Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2015

Cockblocker

Pojawia się David Robert Mitchell - facet, którego nikt nie zna i robi coś. czego jak podejrzewam, się nikt nie spodziewał. A może inaczej, czego ja się nie spodziewałem. Typ skręcił horror, który nie dość, że jest inteligentną rozrywką, bawiącą się schematami kina grozy i nawiązującą do najlepszych dzieł gatunku, nie dość, że jest obrazem ładnym pod każdym względem, dobrze zagranym, i zachwycający ścieżką dźwiękową, to jest jeszcze straszny -  kiedy się go ogląda, ale "po" również, bo to tak przy okazji, zostaje w człowieku. Chodzi za nim. 

"Coś za mną chodzi" - o nim dzisiaj kilka słów. 

I   T         F   O   L   L   O   W   S

Wracałem z kina po nocnym seansie sam. Do tego jeszcze wrócę. Było grubo po północy. Pustki to w porównaniu z tym co spotkałem GRUBE słowo. W trakcie prawie piętnastominutowego spaceru do domu nie natknąłem się na żadnego przechodnia, nie minął mnie żaden samochód. Na słuchawkach elektronika z nowego, świeżego soundtracka do "Hotline Miami 2: Wrong Number", czyli czegoś w pewnym stopniu, podobnego do tego co słyszałem na sali kinowej. Dlaczego o tym piszę? Jeżeli ktoś film widział, to wie mniej więcej, jak bardzo przerażający mógł być ten powrót. Myślę, że była kwintesencją wszystkich powrotów po horrorze. Kiedyś wracaliśmy z "Obecności" i zaraz po wyjściu z kina prawie weszliśmy na jadący do nas tyłem wózek inwalidzki (z pasażerem który sobie dawał odpocząć ręką - kino jest w dołku). Tamta sytuacja, była w porównaniu z moim dzisiejszym powrotem... heheszkiem. Cały ten akapit można było pominąć, to tylko taka próba oddania mojego obecnego stanu. 


"Coś za mną chodzi" to jednocześnie obraz niepokojący i elektryzujący. Jeżeli miałbym porównać go z jakimkolwiek innym horrorem, to pierwszym jaki przychodzi na myśl jest "Halloween" Carpetnera. Nie wiem na ile jest to krzywdzące dla filmu Mitchella, na ile mu schlebia, ale jeżeli zaczynam się nad tym zastanawiać, to na myśl przychodzi tylko Gigant John. Nie ma sensu doszukiwać się tutaj podobieństw na gruncie "slasherowym" - chodzi głównie o feel, atmosferę niepewności i ciągłego zagrożenia. Jest intensywnie, bo w każdej scenie filmu - no może poza tymi dziejącymi się w samochodach - czujemy, że za chwilę może nastąpić atak. 

Film był kręcony w Detroit. Nie bez przyczyny o tym wspominam. Może wyolbrzymiam, bo przedmieścia w Stanach zawsze wyglądają tak samo, ale dosyć szybko odczułem, że wszystko w tym filmie umiera. Da się odczuć po zwykłej samochodowej przejażdżce. Panuje dziwna stagnacja. Bohaterowie są uwięzieni, próbują uciec od rzeczywistości umierającego molochu, która czai się za rogiem i zagraża ich egzystencji. Nie jest to clue programu, ale da się odczuć nastrój reżysera. Pokazuje opuszczone dzielnice (dom za domem - każdy popada w ruinę), wspomina 8 Milę, oglądamy Szpital Psychiatryczny Northville (jedna z ważniejszych scen filmu ma w nim miejsce). To funkcjonuje jako tło, ale jednocześnie przygnębiało mnie to cholernie. Nie wiem na ile było to celowe działanie, na ile dzieło przypadku, ale doda to "It Follows" znaczenia na kursach filmoznawczych, a widza łatwiej dosięgnie ponury nastrój.

Taki tytuł notki nie jest bez powodu. Chciałem iść na ten film na randkę, ale mój wybór repertuaru spotkał się z krytyką. Może i dobrze, bo ten film to taki sam cockblocker jak Tobey Maguire w "Spider-Manie". Albo może "Spider-Man" Sama Raimiego? Zabawna sprawa, bo jedna z pierwszych scen dzieje się w Redford Theatre, w tym samym, w którym odbyła się premiera "Evil Dead". 

Przesłanie filmu jest dość jednoznaczne: bądź wstrzemięźliwy, zero przypadkowego seksu - inaczej zostaniesz ukarany! To takie MOCNE rozwinięcie pierwszej zasady slasherów: SEKS=ŚMIERĆ. Tym co pokazał Mitchell odczuwałem też echa "Ringu" Kojiego Suzuki. Samego zamysłu i filozofii autora, który z każdą kolejną przeczytaną książką wydawał mi się większym mizoginem. To "coś" co chodzi za bohaterami, przechodzi z osoby na osobę, jak wirus, choroba weneryczna - podczas stosunku i tylko wtedy osoba, która ją przekazała może czuć się względnie bezpieczna. Podobnie miało się to w przypadku klątwy Sadako, która nota bene, też była swojego rodzaju wirusem, a taśma z nagraniem musiała być skopiowana i pokazana kolejnej osobie - co też zapewniało względne bezpieczeństwo, i co też było tylko częściową prawdą (ale to już temat na kolejną notkę). Także nie ma sensu iść na randkę na ten film - cock block gwarantowany, chyba że mamy do czynienia z jakąś podświadomą samobójczynią - wtedy nawet może warto uciekać gdzie pieprz rośnie.

Wierzę, że wielu ludzi bolała highschoolowa próba rozprawienia się z "upiorem". Z tym, że to też wielkie nawiązanie do tradycji zastawiania pułapek na Boogeymana. A i samo niedopowiedzenie w końcówce - umówmy się, tak nie kończą złe filmy. Nie widzę sensu rozwodzenia się nad tym "co" chodzi za bohaterami. Siła tego tkwi w byciu nienazwanym. Gdyby za tym stała większa wytwórnia, to pewnie za dwa lata moglibyśmy się spodziewać originu direct to dvd. Może to nie nastąpi. 

Podsumowując:

"It Follows" dla wyrobionego odbiorcy będzie ucztą, z której wyniesie emocje, satysfakcje i spełnienie. Wyobrażam sobie, że wielu podeszło do niego sceptycznie, a gdzieś tak w połowie filmu, zamiast wypatrywać wpadek Mitchella, szukali wyłaniającego się z drugiego planu tego który podąża.

Jeden z najlepszych horrorów tej dekady. Pozycja obowiązkowa. Warto obejrzeć w kinie, 

środa, 6 czerwca 2012

Zło jest brzydkie w...

The Backwater Gospel

Dawno nie oglądałem tak dobrze zrealizowanej i strasznej krótkometrażówki. Już sam styl kreski jest niepokojący, a gdy w grę wchodzą cienie to zrobiło mi się naprawdę chłodno. W sumie Grabarz to chyba najmniej zepsuta postać w tej zbieraninie brzydali - twórcy zaprezentowali tak paskudne ryje, że autentycznie ten makabryczny finał cieszył mnie podwójnie. Obejrzyjcie jak już będzie ciemno.


poniedziałek, 7 maja 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #6

 Książka    "Sukkub" autorstwa Edwarda Lee. Horror zawsze będzie gatunkiem najbliższym mojemu sercu, ale szczerze mówiąc... coraz rzadziej mnie ekscytuje. To jest dosyć przykre, jeżeli tylko raz na kilka miesięcy mogę cieszyć się przyzwoitą lekturą z tego gatunku. Brakuje w Polsce współczesnych, dobrze napisanych i interesujących, a jednocześnie brutalnych i krwawych horrorów! Na szczęście pojawił się Edward Lee ze swoim "Sukkubem" - dla mnie objawienie! Nie dość że naprawdę hardcore'owy - i pod względem brutalności, i pod względem wyuzdanego seksu, to jeszcze oldschoolowy (napisana została na początku lat 90tych) - ze świetnie zbudowanym klimatem. Oldschoolowy, bo mamy demona, atrakcyjną kobitkę i uciekających psychopatów. Żadnego postmodernizmu, neogotyku - po prostu czyściuteńki spletterpunk, że aż się micha cieszy. Jest to historia powrotu do miasteczka, które skrywa mroczną tajemnice. Tak jak Gatlin, Salem czy dziesiątki wiosek odwiedzonych przez Mouldera i Scully, tak i Lockwood jest jednym z najlepszych przyczółków dla poprowadzenia trzymającej w napięciu historii. Lee naprawdę daje czadu i pozwala sobie na o wiele więcej niż inni pisarze. Seksualne perwersje Mastertona wydają czasami niewinne w porównaniu z tym co on serwuje. Ale mimo, że książka epatuje przemocą i seksem to jednak nie tylko w tym upatrywać należy jej siły. To porządnie napisany klasyczny horror, gdzie senne mary mieszają się z jawą i czytelnik momentami traci orientację co było już złudzeniem, a co prawdą. Autor ma bardzo przystępny styl, można dopatrywać się podobieństw do Kinga chociażby. Osobiście polecam i daję bardzo dużą rekomendację. Jeżeli lubisz pełnokrwiste horrory to nawet nie zastawaj się nad zakupem! PS. Guru zakochasz się w tej książce (albo i nie, ale od bardzo dawna wiadomo, że się nie znasz!).


Film    "Legenda piekielnego domu" scen. Richard Matheson, a nawet więcej! Ekranizacja jego powieści "Hellhouse", która wg Crusi jest bardzo dobra, a że jej gustowi ufam, to tak musi być. Ja czytałem jedynie prequel. Napisała go do antologii "Jest legendą" Nancy Collins i muszę przyznać, że zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Tak na marginesie, naprawdę warto tą książkę kupić, sporo świetnych opowiadań! Wiedziałem więc czego się mniej więcej spodziewać po filmie i to też dostałem. Solidny, klasyczny i porządnie zagrany ghost story z nawiedzonym domem w roli głównej. Oczywiście to film z początku lat 70tych, gdzie jeszcze nie do końca świadomie operowano kiczem, czasami ze śmiesznym rezultatem. Tutaj takim bękartem jest scena ataku opanowanego przez ducha kota, można się popłakać ze śmiechu. Oprócz kota Salema i śmiesznych min obojga medium (mediów? jak to odmienić?) cały film jest utrzymany w jak najbardziej poważnym klimacie i naprawdę czuć czającą się i pełzającą grozę, jak w "Nawiedzonym domu" Wise'a. Spokojny, stonowany, z kilkoma mocniejszymi jak na tamte standardy scenami. Przyjemny, chociaż zdaję sobie sprawę, że seans wielu może rozczarować.  Strasznie podoba mi się tagline tego plakatu: "For the sake of your sanity, pray it isn't true!"


Jakoś w tygodniu chyba kilka rzeczy, takich okołohorrorowych wpadnie na bloga. Mam nadzieję.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #5

... chociaż tak naprawdę tydzień piąty zaginął.

Na razie mało polecanek. Utknąłem między darciem gęby i wycinaniem bandyckich hord w "Skyrimie", a rozczłonkowywaniem zastępów zombie w zbugowanym "Dead Island". Bawię się tak dobrze, że cała reszta rzeczy, które pochłaniałem była, z nielicznymi wyjątkami, do bani i nawet nie szukałem specjalnie odtrutki, ale kilka fajnych rzeczy się trafiło. 

Film    "Horror Express" z 1972 roku. Straszna ramotka, ale wyjątkowo zabawna i przyjemna na ten specyficzny dla staroci sposób. Niewiele brakuje żeby waliła stęchlizną i grzybem, ale właśnie to "niewiele" odgradza ten film od ton crapu, które powstawało w tamtym okresie i przy którym wytrzymuje się tylko dzięki fanatycznemu oddaniu. Występują same tuzy: Peter Cushing, Christopher Lee i Telly Savalas - ten ostatni w roli lubiącego wypić Kozaka. Fabuła to kosmos. Dosłownie. W pędzącym przez Syberię pociągu ożywa zamrożony człowiek pierwotny, który gotuje pasażerom mózgi swoim świecącym czerwoną żarówką okiem. Okazuje się, że jest... no tego nie zdradzę, ale dzięki temu potrafi posiąść ich wspomnienia i wiedzę. Oprócz niego jest jeszcze grupka Anglików, którzy sobie "sirują" i piją herbatę, a przy okazji przewożą różne dziwne rzeczy, jest też szpieg, które te rzeczy chce ukraść, a także mnich-brat Rasputina, który z gorliwego chrześcijanina zostaje wyznawcą bestii. W końcu są też zombie i wielkie bum na koniec. Oldie but goldie!

Film     "Noc komety" z 1984 roku. Połączenie filmu sci-fi i horroru w konwencji post-apo, a poza tym czysty amerykański camp. Lata 80te wylewają się z każdej klatki. Oglądamy je we fryzurach, ciuchach, słyszymy w dialogach, onelinerach,  kiepściutki scenariusz to kwintesencja tamtych lat - ma to swój niepowtarzalny urok. Główne bohaterki, dwie nastolatki zaraz po zagładzie jedyne o czym myślą to o podrywaniu facetów i zakupach. Na dodatek potrafią pociągnąć serię z uzi, a kiedy trzeba mogą konkretnie komuś przypierdzielić. "Noc komety" w ogólnym rozrachunku trochę śmierdzi, ale jest tam jedna scena grozy, która obejrzana za szczyla śni mi się do tej pory - chodzi konkretnie o spotkanie Sam z policjantami. Dla fanów niedorobioncyh zombiaków i Catherine Mary Stewart (która w tym filmie jest świetna) pozycja obowiązkowa. Mnie się film podobał, ale ja zwyczajnie lubię dobre złe filmy.

Teledysk    Dye "Fantasy" reż. Jérémie Périn. Nie mam pojęcia co to za zespół, ale wypadała to Kamila. Już spory kawał czasu temu, ale sobie o tym przypomniałem i odświeżyłem. Miód na oczy wszystkich miłośników horrorów i pokręconych klimatów. Muzyka też całkiem niezła, chociaż to co mnie całkowicie przyciąga to animacja.


wtorek, 12 października 2010

Weird West

Lata świetności western ma za sobą. Próby reanimacji raczej spalają na panewce i od 1993 roku, kiedy to nakręcono "Tombstone", pojawiły się w kinach może dwa dobre westerny (i w żadnym z nich nie grał Christian Bale). Chyba już się to nie zmieni, wyeksploatowano tutaj wszystko do cna. Pomijam tutaj kapitalne "Deadwood". Po pierwsze produkcja telewizyjna, po drugie HBO wymyka się wszelkim schematom, po trzecie to jednak nie był czystej krwi western. Za to jest cholernie wdzięcznie łączyć ten gatunek z fantastyką - Weird West. Osadzenie horroru czy sci-fi w takiej konwencji ma olbrzymi potencjał i to tylko częściowo odkryty. Jak się zastanowić to takich produkcji jest masa, ale jak odnoszę wrażenie, że filmowcy się bardziej "ślizgają po" niż "zagłębiają w" temat. Niestety. Bo jakie horrory dzieją się na Dzikim Zachodzie? Zazwyczaj jest to któraś z kolei część, gdzie trochę z braku pomysłów, trochę z braku kasy, postanawiają robić prequel. I w ten sposób powstają (po)twory typu: "Od zmierzchu do świtu 3: Córka kata", "Zdjęcia Ginger III: Początek" czy "Wstrząsy 4: Początek legendy". Na tle tej crapfesty fajną opcją wydawał się "Jonah Hex" - miszmasz westernu i horroru w steampunkowym sosie. Liczyłem na taki drugi, mroczniejszy "Bardzo dziki Zachód", którego, mimo wszystkich wad, jestem olbrzymi fanem.

Myślałem, że "Johah Hex" ma wszystko czego potrzebuje ekranizacja komiksu. Charakterystycznych i topowych aktorów, których dobrze się ogląda, reżysera, który zrobił wcześniej dobry film (zresztą też ekranizację), scenarzystów, którzy bądź co bądź czują kino akcji (zrobili przecież "Adrenalinę" ze Stathamem), dobry materiał wyjściowy i bardzo fajnego antagonistę. Myślałem, że era crapowych ekranizacji robionych "na odpierdal" się skończyła i po olbrzymim sukcesie "Mrocznego Rycerza" Warner Bros. będzie stawiać na jakość. Brzydko mówiąc: GÓWNO! Pomyliłem się sromotnie. Pretekstowa fabuła, beznadziejne dialogi i fatalnie poprowadzone wątki wołają o pomstę do nieba. Można odnieść wrażenie, że widzowi nie dane jest zobaczyć tego co najlepsze. Że to co najciekawsze ostatecznie się nie załapało i że oglądam coś jakby... streszczenie (?). Nie wiem nawet jak to nazwać. Wygląda to tak, jakby film był montowany na chybcika. Może w jakimś pijackim amoku? "Jonah Hex" takiej postaci nigdy nie powinien powstać. Już nie chodzi o jakikolwiek szacunek dla oryginału, ale o szacunek dla widza. Za skręcenie tego syfu, przy budżecie 50 mln $, powinni im łapy połamać i nasłać najgorszą mendę ze skarbówki, żeby im przejrzała księgi. Śmiechu warta jest też długość - pomijając (bardzo słabo) animowane napisy początkowe i listę płac dostajemy ledwo co... 70 minut, bardzo zresztą słabego filmu. Niektóre seriale mają dłuższe odcinki specjalne albo finały sezonów.

Zapowiadano mroczny, dojrzały i krwawy film, quasi horror na dodatek, bo Hex potrafi rozmawiać z trupami i z tej umiejętności ma niejeden raz korzystać. I tak jest. Ten wątek, o dziwo, ma największy sens z całej fabuły - Jonah wyciąga informację od trupa i jedzie szukać swojego nemesis - ale jest tego jak na lekarstwo. Drugi pozytyw to Megan Fox. I nie piszę tego na fali hype'u, nie należę bandy napalonych na nią facetów. Tylko w jej przypadku nie odnosiło się wrażenia, że gra z kocim gównem pod nosem. Może to kwestia tego, że jest jej w tym filmie naprawdę mało, może tego, że jest młoda i niedoświadczona jak partnerujący jej aktorzy, a może po prostu jest urodzona do grania w kiepskich filmach? Nie wiem, ale i Brolin, i Malkovich powodowali u mnie, swoimi minami, zbolałym wzrokiem i sileniem się na twardzieli odruchy wymiotne. Aktorstwo leży i kwiczy. "Jonah Hex" to najbardziej żałosna ekranizacja komiksu od czasu popisowego numeru Cage'a - "Ghost Ridera".

Głodny dobrej, westernowej fantastyki, tak trochę w ciemno, wrzuciłem płytkę z "The Burrowers". Ten nakręcony za 9 mln $ horror okazał się idealną odtrutką. To pełną gębą Weird West i na dodatek jeden z najlepszych przedstawicieli tego gatunku, jaki dane mi było obejrzeć. Jest to historia próby odbicia porwanej, rzekomo przez Indian, rodziny. Okazuje się oczywiście, że porywacze to nie czerwonoskórzy, a rasa żyjąca na tych terenach od zawsze, która z braku bizonów przerzuciła się na ludzkie mięso. Nie ma sensu więcej zdradzać. Dostajemy dojrzały i surowy obraz utrzymany w duchu klasycznych westernów - jest męska przyjaźń, oddanie, miłość do kobiety i głupota młodzika. Strzelanie z rewolwerów oczywiście też jest. Do samego końca prawie żadnych fajerwerków, tylko czyste aktorstwo serwowane przez kapitalną obsadę. Clancy Brown, William Mapother (Ethan z "Lost") i jak zawsze genialny Doug Hutchison - tym razem w roli zdrowo pierdolniętego oficera, którzy przyłącza się do poszukiwań i lubuje się w mordowaniu Indian. Główna rola przypadła nieznanemu mi Irlandczykowi, Karlowi Geary - facet naprawdę dobrze zagrał, szkoda że w Hollywood nie potrzebują etatowych Irlandczyków, bo to naprawdę fajny, charakterystyczny aktor.

Mógłbym wychwalać "The Burrowers" przez kilka następnych akapitów, ale wiem, że wielu ten film nie podejdzie. Przede wszystkim tempo akcji jest delikatnie mówiąc powolne. J.T. Petty (jednocześnie reżyser i scenarzysta) pozawala nam się zastanowić nad tym co widzimy. Pozwala wczuć się w tamte realia, gra na emocjach i pokazuje tą brzydką twarz Dzikiego Zachodu, której w filmach z Johnem Waynem nie uświadczycie. Tutaj grupka żołnierzy może wjechać do rezerwatu, złapać pierwszego lepszego Winnetou, torturować go czy zabić. Dziki Zachód oznacza, że każdego Indianina potraktować jak zwierze. Wiem, że to nic nowego, że w podobnym duchu kręcono anty westerny już w latach 60tych, ale fantastykę to raczej ominęło.


I są potwory! Nie nastawiajcie się na coś z mitologii Lovecrafta - podobieństwo tytułu do książki Lumley'a jest przypadkowe. Ja trochę liczyłem właśnie na kretochłony, ale mimo że to nie były one, to zawodu nie ma. Takich filmów mi obecnie brakuje - z mięsistymi, krwawiącymi i jednocześnie lubującymi się w krwi potworami, na myśl o których włosy jeżą się na głowie. Horror amerykański od ponad dekady głównie kuleje, a tu nie dość, że taka, bądź co bądź, oryginalna stylistyka, to jeszcze kurcze oryginalne monstra. Polecam wszystkim, którzy nie boją się czegoś ambitniejszego, a jednocześnie tak głupio rozrywkowego. Bo "The Burrowers" to film o zakopanych pod ziemią, trawionych żywcem ludziach, a takich rzeczy to poważnie brać do końca nie wolno, chociaż morał wybitnie ponadczasowy i jak najbardziej serio - być Amerykaninem to znaczy mieć wszystko w dupie.

W tej chwili najfajniej bawią się westernem Azjaci. "Sukiyaki Western Django" i "Dobry, zły i zakręcony", chociaż trochę od fantastyki jeszcze dzieli, pokazują że to właśnie z tamtej strony należy wypatrywać dobrych produkcji. Poza tym te filmy to czysty fun! Odjechana zabawa konwencją, mieszanie pastiszu z parodią, puszczanie oka i przede wszystkim nie traktowanie widza jak debila. Z rzeczy made in U.S. myślę, że warto czekać na "Cowboys & Aliens". Mam nadzieję że Jon Favreau zrehabilituje się po lekkiej wpadzie z "Iron Manem 2" i zaserwuje nam kapitalną rozrywkę, blockbustera na najwyższym poziomie. Wypatruję również projektu "Mroczna Wieża" - mimo pełnych wad dwóch ostatnich tomów, to jedne z najlepszych przedstawicieli gatunku jakim jest Weird West i jednocześnie jeden z najlepszych hołdów jakie kultura popularna składa westernowi (a zaraz po siedmioksięgu Kinga jest "Powrót do przyszłości III").

poniedziałek, 27 września 2010

Se-Ma-For Festiwal // Scary Puppets (ten najlepszy)

Wczoraj miałem napisać o najfajniejszej krótkometrażówce jaką miałem okazję obejrzeć podczas piątkowego pokazu Scary Puppets na Se-Ma-For Festiwal, ale oczywiście mi zeszło i zapomniałem. Także nadrabiam!


Najlepszym w moich oczach okazał się prawie półgodzinny fiński quasi horror "Elukka" ("Animal"). Jest to historia ojca i syna, którym przyszło żyć we wiosce nawiedzanej każdego wieczoru przez złe moce i atakowanej przez wilkołaka. Po stracie kolejnej owcy ojciec postanawia zapolować na potwora, co kończy się tym, że zostaje przez niego ugryziony. Ta lekarka, którą możecie zobaczyć powyżej to obiekt jego westchnień, ale też i źródło jego dalszych kłopotów. Tej samej nocy, kiedy zostaje on ugryziony, pani doktor potrąca jego syn, który poszedł łapać zbłąkaną owcę. W wyniku pomyłki mózg dziecka zostaje zamieniony z mózgiem zwierzęcia. Te nieoczekiwane przemiany będą źródłem masy zabawnych gagów.

"Animal" to komedio-horror pełną gębą. Mamy oczywiście masę rekwizytów charakterystycznych dla kina grozy. Ciemny las, wilkołaka, dziwną, złowrogą roślinność, a także eksperymenty naukowe, wzięte jakby z chorego snu doktora Frankensteina.

W mojej opinii to także najlepiej animowany film wieczornego pokazu. Większość produkcji ocierała się w znaczny sposób o pełne entuzjazmu amatorstwo. Natomiast ta fińska produkcja to w pełni profesjonalny film, gdzie możemy podziwiać nie tylko płynnie poruszające się i świetne wyglądające lalki (z kapitalną i przezabawną mimiką), ale również i pełne ruchomych elementów dalsze plany. Zresztą najlepiej przekonać się samemu. Tatu Pohjavirta na swoim kanale Vimeo umieścił "Animala", także nic nie stoi na przeszkodzie żebyście w domowym zaciszu zapoznali się z tą kapitalną animacją. Gorąco polecam!


sobota, 25 września 2010

Se-Ma-For Festiwal // Duży Se-Ma-For + Maska + Scary Puppets

W Łodzi, od czwartku do niedzieli, odbywa się pierwszy Se-Ma-For Film Festival. Impreza z okazji 100-lecie filmu lalkowego jest praktycznie w całości poświęcona właśnie tego typu animacji. Kamila wybrała 4 pokazy, ale wszyło, że poszliśmy tylko na 3 (z czego jeden całkowicie inny, niż zamierzaliśmy). Każdy był na swój sposób bardzo dobry i zapewnił dobrej rozrywki.


Pierwszym punktem programu był Duży Se-Ma-For 2, czyli wybór krótkometrażówek skierowanych dla starszego widza (a dokładniej druga część tego wyboru). Otwierająca animacja poddała to jednak w wątpliwość. "Ptak nie ptak" o kanarku, który chciał żyć na wolności, był przynajmniej wg mnie, wybitnie dla dzieci. Ale nie tylko z powodu złego doboru nie przypadł mi do gustu. Był strasznie naiwny, podłożone głosy były bardziej niż drażniące i chyba sam pomysł został kiepsko wykorzystany. "Dowcipy z brodą" tego samego reżysera, Edwarda Sturlisa, były znacznie lepsze. Na całość składało się kilka miniaturek - były zabawne i nawet zaskakujące. Przynajmniej dla mnie te dowcipy brody nie miały. Średnio mi podeszło również "W 10 minut dookoła świata", które przedstawiało typowe scenki z kilku wybranych krajów. Straszny banał, chociaż pomysł i sposób animacji - postaci, przedmioty i dalszy plan wykonane były z literek i figur geometrycznych - robił wrażenie. Reszta animacji wyświetlanych w tym bloku była o wiele lepsza.

"Człowiek i Anioł" o aniele stróżu, który odciągając swojego podopiecznego od kolejnych używek sam im uległ, urzekał zabawnymi lalkami, lekkim humorem i morałem. "Ostrożność" na podstawie Gałczyńskiego to nic innego jak Teatrzyk Zielona Gęś, z twistem i charakterystycznym humorem. "Uwaga diabeł!" to chyba najzabawniejszy z tego zestawu krótki metraż. Wyraźnie podzielony na dwie części, co w sumie można odebrać jako wadę, bo żeby akcja się rozwinęła trzeba chwilę poczekać. W pierwszej połowie mamy pokaz magika, którego z zafascynowaniem obserwuje widownia (tutaj moim zdaniem były najzabawniejsze lalki ze wszystkich oglądanych wczoraj filmach), w drugiej szaleństwa diabełka, którego ów magik powołał do życia. Sporo świetnych pomysłów, zabawne gagi i co najważniejsze - czuć było magię z tej miniatury. Kolejnym bardzo zabawnym dziełem byli "Hydraulicy" - dramat życiowy prosto z PRL-u. Ekipa majstrów próbuje naprawić przeciek, a dewastuje cały blok. "Hydraulicy" przypomnieli mi o genialnym filmie "Pieczone gołąbki" Tadeusza Chmielewskiego. Tu i tu, bumelancka ekipa, która w nosie ma własność innych ludzi, doprowadza swoją "pracą" do kolejnych awarii. Brakowało tylko poety. Najlepszym natomiast filmem na tym pokazie był bezapelacyjnie "Worek". Interesująca animacja, świetne pomysły i cholernie mądry przekaz. To jedna z najbardziej oryginalnych miniaturek robionych metodą poklatkową jaką widziałem. Animowano przedmioty codziennego użytku nadając im czasami niecodzienne role. Podczas walki worka z parasolem śmiała się cała sala. Zawsze po obejrzeniu takich cudeniek mam ochotę kupić zestaw DVD z tymi wszystkimi kapitalnymi animacjami, by cieszyć się nimi kiedy tylko mam ochotę.

Na koniec, bo też jako ostatni leciał, zostawiłem sobie najnowszego "Danny Boya" Marka Skrobeckiego. Historia chłopaka, który wyróżnia się spośród bezmózgiego tłumu, zakochuje się i postanawia dostosować do reszty. Świetna metafora ogłupionego społeczeństwa, niepokojąca i lekko nieprzyjemna atmosfera samotnego i niezwykle smutnego człowieka, podszyta czarnym humorem. No i dobra animacja. Do tego ta ballada zawsze na mnie dziwnie działa i cholernie wzrusza.


Następna w programie była łódzka premiera "Maski" Braci Quay (dwie wcześniejsze były w Londynie i Poznaniu). Zrobiona na zamówienie Instytutu Kultury Polskiej w Londynie i Instytutu Adama Mickiewicza adaptacja prozy Stanisława Lema, kręcona w łódzkim studiu Se-Ma-Fora była najbardziej wymagającym i nieprzyjemnym, a jednocześnie hipnotycznym, wciągającym i intrygującym filmem jaki wczoraj oglądałem. Swoją atmosferą grozy, gęstym klimatem i nieprzystępnymi, obrzydliwymi wręcz lalkami była nawet trochę odpychająca. Surowy głos Magdaleny Cieleckiej, która w teatralny sposób, jakby do taktu, czytała kwestie tylko to potęgował. A jednak nie sposób było się od "Maski" oderwać. A po 25 minutach, gdy seans się zakończył, byłem zadowolony. Mnie się ten film bardzo podobał. To moje drugie spotkanie z twórczością Quay'ów, pierwszy raz miałem z ich pracą do czynienia w filmie "Frida" Julie Taymor, ale o tym dowiedziałem się później tego wieczoru i przed pokazem "Maski" nie wiedziałem czego się spodziewać. Trochę zmieszany byłem lichymi oklaskami. Publiczności chyba się takie ciężkie klimaty nie do końca spodobały, spora ilość osób opuściła salę zaraz po napisach, nie zostając na planowej dyskusji Marcina Giżyckiego, Kuby Mikurdy i Adriany Prodeus dotyczącej Quay'ów i książki - wywiadu rzeki z tymi reżyserami. A akurat ona, dla mnie, totalnego laika w temacie, była cholernie ciekawa i z pewnością wczorajszy wypad na ten festiwal byłby niepełny gdybym ją ominął. Na sali był też prezes wytwórni - Zbigniew Żmudzki, który opowiedział trochę o Quay'ach i "Masce". W sumie też pierwszy raz byłem świadkiem tak rzeczowej rozmowy, całkowicie obeznanych w temacie osób. Nawet w programach telewizyjnych nie spotykam się z równie interesującą, pełną anegdot i informacji dyskusji.

Trzecim i dla mnie chyba najważniejszym, punktem wczorajszego wieczoru był przegląd horrorów lalkowych "Scary Puppets". Oczywiście tutaj też przyszła masa przypadkowych ludzi, która nie wiem czego się spodziewała, chyba kolejnej "Piły". Rozmawiali, śmiali się, dyszeli znudzeni i wpierdzielali śmierdzący popcorn. Na szczęście w czasie przerwy, zdegustowani opuścili salę i na najlepszym filmie wieczoru zostaliśmy bez tych "uniemilaczy". Jak to bywa z horrorami, część prezentowanego materiału była w moim odczuciu crapem, ale jeżeli ktoś się interesuje tym gatunkiem to musi się z tym stykać. I tak nie podobały mi się "Hellraiser" i "Hello, I Am Legend!" - animacje poklatkowe zrobione za pomocą klocków Lego. Twórcy tego pierwszego mieli po 17 lat, także należą im się gratulacje i brawa, ale mnie osobiście to całe odgrywanie filmów za pomocą Lego bawi jedynie w Lego Star Wars. Poza tym oba nie były przystosowane do kinowego wyświetlania i usłyszeć w nich dialogi to była wielka sztuka. Miniaturki z Fangoria TV: "Meeting at the Cementary" i "Hell's Kitchen" były sympatyczne, ale to 10-sekundówki, także nie ma co się nad tym rozwodzić. Zaprezentowano jeszcze dwie animacje tego samego autora. Świąteczne i makabryczne "The Ornament" oraz przewrotne love story "Hanged". O nich można powiedzieć ciut więcej. Były zabawne, dosadne i co najlepsze - utrzymane w stylistyce "Opowieści z krypty".

Były też trzy produkcje prosto z Japonii: "Chainsaw Maid", "Bloody Date" i "The Bath". We wszystkich laleczki były robione z plasteliny. Dwie pierwsze wyszły spod ręki Takena Nagao i chyba spotkały się z największym odzewem ze strony publiczności, a także w porównaniu z innymi prezentowanymi filmami, z burzą braw. Jak zauważyła moja Kamila nie wybijały się oryginalnością, grały na utartych schematach, ale zombie, flaki w stylu "Martwicy mózgu" oraz mimika plastelinowych postaci jest tym co się ludziom podoba. Zresztą mnie również, bo oba uważam w swoim gatunku za zajebiste. "The Bath" to dzieło jednej osoby i trzeba przyznać, że udane. Katsuya Matsuyama opowiedział o facecie, który ma brać kąpiel, z tym że czuje, że coś jest nie tak. Niepokój i paranoja, dość znamienne dla japońskich horrorów, w plastelinowym wydaniu. Wszystkie trzy shorty to gwarantowana kupa śmiechu.

Na sali było trzech reżyserów, których filmy wyświetlano w czasie pokazu: Brytyjczycy Benjamin Oke i Glenn Taunton oraz Włoch Santiago Calonga. Pierwszy prezentowany film Oke'a "Stalker From the Cornfield" był jednym z niewielu stricte horrorów, z czystą atmosferą grozy. I skłamałbym, gdybym powiedział, że mi się nie podobał. Trochę słabiej wypadło jego "Heavens Rejected - Chapeter 2", którego nie dość że nie zrozumiałem, to jakoś mnie swoim klimatem torture-porn trochę wynudziło. Natomiast filmy Calonga i Tauntona ("Mauricy in Insomnia" i "Haunt") mnie nie zachwyciły - ot takie tam niewyróżniające się krótkometrażówki. "Haunt" też blisko było do czystego horroru, ale położono go w moich oczach kradnąc muzykę od Akiry Yamaoki.

Nie podobały mi się dwa filmy. Czeski "Automat" i jedyny polski przedstawiciel w tym przeglądzie "Anunnaki" (który od strony technicznej wypadał chyba najlepiej, to nie urzekł mnie w żaden sposób historia). Intrygująco natomiast zaczynał się "Sunday" - połączenie filmu aktorskiego i animacji poklatkowej właśnie. Niestety banalne zakończenie zabiło w moich oczach tajemniczy początek, który mógłby się przerodzić w świetny horror. Za to przypadł mi do gustu short, który przyszedł aż z Nowej Zelandii. "Innocence" opowiada o dziewczynce, którą napadają do spółki potwory z szafy i spod łóżka. Takie surrealistyczne monster movie w klimatach Tsukamoto.

Znalazły się w zestawie dwie ekranizacje klasyków: Poego i Lovecrafta. Po cichu liczyłem też na jakiegoś kingowego Dollara, chociażby to rosyjskie "Pole bitwy", ale się nie doczekałem. W sumie ciężko nazwać "Concerning Brow Jenkin" za ekranizację opowiadania "Snów z domu wiedźmy" Loviego. To raczej samo przedstawienie postaci Jenkinsa, który wyglądał zresztą identycznie jak ten z wersji Stuarta Gordona. Muszę przyznać Kamili rację, to całkowicie zmarnowany potencjał jeżeli chodzi o tą postać. Za to turecki "Czarny kot" to już adaptacja pełną gębą - do tego najbardziej klimatyczny horror na tym pokazie.

O najlepszym moim zdaniem filmie z pokazu Scary Puppets napiszę jutro. Za to na pocieszenie możecie obśmiać się przy shorcie Nagao:

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Mad science

Eksperymenty naukowe i ich nieprzewidziane skutki były i będą tematem niezliczonych filmów, a ludzie stojący za tymi eksperymentami, niekończącym się przykładem do piętnowania. O ile we "Frankensteinie" z 1910 roku Monstrum stworzono dzięki alchemii, o tyle klasyczny Potwór z "Frankensteina" z 1931 roku, filmu który inspirował dziesiątki kolejnych twórców, był właśnie nieudanym eksperymentem zadufanego w sobie, chorego z ambicji doktora. Z biegiem lat, w głowach tych wszystkich scenarzystów i reżyserów, rodziły się najróżniejsze potwory: gigantyczne mrówki, genetycznie zmodyfikowane rottweilery i pawiany, najróżniejsze hybrydy, w tym te najgorsze, w których użyto ludzkiego DNA. Przykładem jednego z najciekawszych jest "Gatunek" Rogera Donaldsona. Ten, śmiało mogę tak go nazwać, klasyk kina lat 90tych opowiada o pogoni za istotą powstałą w wyniku połączenia ludzkiego DNA z fragmentami przysłanymi z kosmosu. Świetna obsada, charakterystyczny klimat, wizje H.R.Gigera i duża ilość seksu spowodowała, że przez czternaście lat ten film nie miał sobie równych. Aż do teraz, bo twórca "Cube" Vincenzo Natali z pomocą Guillermo del Toro nakręcił "Istotę".

Para ambitnych genetyków: Clive (Adrien Brody) i Elsa (Sarah Polley) stoją na czele zespołu, mającego na celu tworzenie nowego gatunku. Ich sponsorzy chcą uzyskać z nich wysokie zawartości ważnego dla ludzkości związku chemicznego, który zacznie przynosić olbrzymie zyski. Pełni pychy, nadzwyczaj dumnie ze swoich osiągnięć (udało im się stworzyć parkę zupełnie nowego gatunku... szarego czegoś) postanawiają użyć w następnym, oczywiście sekretnym eksperymencie ludzkiego DNA. Tylko, żeby zobaczyć czy się uda, ale oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem. Istota, która miała się nigdy nie narodzić, rośnie zbyt szybko, za wcześnie przychodzi na świat i tak Clive i Elsa zaczynają bawić małego potworka płci żeńskiej. Dren, bo tak się nazwała, rośnie jak na drożdżach i gdy sprawy w laboratorium zaczynają się komplikować, zostaje przeniesiona na opuszczoną farmę rodziny Elsy.

Fabuła przebiega dość typowo. Zachowanie Dren daje znać swoim stwórcom, że igrają z ogniem, jednakże oni zdają się to ignorować. Dochodzi do kolejnych incydentów, podobnie jak we "Frankensteinie" potwór zakochuje się w człowieku i podobnie jak w "Gatunku" zaczyna dążyć do prokreacji. Próbuje uwieść Clive'a. W końcu staje się to na co czeka cała sala kinowa - morderczy finał w leśnej głuszy.


Musze przyznać, że ten film zaskakuje i to na kilku płaszczyznach. Po pierwsze dość mocno zgłębia psychikę głównych bohaterów, a tego się nie spodziewałem. Liczyłem bardziej na film akcji. Nie mamy tutaj tylko schematycznych kostiumów. Natali zbudował bardzo wiarygodne postaci z zakorzenionymi w nich problemami, które przenoszą na grunt zawodowy i relacje z Dren. Po drugie sama Dren... to takie skrzyżowanie niewinności i nieporadności dziecka z czającym się w na skraju lasu drapieżcą. Sama jej osoba i niepewność jej charakteru mocno podnosi napięcie. Ale przyznam się, że do pewnego stopnia budziła moją sympatię. Jest też oczywiście kwestia etyki i odpowiedzialności ponoszonej za zabawę w Boga. Pokazana w zaskakująco nienachalny sposób. Oprócz tego przyjemnie zaskoczyły mnie zwroty akcji. Możecie wierzyć lub nie, "Istota" zafundowała mi kilka razy niezły szok. No i ostatnie zaskoczenie - Brody! Nie trawię tego kolesia, w sumie mniej więcej tak samo jak nie trawię Crowe'a. Ale muszę przyznać, że tutaj mi się zajebiście podobał. Razem z Polley stworzyli świetny i zgrany duet.

Wizualnie, film może się bardzo podobać. Hybryda, w każdej fazie rozwoju wygląda niesamowicie. Trochę się obawiałem nazwiska Del Toro - mimo iż tylko (aż) producent, to jednak jego stwory są bardzo charakterystyczne, ale jednak nie. To co pokazali było, przynajmniej dla mnie, czymś nowym. Film w połowie sporo jednak traci z klimatu przez zmianę scenografii z laboratoryjnej (utrzymanej w kapitalnych zimnych kolorach) na wiejską stodołę. Ratuje trochę sam finał, który dzieje się, jak w starych horrorach, nocą w zimowym, ponurym lesie.


Jeżeli chodzi o mnie to jestem bardzo na tak. "Istota" to po części ukłon w stronę takich produkcji jak wspominany kilka razy "Gatunek". Można spokojnie odebrać ją jako wariację na temat szalonego naukowca, który majstruje monstrum w swoim zamczysku i na końcu musi ponieść okropną karę. Po części to rzecz świeża, odważna, nowoczesna - przystająca do naszych czasów. Na pewno pod płaszczykiem kina rozrywkowego próbuje przemycić o wiele głębsze i ważniejsze treści. Wychodziłem z seansu niezmiernie zadowolony, chociaż wiem, że wielu osobom takie kino nie podejdzie, a nawet i, bądźmy szczerzy, odrzuci. Ja w każdym razie polecam.

piątek, 12 marca 2010

Synowie Martina i samochody

Ramon Gerard Antonio Estevez znany przede wszystkim jako Martin Sheen ma czworo dzieci. Wszystkie poszły w ślady ojca - aktora. Grają, produkują, a nawet i kręcą filmy. Ale tak naprawdę liczą się i są rozpoznawalni tylko dwaj synowie: Charlie i Emilio. Akurat obu przydarzyło się w latach 80tych zagrać w filmach, w których olbrzymią rolę odegrały auta i akurat obie produkcje stały się klasyką kina klasy B tamtej dekady. Wzięło mnie, żeby podzielić się jakimiś luźnymi przemyśleniami na temat tych filmów. Zacznę od starszego syna i od produkcji, którą miałem "przyjemność" niedawno oglądać...

"Maksymalne przyspieszenie" to doskonały przykład, że talent pisarski nie idzie w parze z talentem reżyserskim. Tak się złożyło, że nakręcił go na podstawie jednego ze swoich tekstów Stephen King - pisarz najbliższy mojemu sercu. I nie można tego napisać bardziej delikatnie - ten film jest wybitnie słaby i traktuję go jako jedną z największych porażek Kinga. Motyw maszyn, które obracają się przeciwko ludziom pojawiał się w jego twórczości, był to nawiedzony magiel w opowiadaniu "Magiel" (zekranizowanym przez Tobe Hoopera) i demoniczny Plymouth Fury z powieści "Christine" (zekranizowanej przez mojego ulubionego Johna Carpentera). Tutaj mamy ogólnoświatowy bunt wszelkich urządzeń elektrycznych spowodowany przelatującą w pobliżu Ziemi kometą. I tak: zwodzony most powoduje katastrofę drogową, kosiarka do trawy goni rowerzystę, bankomat zwymyśla faceta, który chce wypłacić pieniądze. Głównych bohaterów, którym przytrafiło się być na stacji benzynowej, odcinają od świata ciężarówki - mordercze, potężne kolosy, które przemierzają Amerykę wzdłuż i w szerz. Początkowo maszyny i ludzie spędzają czas na wzajemnej, wesołej eliminacji. Później okazuje się, że ci słabsi przeżyją tylko jeżeli będą służyć tym silniejszym... nalewając im bez końca benzyny do baków.

Jakkolwiek by się ten pomysł morderczych ciężarówek nie wydawał głupi, to jednak w Stanach te kolosy na kołach są panami dróg. Dobrym przykładem jest chociażby "Konwój" Peckinpaha, gdzie kolumna kilkuset ciężarówek prowadzi "wojnę" z policją z kilku stanów, czy telewizyjny "Pojedynek na szosie" Spielberga. Mimo, iż istnieje tam pewnego rodzaju kult samochodu ciężarowego (wyścigi, wystawy, zlecanie malowania obrazów ze swoimi pojazdami) to jednak wzbudzają one w sporej grupie ludzi lęk. Wydaje mi się, że King doskonale o tym wiedział i dlatego adwersarzami nie zostały np. sedany albo pick upy. O ile jeszcze mogę w miarę sensownie tłumaczyć sobie ten pomysł, o tyle nie potrafię usprawiedliwić Kinga z napisania tak głupiego, dziurawego i nudnego scenariusza do tego filmu. To autentyczny potworek z odmętów lat 80tych ze wszystkim grzechami jakie noszą campowe produkcje tamtych lat: fatalnymi dialogami, przerysowanymi do granic możliwości i irytującymi postaciami, głupimi, momentami irracjonalnymi ich zachowaniami, seksem w warunkach najbardziej nieodpowiednich z możliwych i całą zbrojownią (z wyrzutniami rakiet, granatami i całą kolekcją ciężkich karabinów maszynowych) znajdująca się akurat pod stacją benzynową w zabitym dechami Pcinie Dolnym.

Od strony technicznej "Maksymalne przyspieszenie" to również koszmarek. Po oczach bije fatalne aktorstwo. Emilio Estevez wypowiada swoje kwestie z tak zbolałą miną jakby narobił w gacie, cała reszta drugoligowych aktorów się może i stara, ale ma wrażenie, że nikt nawet nie próbował brać filmu Kinga serio. Pat Hingle, który parę lat później grał komisarza Gordona w filmach o Batmanie, tutaj gra najbardziej szujowatego właściciela stacji jakiego świat widział. Miota się, wszystkim grozi, doprowadza dzieci do płaczu i każde zdanie jakie pada z jego ust jest bardzie głupie od poprzedniego. Oglądałem, słuchałem i zastanawiałem się czy King pisząc, a później robiąc ten film nie był na alkoholowo-narkotycznej fali. O dziwo, jego krótki, otwierający epizodzik bankomatowy jest najlepiej zagranym momentem filmu. Z efekty specjalnymi jest różnie. Pirotechnika i sceny katastrofy są w porządku, ale już zupełnie nie przyłożono się do krwi i efektów gore. Poza tym jak każdy tani sensacyjniak z tego okresu, tak i ten ma sporo błędów i wpadek filmowców. Jeszcze przyjemniej się ogląda!


 Zastanawiałem się kiedyś nad kultowością tej pozycji. Zawdzięcza ją w pewnej mierze osobie Kinga, ale drugą, z pewnością dużo bardziej znaczącą, przyczyną jest to, że AC/DC zrobiło do niej ścieżkę dźwiękową. "Maksymalne przyspieszenie" jest wg mnie oglądalne tylko i wyłącznie dla tego. Gdyby nie te kawałki to każda minuta byłaby męczarnią. Ci Australijczycy grają idealnie dla takiego filmu. Oglądamy gniota, ale seans jest po prostu niezapomniany. Każdy film oglądałoby się lepiej, gdyby AC/DC robiło do niego muzę. Niestety tylko reżyserski debiut Stephena spotkał taki zaszczyć. Myślę, że warto zobaczyć ten film, głównie dla nich. Obowiązkowo z popcornem, piwem i może towarzystwem, które umili te półtorej godziny komentarzami.


Charlie Sheen zanim "pojechał do Wietnamu" popełnił w tym samym czasie (obie produkcje z 1986 roku) zdecydowanie lepszy film. "Widmo" Mike'a Marvina, bo o nim mowa, to taki protoplasta "Szybkich i wściekłych" z wątkiem nadnaturalnym, który najprawdopodobniej zjechał James O'Barr w swoim komiksie "Kruk". Film opowiada historię chłopaka, który wraca z martwych, by wymierzyć sprawiedliwość swoim oprawcom. Z racji tego że wygląda jak młody Charlie Sheen, a nie jak gnijące zombie, udaje mu się romansować z seksbombą Sherilyn Fenn i tym samym podpaść swojemu mordercy, który anektuje sobie prawa do dziewczyny. I tak Widmo dnie spędza na kąpielach, bywaniu w barze szybkiej obsługi, w którym pracuje jego brat i ewentualnym wożeniu crossem poderwanej dziewczyny, a w nocy na wyścigach. Zemsty dokonuje ścigając się superszybkim Turbo Interceptor i powodując kolejne efektowne kraksy. Bo oprawcy głównego bohatera to zmotoryzowany gang, który żyje z nielegalnych wyścigów i wszelkich przestępstw związanych z samochodami. Także nie można zabić ich inaczej.

To naprawdę fajnie napisana, mocno osadzona w amerykańskiej kulturze historia. Są szybkie samochody, ładne dziewczyny, kelnerki na wrotkach, szeryf, rock & roll i grupa punkowych złoczyńców. "Widmo" trochę mi przypomina pod tym względem te wszystkie filmy, w których pokazywano beztroskie życie młodzieży z przedmieści. Ciężko też znaleźć mi drugi film z tego okresu, który byłby podobnym wyrazem amerykańskiej miłości do samochodu. Oprócz prototypowego, futurystycznego Dodge M4S, którym jeździł główny bohater możemy podziwiać kilka świetnych furek - jest: Chevrolet Corvette, Dodge Daytona, Pontiac Firebird i przepiękny, chociaż mocno zajechany Plymouth Barracuda. Sam gang, który jeździ tymi cacuszkami jest mocno charakterystyczny i cholernie zabawny (wydawać by się mogło, że w latach 80tych czarne charaktery i przestępcy byli tylko tacy).

Turbo Interceptor i jego lakier metalic z masą perłową
Aktorzy w dużej mierze wywiązali się bardzo dobrze. Postaci są oczywiście przerysowane, ale też należycie rozwinięte. Główny czarny charakter (Cassavetes) jest odpychający, a jego głupawi kompani... głupawi. W pamięć zapadają chyba najbardziej Skank z przeżartym mózgiem i Rughead (wiejska głowa do wycierania). Sherilyn Fenn w jednej ze swoich pierwszych ról promieniuje urokiem dziewczyny z sąsiedztwa. Jest jednocześnie cholernie seksi, a przy tym niewinna. I chociaż nie popisuje się talentem aktorskim, to jednak jej występ zapada w pamięć na długo. Z tego co pamiętam sam Sheen jakoś wybitnie nie zagrał. Sztywny, milczący i mało charyzmatyczny. Wygląda jakby myślami był już przy swoim kolejnym filmie, co zresztą jest najprawdopodobniej prawdą, bo nawet do końca nie grał - pojechał na plan zdjęciowy "Plutonu" (zatrudniono innego aktora, który grał w retrospekcji sceny śmierci tym samym "tłumacząc" dlaczego nikt go po powrocie nie poznał [legenda głosi, ze wg scenariusza siła, która przywróciła Jake'a do życia spowodowała również, że nikt nie pamiętał jak on wyglądał, ale jaka jest prawda nie wiem]). Cieszy mała i dość zabawna rólka Randy'ego Quaida, który wcielił się tępiącego wyścigi w szeryfa. A ma co tępić. Te wszystkie wspaniałe maszyny, które wymieniłem wcześniej można podziwiać przede wszystkim właśnie, podczas świetnie nakręconych, dynamicznych wyścigów. W 1986 roku obyło się bez teledyskowego montażu i podrasowania całości komputerem, chociaż tak niebezpieczne kręcenie kosztowało życie jednego z filmowców. W każdej takiej scenie czuć szybkość i moc silników, a oko cieszą kolejne ujęcia kamery. Oprócz tego, że był świetnie nakręcony to okraszono go dobrymi efektami komputerowymi (sekwencja otwierająca film) i muzyką, jaką można było usłyszeć w filmie tylko w tamtej dekadzie. Poniżej mała próbka.



Dla mnie "Widmo" to mocno niedoceniony przez wielu klasyk. Często mówi się o nim tylko w kontekście tego kosmicznego Interceptora, zapominając, że to również świetna historia. Oczywiście nie jest to film idealny. Kuleją dialogi (chociaż zdarzają się bezbłędne hasła), a aktorstwo i klimat jest bardzo charakterystyczny dla kina klasy B tamtych lat - trzeba po prostu to lubić. Według mnie, każdy fan produkcji z lat 80tych powinien ten seans mieć odhaczony. Osobiście zemsta, której dokonuje Widmo, podoba mi się zdecydowanie bardziej niż ta, dużo bardziej znanego Erica Dravena. Jest może i mniej dojrzała, bardziej popowa..., ale tym samym zdecydowanie mniej pretensjonalna i ckliwa niż ta krucza. Klimat, tak jakby, bardziej "mój". Jest strzelanie, są wybuchy i pojedynki na szosach - czego chcieć więcej?

I "Kruk" nie miał takiego wyczesanego teledysku promującego film.

czwartek, 10 grudnia 2009

Żółta jesień

Parę miesięcy temu, natrafiałem na różnych stronach na wywiad z Quentinem Tarantino, w którym, przy okazji promocji "Death Proof", opowiadał o 20 najlepszych filmach jakie powstały w ciągu ostatnich 17 lat (od 1992, czyli momentu kiedy nakręcił "Wściekłe psy"). To, że Quentin ma specyficzny gust można odczuć oglądając filmy które wyreżyserował, napisał, wystąpił i na które wyłożył pieniądze. Z tą dwudziestką nie jest inaczej. Przewija się parę naprawdę świetnych obrazów, które uwielbiam i do których wracałem kilkakrotnie. Kilku nie znałem, dodałem sobie do listy "do nadrobienia" i akurat tak się złożyło, że tej jesieni obejrzałem trzy: "Gra wstępna", "Zagadka zbrodni" i "Joint Security Area". I muszę się z Tarantino zgodzić, wszystkie są jak najbardziej godne polecenia.



Na pierwszy ogień poszła "Gra wstępna" Takashiego Miike. Na wstępie pochwalę osobę, która zafundowała nam tytuł. Ten polski jest świetny i co się chyba nigdy nie zdarza... jest lepszy od oryginalnego. Ale do rzeczy. Miike to prawdziwy tytan pracy. Facet się nie opieprza, kręci kilka filmów rocznie. Większość jest moim zdaniem średnia, ale w tej olbrzymiej filmografii znajdzie się kilka bardzo dobrych, albo nawet wybitnych, filmów. "Gra wstępna" łapie się właśnie do tej ostatniej grupy. Jest to historia Shigehariego Aoyamy - faceta, któremu umiera żona i po dekadzie samotnego wychowywania syna, postanawia zmienić stan cywilny. Z pomocą przychodzi przyjaciel - producent filmowy. Postanawiają zorganizować lewy casting i wśród kandydatek do filmu znaleźć najbardziej odpowiednią kobietę na wybrankę serca. Uwagę Aoyamy przykuwa urodziwa była baletnica Asami. Umawia się z nią, randkuje i w końcu zabiera na romantyczny weekend, podczas którego lądują w łóżku. W tym momencie kończy się sielanka. Asami znika, a zakochany Shigeharu rusza na poszukiwania. I trafia w sam środek koszmaru, który kończy się makabrycznie w jego salonie.

"Gra wstępna" to nie jest jeden z tych głupawych filmów, których Miike poczynił przez lata. Nie ma gangów, cyborgów yakuzy, szalonych mafiozów. To historia zwykłego, korpulentnego faceta, który szukał bliskości i ciepła. Film przeraża swoim realizmem, prawdopodobieństwem, że taka sytuacja, może przytrafić się każdemu. Tobie albo twojemu znajomemu, który szuka dziewczyn przez portal randkowy. Poraża mnie myśl, że nieśmiała i na pozór niewinna dziewczyna, którą oglądamy na przesłuchaniu, może być w rzeczywistości sadystyczną bestią, rozkoszującą się maltretowaniem innych i zadawaniu cierpienia. Jest coś, co nie pozwala nie odebrać "Gry wstępnej" na serio. Przemoc jest tam do bólu autentyczna, a aktorzy cholernie przekonywujący. Uczucia Aoyamy wydają się jak najbardziej szczere i niewinne, także podczas tego ostatniego, niezbyt miłego spotkania z Asami czułem olbrzymi żal i smutek. Miike zawarł sporo charakterystycznych dla siebie elementów. Oprócz makabrycznych i krwawych tortur, prowadzi poprzez sny swoją grę z widzem. "Faza w fazie", gdzie nie wiadomo co jest prawdą, a co wytworem majaczącego umysłu i nawet brutalnie prosta historia staje się nie do końca jasna. Oczywiście nie jest to film idealny. Ogląda się go dosyć ciężko, ze względu na ślimacze wręcz tempo. Historia toczy się powoli, niespiesznie. Reżyser pozwala nawet na to, żeby widz się momentami ponudził. Ale ostatecznie uderza z siłą huraganu i pozostawia z uczuciem zadowolenia i dziesiątkami kłębiących się w głowie myśli.

Drugim "żółtym" filmem, który łyknąłem z olbrzymią przyjemnością była koreańska "Zagadka zbrodni" Joon-ho Bonga (reżysera kapitalnego "The Host") - thriller kryminalny z grającym na nosie policji seryjnym mordercą. Przemysł filmowy Korei Południowej nie przestaje mnie zadziwiać. Z każdym kolejnym filmem dochodzi do mnie, że to właśnie tam powstają najciekawsze produkcje. Koniec lat 80tych, małym miasteczkiem wstrząsa fala morderstw o podłożu seksualnym. Miejscowa policja dostaje wsparcie w postaci młodego inspektora ze stolicy. Mimo ich usilnych starań, zatrzymywania kolejnych podejrzanych, przesłuchiwania co rusz to nowych świadków i wprowadzania nowych metod śledczych, morderstwa cały czas się powtarzają, a sprawca pozostaje nieuchwytny. Podwalinami dla fabuły ma być historia prawdziwego seryjnego mordercy - pierwszego, który sterroryzował Koreę Południową. Na tle tych wydarzeń Bong pokazuje jednak nie tylko policyjną robotę. W pewnym momencie na pierwszy plan wychodzi starcie starego z nowym. Dramat młodego, pełnego ideałów inspektora, skonfrontowanego z działającym od lat, chorym systemem małej komendy. Na porządku dziennym jest wymuszanie zeznań, bicie i tortury czy podkładanie dowodów. Nie liczą się ludzie, rzetelność, sprawiedliwość czy możliwe, przyszłe ofiar. Ważny jest wynik i zdjęcie w lokalnej gazecie. Maluje się smutny obraz głupoty i krótkowzroczności, który spokojnie można byłoby przełożyć na nasze polskie, peerelowskie realia.


Wydaje się, że gatunek całkowicie wyeksploatowany, wałkowany tysiąc razy w kinie i telewizji, a jednak film Bonga jest cholernie świeży, niesamowicie inteligentny i przede wszystkim niepodobny do niczego co dane mi było obejrzeć. Słuchając jak Tarantino mówi, że jest to najbardziej interesujący i złożony film na jego liście, nawet przez głowę mi nie przeszło, że będzie w tym tyle prawdy. Zostałem cholernie pozytywnie zaskoczony. "Zagadka zbrodni", oprócz historii którą napisało życie, ma diabelnie dobry scenariusz, masę napięcia, odrobinę humoru, akcję i świetne postaci. Burackiego detektywa fenomenalnie zagrał Kang-ho Song, jeden z moich ulubionych koreańskich aktorów. Partneruje, a może raczej stawia, mu się Sang-kyung Kim. Z przyjemnością oglądałem pojedynek tych dwóch charyzmatycznych, świetnie wykreowanych bohaterów. Niesamowicie wciągający, momentami w swoim oddziaływaniu dołujący kawał porządnego kina. Nieśmiało snuję sobie przypuszczenia, że sam mistrz thrillera - David Fincher, przygotowując się do "Zodiaca" mógł szukać inspiracji u Bonga. Jeden z najlepszych filmów jakie widziałem tego roku (jak nie w ciągu ostatnich... 17 lat).

Ostatnim, o którym napiszę kilka zdań, jest "Joint Security Area" - dramat polityczny, jednego z najbardziej znanych w tej chwili koreańskich reżyserów, Chan-wook Parka. Zaskoczył mnie mocno tym filmem i udowodnił, że jest twórcą wszechstronnym, czującym się dobrze w szalonej komedii, kinie ekstremalnym jak również w bardziej stonowanych i poważnych klimatach. W strefie zdemilitaryzowanej oddzielającej Koreę Północną od Południowej, zamordowano dwóch żołnierzy z północy. Groźba konfliktu staje się jak najbardziej realna i wszyscy mają wrażenie, że siedzą na beczce prochu. Przybywa niezależna śledcza, która ma rozwiązać sprawę, ale obie strony utrudniają poznanie prawdy. Pani major Jean stopniowo odkrywa kolejne części układanki, porównuje zeznania, obala teorie i demaskuje kłamstwa. Obraz całości jaki się przed nią rysuje jest jednak dość nieoczekiwany - otóż żołnierze, którzy brali udział w incydencie, mimo wpojonej do siebie nienawiści byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni. Więc co się stało feralnej nocy?

Na ostateczne rozwiązanie zagadki trzeba poczekać do końca filmu, ale dość łatwo je przewidzieć, bo tak naprawdę to nie jest to w tym wszystkim najważniejsze. Początkowo byłem trochę rozdrażniony słabym tempem akcji i średnią intrygą. Gdy już całkowicie wsiąkłem w klimat, z irytacją oglądałem finałową strzelaninę i czekałem na chociaż jedną, wspominkową scenę z nocnych spotkań. Park nakręcił film o poczuciu winy i przyjaźni, która teoretycznie, nie mogła mieć miejsca, bo zabrania jej nie tylko regulamin wojskowy, ale również wpajany od dzieciństwa światopogląd. A jednak. Po obu stronach granicy żyje ten sam naród i okazuje się, że tych żołnierzy niewiele różni. Czują się w swoim towarzystwie nawet lepiej niż ze swoimi rodakami. Nie jest oczywiście cukierkowo. Bohaterom towarzyszy niepewność, napięcie i czujność. Wydaje mi się, że z perspektywy Europejczyka i tak nie jestem w w stanie w pełni wszystkiego zrozumieć. Mimo to, czerpałem z seansu dużo przyjemności, większość zachowań była dla mnie czytelna, no i sporo się o Korei dowiedziałem. Jeżeli kogoś zainteresował "Phenian" Guy'a Delisle'a, bądź wojenne "Braterstwo broni" to myślę, że "Joint Security Area" zaspokoi głód wiedzy.

Polecam wszystkie trzy. Chociaż gatunkowo bardzo się różnią mają sporo wspólnego: są porządnie zrealizowanymi, dobrze zagranymi, inteligentnymi produkcjami. Z listy Tarantino zostało mi sześć filmów i byłoby super, gdyby chociaż w połowie dorównywały "Grze wstępnej", "Zagadce zbrodni" i "Joint Security Area" poziomem.

sobota, 31 października 2009

Jedenaście najbardziej ulubionych strasznych filmów


Prawie załapałem się na Halloween, prawie. Wrzucam z datą wczorajszą (czyli 31 października), bo wpis wybitnie pod to święto. Nie będzie to lista najlepszych, najstraszniejszych czy najbardziej przełomowych horrorów wszech czasów, chociaż część z tych pozycji spokojnie mogłaby figurować na takich listach. Będzie jedenaście filmów grozy, które po prostu uwielbiam. Bałem się na nich, czasami śmiałem (bo śmiech to nieodzowny element tego gatunku), ale przede wszystkim dobrze bawiłem.

11.) "Krwawa uczta" ("Feast", 2005). Jeżeli miałbym określić ten film trzema przymiotnikami to prawdopodobnie: krwawy, zabawny i obrzydliwy, byłby najbardziej trafne. To jeden z tych filmów, które próbują kultywować tradycje "Martwicy mózgu" czy "Martwego zła". Zdaje sobie sprawę, że te produkcje dzieli tak bardzo dużo, że akurat te klasyki to święta rzecz, i że dla wielu porównywanie ich do tej produkcji zakrawa na herezję. Ale co zrobię, lubię "Krwawą ucztę", lubię ją chyba bardziej niż dzieła Cravena i Jacksona. Oglądałem ją kilka razy i za każdym razem bawię się fantastycznie. Prosty, wulgarny humor, spora ilość wylanej juchy, potwory, Henry Rollins, ładne dziewczyny i cameo Jasona Mewesa - czego chcieć więcej od komedio-horroru? Ogląda się to świetnie. Postaci nie dość, że unikatowo i humorystycznie przedstawione, to potrafią zaskoczyć, a trudna do przewidzenia kolejność ich uśmiercania potęguje wesołą głupawkę jaka ogarnia w zasadzie od pierwszych minut. Szkoda, że pan John Gulager dał, brzydko mówiąc, dupy przy kręceniu dwóch kolejnych części i stworzył niestrawne potworki. Z pewnością zabrakło bata w postaci producentów, którzy czuwaliby nad całością. "Krwawa uczta" to jeden z najlepszych amerykańskich, oryginalnych (czyt. nie będących remakiem, rebootem albo sequelem) horrorów ostatnich lat, który wg mnie pozytywnie wyróżnia na tle całych ton chłamu.

10.) "Świt żywych trupów" ("Dawn of the Dead", 2004). Moim zdaniem to jeden z najlepszych remake'ów. Co więcej, zalicza się on do tej grupy, w której remake przebił oryginał. Za to się pewnie posypią na mnie gromy, ale Romero to nudziarz. Kręcił klimatyczne kawałki, ale używał żywe trupy jako metafory, próbował pokazywać problemy dręczące społeczeństwo, ale do mnie to do końca nie trafia. Za to Zack Snyder, gościu którego teraz się kocha albo nienawidzi za ekranizacje "Strażników" i "300", wpuścił sporo świeżości w temat zombie i stworzył kapitalnie rozrywkowy horror. Jego film jest dynamiczny, cholernie ostry i porządnie trzyma w napięciu, a świetnie zarysowane postaci dopełniają całości. Może i można wymieniać dziesiątki bardziej klimatycznych filmów z zombie, ale od czasu "Powrotu żywych trupów" nie było takiego, na którym można się było lepiej bawić. Jak dla mnie, to w filmach z żywymi trupami chodzi właśnie o zabawę, a Snyder to doskonale rozumie. Jest tam wszystko: akcja, dramat, wątek miłosny, szaleństwo, sporo humoru, wesołe korzystanie z uroków centrum handlowego, rzeźnia, a nawet zombie wyglądający jak Burt Raynolds.

9.) "O miłości i śmierci" ("Dellamorte Dellamore", 1994). Nie jestem miłośnikiem włoskich horrorów. Albo do nich nie dorosłem, albo co bardziej prawdopodobne, nigdy nie dorosnę. "O miłości i o śmierci" to wyjątek. Love story z zombie w tle. Ten film jest wybuchową mieszanką kiczu. Niejednoznaczny, przerysowany, podany momentami w bardziej artystycznej formie, może zostać spokojnie uznany przez jednych za arcydzieło, a drugich za głupkowaty bubel. To całkowicie pokręcony kawał kina. Oglądając go miałem wrażenie, że utrwalono na celuloidzie czyjś chory, pokręcony, makabryczny sen. Tutaj martwi zmartwychwstają po tygodniu, a obowiązkiem grabarza jest odsyłanie ich z powrotem. Prawdziwa miłość odradza się w coraz bardziej zaskakujących formach i z coraz bardziej zaskakującymi... dziwactwami, a Anioł Śmierci zachęca głównego bohatera do mordowania przypadkowych ludzi. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem, bo w tym filmie o to nie trudno. Kapitalną kreację stworzył Rupert Everett, ale Anna Falchi, w roli miłości jego życia powoduje, że ciężko pozbyć zapomnieć o tej produkcji. Warto ten film obejrzeć właśnie dla tego duetu. Scena objawienia to chyba najpiękniejsza i najbardziej plastyczna wizja Śmierci jaką widziałem. Szalony i mocno popierdzielony horror. Do tego wesoły, zabawny i na swój sposób... piękny. Piękny film z zombie, kto by pomyślał.

8.) "Puls" ("Kairo", 2001). Kiyoshi Kurosawa to jeden z najciekawszych japońskich twórców z tych robiących w filmach grozy. Krótki przegląd jego twórczości można przeczytać na blogu Guru, także chętnych odsyłam. "Puls" to cholernie nastrojowy i autentycznie dołujący horror. Nie tylko straszy czymś strasznym (a straszy, przynajmniej w moim przypadku dość dobrze), ale również przeraża czymś co obecnych czasach staje się powoli normą - samotnością i wyobcowaniem w tłumie. Nie jest to na pewno kino rozrywkowe. Akcja toczy się nieśpiesznie, momentami, zwalnia niesamowicie, przez co sporo ludzi, narzeka na nudę. Czarny PR zrobił również kiepski amerykański remake i jego porażająco gówniane sequele (autentycznie, jedne z najgorszych filmów jakie wydano ostatnimi laty [gorsze filmy Uwe Bolla przy nich błyszczą]). Finał, który zafundował reżyser zostawia swój ślad w sercu i pamięci na bardzo długi czas. "Kario" to film grający ostro na emocjach i uczuciach. Człowiek potrafi po seansie być zdołowany jak bohaterowie tego obrazu. Świetne, ale również wymagające kino.

7.) "Halloween" (1978). Po prostu uwielbiam, a z racji tego uwielbienia to i całą serię uważam za lepszą od wszystkich pozostałych horrorowych tasiemców. Ale tylko część pierwsza to przysłowiowy diament w stosie łajna jakim są slashery końcówki lat 70tych i 80tych. Posłużę się fragmentami posta z marca tego roku: "Atmosfera, którą udało się Carpenterowi uzyskać jest niepowtarzalna. To jeden z tych filmów, gdzie napięcie podczas pierwszego seansu mnie wręcz elektryzowało (a przy każdym następnym było jedynie niewiele słabsze). Surowy, klimatyczny, z bardzo mocno oddziałującą muzyką - uwielbiam myśleć, że nie zestarzał się w ogóle w przeciągu tych 30 lat. (...) Miał powstać slasher o mordowaniu opiekunek, a że projekt trafił w łapy Johna.... Facetowi się po prostu chciało i wyszło małe arcydzieło, chociaż w czasie gdy powstawał nikt nie czuł, że zrobią coś dobrego. Ten film to chyba marzenie każdego filmowca - zrobić przy śmiesznych środkach dzieło kultowe". Coraz bardziej dochodzi do mnie jak ważny jest to film dla gatunku i darzę go coraz większym szacunkiem.

6.) "Szczęki" ("Jaws", 1975). Kult. "Szczęki" straszyły, a jednocześnie fascynowały mnie już od dzieciństwa. Obejrzałem je chyba w wieku 8 lat i pewnie jak większość dzieciaków miałem później problem z wejściem do morza, chociaż wakacje nad Bałtykiem spędzałem dopiero następnego roku. W chwili obecnej, po niezliczonej ilości seansów na wideo i w telewizji, nadal czerpię olbrzymią przyjemność z każdej minuty tego kapitalnego animal attack. "Szczęki" od ponad 30 lat, z niezmienną siłą oddziałują na wyobraźnię i podejrzewam, że straszą tak samo mocno jak w dniu premiery. Od strony technicznej to majstersztyk. Efekty specjalne uderzają realizmem, a podobnym klimatem nie może pochwalić się już chyba żaden film z tego podgatunku. Kiedyś wyczytałem, że kultowość w pewnym stopniu mierzy się ilościom filmów nawiązujących, hołdujących czy nawet parodiujących dane dzieło. Sama motyw muzyczny, który słyszymy przed atakiem rekina był odgrywany dziesiątki, jak i nie setki razy. To samo ze sceną z pokazywaniem blizn czy ta z pojawieniem się Quinta. Ich echa możemy odnaleźć w dziesiątkach filmów. Wiele scen wyryło się na stałe w pamięci całym pokoleniom. Dla mnie taki koronny moment, to ten w którym rekin pojawia się za Brodym i połyka rzucaną przez niego przynętę. Jeżeli tworzyłbym kiedyś listę scen, na których posrałem zbroję, ta byłaby w ścisłej czołówce. Można narzekać na obecne filmy Stevena Spielberga, ale "Szczęki" to arcydzieło gatunku.

5.) "W paszczy szaleństwa" ("In the Mouth of Madness", 1995). Uwielbiam filmy Johna Carpentera, nawet te słabsze (ale nie te najsłabsze). Ten facet potrafi stworzyć niepowtarzalny klimat i prowadzić z widzem subtelną grę. Utrzymywać w niepewności, podsycać ciekawość i nagle zagrać mocną, krwawą kartą. "W paszczy szaleństwa" z fantastycznym Samem Neillem, to jego ostatni dobry film. Późniejsze jego produkcje nie były już warte wspomnienia. Wiele osób nazywa "W paszczy szaleństwa" obrazem, w którym King spotyka się z Lovecraftem i chociaż nie do końca zgadzam się z takim stwierdzeniem to trzeba przyznać, że jest w nim jakieś ziarno prawdy. Od Samotnika z Providence podebrano potężne istoty, które czyhają na przejście do naszego świata, sposób na ich przywołanie kojarzy mi się z prozą H.P.L.a i oczywiście postać Trenta. Facet prowadzi śledztwo i po pada w obłęd z powodu tego, czego był świadkiem. Szaleństwo jest znamienne dla bohaterów opowiadań Lovecrafta. Film jest straszny, a co najlepsze z biegiem lat nic z tego nie traci. Ma swój niepowtarzalny charakter, klimat i oczywiście swoje wady, ale idealnie się z tym wszystkim wstrzeliwuje w moje gusta.

4.) "Nieodebrane połączenie" ("Chakushin ari", 2003). Japonia nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, tak samo jak twórczość Takashiego Miike. Gościu jest absolutną maszynką do robienia filmów. Kręci kilka obrazów rocznie, a większość, dla osoby nie będącej fanatykiem jego twórczości, jest niestrawna. Bardziej komercyjne "Nieodebrane połączenie" to wynik jego romansu z nowoczesnym ghost story w stylistyce j-horrorów nowej fali. Idę o zakład, że wiele osób nawet nie będzie próbowało mnie zrozumieć, a obecność tej pozycji na liście będzie dla nich wielce zagadkowa. Postaram się jak tylko mogę rozjaśnić sytuację. Oglądałem go jakoś na początku mojej przygody z azjatyckim kinem grozy, czyli gdzieś tak na początku studiów, i do końca życia go nie zapomnę. Ten film mnie przeraził! Jest kilka scen, które jeżą mi włosy na głowie i przyprawiają o palpitację serca. Jednakże nie potrafię napisać niczego co oddałoby w pełni to co czuję gdy go oglądam. Na każdym seansie pocę się jak mysz i funduję sobie pełną koszmarów noc. Miike, mimo iż tworzył film rozrywkowy, nie spłycił go i dał coś od siebie. Dzięki temu dostaliśmy horror wyróżniający się dość mocno na swoim poletku (chociażby kapitalną sceną telewizyjnych egzorcyzmów i niejednoznacznym zakończeniem). Dodatkowo "One Missed Call" porusza się w tematyce, którą wyjątkowo lubię. Można powiedzieć, że zderzenie świata duchowego i technologii, jest bliska mojemu sercu. Poza tym, uwielbiam jak duchy są złe i mimo prób ich przebłagania takie pozostają. Chyba dlatego właśnie przepadam za japońskimi horrorami. Smak po tym świetnym filmie psuje część druga i trzecia oraz tragicznie słaby amerykański remake.

3.) "Obcy - decydujące starcie" ("Aliens", 1986). Jest ktoś na sali, kto nie lubi tetralogii o Xenomorphach? "Aliens" po trochu jest tutaj jako reprezentant serii, ale jest to również część do której najchętniej i najczęściej wracam. Przestałem się na nim bać już jakiś czas temu, ale wspomnienia i uczucie nostalgii pozostały. Jest niezaprzeczalnie straszny, jest arcydziełem kina "akcji łamane na science fiction" i jednocześnie należy do moich ulubionych filmów wszech czasów, to musiał się tu znaleźć. Co tu dużo pisać? Potrafi w sekundę podnieść ciśnienie, zelektryzować do tego stopnia, że człowiek nie wiadomo kiedy przepocił koszulkę, ale dzięki zabawnym postaciom jest pełen luzu. W tym wszystkim jest przede wszystkim kozacki. Cameron stworzył film, który wygląda absolutnie fantastycznie i tak też działa na widza. Sprzedaj się cały, w 100% swojej komiksowej duszy. Jest dopracowany w każdym szczególe i po 23 latach od premiery nadal zachwyca. Można się spuszczać nad efektami, dekoracjami, grą aktorską, zdjęciami, świetnie nakreślonymi postaciami. Ten film jest tego wart!

2.) "Lśnienie" ("The Shining", 1980). To film, do którego uwielbienie kosztowałoby mnie życie, nie żartuję. Był okres, że wśród fanatycznych miłośników Stephena Kinga byłem w porażającej mniejszości jeżeli chodzi o ekranizację powieści "Lśnienie". Dla sporej grupy moich przyjaciół film Kubricka jest absolutną profanacją powieści i jest przy wszystkich możliwych okazjach gnojony. Nie pozostawałem dłużny i jechałem po tej szmirze Garrisa jak na ślepej świni. Któregoś razu, po jakiejś ostrej sprzeczce, prawie się z Mando nie zabiliśmy, bijąc się o to które "Lśnienie" jest lepsze. Brakowało, olaboga, kilku centymetrów. Epitafium brzmiałoby: "Umarł za Kubricka"... (hehe). Wydaje mi się, że ta anegdota wystarczyłaby za jakąś tam oględną argumentację tego punktu, ale... Nie byłbym sobą, gdyby czegoś nie dodał. "Lśnienie" Kubricka należy do chlubnych wyjątków historii ekranizacji powieści fantastycznych. Ten film przerósł oryginał. Jest bardziej przerażający i pozostawia po sobie o wiele większe wrażenie niż powieść. Kubrick obrobił materiał wyjściowy po swojemu, oszlifował diament i wydobył z niego niepowtarzalny blask. "Lśnienie" to film przerażający, duszący swoim klimatem i mrożący krew w żyłach każdą manifestacją duchów i szałem w jaki wpada Jack. Doszło do tego, że podczas oglądania pojawiają mi się jakieś irracjonalne lęki, a od jakiegoś czasu boję się go w ogóle oglądać (i od dobrych paru lat zbieram się, żeby go sobie odświeżyć). Już na samą myśl, że go włączę mam ciarki. Sam początek, wystarczy scena, gdzie pokazana jest kuchnia, a na rękach mam gęsią skórkę. Żaden horror na mnie tak nie działa. Może nie jest to wierna ekranizacja, ale co z tego, skoro to jeden z najlepszych horrorów jakie świat widział?

1.) "Coś" ("The Thing", 1982). Po raz kolejny Carpenter, ale tym razem już ostatni. Mój numer jeden, który króluje na szczycie listy ulubionych horrorów (jak i również filmów) niepodzielnie parę ładnych lat. I nie zanosi się, żebym obejrzał coś, co spodobałoby mi się równie mocno jak "Coś". Nie jest tak wybitny jak "Lśnienie", czy tak straszny jak "Nieodebrane połączenie". Nie zachwyca też efektami na poziomie "Aliens" (chociaż też ma wspaniałe), ale posiada w sobie coś co sprawia, że nie można go nie kochać. W żadnym innym filmie nie udało się osiągnąć takiego uczucia izolacji i niepewności. Nigdzie nie zaszczuto tak bohaterów. Oglądam "Coś" i czuję panikę oraz terror, który muszą czuć mieszkańcy tej stacji. Carpenter w mistrzowski sposób poprowadził film. Zawsze, gdy sobie go odświeżam zachwycam się tym jak łatwo mylą się tropy i jak trudno dojść do tego kto jest zarażony. Osobna sprawa to wspomniane efekty. Jestem fanem takich mięsistych, prawdziwych szkarad, a te "cosiowe" po prostu uwielbiam. Potwory są upiorne i gdy oglądam np. scenę z zapadającą się klatką piersiową to odnoszę wrażenie, że wyciągnięto je żywcem z najgorszych koszmarów. W panteonie najstraszniejszych potworów w historii kina, główka na nóżkach powinna zasiadać między Pinheadem, a Michaelem Myersem. I jak nie lubię Ennio Morricone, to tutaj wypada gościa pochwalić. Odwalił kawał dobrej roboty. Świetny jest również Kurt Russell. Dla wielu to Snake Plissken, ale dla mnie do końca życia będzie MacReadym, a "The Thing" najpewniej najlepszym horrorem.