Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wsi spokojna, wsi wesoła

"Banshee (z gaelickiego beansi), najbardziej znana istota nadprzyrodzona Irlandii, to zwiastunka śmierci nawiedzająca stare rody irlandzkie czystej krwi. Banshee pojawia się nocą pod oknami rodzinnego domu człowieka, który ma umrzeć. Płacze i zawodzi głosem niewątpliwie kobiecym, ale język, jakim się posługuje, jest nikomu nieznany Czasami przychodzi przez kilka nocy z rzędu, zanim ktokolwiek umrze, a zapowiedź śmierci może dotyczyć osoby znajdującej się daleko od domu. niekiedy nawet za granicą. Znane są przypadki, kiedy członkowie starych rodzin irlandzkich umierali tysiące kilometrów od kraju, na przykład w Kanadzie lub Australii, a w tym samym czasie koło ich domu rodzinnego w Irlandii rozlegało się zawodzenie zwiastujące śmierć. 
Banshee Ukazuje się czasem pod postacią pięknej młodej kobiety ubranej w wytworny strój, na przykład w szarą narzutkę na zielonej sukni, jakie noszono w średniowieczu, kiedy indziej zaś pod postacią zgrzybiałej, przygarbionej staruchy spowitej w śmiertelny całun. I w jednym i w drugim przypadku ma jednak długie, powiewne włosy i oczy zaczerwienione od nieustannego płaczu. Jak głosi tradycja, banshee jest istotą drażliwą i płochliwą, jeśli się obrazi, może odejść i powrócić dopiero w następnym pokoleniu. Niektóre rodziny irlandzkie wierzą, że ich banshee to duch przodka sprzed kilkuset lat, który został wyznaczony na zwiastuna śmierci.
Banshee występuje także w legendach szkockich pod nazwą praczki (bean-nighe). Ukazuje się nad brzegami szkockich rzek, w których pierze zakrwawione ubrania ludzi mających niebawem umrzeć. Szkoci wierzą, że bean-nighe to duch kobiety, która zmarła w połogu. Według niektórych relacji zjawę tę cechuje wyjątkowa brzydota - brakuje jej jednego nozdrza, ma duże wystające zęby oraz obwisłe piersi. 
Szkockie i irlandzkie duchy tego gatunku przedstawia Elliott O'Donnell w książce The Banshee (1907). Obok ich wyczerpującej charakterystyki, w pracy tej można znaleźć wiele niezwykłych opowieści o ich pojawianiu się różnych częściach świata."

To tyle jeżeli chodzi o banshee w "Leksykonie duchów" nieocenionego Petera Haininga

Banshee to również drący ryja X-Men, ale jeżeli chociaż trochę mnie znacie, to wiecie że nie będę pisał o Marvelu. Pewnie jeszcze kilka rzeczy nosi taką nazwę. Na allegro są rowery, quady, karty do Magica, figurki do jakiejś gry figurkowej, model Gundama, a także płyta Kendry Morris. To tak na szybko przejrzałem, kiedy szukałem serialu na DVD.  


Bo dzisiaj będzie o serialu, który od stycznia 2013 roku niepodzielnie króluje na poletku produkcji sensacyjnych. Co ciekawe, nie sądzę by ktokolwiek się tego po "Banshee" od Cinemaxa spodziewał. Cinemax wcześniej miał tylko "Strike Back" (w Polsce "Kontra") i w zeszłym roku dorzucił do swojego portfolio "The Knick" (ale to w tej chwili się nie liczy, mówimy o stanie na styczeń 2013) - to naprawdę niewiele. A tutaj mamy potwora który nie dość, że jest prawdziwą petardą, to zjada konkurencję! Żadne CBS, ABC, żadne kablówki, żadni nowi gracze w stylu Netflix czy Amazona, przez kolejne trzy sezony nie zrobiło niczego, co chociażby da się teraz postawić obok "Banshee". A czemuż jest takie dobre? I czemu to oglądasz skoro rzuciłeś seriale?

No dobra, nie rzuciłem. Coś tam oglądam, próbuję chociaż ze dwa odcinki najciekawszych nowości też złapać. Będzie o tym notka! Co do tego pierwszego pytania... przyznaję się, nie spodziewałem się, że to tak się rozwinie, bo początki były niezłe, chociaż niemrawe. Mamy skazańca, który wychodzi po kilkunastu latach z pierdla za kradzież kamieni, szuka swojej wspólniczki, którą kocha ponad życie, a która zaraz po nieudanym skoku ucieka od swojego ojca - mafiozy i zaszywa się na zadupiu zwanym Banshee. Skazaniec ją odnajduje i dziwnym zbiegiem okoliczności przejmuje tożsamość nowego szeryfa Hooda (faceta, którego jeszcze nikt nie widział, ściągniętego z drugiego końca Stanów do Banshee przez nowego burmistrza). Za skazańcem podąża ojciec - mafiozo, bo wie, że tylko tak trafi na trop córki. Hood zaczyna wykorzystywać swoją nową pozycję i wraca do starych zajęć - okrada w okolicy wszystko co się da. I może nie brzmi to specjalnie zachęcająco, i może to wszystko wydaje się grubymi nićmi szyte, ale im dalej tym robi się naprawdę grubiej, a kilka razy powtarzane zagrania (ktoś przyjeżdża do miasteczka robić syf) znajdują może i podobne rozwiązanie, ale zawsze jest to najbardziej absorbująca i zadowalająca rzecz jaką zobaczycie! Do nowojorskiej rosyjskiej mafii dołączają kolejno: właściciel przetwórni mięsnej, ex-amisz, a przy okazji największy wytwórca metaamfetaminy, skorumpowany wódz lokalnego plemienia Indian, którego poczynania ściągają na miasteczko gniew jakiejś radykalnej indiańskiej partyzantki, harleyowcy, naziści, wieśniacy, terrorysta, mąż sadysta, zastęp dziwnych gangsterów na usługach najgrubszego lichwiarza w Ameryce Północnej, wszelkiego rodzaju agenci federalni, płatni mordercy, chińska mafia, piorący kasę żołnierze i super tajne służby. Kogoś pominąłem? A.. był jeszcze gigant albinos i gigant amisz. Kurwa! 


Jest naprawdę wszystko czego, sobie widz głodny: przemocy, walki na pięści, strzelania, seksu i jeszcze raz - bardzo mocno eksponowanej przemocy, szuka. Do tego masa świetnie napisanych nietuzinkowych postaci, błyskotliwe dialogi, masa ciekawych wątków i chyba przede wszystkim bardzo duża odwaga - nie tylko w pokazywaniu cycków i dup, krwi i flaków, ale odwaga w prowadzeniu fabuły. Odwaga w doświadczaniu bohaterów, odwaga w poddawaniu ich próbom, odwaga w pozostawianiu ich żywymi, po tym wszystkim przez co przeszli.

"Banshee" jest świetnie napisane i charakteryzuje się nieszablonową budową odcinków. Oczywiście mamy znane z "Lost", i kolejnych popularnych serial, flashbacki, ale zdarzają się odcinki, w których widzimy inne wersje tych samych wydarzeń - jak chociażby te, w których skazaniec nie przejmuje tożsamości szeryfa. Każde kolejne wątki odpalają dalsze flashbacki bohaterów, które pokazują wcześniejsze wydarzenia i zagłębiają się w ich przeszłości bez trzymania się chronologii. Prowadzenie fabuły wymaga od widza chcącego poznać całość, może nie tyle skupienia, co oglądania każdego kolejnego odcinka. Nie jest to w żadnej mierze serial proceduralny, gdzie jeden odcinek stanowi względną całość. To tocząca się historia, w której wątki przeplatają się w sposób dość nieoczywisty, a wybory jakich dokonali bohaterowie potrafią kopnąć ich w dupę konsekwencjami nawet sezon później. A są jeszcze webepizody. 

Co ciekawe... w Banshee pewnie nigdy nie było spokojnie. W końcu kwitnie tam handel narkotykami i prostytucja. Ale w momencie kiedy pojawia się tam Hood, w momencie kiedy widzi tablice wjazdową, w momencie kiedy zaczyna sypiać z tymi wszystkimi pojawiającymi się pod jego oknem kobietami, trup zaczyna ścielić się gęsto. Te kobiety to te banshee z irlandzkich legend. Jęczą w nocy i ludzie umierają. I jeżeli chodzi o to spanie z kobietami... sporo ich było, sporo odeszło, ale w czwartym sezonie będzie Eliza Dushku - to już jest powód, żeby oglądać, obojętnie co by to nie było. 

Eliza Dushku.



W tygodniu będzie coś dużego, co chciałem początkowo dać w zeszłą niedzielę, ale później kolejne rzeczy mi do głowy dochodziły i to się już teraz tak rozrosło, że zacząłem zamiast pisać to ciąć. A jeszcze wszystkiego z siebie nie wyrzygałem. W każdym razie chciałbym to puścić w tygodniu. Howgh!

niedziela, 4 stycznia 2015

Tuzin czarnych worków na zwłoki

Będzie kolejny film o Johnie Rambo. Sugerowała to ostatnia scena czwartej odsłony, więc jego powstanie było zapewne tylko kwestią czasu. Średnio ją pamiętam, ale wydaje mi się, że John dociera do rodzinnego domu. Jego nazwisko jest na skrzynce na listy. Stallone zdradził podtytuł - wymowne "Last Blood". Dobrze, niech będzie! Z czwórką mam bardzo miłe wspomnienia, mam nawet o tym notkę! Poszukajcie sobie.

Tak się składa, że ostatnio obejrzałem "Gościa" Adama Wingarda. W mojej ocenie jeden z lepszych zeszłorocznych filmów, raczej niedoceniony, jeden z tych, który przeszedł niezauważony, może i trochę zlekceważony. Dlaczego te dwa filmy wspominam jeden po drugim? "Gość" to film o takim Rambo, który wraca z wojny, tylko nie wszystko w jego głowie się dobrze poukładało. Wrócił taki ktoś, kto jest naprawdę zły. Może już taki wyjechał, a black ops w których rzekomo służył, jedynie uwolniły prawdziwą naturę? A może był zupełnie niewinny, a narkotyki i pompowana w tajnych laboratoriach pentagonu chemia zmieniły go w wyrachowanego mordercę? 

Wyobraźcie sobie taki scenariusz w "Pierwszej krwi". Nie mamy skrzywdzonego Rambo posyłającego wszystkim spojrzenie spaniela. Nie mamy jednego trupa, tylko tak jak sugeruje pułkownik Trautman, tuziny. Tuziny pełnych, czarnych worków na zwłoki. Wyobraźcie sobie Jasona Bourna, który nie odzyskuje pamięci, ale zostaje w Europie i staje się bezwzględnym terrorystą. Albo tego z czwartej części, Crossa. Jedzie rozprawić się z CIA, przy okazji morduje w samobójczej misji dziesiątki cywilów. Nie sądzę żeby robił to przypadkowo. Po prostu ich morduje, bo to zwyczajnie umie robić.  


Jest taki film z Macaulayem Culkinem - "Synalek". Gra tam chłopca, który dopuszcza się jednoznacznie złych rzeczy. Robi ludziom, swoim bliskim krzywdę. Śliczny blond chłopiec, rozbrajający uśmiech, dobra gadka. Nikt nie wierzy, że jest małym potworkiem. Bohater "Gościa" to dorosła wersja synalka. David pojawia się na progu rodziny swojego poległego towarzysza broni. Zdobywa serce matki, ojca, brata, w końcu siostry. Imponuje trzeźwością umysłu, muskulaturą, zaradnością, dobrym wychowaniem. 


Wśród królujących na ekranach kin ekranizacji komiksów i powieści young adult, rodzinnym kinie przygodowym, PG-13 udającym, że jest kierowane do dorosłych, miło jest obejrzeć taki mocniejszy film rozrywkowy, który opiera się na pomyśle, że główny bohater, z którym sympatyzujemy na początku, okazuje się zły. W jednej z pierwszych scen David rozkłada na łopatki kilku jocksów w przydrożnym barze, mogłoby to z powodzeniem być filmu z Denzelem Washingtonem, z "Bez litości", o którym niedawno pisałem. "Gość" taki film - o dobrym ex-żołnierzu z oddziałów specjalnych - może nawet przez chwilę zapowiada. Kończy się jednak jak rasowy slasher, w strasznym labiryncie zbudowanym na potrzeby halloweenowej potańcówki. Nastolatka ucieka przed mordercą korytarzami gabinetu luster, widzi jak potwór wykańcza tych, którzy mają ją chronić, zastawia pułapkę, a ostateczna konfrontacja ma miejsce na dyskotekowym parkiecie, wśród migoczących świateł, w oparach sztucznej mgły.

Po seansie zacząłem podsyłać ten tytuł znajomym ciekaw ich opinii. W większości byłem osamotniony w zachwycie. Docenili zdjęcia i muzykę, które nadały mu niepowtarzalnego klimatu. Chwalili oszczędną grę Dana Stevensa. Niestety nikt nie podziwiał wprawy z jaką twórcy szybko przechodzili między konwencjami, jak bawili się humorem, jak idealnie zagęszczali atmosferę i podkręcali tempo. Nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że "Gość" to bardzo udany hołd dla kina lat 80-tych. Bardziej przez charakterystyczny feel, niż ilość akcji kojarzoną z filmami z tamtej epoki. Z ciekawości zacząłem czytać recenzje. "The Guest" za oceanem odebrano dobrze i film bardzo często trafia do zestawień w stylu "Great Films You Should See, But You Didn't". "You Didn't", bo takie skromne filmy, jak obraz Wingarda, nie dają rady w pojedynku z gigantami pokroju "Transformers" czy produkcje Marvela. One je po prostu zasłaniają swoim cieniem, wysysając hajs z portfeli potencjalnych odbiorców. Ku mojemu zaskoczeniu coś rozsądnego trafiłem na Filmwebie. 

Jedno zdanie recenzji zapadło mi mocno w pamięć, podpisuję się pod nim obiema rękami i nim dzisiaj zakończę: "David, z początku sprawiający wrażenie idealnego samca, z czasem zaczyna zbliżać się do wizerunku psychopaty, przez co widz w pewnym momencie czuje się niemalże winny, że wciąż go podziwia."

wtorek, 30 grudnia 2014

No Russian

W jednej z misji w "Call of Duty: Modern Warfare 2" gracz dostaje możliwość przespacerowania się po Terminalu D Portu Lotniczego Moskwa-Szeremietiewo z karabinem maszynowym i wystrzelania wszystkiego co żywe. Może też strzelać do walizek i patrzeć jak wylatują z nich, już nie tak starannie spakowane, ubrania. Słyszymy od towarzysza słowa "Remember - no Russian" i jazda! Strzelamy do cywili, a później, już do przybywającej na płytę lotniska, policji. Będzie to przyczynkiem III Wojny Światowej. 

Jeżeli tego nie znacie, to można spokojnie powiedzieć, że ominęło was coś, co w pewnym momencie wstrząsnęło tym medium. Jak zabijanie dziwek w GTA. Obejrzyjcie to sobie. Jest na YouTube. Na pewno ktoś to wrzucił w mocno skróconej wersji, stracicie góra 2 minuty. Tyle co na przeczytanie tej notki. 

Gra oczywiście pozostawia nam wybór. Nie trzeba strzelać do ludzi. Wystarczy maszerować i walić do szyb, znaków, tablic i wspomnianych walizek. Całą mokrą robotę wykonają nasi wirtualni towarzysze. Nie sądzę, żeby tych niestrzelających było specjalnie dużo, ale dla mnie nie jest to takie ważne. Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Po prostu wiem, że jesteśmy na tyle źli, by strzelać. Wiem też, że byli tacy, którzy później tłumaczyli się z tego strzelania. "Ja nie wiedziałem o co chodzi, myślałem że tak trzeba. Gra mi kazała zabijać tych ludzi". Tacy po prostu jesteśmy. 

Scena jest kontrowersyjna. Było o niej głośno - omówiono ją pewnie w niejednym dzienniku i programie telewizyjnym. Mnie nie daje spać jednak co innego. Jakby tę scenę odebrano dzisiaj, w dobie konfliktu krymskiego, zbrojenia się Rosji, coraz to bardziej popieprzonych wystąpień Putina i kolejnych sankcji Zachodu? Ile byłoby oburzenia w zachodnich mediach? I czy takie mocne political fiction w grze nie przyczyniłoby się do czegoś więcej? Leżę, patrzę się w sufit i myślę sobie, że ta gra wychodzi dzisiaj. Wymyślone przez scenarzystów wydarzenia, są przyczyną wybuchu wirtualnej III Wojny Światowej, ale są tym co przeważa szalę, co popycha Rosję do jakiegoś działania. Są przyczyną wybuchu III Wojny Światowej.

Oczywiście na pewno nic takiego by się nie stało. Skończyłoby się na ogólnoświatowym bojkocie gry, developera, wydawcy, cenzurą i nagonką na gry. Przecież wszystko kończy się nagonką na gry. 

Warto jednak zauważyć, że Rosjanie znowu stali się chłopcami do bicia w Hollywood. Epizod mieli Koreańczycy (ci pewnie będą przez jakiś czas jeszcze wpierdol dostawać). Na stałym etacie są mieszkańcy krajów arabskich/muzułmańskich (i nie sądzę, żeby w najbliższych dziesięcioleciach to się zmieniło). Ale był czas, że Ruskim odpuszczono. Ani nie robili inwazji na amerykańską ziemię, ani nie atakowali Białego Domu. A teraz wracają. Może nie tak otwarcie, ale... Tylko w jeden weekend udało mi się obejrzeć dwa filmy akcji, w których wybito do nogi rosyjskie mafie. Najpierw był "John Wick" i Reeves mszczący się za śmierć psa. Bardziej komiksowe podejście do tematu sensacji. I chodzi mi raczej o rzeczy w stylu hotel dla płatnych morderców, księdza-gangstera i tym podobne patenty, a niekoniecznie o głupkowatość. Głupkowatość jest głupkowata, a nie komiksowa. Poza tym --- masa efekciarstwa i strzelania zza węgła. Do tego całkiem fajna choreografia. Keanu się tarza po ziemi i okłada gangsterów na wszystkie możliwe sposoby. Podobało mi się. 

Tak samo zresztą jak drugi film - "Bez litości". Tym razem podstarzały Denzel Washington okazuje się emerytowanym... delta force/agentem jakiejś amerykańskiej agencji/G.I. JOE (niepotrzebne skreślcie)? I jemu, tak jak Johnowi Wickowi umiera żona. Obaj są smutni. Dla Denzela motorem działania jest młodziutka, śpiewającą prostytutką, którą chce uwolnić od alfonsa. Jakoś tak wychodzi, że udaje mu się nie tylko oczyścić miasto, ale zlikwidować całą wschodnią operację Ruskich w Stanach. To się nazywa rozmach! W "Bez litości" położono nacisk na zbliżenia na twarz Denzela i sceny, kiedy pokazują jak jego bohater jest sprytny, wygadany, jak bardzo potrafi się skupić i jak dobrze umie liczyć. Niby wieje nudą, ale facet potrafi uciągnąć każdy film i nawet takiego podstarzałego, fajnie jest oglądać. Poza tym wykańcza cały zespół uderzeniowy za pomocą pułapek w stylu MacGyvera. Wiesza na drucie kolczastym Dana Bilzeriana --- tego Dan na swoim Instagramie nie pokazuje!

Oba filmy to sensacje, które nie przejdą do historii kina. W przyszłym sezonie nikt o nich nie będzie pamiętał, bo były, są i będą, ich dziesiątki. Ale czy to źle? 


Coś mi się przypomniało na koniec. Po raz kolejny "Hotline Miami", które wspominałem przedwczoraj. Tam przecież cała fabuła polega na likwidowaniu rosyjskiej mafii, która opanowała Miami. Lata 80te, disco, wsiurski wystrój wnętrz i dziesiątki martwych gangsterów w białych garniturach. Myślę, że zabijamy ich tylko dlatego, że w latach 80tych, w Hollywood, zabijało się komunistów na potęgę. Równie dobrze, ci prawdziwi Amerykanie z HE, którzy biorą sprawy w swoje ręce, mogli obrać za cel kartele albo Włochów. Twórcy tej gry, swoim retro podejściem, wyprzedzili trend. 

Zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy gdyby jednak wybuchła III Wojna Światowa to powstałyby kolejne gry z serii Call of Duty? I czy w kolejnych częściach jednym z bohaterów byłby chiński komandos? Czy byłby Ukrainiec? Zastanówcie się nad tym, tak tylko hipotetycznie, bo takie rozmyślania zawsze do czegoś ciekawego prowadzą. Przecież tak właśnie rodzi się political fiction.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #8

Gra "Okami HD" od Capcomu. Na konsole ostatnio wysyp odświeżanych hitów z poprzedniej generacji. Sam mocno z tego korzystam i zaopatruję się na różne sposoby w to co mnie ominęło. Sony oczywiście ma co najlepsze - między właśnie "Okami", a wkrótce dwie części "Yakuzy", na które czekam bardziej niż na gwiazdkę. "Okami" to dla mnie na pewno odkrycie przed duże "OK**WA"! Okami to po japońsku "wspaniały bóg", a zapisane innym krzakiem "wilk" - tak zamierzona dwuznaczność, bo w grze kierujemy poczynaniami wilczycy Amaterasu, która - tak się składa -jest jakimś ważnym dla świata bogiem (matką reszty pochodzących z chińskiego zodiaku bóstw). Gra jest bardzo mocno osadzona w shintoizmie i folklorze japońskim. Pełnymi garściami czerpie z mitologii i legend. Przesiąknięta jest też bardzo charakterystycznym humorem, który ociera się o slapstick i wywołuje jak mało co ostatnio szczery uśmiech na mojej gębie. Oprawa graficzna to cell-shading stylizowany na japońskie malarstwo suiboku-ga (styl bardzo mocno związany z kaligrafią, gdzie obraz maluje się głownie czarnym tuszem). Chociaż prosta to jest równie mocno urokliwa co widoczki ze "Skyrima". I sam gameplay też bardzo mocno jest z tym stylem związany - wszystkie moce Amaterasu (a jest ich naprawdę sporo) gracz odpala wykonując pociągnięcia pędzla. Chcesz ściąć drzewo? - ciachasz pędzlem poprzeczną kreskę. Chcesz żeby inne drzewo zakwitło? - jego koronę bierzesz w okrąg z tuszu. Naprawdę świetny patent! Jedyna rzecz, która osobiście mnie drażni to oprawa dźwiękowa. Muzyka jest bardzo przyjemna, ale dźwięki które wydają postaci podczas "mówienia" (tekst pojawia się w chmurkach) przyprawiają mnie o zgrzytanie zębów. Lepiej gdyby były nieme. Gra ma ponad 6 lat, ale czuć w niej świeżość i jednocześnie ducha poprzedniej generacji. Takie nieśpieszne łażenie po rozbudowanym świecie. W erze bardzo dużej dynamiki, przesadnej filmowości i intensywnych doznań "Okami" serwuje cholernie przyjemną odmianę. Mimo iż jest to tylko liniowy i trochę dziwny RPG. No i motyw budzenia świata do życia może być całkiem dobrą osłodą na coraz krótsze dni i dobijającą szarość świata.


Filmy trylogia "20 Century Boys" - wszystkie wyreżyserowane przez Yukihiko Tsutsumi. Któregoś letniego dnia trafiłem na zdjęcie Przyjaciela (głównego antagonisty serii) i sprawdziłem skąd pochodzi. Okazało się, że z filmu Tsutsumiego, a ten facet ma u mnie całkiem spory kredyt zaufania za straszne i fajne skręcone "Sairen". Więc zabrałem się za poszukiwania i zaopatrzyłem się w te 3 długachne filmy. Każdy ma trochę ponad 2 godziny, a do tego tworzą całość/ciągłość - lepiej oglądać jeden po drugim bez zbędnych przestojów, bo postaci jest bardzo dużo, a wątków chyba jeszcze więcej. To rzecz na podstawie mangi Naoki Urasawa, baaaardzo mocno japońska w swojej duszy, więc baaaardzo mocno pokręcona. To stylistyczny miszmasz, kombinacja kina akcji, komedii, obyczajówki, dramatu, kryminału, science fiction i cholera wie czego jeszcze. Jest tam wszystko: gigantyczne roboty, zabójcze wirusy, latające talerze, terroryści, zmienione w fortecę Tokio i super moce. Do tego właściwą akcję przeplatają sentymentalne retrospekcje z lat 70-tych przywodzące na myśl chociażby "Stand by Me". "20-seiki shônen" to historia przyjaźni grupki chłopców, którzy jako dzieciaki bawili się w bazę na moczarach, mieli wspólne sekrety i pasje, a którym 30 lat później przyjdzie ratować świat przed szaleńcem. Nie znam dzieła Urasawy, ale spotkałem się w internecie dość często z określeniem "arcydzieło". To na pewno wielka rzecz, bo filmy to dość dobrze oddają. Czuć tam dziecięcą fascynacje Expo'70, miłość do rocka i uwielbienie do popkultury. Jeżeli lubicie dziwactwa, jeżeli interesuje was taka totalnie pokręcona historia, która ma naprawdę wszystko... i przede wszystkim, jeżeli się nie boicie i umiecie docenić tą "inność" - te filmy czekają na to żebyście je odkryli. Mnie urzekły. Są świetne... chociaż jak to japoński pop - nie dla każdego. 



Muzyka  "Joe Hisaishi meets Kitano films" od... jak łatwo się domyśleć Hisaishiego, do... jak łatwo się domyśleć filmów Kitano. Dzięki tej płycie po raz kolejny odkryłem jak wspaniałym kompozytorem jest ten facet. Jakoś jego twórczość zdefiniowało mi robienie dla Miyazakiego i Ghibli - skądinąd kapitalne ścieżki, uwielbiam praktycznie każdy soundtrack, ale przez nie w jakiś dziwny sposób postrzegałem Hisaishiego. Przez lata traktowałem go... nie do końca poważnie. Marginalizowałem jego pracę i talent. Muzyka do filmów Ghibli jest wspaniała, ale nie znając reszty jego twórczości, miałem wrażenie, że facet potrafi robić tylko to. I dopiero teraz dochodzi do mnie jak wszechstronny i utalentowany z niego gość. Rzadko się zdarza, żeby pisana na zamówienie muzyka tworzyła tak fenomenalny myślowy krajobraz, oddawała emocje i uczucia jakie towarzyszą bohaterom, widzowi czy nawet reżyserowi. Warto wrzucić ją na warsztat i wybrać sobie to co najbardziej podpasuje. Jest to naprawdę spory przekrój - stylistycznie te aranżacje są mocno zróżnicowane. Ja słucham każdego - płynę przez jego twórczość i rozpływam się z zachwytu. Sprawdźcie koniecznie! 


Uff... dzisiaj tak wyszło, że sama japońszczyzna. 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Predators

Skłamałbym gdybym napisał, że "Predators" to wybitne kino science fiction. To nie ta liga co "Incepcja", "Avatar" czy "Dystrykt 9", ale od pierwszych minut widać, że Nimród Antal nawet nie próbował im w żaden sposób dorównać. W moim mniemaniu "Predators" to co solidny film sci-fi - łamane na - akcja, i w swojej kategorii od lat nie miał równego sobie. Jeżeli chodzi o filmy z Predatorami to oczywiście obie części "Obcy kontra Predator" zostawia daleko w tyle, a z "Predatorem 2" przegrywa w moich oczach jedynie minimalnie. I udało się to przy, umówmy się, że niewielkim jak na kino science fiction, budżecie (40 mln $).

Już pierwsze sceny wyraźnie sugerują, że będziemy mieli do czynienia z filmem mocno inspirowanym i poniekąd stylizowanym na "Predatora" z Schwarzeneggerem. Mnie w to gra, bo film z Arnoldem kocham miłością szczerą i bezgraniczną. Grupka zaprawionych w boju zakapiorów: żołnierzy, najemników, gangsterów i bojówkarzy - zawodowych zabójców, zostaje zrzucona do dżungli. Szybko dochodzi do nich, że nie są już w Kansas i z roli drapieżników zostali zdegradowani do roli ofiar - zwierzyny łownej. Dalej jest dokładnie to na co wszyscy czekali - podchody, zmiękczanie i polowanie. A na samym końcu odwet, podczas którego myśliwy staje się zwierzyną. Oczywiście w międzyczasie ekipa, po jednej i po drugiej stronie, odnotowuje straty w swoich szeregach. Są mniejsze i większe, ale równie przewidywalne twisty, ale cały film, w moim mniemaniu, ma tylko jeden słaby moment - gadającego do siebie Nolanda (w tej roli Laurence Fishburne) i chociaż to urozmaicenie, to tak szczerze mówiąc nie wiem po kiego... wprowadzone.

To pełną gębą komiksowa strzelanka i jeżeli ktoś w tym filmie szukał czegoś innego niż rzeźni w dżungli, to niestety, ale się mocno zawiódł. Jako, że od lat jestem z komiksami o Predatorach i Alienach mocno na bakier, to nowością było dla mnie wprowadzenie podziału w społeczeństwie myśliwych (jedni są brzydcy, a drudzy jeszcze bardziej brzydcy?) , ściąganie zwierzyny na obcą planetę czy polowania na nią z psami. I wszystkie te zabiegi uważam za bardzo dobre. Strasznie mi się micha cieszyła jak mieliśmy możliwość obejrzeć tą krótką walkę miedzy Predatorami.


Fajna obsada i różnorodne postaci. Świetna muzyka - John Debney świetnie "podszywa" się pod Silvestriego. Do tego dodać trzeba dobre zdjęcia i niezłe lokacje. Jeżeli nie zapomni się jakie ma to być kino i będzie się oceniać, biorąc pod uwagę rodowód serii to ciężko znaleźć coś na co można byłoby narzekać. Jest za to sporo takich smakołyków takich jak: obowiązkowy minigun (usypiacz/kosiarka), samurajski pojedynek w wysokiej trawie czy potworek, który wygląda jak pierwsza, na szczęście niewykorzystana wersja Predatora. To drugi film z rzędu, w którym oglądam Brody'ego i nie tylko mi on nie przeszkadza, ale i się podoba. Jego kreacja, tak bardzo różniąca się od tej Arnolda, można powiedzieć, że jest jego przeciwieństwem. Cwany, kierujący się własnym interesem, potrafiący wystawić towarzyszy, a mimo to dający się lubić. I chociaż początkowo dziwiłem się czemu wybrali Brody'ego, to po seansie byłem pewny, że był on strzałem w dziesiątkę. Kolejny umięśniony i sprytny action-hero o dobrym sercu zrobiłby "Predators" niepotrzebną krzywdę, bo obojętnie jaka by ta postać nie była zajebista, zawsze przegrywałaby w konfrontacji z Dutchem.


"Predators" to tylko, ale też i aż, porządnie zrobiony actioner sci-fi w stylu lat 80tych. To ukłon w stronę fanów starego "Predatora" - ja się za takiego uważam i jestem cholernie z wypadu do kina zadowolony. Po wyjściu z sali zresztą zastanawiałem się czemu musieliśmy tyle czekać na ten film? Przecież to powinno powstać przynajmniej dekadę temu! Wierzę, że klimat i charakter to w pewnej, może i nawet większej mierze niż Antala, zasługa producenta - Rodrigueza. I znowu chce mi się krzyczeć, żeby przestał wyciskać ten wyeksploatowany od dawna pomysł małych agentów i zaczął kręcić krwawe kawałki w stylu retro jak właśnie "Predators" czy nadchodzący "Maczeta".

piątek, 13 sierpnia 2010

Zawsze chciałem zakręcić pistoletem świetlnym tak jak Marty McFly...

ale się nigdy nie udało, bo przeszkadzał kabel, a czasami i łańcuch, który doczepiali, żeby dzieciaki nie urwały i nie uciekły z nim do domu.

Pamiętam jedne takie wakacje podczas których, przegrałem na takiej maszynie kilkukrotną równowartość mojego kieszonkowego (takiego domowego, bo byłem na wakacjach i miałem wtedy znacznie więcej pieniędzy). Oczywiście była to jakaś nadmorska buda, do której rodzice wysyłali swoje dzieciaki, gdy sami siedzieli obok w ogródku piwnym nad szklanką EB albo 10,5 i smażoną flądrą. Nie wiem czy dokładnie tak wyglądał automat, ale pamiętam, że można było grać na dwóch, co chętnie uskutecznialiśmy z kumplami z obozu. Kilka lat wcześniej strzelałem w "Terminator 2: Judgment Day" i wydawało mi się, że jestem jego zatwardziałym fanem i nigdy się nie przesiądę na inną strzelankę (chodzone mordobicia to było co innego), ale gdy tylko zobaczyłem "Time Crisis" to zapomniałem o lojalności. Grę charakteryzowało o wiele lepsze sterowania (można było wywijać spluwą we wszystkie strony) i przyjemniejsza dla oka grafika. No i arcade'owy styl połączony z klimatem tych wszystkich filmów sensacyjnych, na które przez lata wydawałem pieniądze w wypożyczalni. Nie można było nie grać. Później pojawił się kolejny konkurent - "House of the Dead" i to do niego wrzucałem kolejne złotówki. Zresztą nieważne.

Jakież było moje zdziwienie gdy dzisiaj trafiłem na fanowski krótki metraż "Time Crisis". I trzeba przyznać że nie byle jaki. Nie dość, że wygląda to nieźle to można zobaczyć tam Andy'ego Whitfielda, który gra tytułową rolę w "Spratakus: Krew i piach". Sami zobaczcie:

czwartek, 15 października 2009

Jedenaście najlepszych Bondów


James Bond. 007. Brytyjski agent MI6, wierny tylko Królowej i powierzonemu mu zadaniu. Ratuje świat na ekranach kin od prawie pół wieku. Nie wiem czy istnieje druga, taka seria filmów sensacyjnych, której oddziaływanie na kulturę popularną byłoby porównywalnych rozmiarów. Praktycznie każdy kojarzy zabawne one linery, przekombinowane sceny akcji czy niesamowite gadżety. Mimo olbrzymiej rozpoznawalności wielu traktuje jednak filmy z Bondem jako kiepską rozrywkę albo słodziutką bajeczkę, mającą na celu zadowolenie spragnionego wrażeń nastolatka. A jak ja to widzę? To efekciarskie kino akcji, która mimo wszystko nie obraża inteligencji widza. Dla mnie Bondy to w dużej mierze intryga, ale równie ważne są pościgi, strzelaniny, klasa, humor i piękne kobiety. Jeżeli wszystkie elementy są na miejscu, a proporcje odpowiednie film mi się podoba. Ta jedenastka to całkowicie subiektywny wybór z 22, liczonych do serii, filmów. Prawdopodobnie wielu będzie kręcić nosem, na co po cichu liczę.

11.) "Świat to za mało" (1999). Obecność tych nowszych Bondów nie powinna nikogo dziwić. Lubię jak jest ładnie, kolorowo i wybuchowo, a filmy z Piercem Brosnanem od strony wizualnej prezentują się świetne. "Świat to za mało" zawiera kilka fantastycznych scen akcji. Z tych najbardziej zapadające w pamięć to: pościg motorówkami po rzece, potyczka na nartach z obowiązkową lawiną na koniec i podwodny finał kończący się wielkim (chociaż nie tym największym) bum. Do tego jeszcze zaskakujący wybuch w siedzibie MI6, kradzież bomby atomowej i rozbrajanie jej w rurociągu przy prędkości 140 km/h no i Elektra torturująca Bonda. Brakowało mi trochę lepszego wyeksponowania auta, ale wynagrodzono to obecnością wszystko-tnących helikopterów, które przez dobre dziesięć minut królują na ekranie. Kolejnym atutem są dziewczyny. Sophie Marceau jako pierwszy w serii główny, kobiecy, czarny charakter wypadła przekonująco. Wielka w tym zasługa scenariusza, bo intryga jest dobrze napisana i dość długo nie mogłem rozgryźć po czyjej stronie jest Elektra. Natomiast Denise Richards jak pani doktor od fizyki atomowej, grą aktorską może nie powala, ale walcząca o każdy oddech z napierającą wodą zapada w pamięci. Obie są piękne, chociaż tak całkowicie różne i idealnie dobrane. Główny, męski przeciwnik, grany przez Roberta Carlyle'a jest w tym towarzystwie niestety najsłabszy. Mało charyzmatyczny, flegmatyczny i przy tym trochę zabawny. Nie zmienia to faktu, że dzięki swoim "właściwościom" prezentuje się w panteonie łotrów bardzo ciekawie. "Świat to za mało" - po części przełomowy (Elektra), po części nostalgiczny (pożegnanie Q) i jak dla mnie, to tak naprawdę ostatni, "klasyczny" Bond.

10.) "Szpieg, który mnie kochał" (1977). Łodzie podwodne to dla mnie taki nieodłączny element "bondowskich" filmów. Pojawiały się w każdej bondowskiej epoce, a tutaj są chyba w największym stężeniu (3 okręty atomowe + Lotus Espirit). Nie jestem fanem Moore'a, ale jest to jeden z jego lepszych występów. Sporo tutaj takich klasycznych dla serii motywów - gonitwa na nartach, potyczka w pociągu i świetny pościg samochodami. Dobrze ogląda się strzelaninę w super-tankowcu, a jeszcze lepiej zalewanie Atlantydy. Ten film pamięta się jeszcze z dwóch powodów. Pierwszym jest Szczęki - praktycznie niezniszczalny morderca, który zagryza swoje ofiary stalowymi zębami. Zabijał jeszcze w "Moonrakerze", ale tutaj zaliczył zdecydowanie lepszy występ. Ten Drugi powód to piękna Barbara Bach w roli pani major Amasovej. Barbara stworzyła niesamowicie seksowną w swoim chłodzie postać, jedną z najbardziej charakterystycznych towarzyszek Bonda. Była taką tykającą bombą - do końca nie wiadomo było czy nie zwróci się przeciwko Jamesowi (szkoda, że nie starczyło twórcą odwagi i nie zafundowali nam na koniec jeszcze jednego śmiertelnego pojedynku). "Szpieg, który mnie kochał" to dobre kino akcji w stylu lat 70tych. Szkoda, że tak niewiele "Moore'ów" stai na podobnym poziomie.

9.) "Żyje się tylko dwa razy" (1967). Sean Connery to mój ulubiony James Bond. Facet idealnie nadający się na szpiega-dżentelmena. Jego kreacja najbardziej mi odpowiadała. Żaden późniejszy Bond nie miał już tyle klasy i stylu, i żaden nie został Japończykiem! A Connery został i to właśnie w tym filmie. Przygody Bonda w Japonii może nie należą do wybitnych, ale właśnie z racji umiejscowienia akcji trafiły na tą listę. Lubię ten specyficzny kraj i fajnie było zobaczyć jak z 007 robią skośnookiego (chociaż tylko idiota by się nabrał na to przebranie). James przechodzi elitarny trening ninja, bierze fikcyjny ślub i zostaje... rybakiem. Później z całą bandą ninja atakuje wygasły wulkan z bazą WIDMA w środku i zapobiega wybuchowi wojny między USA, a ZSRR. Robią tam jedną z najlepszych, jak nie najlepszą rozpierduchę jaką można było obejrzeć w serii. Trochę zawodzą dziewczyny. I Aki, i Kissy są sympatyczne, ale nie powalają urodą i nie zostają na dłużej w pamięci. Za to w "Żyje się tylko dwa razy" mamy najlepszego Blofelda - Donalda Pleasence'a. Piszę to zapewne, głównie ze względu na sentyment do tego aktora, ale nie wydaje mi się, by żaden wcześniejszy czy późniejszy (dla niewiedzących, Blofelda w każdym filmie grał inny aktor) był równie demoniczny i nieprzyjemny. To chyba najważniejszy przeciwnik Bonda, prawdziwe nemesis tego bohatera, więc trudno byłoby mi pominąć ten film. Dobra historia, fajne postaci i świetna sceneria.

8.) "Doktor No" (1962). Pierwszy film z agentem 007 i tak się złożyło, że również pierwszy jaki dane mi było obejrzeć. Było to latem '92 i od tamtego czasu mam go blisko serca. Zabawna sprawa. Oglądałem go na czarno-biały telewizorze Neptun i dla mnie do końca życia "Doktor No" będzie czarno-białym filmem, przez co zawsze ciężko mi go powtarzać. Jest to jeden z tych filmów, które lubię po prostu za szpiegowski klimat. Brak tutaj spektakularnych scen akcji, ale człowiek ani przez chwilę się nie nudzi. Jest dobrze nakreślona intryga, jest czarny charakter, który przez część filmu się nie ujawnia, jest zabawny, przesądny pomocnik. Występuje tutaj chyba najbardziej rozpoznawalna dziewczyna Bonda - Honey Ryder. Ursula Andress w swoim białym bikini zapisała się złotymi literami w historii kinematografii. Trudno przejść obok jej wdzięków obojętnie. Przez wielu, "Doktor No" uważany jest za jedną z najważniejszych pozycji kina sensacyjnego. Coś w tym jest. Mimo prawie 50 lat nadal ogląda się go bardzo dobrze. Sean Connery jest bezbłędny. Stworzył kapitalnego bohatera, pełnego dystyngowanego luzu i zabójczego humoru.

7.) "Tylko dla twoich oczu" (1981). Oglądając Rogera Moore'a w roli 007 nigdy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten facet jest tam tylko dla wygłupów. Każde jego spojrzenie, uśmiech, gest są pełne kpiarstwa i humoru. Większość filmów w serii z Moorem utrzymane są w podobnym tonie. Dużo akcji, ale przy tym jeszcze więcej gagów, głupkowatych gadżetów i żartobliwych hasełek. Wszystkie te filmy coraz bardziej szły w stronę fantastycznych bajeczek (czego przykładem jest "Moonraker", gdzie amerykańscy marines przylatują w ładowni promu kosmicznego i strzelają się z bandą złych, w przestrzeni kosmicznej, z karabinów laserowych), ale zdarzył się wyjątek - "Tylko dla twoich oczu". Jest to część która bardziej przypomina mi te filmy z Connery'm, zresztą już na początku mamy cholernie mocne nawiązanie. Na krótką chwilę wraca Blofeld, który porywa odwiedzającego grób swojej żony Bonda. I oczywiście nie wychodzi mu to na dobre. Cały film jest utrzymany w bardziej poważnym, szpiegowskim tonie. Brak tutaj idiotyzmów z których znane były film końca lat 70tych, jest za to dobrze poprowadzona fabuła i ciekawa intryga. Są świetne sceny podwodne, potyczka w akwalungach i krwiożercze rekiny. Bond dużo podróżuje, więc trafią się i pościg małym Citroen po wąskich uliczkach i gajach oliwnych, i sporty zimowe (tym razem przeciwnikami są nie tylko narciarze, ale i hokeiści), i wspinaczka górska. Główna dziewczyna - Melina, wg mnie za bardzo przymulona i niespecjalnie mi się podobała. W pamięć zapadają za to młodziutka łyżwiarka-nimfomanka - Bibi (którą James gasi bezbłędnym tekstem: "Ubierz się to kupię ci loda") i hrabina Lisl grana przez Cassandrę Harris (pierwszą żonę Pierce'a Brosnana), której chyba jako jedynej dziewczynie Bonda widać kawałek gołego biustu (a przynajmniej tylko u niej go zobaczyłem). Gdyby więcej "moore'owskich" Bondów było na tym poziomie byłoby świetnie. Szkoda, że Roger nie pożegnał się z rolą właśnie tym filmem. Dwa kolejne, które zrobił to największe chłamy w serii, całkowicie psują to co osiągnął tutaj.

6.) "Jutro nie umiera nigdy" (1997). Już widzę, że niektórzy się krzywią, ale ja naprawdę uważam, ten film za bardzo dobry. Chyba, że mam po prostu słabość do tych morskich przygód Jamesa, bo finał na tej śmiesznej łódce jest jak dla mnie kapitalny. Mocną stroną filmów z lat 90tych są, przywoływane przeze mnie często, sceny akcji. W tej części micha cieszy się najbardziej na pościgach. Pierwszym, który podniósł u mnie ciśnienie jest ten w garażu. Świetny pomysł, świetne wykonanie. Później mamy tą niemożliwą ucieczkę na motocyklu, z przesiadającą się Wai Lin i nurkującym helikopterem. Wąskie uliczki, jazda po dachach i przez budynki oraz skok nad wirnikiem - po prostu bomba. Kapitalna jest również sekwencja otwierająca, kiedy to Bond robi wjazd na terrorystyczny market i ucieka odrzutowcem z głowicami atomowymi. Dopracowano również sceny walk - mnie najwięcej radości przyniosła ta w wyciszonym pokoju. Jeżeli chodzi o dziewczyny to jestem tylko częściowo usatysfakcjonowany. Michelle Yeoh niestety ani przez moment nie jest olśniewająca, chociaż uroku odmówić jej nie można, a Teri Hatcher jest jak dla mnie pomyłką obsadową. Za to strasznie zadowolony jestem z obsadzenia w roli mendowatej kanalii Jonathana Pryce'a. Strasznie cenię tego aktora i "Jutro nie umiera nigdy" dużo dzięki niemu zyskało. Cieszy też malutka rolka Vincenta Schiavelliego, perfekcyjnego zabójcę, którego wykańcza telefon komórkowy. "Jutro nie umiera nigdy" to świetne kino akcji. Trochę przebajerowane, momentami mocno przesadzone, ale ogląda się świetnie.

5.) "Pozdrowienia z Rosji" (1963). Bond ma szczęście do pięknych kobiet, a tutaj zaciąga do łóżka jedną z najpiękniejszych blondynek jakie dane mu było spotkać - Tatianę Romanovą, którą gra prześliczna Daniela Bianchi. Oprócz świetnych dziewczyn, "Pozdrowienia z Rosji" to wyborne sceny akcji, którymi później wielokrotnie w kolejnych odcinkach się inspirowano (walka z helikopterem, pościg motorówkami czy starcie w przedziale kolejowym). Dużo się dzieje, a te dwie godziny są naprawdę urozmaicone. Mamy najazd na obóz cyganów, grę wywiadów, organizację terrorystyczną, której macki kierują wszystkim, a Bond trafia na równego sobie przeciwnika - Reda Granta, z którym toczy morderczy pojedynek. Dla mnie ten film, na swój sposób przełomowy, nadaje ton całej reszcie serii przygód agenta 007. Działa WIDMO, o którym wcześniej słyszeliśmy tylko od Doktora No. Pojawia się również sam Blofeld (jedna z najważniejszych postaci w bondowskim uniwersum) no i debiutuje major Boothroyd, czyli Q zrzędliwy dziadzio od gadżetów.

4.) "Licencja na zabijanie" (1989). Ci którzy krzywili się przy szóstej pozycji teraz pewnie chcą zarzucić lekturę. Nigdy nie byłem specjalnym fanem Timothy Daltona. Zanim nie powtórzyłem w zeszłym tygodniu obu filmów z jego udziałem, sądziłem, że jest on błędem równie poważnym jak George Lazenby w "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Okazuje się, że Dalton to świetny Bond i idealnie pasuje na agenta, któremu zabierają tytułową licencję na zabijanie. Tutaj 007 mści się na mordercach żony Felixa Leiter (którego przy okazji zbiry okrutnie okaleczyli) i moim zdaniem jest to jedyny aktor, któremu udaje się uzyskać podobne emocje. Dalton ma w tych swoich oczach jakąś desperację i ukrytą złość, przez co wygląda na nie do końca stabilnego psychicznie (przypomina trochę pod tym względem Daniela Craiga). "Licencja na zabijanie" to wykapany film sensacyjny kręcony na przełomie lat 80tych i 90tych. Jest bójka w barze, odbicie więźnia z konwoju i narty wodne (bez nart wodnych) za samolotem. Jest kartel narkotykowy, są ninja, ciężarówki, szaleni kultyści, jest dużo strzelania i wybuchów, a wszystko oczywiście na bardzo wysokim poziomie. Mamy świetne czarne charaktery, sporo znanych twarzy (Benicio Del Toro, Robert Davi, Cary-Hiroyuki Tagawa) w dobrych rolach i znowu tylko dziewczyny nie dopisały. Talisa Soto (późniejsza księżniczka Kitana) zbyt mało eksponowana, natomiast na grającą pierwsze skrzypce Carey Lowell nie mogłem autentycznie patrzeć (i to moim zdaniem jedyny poważny zarzut jaki mogę wystosować wobec tej produkcji). Jest sporo głupich gadżetów, ale humor utrzymuje się na odpowiednio znośnym poziomie. Wydaje mi się, że jest to najbardziej brutalna część (jedna szuja eksploduje w komorze ciśnień, inna zostaje zmielona), jednak nie razi to aż tak bardzo. Olbrzymia szkoda, że nie nakręcono trzeciego filmu z Daltonem. Miało to być chyba "The Property of a Lady" i gdyby było utrzymane w podobnym tonie mógłby być fantastyczne.

Pierwsza trójka

3.) "Operacja Piorun" (1965). Co tu dużo pisać? Czwarty film o przygodach Bonda, to dla mnie pod względem fabuły i szpiegowskiego klimatu prawdziwy majstersztyk. Otwierająca sekwencja zapada w pamięć na lata i kojarzą ją chyba nawet ci, którzy już dawno zapomnieli, że oglądali takie coś jak "Operacja Piorun". Bond śledzi przestępce przebranego za kobietę. Dopada go, po krótkiej potyczce zabija, a później ucieka ochronie jet packiem (który później wystąpił w dwudziestym filmie). Wszystko jest tutaj w idealnych proporcjach. Piękne dziewczyny, charakterystyczny bondowski humor, cała plejada czarnych charakterów (z jednookim Largo i Blomfeldem na czele) i duża rozpierducha na końcu. Jak pewnie zauważyliście to kolejny, "wodny" Bond na tej liście. Naprawdę trudno mi się im oprzeć. Kiedy myślę o "Operacji Piorun" to widzę kapitalne, podwodne zdjęcia, które nawet teraz, po 45 latach robią wrażenie. Najlepszy film z najlepszym Bondem, ale jednak trochę brakuje do miejsca pierwszego. Nie zrozumcie mnie źle, cenię starsze filmy, Connery i Claudine Auger tworzą naprawdę elektryzujący duet, ale jednak w porównaniu z tymi z wyższych miejsc "Operacja Piorun" wydaje się być trochę naiwna.

2.) "Casino Royale" (2006). Debiut Daniela Craiga, w którego praktycznie od początku nikt nie wierzył (w tym również i ja), a okazał się naprawdę dobry i wprowadził do serii powiew świeżości. Nie ma sensu pisać, że to całkowicie "niebondowski" Bond. Wszyscy wiedzą, że zostały tylko pewne elementy charakterystyczne, ale klimatycznie ten film to zupełnie inna bajka i wyraźnie odcina się od pozostałej dwudziestki. Co więcej, brakuje tu nawet takich, wspólnych dla serii akcji, jak chociażby: skoku na spadochronie, nurkowania, wyścigu na łódkach czy wysadzenia w powietrze bazy terrorystów. Jest w zamian parkourowy pościg po placu budowy, bójki w luksusowym kasynie i udaremnienie zamachu na lotnisku. Mnie to pasuje. "Casino Royale" to fantastycznie zrealizowane kino. Pełne napięcia i akcji. Emocjonujące od początku do końca i w piękny sposób rozwijające postać samego Jamesa (który przez lata wykonywania kolejnych zadań, trochę skostniał). Ten film nie ma wad. Vesper Lynd (Eva Green) jest najładniejszą brunetką z jaką 007 miał przyjemność. Craig to najlepiej bijący się Bond, co więcej, czarnoskóry Felix bije swoje wcześniejsze wersje na głowę. "Casino Royale" jest świetne, dla wielu jest pewnie najlepsze, ale u mnie brakuje mu do miejsca pierwszego jednej rzecz - wspomnień i uczucia nostalgii.

1.) "GoldenEye" (1997). Prawie rok temu, przy okazji wpisu o "007 Quantum of Solace" napisałem tak: "Ostatni raz Bonda na wielkim ekranie oglądałem trzynaście lat temu, ale pamiętam doskonale, że z "GoldenEye" wychodziłem pełen zachwytów. Magia kina zadziałała wtedy chyba podwójnie, bo był to pierwszy film, na który wybrałem się sam, bez asysty kogoś dorosłego i przeżywałem to jak stonka okres." Podtrzymuję to. "GoldenEye" darzę największym sentymentem i ile bym razy go nie oglądał, zawszę czerpię z tego olbrzymią przyjemność. To idealny Bond. Wszystkie składniki dokładnie odmierzono. Nie ma tutaj, żadnego zbędnego dialogu, żadnej dłużyzny czy niepotrzebnego przestoju. Cały czas coś się dzieje i aż ciężko oderwać się od ekranu. . Scorupco jest naprawdę dobrym wyborem. I broń Boże nie przemawia ze mnie żaden fałszywy patriotyzm. Pasuje na tą zwyczajną programistkę drugiej kategorii idealnie. Ma w sobie pewien subtelny magnetyzm i czarującą niewinność. Oczywiście seksualnym wulkanem jest tutaj Famke Janssen, która chyba w tej kategorii jest moim numerem jeden. Od samego patrzenia na Xenię Zirgavną Onatopp może zrobić się duszno, więc nic dziwnego, że Jamesa zatykało podczas kontaktów z nią. Chyba tylko w przypadku "Świat to za mało" mieliśmy lepszy twist dotyczący czarnego charakteru. Pamiętam moje wielkie zdziwienie na sali kinowej kiedy okazało się, że Sean Bean (czyli Janus, czyli Alec Trevelyan, czyli 006) żyje i ma się dobrze. Scena, gdy wyłania się z cienia i zdradza swoją tożsamość, działa na mnie za każdym razem i przyprawia o ciarki na plecach. Próżno szukać drugiego takiego momentu wśród pozostałych 21 filmów. Kolejną, niezapomnianą rzeczą jest dla rajd czołgiem po ulicach Petersburg, to chyba taka wizytówka tego filmu - coś całkowicie świeżego, coś czego do tamtej chwili nie miał okazji zobaczyć w kinie. Zresztą nie ma w "GoldenEye" czegoś, czego bym nie lubił. Tak jak napisałem, Bond idealny.

Trzy miesiące odświeżania i ponad sześć godzin pisania dobiegło końca. Wybór jedenastu filmów był banalny w porównaniu z napisaniem tych kilku zdań o nich. Trudno było dlatego, iż w dużej mierze te filmy są do siebie bardzo podobne, a zazwyczaj podobają mi się w nich te same elementy. Powtórzeń pewnie i tak jest cała masa, za co przepraszam. Bondy to klasyka filmów akcji, świetne kino rozrywkowe i godziny dobrej zabawy. Nawet z tych słabszych, nie opisanych przez mnie tutaj, części można wynieść sporo przyjemności. Jeżeli ktoś ma opory przed poznaniem, bądź powtórnym zagłębieniem się w świat agenta 007, zaręczam - warto!

piątek, 24 lipca 2009

Baja Bay'a Vol. 2

Zbierałem się do tego wpisu trzy tygodnie, jak nie dzisiaj to chyba nigdy. Pierwszy, pełnoprawny wpis na flcl dotyczył "Transformersów" Bay'a. Jeżeli komuś nie chce się czytać, tego co pisałem prawie dwa lata temu, to w skrócie przypomnę, że film bardzo mi się podobał. Wybrałem się do kina mimo kilkudziesięciu negatywnych recenzji i komentarzy moich znajomych. I bawiłem się wyśmienicie. Tego roku było podobnie (ale jedynie w kwestii ilości negatywnych opinii). Film grali już prawie tydzień i gdzie bym nie wszedł tam każdy wylewał wiadro pomyj na część drugą. W zasadzie zarzuty pokrywały się z tymi z 2007 roku: kiepskie aktorstwo, infantylność, idiotyczny scenariusz, patetyczne gadki Optimusa Prime'a i fatalny montaż, więc specjalnie się nie przejąłem. Byłem naszykowany na delikatny spadek formy, ale miały mi to wynagrodzić stada napierdzielających się robotów. "Transformers: Zemsta upadłych" mnie zwyczajnie rozczarował, daleki jestem do równania go z ziemią, ale jest to jednak dużo gorszy sequel.

Nadal utrzymuję, że do filmu należy podchodzić z dużą rezerwą i marginesem tolerancji, bo przecież oparte to jest na linii zabawek. Także totalną rozpierduchę, niemożliwe akrobacje i urządzenie służące do likwidacji Słońca ukryte w piramidzie akceptuję i lubię. Jednak co za dużo głupoty to niezdrowo. Miał być luźny odmóżdżacz, ale żeby to co widać na ekranie strawcić do końca trzeba się odmóżdżyć całkowicie. Po prostu stężenie idiotyzmów jakie zaserwowali nam twórcy jest tak przeraźliwie wysokie, że momentami aż niemożliwe do zaakcepotwania. I tak dostajemy terminatora-transformersa w wydaniu hot sex, jest z dupy wzięta teleportacja, mamy małego Decepticona który lubi gwałcić nogę Megan Fox i bezsensowne wycieczki głównych bohaterów po opustoszałym Egipcie. Największym kuriozum jest jednak niebo Autobotów do którego trafia Sam i doznaje robo-objawienia. Dobijają Bliźniaki - umysłowo opóźnione Autoboty, były agent Simmons chwalący się swoimi majtkami, pierdzący spadochronem dziadek Jetfire, ale chyba najbardziej żenujący w tej gromadzie są rodzice Sama, których tak naprawdę w tym filmie nie powinno być. Większość debilizmów na których zdecydowanie za bardzo skupili się scenarzyści przyprawiała salę kinową nie o śmiech, a o zgrzytanie zębów.

Co do dalszych zarzutów. Kamila stwierdziła, że jak na film o robotach zmieniających się w samochody dostaliśmy za mało fajnych samochodów. Przez większą część filmu mamy tylko żółte Camaro i te dwa małe Chevrolety (Beat i Trax). Fajne wyścigowe furki widać trochę w pierwszej scenie w Azji, którą i tak trwa zdecydowanie za krótko! Później tylko wojsko, wojsko, maszyny budowlane i wojsko. Mówiłem wojsko? Samych robotów jest zdecydowanie więcej, ale znowu nie poświęcono im wystarczającej ilości taśmy, by mogły zagrać coś poza mięsem armatnim w finale filmu. Jak dla mnie brakowało całkowicie suspensu. W pierwszej części była jakaś tajemnica, element zaskoczenia, jakaś historia, której finał chcielibyśmy poznać. W dwójce postawiono na ilość wszystkiego, kierując się zasadą "byle dużo" zapomniano, że historia to też ważny element... nawet w filmach dla dzieci, nastolatków i geeków.

Co mogę pochwalić? Głównie te kilka wyczesanych scen akcji, których na mój gust było jednak za mało. Szanghaj i pościg Optimusa za Demolishorem, pojedynek w lesie i walka Bumblebee z Rampagem i Ravagem, gdzie żółty pokazuje, że potrafi coś więcej niż ćwierkać to dla mnie najjaśniejsze momenty tego filmu. Efekty specjalne naprawdę świetne , warto było wydać te kilkanaście złotych właśnie dla tych wszystkich katastrof, dynamizmu i kapitalnej pirotechniki. Świetny był design robotów, momentami żałowałem, że jestem w kinie, a nie oglądam tego z pilotem w ręku i nie mogę sobie cofnąć jakiejś transformacji albo zrobić stop klatki i poprzyglądać się detalom.

Podsumowując: największą wadą "Transformers: Zemsta upadłych" jest to, że tego co dobre (robotów, aut zmieniających się w roboty, robotów zmieniających się w auta i walk robotów) jest zwyczajnie za mało, a tego co nudne, słabe i głupie dali zdecydowanie za dużo. Do jedynki, pewnie jeszcze wrócę, do dwójki już raczej nie.

środa, 17 czerwca 2009

Wojownicy

Zeszłotygodniowy wpis na Niezłym Kinie przypomniał mi, że "zapomniałem" podzielić się wrażeniami po seansie "Wojowników". Od tego czasu minęło już spokojnie kilka tygodni, a film cały czas chodzi mi po głowie, więc może warto coś wystukać. O "Wojownikach" dowiedziałem się od Gonza, przy okazji wpisu "Wytężanie mięśnia popkulturowego", i chwała mu za to. Wcześniej nikt nigdy mi o nich nie wspomniał, nigdzie nie natknąłem się na jakąkolwiek wzmiankę. Dziwne, bo to jedna z tych produkcji, które za oceanem są prawdziwym kultem.

Tytułowi Wojownicy to gang z Coney Island. Wraz z kilkudziesięcioma innymi grupami, zostają wezwani do Bronksu. Zwołał wszystkich Cyrus - nawiedzony zbir z planem zjednoczenia wszystkich przestępców i przejęcia władzy nad Nowym Jorkiem. Nie każdemu się pomysł podoba. Spotkanie zostaje rozbite przez policję, a przywódca zamordowany przez jeden z gangów. Wina spada na Wojowników. Ci muszą przedostać się cało na swoje terytorium, co do zadań łatwych nie należy, gdyż zaczynają polować wszyscy przestępcy w mieście. Chłopaki już na "dzień dobry" zostają osłabieni, bo ginie ich przywódca. Zaczynają się spięcia i walka (może nie tyle fizyczna co raczej próba sił) o przywództwo. Z jednej strony szybki w pięściach Ajax (grany przez Jamesa Remara, jedynego aktora którego kojarzyłem z obsady), z drugiej wyważony i myślący Swan.

Jak można się domyśleć to właśnie Swan doprowadza chłopaków do domu, do ostatecznej konfrontacji z przeciwnikiem. Bo chociaż jest to film o gangach (chuliganach, kryminalistach) to Wojownicy są trochę jakby z innej bajki. Przedstawieni są trochę jak Bogu ducha winnych chłopców z sąsiedztwa. Biją się tylko w samoobronie, a nawet jak już z policją, to ci niebiescy są pokazani jako najgorsze skurczybyki. Próbują przebić się przez Zgniłe Jabłko nikogo nie zaczepiając, nie kradnąc, nie demolując. Kierują się kodeksem dobrego oprycha, a ci którzy go łamią zasady, nie stosują się do planu nie dociągają do mety. Ten film jest pochwałą gangsteryzmu. Bo nie oszukujmy się, Wojownicy na Coney Island nie opowiadają sobie strasznych historyjek przy ognisku, nie wymieniają się komiksami i nie grają w planszówki w osiedlowej świetlicy. To przestępcy od których niejeden przechodzień dostał w zęby, przez których niejedna impreza została rozpieprzona i niejedno mieszkanie czy samochód okradzione. Odniosłem wrażenie, że reżyser, Walter Hill, mówi w swoim obrazie: "Hej, chłopaki! Bycie w gangu jest fajne! Jesteśmy sobie braćmi, pomagamy sobie, nosimy pedalskie kamizelki i nikt nam nie podskoczy, bo kopiemy tyłki! A najlepsze w tym jest to, że uchodzi nam to na sucho!" Myślę, że takie coś by obecnie w kinie w ogóle nie przeszło, no ale robią remake.

Co w tym filmie może się podobać? W zasadzie wszystko. Komiksowa stylistyka (film jest przerywany animowanymi planszami), która jest tym mrugnięciem okiem, daniem sygnału, że nie należy brać tego wszystkiego na serio (ale mimo wszystko...). Masa potyczek, bójek, pościgów, które wyglądają naprawdę efektownie. Zero karate, zero kung fu - zwykłe klepanie się po pyskach i kopanie po zadkach, a frajdy co niemiara. Klimat lat 70tych, muzyka, różnorodność gangów (bejsboliści, wrotkarze, murzyńscy karatecy), sceneria, ewentualne przesłanie (jeżeli ktoś się czegoś takiego będzie chciał doszukiwać) "Wojowników". Na dodatek nakręcone jest to tak, że się łyka bez problemów. Żadnych dłużyzn, żadnej nudy. A co się może nie podobać? Myślę że ta gloryfikacja gangsteryzmu, bo Hill zrobił z przestępców po prostu zwyczajnie fajnych gostków (praktycznie bez wad), a z normalnych ludzi (scena w metrze) nadętych dupków. I polecam, bo film dobry, energetyzujący. Warto obejrzeć.

Autorem pierwszego plakatu jest Tom Whalen, a drugiego Tyler Stout.

wtorek, 2 grudnia 2008

Żółty listopad

Listopad był takim dość żółtym miesiącem, i nie chodzi mi tu o kolor liści, a raczej o kolor filmów, które oglądałem. Seanse z Godzillą spowodowały, że poczułem głód azjatyckich produkcji i łyknąłem kilka pozycji, które czekały na swoją kolej od dłuższego czasu. Olbrzymi procent tego co oglądam i tak nie doczeka się jakiejś konkretnej recenzji, więc teraz będę podsumowywał kolejne miesiące (takie luźne, blogowe przemyślenia).

Zacznę od kina kopanego. Na rozgrzewkę "Draka w Bronksie", przez wielu uważana za produkcję, która otworzyła wrota Hollywoodu Jackie Chanowi. Jackie gra Keunga, policjanta z Hong Kongu, który przyjeżdża do Nowego Jorku na ślub wujka. Facet bardzo szybko wplątuje się w kłopoty. Najpierw naraża się członkom lokalnego gangu, później w jego ręce wpadają diamenty z napadu i oprócz miejscowych obwiesi ścigają go także prawdziwi gangsterzy. Pomaga kalekiemu chłopcu, zakochuje się w seksownej tancerce, robi z siebie głupka i oczywiście kopie tyłki wszystkim, którzy próbują skopać tyłek jemu. Sceny walki jak to w filmach z Chanem są zróżnicowane i na ogół bardzo śmieszne. Raz pierze na kwaśne jabłko złodziei w spożywczaku, innym razem demoluje przeciwnikami ich własną melinę. Dla mnie jednak największą zaletą tego filmu jest ilość świetnych scen kaskaderskich. Nie żeby walki były złe, są ekstra, ale co kaskaderka to kaskaderka. Wszystkie popisy Jackie wykonuje oczywiście sam, bez dublerów, linek, green screenów, asekuracji. I tak po pogoni na wielopoziomowym parkingu mamy ucieczkę z ciężarówki pełnej gumowych piłek, która zaraz po tym jak Keung z niej wyskakuje rozbija się kilka pięter niżej. Zwięczającą sceną tego pościgu jest efektowny przeskok nad zaułkiem do sąsiedniego budynku. W dość długim finale Jackie ściga poduszkowiec trzymając się jedynie trapezu. Wygląda to jakby jechał na nartach wodnych tyle, że bez nart. Jedzie na nogach, tyłu, brzuchu, twarzy. Robi fikołki i wywroty, wszystko przy naprawdę dużej szybkości. Później daje się poduszkowcowi przejechać i zaczyna gonić go pieszo. W końcu unieruchamia go i przy okazji kasuje Lamborghini Countach. Film kończy biegając i skacząc z gipsem na nodze, ale gdyby nie duble z napisów końcowych, nigdy nie byłbym w stanie tego zauważyć.

Drugim filmem z Jackiem był "Przyjemniaczek", trochę nowsza i słabsza od "Draki w Bronksie" produkcja. Jackie jest kucharzem i kręci programy kulinarne. Pewnego razu, wracając ze studia wpada na kobietę gonioną przez gangsterów. Jest to dziennikarka, której udało się nagrać transakcję narkotykową, co nie specjalnie podoba się jej uczestnikom. Jackie pomaga jej i przez przypadek staje się posiadaczem kasety. Gangsterzy dowiadują się o tym znacznie wcześniej, porywają mu dziewczynę no i reszty można się domyśleć. Jest sporo klepania się po pyskach, sporo gonitw, ale chyba tylko jedna wyróżnia się spośród pozostałych. Chodzi mi o tą na placu budowy, gdzie walczą nad włączoną krajzegą, z użyciem betoniarek i szukają się między niebieskimi drzwiami. Wyszło to bardzo zabawnie i oczywiście jest cholernie emocjonujące. Podsumowując, oba filmy trochę głupawe i banalne. Taka niewymagająca rozrywka z kung-fu i sporą dawką śmiechu. Jackie Chan jest szalony, lubi grać ciałem i nie boi się obić sobie tyłka. Te dwie produkcje są idealnym tego przykładem. Głupie miny, potknięcia, śmieszne pozy, masa upadków, ten jego zabawny chód i komiczny bieg. Momentami bardziej przypomina Charlie Chaplina niż faceta, który jest mistrzem sztuk walki.

Z kopania krótka droga do walk na miecze. Którejś niedzieli zebrałem się i obejrzałem "Azumi" i "Azumi 2: Miłość albo śmierć", wydane już jakiś czas temu Anime Gate. Miałem ochotę właśnie na coś samurajskiego i zamiast rzucić się na klasyki Kurosawy wybrałem to. Niby takie sobie, ale muszę przyznać, że oglądając bawiłem się całkiem nieźle. Jest to historia dziewczyny, wychowanej wraz z kilkoma innymi dzieciakami na super skutecznych zabójców (wszystkie ninja Japonii się chowają). Razem mają za zadanie przeszkodzić w wybuchu kolejnej, wyniszczającej kraj wojny, likwidując trzech przeciwników cesarza (w pierwszej części likwiduje dwóch, w drugiej tego który się ostał). Twórcy zaserwowali sporą liczbę głupot, jak chociażby na dzień dobry oddział zabójców musi stać się silniejszy przez likwidację połowy swoich członków. Posłuszne dzieciaki zabijają swoich towarzyszy, z którymi się wychowywały, a później ruszają karnie za swoim mistrzem. Inny przykład to np. spadająca lektyka, która wybucha jakiś metr nad ziemią. Takich fabularnych bubli i technicznych wpadek jest sporo. Efekty jakoś nie powalają, choreografia walk nie zachwyca. Aktorstwo raczej słabe, a główna bohaterka grana przez Aya Ueto jest bezpłciowa do granic możliwości. A jednak ogląda się to z jakąś dziwną przyjemnością. Śmiałem się do łez z naiwności posunięć bohaterów, niedociągnięć twórców, hektolitrów wylanej krwi i kiepskiej szermierki. Jest sporo kuriozalnych postaci wyrwanych żywcem z anime. Sadystyczny, zniewieściały psychopata lubujący się w mordowaniu, banda niedorozwiniętych braci, którzy żyją z rabowania, gwałcenia i mordowania, człowiek-małpa, klan ninja do złudzenia przypominający ten z "Ninja Scroll". Wszyscy na maksa komiksowi, w odjechanych strojach i makijażach. Całość to właśnie taka pokręcona bajka z aktorami, skierowana dla wyrobionego widza, który nie weźmie tego na serio. Widać, że kręcąc bawiono się świetnie, cameo zaliczył Hideo Kojima i sporo tutaj różnych smaczków dla fanów azjatyckiego kina i anime. Szkoda jednak trochę, że nie przełożyło się to jakość filmu. Oba stoją na bardzo podobnym poziomie, dwójka ma lepszy początek, ale znacznie mniej efektowny finał, kręcony chyba na jakiejś opuszczonej żwirowni. Na plus na pewno jeszcze przyjemna muzyczka. Pewnie za dwadzieścia lat będą pojawiały się na listach dobrych crapów. Zdaniem podsumowania: warto poświęcić cztery godziny i obejrzeć, ale lepiej wypożyczyć niż kupić.

Za to shitem pierwszej wody są "Zabójcze i bezlitosne", które włączyłem w jakimś totalnym zaćmieniu umysłu i nie wyłączyłem do końca (pewnie będąc nadal pod jego wpływem). Mogę sobie wyobrazić, że faceci znajdą tą płytę w jakimś koszu z przecenionymi DVD bądź w wypożyczalni i pomyślą: "To musi być zajebisty film!". Zaręczam, nie jest. Mamy trzy zabójcze i bezlitosne, które są zabójczyniami. Jedna jest główną bohaterką, druga jest jędzą, a trzecia jest specjalistką od komputerów, która jest tylko po to, żeby było kogo zabić. Dostają zadanie i już prawie udaje im się je wykonać, ale jędza zdradza koleżanki (zabija tą trzecią, której prawie nie widać, ale w jej miejsce przyprowadza cztery inne zabójcze i bezlitosne, więc nie jest źle) i główna bohaterka musi się mści. (V) na IMDb w tym wypadku oznacza półamatorską produkcję, gdzie wszystko stoi na żałosnym poziomie. O aktorstwie nie ma w ogóle mowy. Dziewczynom niewiele brakuje do patrzenia się w kamerę. Choreografia walk nie istnieje, fabuła praktycznie również. Film ma siedemdziesiąt pięć minut, ale spokojnie mógłby trwać kwadrans albo pozostać tylko trailerem. Nie warto ruszać nawet dla zabójczych i bezlitosnych.

No i na koniec trzy filmy grozy. Na pierwszy ogień "Forbidden Siren", ekranizacja, podobno bardzo kultowej gry, w którą niestety nie miałem przyjemności pograć. Wychodzę z założenia, że film ma dostarczać rozrywki, a horror przy tym jeszcze dodatkowo straszyć. "Forbidden Siren" spełnił oba warunki. Była tajemnica, była dość szybka akcja i był gęsty klimat. Czułem niepokój i strach, a i krzyknąłem sobie nawet na jednej scenie, co mi się zdarza, ale raczej rzadko. To w sumie całkiem niezła rekomendacja dla horroru. Fabuła wydaje się z początku standardowa. Ojciec, rodzeństwo, nowy dom, tajemnicze wydarzenia, duchy. Fajnie nawiązano do historii Roanoke i Mary Celeste dobrze wplątując w scenariusz wątki mitologiczne i historyczne. (a swoją drogą, ciekawi mnie w ilu filmach, serialach, książkach, piosenkach i komiksach nawiązywano do tych wydarzeń?). Oczywiście nie jest to żadne olśnienie jeżeli chodzi o gatunek. Końcowe sceny na syrenie były dość słabe, ale znowu nie na tyle, żeby negatywnie wpłynęły na ocenę. Jeżeli ktoś lubi j-horrory i lubi oglądać je samemu to sądzę, że może nawet być przyjemnie zaskoczony tym filmem.

"Infekcja" wydana w Polsce w kolekcji Asian Terror. Tutaj również wrażenia jak najbardziej na plus, chociaż do czołówki moich ulubionych j-horrorów sporo tytułowi brakuje. Jest chylący się ku upadkowi szpital i seria niezbyt fortunnych dla jego pracowników zdarzeń. Najpierw śmiertelna pomyłka jednego z lekarzy podczas reanimacji pacjenta, a później pozostawione przez sanitariuszy zainfekowane zwłoki, które stają się gwoździem do trumny. Dość trudno mi zakwalifikować jednoznacznie "Infekcję". Jest tam wszystko. Po części to historia o duchach, po części z lekka obrzydliwa komedia ze z niesmacznym gore i sporą ilością przeróżnych obrzydliwości, ale jest również panika i paranoja w stylu "Królestwa" Von Triera. Rozwiązanie może nie jakieś wielce oryginalne, ale zaskoczyło mnie, więc plus. Niestety sporą wadą jest żółwie tempo. Film momentami nużący i to niepotrzebnie przeciągane niektórych scen wybijało z klimatu. Braki w aktorstwie i robiona mąką charakteryzacja też raczej nie potraktuje się jako zaletę. Jednak "Infekcja" to jedna z najoryginalniejszych produkcji jeżeli chodzi o azjatycki horror, jaką miałem przyjemność oglądać, więc warto poświęć półtorej godzinki.

Trzecim filmem będzie koreańska "Cinderella" z 2006 roku. Miała to być horrorowa wersja "Kopciuszka", ale "Kopciuszka" tam tyle co kot napłakał. Cenię sobie koreańskie horrory (czyli głównie dramaty z elementami grozy) głównie za warstwę techniczną. Zawsze świetne zdjęcia, jakaś myśl artystyczna przejawiająca się w kompozycji kolejnych scen i scenografii. Czuć w nich finezję i naprawdę przyjemnie się to ogląda, słucha i wspomina. "Cinderella" jest właśnie taka dość nietypowa, bo nie ma tutaj czym się zachwycać. Jest bardzo przeciętna, przy tym nudna i scenariusz poplątano o kilka razy za dużo. Atmosfera grozy momentami się trafia, ale tych momentów jej zdecydowanie za mało. Fabuły przyznam się szczerze już do końca nie pamiętam. Była bardzo popieprzona matka, która poparzoną córkę trzymała w piwnicy, a porwaną dziewczynkę, od której miała przeszczepić twarz pokochała. W każdym razie nie ma balu, księcia ani dobrej wróżki. Tragedii nie ma, ale raczej nie warto.

Następnym razem thrillery i horrory (amerykańskie), oraz komedie, a także kolejne filmy z Godzillą, samurajskie anime i wiaderko komiksów z Polski i zza granicy (na które opisywanie nigdy nie mam siły). Naprawdę sporo tego.