "The Expendables" zaszczycili swoją osobą Arnold Schwarzenegger i Bruce Willis, którzy razem ze Stallone stanowili trio najbardziej kasowych gwiazdorów kina akcji (poprzednich dwóch dekad). Niestety ich występ to będzie tylko cameo, nędzny epizodzik. Sceny z udziałem obu aktorów nakręcono w jeden dzień. Na pierwszym planie, obok Stallone oczywiście, będziemy mieli Jeta Li i Jasona Stathama (to już trzeci film, w którym występują razem). Pod nogami będzie im się pałętać Randy Couture i Terry Crews - bo przecież każda paczka komandosów musi mieć obowiązkowego czarnoskórego w składzie. To mają być ci weterani? Z tych starszych pograć mają jedynie wspomniani wcześniej Rourke, Lundgren i Trejo, a także Eric Roberts i nie ma się co spodziewać, żeby to były jakieś duże role. A właśnie takich starych, zniszczonych życiem najemników chciałbym oglądać! Dziadków z giwerami, "Ostatnia akcja" na sterydach. Wielka szkoda, że rolę odrzucił Van Damme i Kurt Russell. Brakuje mi Wesley'a Snipesa, Cary-Hiroyuki Tagawy czy chociażby Stevena Seagala. I Li, i Statham mają na koncie parę niezłych filmów, ale szczerze mówiąc nie są to twarze, które akurat chciałbym oglądać w tym filmie. Zdecydowanie bardziej wolałbym tych, którzy utknęli w kinie klasy B i nie mogą wrócić na srebrny ekran. Po cichu więc liczę, że "The Expendables" zrobi kasę, a Stallone rzuci pomysł kręcenia "Rocky'ego 7" i będzie robił sequel. Może w końcu zobaczymy finał tego nigdy nierozwiązanego sporu między Van Dammem, a Seagalem.

Jakby ktoś jeszcze nie widział to po niżej wrzucam pierwszy trailer.

czwartek, 15 października 2009

Jedenaście najlepszych Bondów


James Bond. 007. Brytyjski agent MI6, wierny tylko Królowej i powierzonemu mu zadaniu. Ratuje świat na ekranach kin od prawie pół wieku. Nie wiem czy istnieje druga, taka seria filmów sensacyjnych, której oddziaływanie na kulturę popularną byłoby porównywalnych rozmiarów. Praktycznie każdy kojarzy zabawne one linery, przekombinowane sceny akcji czy niesamowite gadżety. Mimo olbrzymiej rozpoznawalności wielu traktuje jednak filmy z Bondem jako kiepską rozrywkę albo słodziutką bajeczkę, mającą na celu zadowolenie spragnionego wrażeń nastolatka. A jak ja to widzę? To efekciarskie kino akcji, która mimo wszystko nie obraża inteligencji widza. Dla mnie Bondy to w dużej mierze intryga, ale równie ważne są pościgi, strzelaniny, klasa, humor i piękne kobiety. Jeżeli wszystkie elementy są na miejscu, a proporcje odpowiednie film mi się podoba. Ta jedenastka to całkowicie subiektywny wybór z 22, liczonych do serii, filmów. Prawdopodobnie wielu będzie kręcić nosem, na co po cichu liczę.

11.) "Świat to za mało" (1999). Obecność tych nowszych Bondów nie powinna nikogo dziwić. Lubię jak jest ładnie, kolorowo i wybuchowo, a filmy z Piercem Brosnanem od strony wizualnej prezentują się świetne. "Świat to za mało" zawiera kilka fantastycznych scen akcji. Z tych najbardziej zapadające w pamięć to: pościg motorówkami po rzece, potyczka na nartach z obowiązkową lawiną na koniec i podwodny finał kończący się wielkim (chociaż nie tym największym) bum. Do tego jeszcze zaskakujący wybuch w siedzibie MI6, kradzież bomby atomowej i rozbrajanie jej w rurociągu przy prędkości 140 km/h no i Elektra torturująca Bonda. Brakowało mi trochę lepszego wyeksponowania auta, ale wynagrodzono to obecnością wszystko-tnących helikopterów, które przez dobre dziesięć minut królują na ekranie. Kolejnym atutem są dziewczyny. Sophie Marceau jako pierwszy w serii główny, kobiecy, czarny charakter wypadła przekonująco. Wielka w tym zasługa scenariusza, bo intryga jest dobrze napisana i dość długo nie mogłem rozgryźć po czyjej stronie jest Elektra. Natomiast Denise Richards jak pani doktor od fizyki atomowej, grą aktorską może nie powala, ale walcząca o każdy oddech z napierającą wodą zapada w pamięci. Obie są piękne, chociaż tak całkowicie różne i idealnie dobrane. Główny, męski przeciwnik, grany przez Roberta Carlyle'a jest w tym towarzystwie niestety najsłabszy. Mało charyzmatyczny, flegmatyczny i przy tym trochę zabawny. Nie zmienia to faktu, że dzięki swoim "właściwościom" prezentuje się w panteonie łotrów bardzo ciekawie. "Świat to za mało" - po części przełomowy (Elektra), po części nostalgiczny (pożegnanie Q) i jak dla mnie, to tak naprawdę ostatni, "klasyczny" Bond.

10.) "Szpieg, który mnie kochał" (1977). Łodzie podwodne to dla mnie taki nieodłączny element "bondowskich" filmów. Pojawiały się w każdej bondowskiej epoce, a tutaj są chyba w największym stężeniu (3 okręty atomowe + Lotus Espirit). Nie jestem fanem Moore'a, ale jest to jeden z jego lepszych występów. Sporo tutaj takich klasycznych dla serii motywów - gonitwa na nartach, potyczka w pociągu i świetny pościg samochodami. Dobrze ogląda się strzelaninę w super-tankowcu, a jeszcze lepiej zalewanie Atlantydy. Ten film pamięta się jeszcze z dwóch powodów. Pierwszym jest Szczęki - praktycznie niezniszczalny morderca, który zagryza swoje ofiary stalowymi zębami. Zabijał jeszcze w "Moonrakerze", ale tutaj zaliczył zdecydowanie lepszy występ. Ten Drugi powód to piękna Barbara Bach w roli pani major Amasovej. Barbara stworzyła niesamowicie seksowną w swoim chłodzie postać, jedną z najbardziej charakterystycznych towarzyszek Bonda. Była taką tykającą bombą - do końca nie wiadomo było czy nie zwróci się przeciwko Jamesowi (szkoda, że nie starczyło twórcą odwagi i nie zafundowali nam na koniec jeszcze jednego śmiertelnego pojedynku). "Szpieg, który mnie kochał" to dobre kino akcji w stylu lat 70tych. Szkoda, że tak niewiele "Moore'ów" stai na podobnym poziomie.

9.) "Żyje się tylko dwa razy" (1967). Sean Connery to mój ulubiony James Bond. Facet idealnie nadający się na szpiega-dżentelmena. Jego kreacja najbardziej mi odpowiadała. Żaden późniejszy Bond nie miał już tyle klasy i stylu, i żaden nie został Japończykiem! A Connery został i to właśnie w tym filmie. Przygody Bonda w Japonii może nie należą do wybitnych, ale właśnie z racji umiejscowienia akcji trafiły na tą listę. Lubię ten specyficzny kraj i fajnie było zobaczyć jak z 007 robią skośnookiego (chociaż tylko idiota by się nabrał na to przebranie). James przechodzi elitarny trening ninja, bierze fikcyjny ślub i zostaje... rybakiem. Później z całą bandą ninja atakuje wygasły wulkan z bazą WIDMA w środku i zapobiega wybuchowi wojny między USA, a ZSRR. Robią tam jedną z najlepszych, jak nie najlepszą rozpierduchę jaką można było obejrzeć w serii. Trochę zawodzą dziewczyny. I Aki, i Kissy są sympatyczne, ale nie powalają urodą i nie zostają na dłużej w pamięci. Za to w "Żyje się tylko dwa razy" mamy najlepszego Blofelda - Donalda Pleasence'a. Piszę to zapewne, głównie ze względu na sentyment do tego aktora, ale nie wydaje mi się, by żaden wcześniejszy czy późniejszy (dla niewiedzących, Blofelda w każdym filmie grał inny aktor) był równie demoniczny i nieprzyjemny. To chyba najważniejszy przeciwnik Bonda, prawdziwe nemesis tego bohatera, więc trudno byłoby mi pominąć ten film. Dobra historia, fajne postaci i świetna sceneria.

8.) "Doktor No" (1962). Pierwszy film z agentem 007 i tak się złożyło, że również pierwszy jaki dane mi było obejrzeć. Było to latem '92 i od tamtego czasu mam go blisko serca. Zabawna sprawa. Oglądałem go na czarno-biały telewizorze Neptun i dla mnie do końca życia "Doktor No" będzie czarno-białym filmem, przez co zawsze ciężko mi go powtarzać. Jest to jeden z tych filmów, które lubię po prostu za szpiegowski klimat. Brak tutaj spektakularnych scen akcji, ale człowiek ani przez chwilę się nie nudzi. Jest dobrze nakreślona intryga, jest czarny charakter, który przez część filmu się nie ujawnia, jest zabawny, przesądny pomocnik. Występuje tutaj chyba najbardziej rozpoznawalna dziewczyna Bonda - Honey Ryder. Ursula Andress w swoim białym bikini zapisała się złotymi literami w historii kinematografii. Trudno przejść obok jej wdzięków obojętnie. Przez wielu, "Doktor No" uważany jest za jedną z najważniejszych pozycji kina sensacyjnego. Coś w tym jest. Mimo prawie 50 lat nadal ogląda się go bardzo dobrze. Sean Connery jest bezbłędny. Stworzył kapitalnego bohatera, pełnego dystyngowanego luzu i zabójczego humoru.

7.) "Tylko dla twoich oczu" (1981). Oglądając Rogera Moore'a w roli 007 nigdy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten facet jest tam tylko dla wygłupów. Każde jego spojrzenie, uśmiech, gest są pełne kpiarstwa i humoru. Większość filmów w serii z Moorem utrzymane są w podobnym tonie. Dużo akcji, ale przy tym jeszcze więcej gagów, głupkowatych gadżetów i żartobliwych hasełek. Wszystkie te filmy coraz bardziej szły w stronę fantastycznych bajeczek (czego przykładem jest "Moonraker", gdzie amerykańscy marines przylatują w ładowni promu kosmicznego i strzelają się z bandą złych, w przestrzeni kosmicznej, z karabinów laserowych), ale zdarzył się wyjątek - "Tylko dla twoich oczu". Jest to część która bardziej przypomina mi te filmy z Connery'm, zresztą już na początku mamy cholernie mocne nawiązanie. Na krótką chwilę wraca Blofeld, który porywa odwiedzającego grób swojej żony Bonda. I oczywiście nie wychodzi mu to na dobre. Cały film jest utrzymany w bardziej poważnym, szpiegowskim tonie. Brak tutaj idiotyzmów z których znane były film końca lat 70tych, jest za to dobrze poprowadzona fabuła i ciekawa intryga. Są świetne sceny podwodne, potyczka w akwalungach i krwiożercze rekiny. Bond dużo podróżuje, więc trafią się i pościg małym Citroen po wąskich uliczkach i gajach oliwnych, i sporty zimowe (tym razem przeciwnikami są nie tylko narciarze, ale i hokeiści), i wspinaczka górska. Główna dziewczyna - Melina, wg mnie za bardzo przymulona i niespecjalnie mi się podobała. W pamięć zapadają za to młodziutka łyżwiarka-nimfomanka - Bibi (którą James gasi bezbłędnym tekstem: "Ubierz się to kupię ci loda") i hrabina Lisl grana przez Cassandrę Harris (pierwszą żonę Pierce'a Brosnana), której chyba jako jedynej dziewczynie Bonda widać kawałek gołego biustu (a przynajmniej tylko u niej go zobaczyłem). Gdyby więcej "moore'owskich" Bondów było na tym poziomie byłoby świetnie. Szkoda, że Roger nie pożegnał się z rolą właśnie tym filmem. Dwa kolejne, które zrobił to największe chłamy w serii, całkowicie psują to co osiągnął tutaj.

6.) "Jutro nie umiera nigdy" (1997). Już widzę, że niektórzy się krzywią, ale ja naprawdę uważam, ten film za bardzo dobry. Chyba, że mam po prostu słabość do tych morskich przygód Jamesa, bo finał na tej śmiesznej łódce jest jak dla mnie kapitalny. Mocną stroną filmów z lat 90tych są, przywoływane przeze mnie często, sceny akcji. W tej części micha cieszy się najbardziej na pościgach. Pierwszym, który podniósł u mnie ciśnienie jest ten w garażu. Świetny pomysł, świetne wykonanie. Później mamy tą niemożliwą ucieczkę na motocyklu, z przesiadającą się Wai Lin i nurkującym helikopterem. Wąskie uliczki, jazda po dachach i przez budynki oraz skok nad wirnikiem - po prostu bomba. Kapitalna jest również sekwencja otwierająca, kiedy to Bond robi wjazd na terrorystyczny market i ucieka odrzutowcem z głowicami atomowymi. Dopracowano również sceny walk - mnie najwięcej radości przyniosła ta w wyciszonym pokoju. Jeżeli chodzi o dziewczyny to jestem tylko częściowo usatysfakcjonowany. Michelle Yeoh niestety ani przez moment nie jest olśniewająca, chociaż uroku odmówić jej nie można, a Teri Hatcher jest jak dla mnie pomyłką obsadową. Za to strasznie zadowolony jestem z obsadzenia w roli mendowatej kanalii Jonathana Pryce'a. Strasznie cenię tego aktora i "Jutro nie umiera nigdy" dużo dzięki niemu zyskało. Cieszy też malutka rolka Vincenta Schiavelliego, perfekcyjnego zabójcę, którego wykańcza telefon komórkowy. "Jutro nie umiera nigdy" to świetne kino akcji. Trochę przebajerowane, momentami mocno przesadzone, ale ogląda się świetnie.

5.) "Pozdrowienia z Rosji" (1963). Bond ma szczęście do pięknych kobiet, a tutaj zaciąga do łóżka jedną z najpiękniejszych blondynek jakie dane mu było spotkać - Tatianę Romanovą, którą gra prześliczna Daniela Bianchi. Oprócz świetnych dziewczyn, "Pozdrowienia z Rosji" to wyborne sceny akcji, którymi później wielokrotnie w kolejnych odcinkach się inspirowano (walka z helikopterem, pościg motorówkami czy starcie w przedziale kolejowym). Dużo się dzieje, a te dwie godziny są naprawdę urozmaicone. Mamy najazd na obóz cyganów, grę wywiadów, organizację terrorystyczną, której macki kierują wszystkim, a Bond trafia na równego sobie przeciwnika - Reda Granta, z którym toczy morderczy pojedynek. Dla mnie ten film, na swój sposób przełomowy, nadaje ton całej reszcie serii przygód agenta 007. Działa WIDMO, o którym wcześniej słyszeliśmy tylko od Doktora No. Pojawia się również sam Blofeld (jedna z najważniejszych postaci w bondowskim uniwersum) no i debiutuje major Boothroyd, czyli Q zrzędliwy dziadzio od gadżetów.

4.) "Licencja na zabijanie" (1989). Ci którzy krzywili się przy szóstej pozycji teraz pewnie chcą zarzucić lekturę. Nigdy nie byłem specjalnym fanem Timothy Daltona. Zanim nie powtórzyłem w zeszłym tygodniu obu filmów z jego udziałem, sądziłem, że jest on błędem równie poważnym jak George Lazenby w "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Okazuje się, że Dalton to świetny Bond i idealnie pasuje na agenta, któremu zabierają tytułową licencję na zabijanie. Tutaj 007 mści się na mordercach żony Felixa Leiter (którego przy okazji zbiry okrutnie okaleczyli) i moim zdaniem jest to jedyny aktor, któremu udaje się uzyskać podobne emocje. Dalton ma w tych swoich oczach jakąś desperację i ukrytą złość, przez co wygląda na nie do końca stabilnego psychicznie (przypomina trochę pod tym względem Daniela Craiga). "Licencja na zabijanie" to wykapany film sensacyjny kręcony na przełomie lat 80tych i 90tych. Jest bójka w barze, odbicie więźnia z konwoju i narty wodne (bez nart wodnych) za samolotem. Jest kartel narkotykowy, są ninja, ciężarówki, szaleni kultyści, jest dużo strzelania i wybuchów, a wszystko oczywiście na bardzo wysokim poziomie. Mamy świetne czarne charaktery, sporo znanych twarzy (Benicio Del Toro, Robert Davi, Cary-Hiroyuki Tagawa) w dobrych rolach i znowu tylko dziewczyny nie dopisały. Talisa Soto (późniejsza księżniczka Kitana) zbyt mało eksponowana, natomiast na grającą pierwsze skrzypce Carey Lowell nie mogłem autentycznie patrzeć (i to moim zdaniem jedyny poważny zarzut jaki mogę wystosować wobec tej produkcji). Jest sporo głupich gadżetów, ale humor utrzymuje się na odpowiednio znośnym poziomie. Wydaje mi się, że jest to najbardziej brutalna część (jedna szuja eksploduje w komorze ciśnień, inna zostaje zmielona), jednak nie razi to aż tak bardzo. Olbrzymia szkoda, że nie nakręcono trzeciego filmu z Daltonem. Miało to być chyba "The Property of a Lady" i gdyby było utrzymane w podobnym tonie mógłby być fantastyczne.

Pierwsza trójka

3.) "Operacja Piorun" (1965). Co tu dużo pisać? Czwarty film o przygodach Bonda, to dla mnie pod względem fabuły i szpiegowskiego klimatu prawdziwy majstersztyk. Otwierająca sekwencja zapada w pamięć na lata i kojarzą ją chyba nawet ci, którzy już dawno zapomnieli, że oglądali takie coś jak "Operacja Piorun". Bond śledzi przestępce przebranego za kobietę. Dopada go, po krótkiej potyczce zabija, a później ucieka ochronie jet packiem (który później wystąpił w dwudziestym filmie). Wszystko jest tutaj w idealnych proporcjach. Piękne dziewczyny, charakterystyczny bondowski humor, cała plejada czarnych charakterów (z jednookim Largo i Blomfeldem na czele) i duża rozpierducha na końcu. Jak pewnie zauważyliście to kolejny, "wodny" Bond na tej liście. Naprawdę trudno mi się im oprzeć. Kiedy myślę o "Operacji Piorun" to widzę kapitalne, podwodne zdjęcia, które nawet teraz, po 45 latach robią wrażenie. Najlepszy film z najlepszym Bondem, ale jednak trochę brakuje do miejsca pierwszego. Nie zrozumcie mnie źle, cenię starsze filmy, Connery i Claudine Auger tworzą naprawdę elektryzujący duet, ale jednak w porównaniu z tymi z wyższych miejsc "Operacja Piorun" wydaje się być trochę naiwna.

2.) "Casino Royale" (2006). Debiut Daniela Craiga, w którego praktycznie od początku nikt nie wierzył (w tym również i ja), a okazał się naprawdę dobry i wprowadził do serii powiew świeżości. Nie ma sensu pisać, że to całkowicie "niebondowski" Bond. Wszyscy wiedzą, że zostały tylko pewne elementy charakterystyczne, ale klimatycznie ten film to zupełnie inna bajka i wyraźnie odcina się od pozostałej dwudziestki. Co więcej, brakuje tu nawet takich, wspólnych dla serii akcji, jak chociażby: skoku na spadochronie, nurkowania, wyścigu na łódkach czy wysadzenia w powietrze bazy terrorystów. Jest w zamian parkourowy pościg po placu budowy, bójki w luksusowym kasynie i udaremnienie zamachu na lotnisku. Mnie to pasuje. "Casino Royale" to fantastycznie zrealizowane kino. Pełne napięcia i akcji. Emocjonujące od początku do końca i w piękny sposób rozwijające postać samego Jamesa (który przez lata wykonywania kolejnych zadań, trochę skostniał). Ten film nie ma wad. Vesper Lynd (Eva Green) jest najładniejszą brunetką z jaką 007 miał przyjemność. Craig to najlepiej bijący się Bond, co więcej, czarnoskóry Felix bije swoje wcześniejsze wersje na głowę. "Casino Royale" jest świetne, dla wielu jest pewnie najlepsze, ale u mnie brakuje mu do miejsca pierwszego jednej rzecz - wspomnień i uczucia nostalgii.

1.) "GoldenEye" (1997). Prawie rok temu, przy okazji wpisu o "007 Quantum of Solace" napisałem tak: "Ostatni raz Bonda na wielkim ekranie oglądałem trzynaście lat temu, ale pamiętam doskonale, że z "GoldenEye" wychodziłem pełen zachwytów. Magia kina zadziałała wtedy chyba podwójnie, bo był to pierwszy film, na który wybrałem się sam, bez asysty kogoś dorosłego i przeżywałem to jak stonka okres." Podtrzymuję to. "GoldenEye" darzę największym sentymentem i ile bym razy go nie oglądał, zawszę czerpię z tego olbrzymią przyjemność. To idealny Bond. Wszystkie składniki dokładnie odmierzono. Nie ma tutaj, żadnego zbędnego dialogu, żadnej dłużyzny czy niepotrzebnego przestoju. Cały czas coś się dzieje i aż ciężko oderwać się od ekranu. . Scorupco jest naprawdę dobrym wyborem. I broń Boże nie przemawia ze mnie żaden fałszywy patriotyzm. Pasuje na tą zwyczajną programistkę drugiej kategorii idealnie. Ma w sobie pewien subtelny magnetyzm i czarującą niewinność. Oczywiście seksualnym wulkanem jest tutaj Famke Janssen, która chyba w tej kategorii jest moim numerem jeden. Od samego patrzenia na Xenię Zirgavną Onatopp może zrobić się duszno, więc nic dziwnego, że Jamesa zatykało podczas kontaktów z nią. Chyba tylko w przypadku "Świat to za mało" mieliśmy lepszy twist dotyczący czarnego charakteru. Pamiętam moje wielkie zdziwienie na sali kinowej kiedy okazało się, że Sean Bean (czyli Janus, czyli Alec Trevelyan, czyli 006) żyje i ma się dobrze. Scena, gdy wyłania się z cienia i zdradza swoją tożsamość, działa na mnie za każdym razem i przyprawia o ciarki na plecach. Próżno szukać drugiego takiego momentu wśród pozostałych 21 filmów. Kolejną, niezapomnianą rzeczą jest dla rajd czołgiem po ulicach Petersburg, to chyba taka wizytówka tego filmu - coś całkowicie świeżego, coś czego do tamtej chwili nie miał okazji zobaczyć w kinie. Zresztą nie ma w "GoldenEye" czegoś, czego bym nie lubił. Tak jak napisałem, Bond idealny.

Trzy miesiące odświeżania i ponad sześć godzin pisania dobiegło końca. Wybór jedenastu filmów był banalny w porównaniu z napisaniem tych kilku zdań o nich. Trudno było dlatego, iż w dużej mierze te filmy są do siebie bardzo podobne, a zazwyczaj podobają mi się w nich te same elementy. Powtórzeń pewnie i tak jest cała masa, za co przepraszam. Bondy to klasyka filmów akcji, świetne kino rozrywkowe i godziny dobrej zabawy. Nawet z tych słabszych, nie opisanych przez mnie tutaj, części można wynieść sporo przyjemności. Jeżeli ktoś ma opory przed poznaniem, bądź powtórnym zagłębieniem się w świat agenta 007, zaręczam - warto!