Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2015

CantKillProgress

Wsiadasz do samochodu i wyjeżdżasz z parkingu. Na skrzyżowaniu skręcasz w lewo, w ulicę która dzieli miasto na dwie nierówne części. Prowadzą cię tory tramwajowe. Znasz drogę na pamięć. Każdą dziurę, każdą wystającą studzienkę. Asfalt oświetlają zimne, żółtawe światła latarni. Neonów jest jak na lekarstwo. Gdzieś miga z błędem napisany "kebab", zielony krzyżyk oświetla trupie twarze pod drzwiami apteki. To nie NeoTokio, niestety. Tam mimo północy pewnie stałbyś w korku. Tutaj mija cię jedynie patrol policji. Dobrze, że ściągnąłeś kaptur. Połowa drugiej dekady XXI wieku, ale twoje miasto nocą wygląda tak samo od nastu lat. Iluminacje kościoła i grodu obronnego, remontowany park, hotel w starej fabryce, w której jeszcze jako student robiłeś pierwszy urban exploring. Jeszcze zanim ktokolwiek pomyślał, że to będzie modne, ty piłeś piwo ze znajomymi na dachu, na którym teraz jest basen. To się zmieniło. I elewacje urzędów. Z głośnika leci muzyka elektroniczna. Dawniej byłby metal. Gdybyś miał dwanaście palców wytatuowałbyś na kłykciach IMFUCKINMETAL. Teraz już raczej 2HELL&BACK. Ambient sączy się do uszu, a ty wciąż nie możesz uwierzyć, w datę którą pokazuje ci wyświetlacz LED z deski rozdzielczej. 


"Powinniśmy już mieć latające samochody" myślisz, kiedy wjeżdżasz na obwodnicę. Droga prosta jak stół, do tego pusta. Możesz depnąć. Przed wyjściem czytałeś artykuł o żołnierzach, którzy powrócili z Iraku. Ktoś to podlinkował, podlajkował, wyświetliła to twoja tablica. Był nudny wieczór, z nudów kliknąłeś i nie możesz wyjść z podziwu, że gdzieś tam są sztuczne kończyny, które poruszają myślami weterani. których miny albo samochody pułapki pozbawiły ich własnych. A ty siedzisz w dwudziestoletnim oplu-szmelcaku. Co prawda wyciskasz nim nadal lekko sto czterdzieści i nigdy cię nie zawiódł. Ale to nie jest latający samochód. Coś poszło zdecydowanie nie tak jak powinno.

A gdzieś tam, w tajnych laboratoriach google, fejsbuka, a może nawet amazona prowadzone są badania na superkomputerach zrobionych z playstation 4. Piszą algorytmy i tworzą prawdziwy XXI wiek. Prawdziwą przyszłość. Science fiction które czytałeś za szczyla, i które rozbudzało twoją wyobraźnię do granic możliwości. Tworzą SI. Tworzą roboty. Tworzą wszystko o czym sobie wymarzyłeś. Tworzą też twoje koszmary. Te scenariusze, o których jest chociażby "Matrix" albo "Terminator" (w tej części dziejącej się w przyszłości). 


"Ex Machina", bo o niej teraz myślisz, to historia zdolnego programisty, który wygrywa konkurs i leci spędzić tydzień ze swoim genialnym szefem, latynoamerykańskim Zuckerbergiem. Tydzień w laboratorium w dżungli z seksowną Azjatką, która uwielbia tańczyć... można się rozmarzyć. Przechodząc do konkretów... Zuckerberg stworzył SI, a zadaniem zdolnego programisty, który jak się później okazuje, konkursu nie wygrał, jest ocenić czy to naprawdę SI. To film opierający się głównie na dialogach i chemii między postaciami. Zamknięte środowisko momentami cię przytłacza. Widzisz, że obraz jest pełen teorii, które tak naprawdę tylko fani sci-fi ogarniają. Wydawałoby się, że to może nie chwycić, a jak już chwyci to tylko ograniczone grono odbiorców. Że niby takie suche rozmowy o teście Turinga, badanie czy próbowanie się z komputerem, to tylko i wyłącznie coś co przyciągnie nerdów.


Nic bardziej mylnego. Atmosfera jest elektryzująca, napięcie, szczególnie w drugiej połowie filmu, nie opuszcza widza ani przez chwilę. Widzisz to po towarzystwie. Wszystko, w bardzo lekki sposób tłumaczone, co zaskakuje, bo spodziewasz się, że od łopatologii będzie cię bolał łeb. Jeżeli wybrałeś się na film z ludźmi, którym tematyka jest zupełnie obca, to po seansie oddychasz z ulgą, bo im się bardzo podobało. Bo "Ex Machina" to film wymagający i angażujący, jednocześnie daje satysfakcję i zmusza to refleksji. Zostajesz na literach z metalicznym posmakiem w ustach, bo z emocji przygryzłeś wargę i zastanawiasz się, czy jeszcze wszystko jest po staremu. Czy gdzieś tam, w zamkniętych laboratoriach nie ma fabryki człekokształtnych robotów, które udają głupsze niż są naprawdę? Czy Asimo, którego nam pokazują dla beki Japończycy ma nas cały czas uspokajać, że "Hej! Jeszcze przed nami daleka droga!"?

Zjeżdżasz z obwodnicy, ale to jeszcze nie koniec, bo jeszcze kawałek musisz przejechać. Bo jeszcze twoje myśli cały czas błądzą. Bo ta przyszłość o której czytasz, którą oglądasz na ekranie jest gdzie indziej. Tu masz miasto, któremu odbija się cały czas zmianami jakie zaszły w latach 90tych. Ale niedługo będzie ciąg dalszy. Czekaj.

niedziela, 29 marca 2015

Ten niedzielny wpis z poprzedniego tygodnia*, czyli kilka słów o Blomkampie

Jeżeli nasza przyszłość ma wyglądać jak ta z filmów Neilla Blomkampa to delikatnie mówiąc jesteśmy w dupie. Teraz mógłbym rzucić żart o jej kolorze, skoro 2/3 jego filmów dzieje się w Afryce, a pozostała część na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Skupię się jednak na tym, że oglądam te filmy z bananem na mordzie, ale gdy później wracam do nich myślami, to jestem przygnębiony. To ponure i smutne obrazki ze świata, który zatrzymał się wczoraj, a jedyny postęp jaki można zaobserwować zachodzi w zbrojeniówce. Pamiętam "Elizjum", w którym Matt Damon głównie biega i robi głupie rzeczy, i co mnie uderzyło to fakt, że za 140 lat na ulicach będą stały identyczne samochody jakie stoją teraz. Bieda, sierotki czytające bajki przy świeczkach i robotnicy pracujący na akord. Gdzieś tam w przestrzeni kosmicznej unosił się pełne luksusów i wiecznego życia Halo, ale na Ziemi przeludnienie, choroby i przestępczość. I nie oszukujmy się, ja żyję w centralnej Polsce. Szesnaście kilometrów do centrum Łodzi. Od dziecka wiem, gdzie wyląduję.

Blomkamp jak nikt potrafi pokazać parszywą mordę otaczającego nas świata. Jego Los Angeles to gniazdo szczurów. Jego Johannesburg to psychole kontra mutanci z piekła. Tam wrzuca swoich bohaterów, tam każe im egzystować, walczyć i ginąć. Zdarza mi się obejrzeć jakieś zapomniane filmy sci-fi z epoki VHS. To często, ze względu na bardzo ograniczony budżet, ubogie w scenografie, efekty specjalne, kostiumy produkcje. To co tam pokazują jest skromne, żeby nie powiedzieć ubogie, a zdecydowanie łatwiej pokazać z małym budżetem biedotę i patologię, niż wielkie bogactwa. Tamta bieda i ta u Blomkampa się mocno różnią. Ta z lat 80tych i 90tych, nawet w surowym, postnuklearnym wydaniu, bywała pocieszna. Wierzę, że za 20 lat takie "Elizjum" czy "Chappiego", na którym byłem w zeszłą sobotę w kinie, będzie się odbierać cały czas bardzo serio.

"Chappie" to dobrze skręcone sci-fi, do tego fajnie romansujące z cyberpunkiem - od którego się ostatnio odsunąłem, ale nadal zajmuje ważną część w moim sercu. Dosyć długo zastanawiałem się czy tak "Chappiego" nie klasyfikować. Gatunkowi puryści napiszą, że brakuje tu tak wielu elementów charakterystycznych i że "nie!". I pewnie będą mieli rację, bo i hackerstwo słabe, ograniczone do włożenia pendrive'a, i korporacja taka przyjazna światu, miastu i ludziom, i miasto bez wieżowców, neonów, motocykli, i nocy mało, i narkotyków, i robokończyn, i cyberwszczepów i w ogóle dzieje się teraz - za kilka miesięcy!
Ok. Powymieniałem to wszystko sobie i wychodzi, że to rzeczywiście nie jest cyberpunk.
Ale mamy ducha w pancerzu, gigantycznego mecha, gangi, strzegące porządku policyjne roboty i zamieszki na ulicach, gdy tylko te roboty przestają działać. Jest zarysowane rozwarstwienie społeczne. To takie obrazki prosto z cyberpunku. I dlatego piszę, że ten film z nim romansuje. Przynajmniej w moim odczuciu. Były momenty, w których żałowałem, że nie pokazali czegoś inaczej, że trochę zmarnowali potencjał sceny. Z tym, że Blomkamp chyba już tak ma.

Pomijając wizję świata, która nie przypasowała tak do końca moim oczekiwaniom to brakowało mi zdecydowanie akcji. Aż się prosiło, żeby pokazać więcej gangsterskiego życia. Nie zabolałoby, gdybyśmy mieli kilka minut więcej starć tłumu z policją. Ta budząca się i zyskująca świadomość SI w ciele Chappiego wystarcza, żeby pociągnąć film - jest interesująco, zabawnie, chociaż trochę za bardzo ckliwie. Sam proces nauki i poznawania świata, swoich możliwości wyszedł zaskakująco fajnie. Zaraz jak zobaczyłem scenę z gumowym kurczakiem trochę wpadłem w panikę. Przed oczami stanęły mi te wszystkie komedyjki z lat 80tych i 90tych, gdzie pokraczny robot/ zagubiony kosmita/ fajtłapowaty obcokrajowiec poznaje US&A, wszystkiemu się dziwi, wszystko jest dla niego nowym wspaniałym doświadczeniem. W "Chappie" udało się uniknąć banału, a na scenach komediowych nie czułem zażenowania. 

Taki właśnie mam problem z filmami Blomkampa. One mi się bardzo podobają. Masa rzeczy jest tam zrobiona na tip top. Ale zawsze znajduję coś na co narzekam. I to nie jest takie marudzenie dla samego marudzenia, szukanie dziury w całym. Po prostu jak coś się ociera o arcydzieło, a nie udaje mu się nim zostać, to lubię mu to wytknąć. Neill Blomkamp ma 35 lat i trzy duże filmy science fiction za sobą. Przed nim piąty Alien i wierzę, że mimo wysokich ocen, uznania krytyki i publiczności, które tymi filmami zdobył, to były one rozgrzewką i teraz dostaniemy prawdziwą petardę, kopa w ryj na którego czekamy od lat. 

I jeszcze taka pierdoła. W jego filmach lokowane są produkty Sony. W "Dystrykcie 9" było VAIO, ale w "Chappiem" PS4 zaliczyła chyba najlepszy product placement jak firma mogłaby sobie wymarzyć. 


*docelowo wpisy mają się pojawiać co niedzielę, taka regularność, ale w związku z pewnymi sprawami rodzinnymi, które trwały tydzień, ta notka nie została skończona w zeszłą niedzielę. Co da się odczuć i nie jestem z niej do końca zadowolony. Ale musiałem coś puścić. 

czwartek, 19 czerwca 2014

Restart


Dawno, dawno temu napisałem tekst o serialu "Day Break", napisałem też o nim na blogu Kamila Śmiałkowskiego, za co ten przysłał w podziękowaniu płytę z serialem "Liga dżentelmenów". To był świetny serial i świetny blog. 

"Day Break" opowiadał o policjancie, który przeżywał w kółko ten sam dzień, próbował chronić swoich bliskich i jednocześnie rozwiązać zagadkę morderstwa prokuratora generalnego, w które go wrobili nieznani jegomoście. I tak sobie to, kawałek po kawałku, rozwiązywał. Takie powtarzanie (czy zapętlenie) jest doskonale znane pochłaniaczom popkultury. Był już taki odcinek "Stargate SG-1", był "Supernatural", pewnie było kilka innych, ale te dwa mogę jakoś wydobyć z mroków pamięci. Na podobnej zasadzie, odtwarzania ciągle tej samej sekwencji zdarzeń, polegał chociażby "Kod nieśmiertelności". No i "Dzień świstaka".


Dwa tygodnie temu do kin weszło "Na skraju jutra" z Tomem Cruisem i Emily Blunt, i tak się złożyło, że trafiłem wczoraj na to do IMAXa. Jest to sroga napierdalanka z elementami sci-fi. Tom Cruise gra majora biura propagandy korpusu marines, który próbując wymigać się od wycieczki na front zostaje zdegradowany do szeregowca i chociaż nie ma bladego pojęcia o walce (jest przecież tylko PRowcem), ma walczyć na pierwszej linii. Uff.... pierwsze 10 minut skrócone do jednego zdania złożonego. A co to za front? Ludzie oczywiście walczą z obcymi. Ci spadli na Ziemię wraz z meteorytem, rozbili się pod Hamburgiem i w kilka lat podbili całą Europę. Więc oglądamy lądowanie w Normandii tylko że zamiast Niemców tym razem żołnierze tłuką w potworki przypominające mątwy z "Matrixa". Co 2 - 3 lata Hollywood częstuje nas jakimś filmem o inwazji: "Skyline", "Bitwa o Los Angeles" czy "Battleship" - ogólnie chodzi o spektakularną rozpierduchę i możliwość pokazania bohaterstwa żołnierzy. Z tych wszystkich filmów "Na skraju jutra" wyróżnia się na plus tym, że mamy zapętlenie czasu - Cage, bo tak nazywa się główny bohater, w chwili śmierci ma kontakt z krwią osobnika Alpha, który potrafi manipulować czasem. Tym samym za każdym razem kiedy Cage ginie następuje restart i cała zabawa zaczyna się na nowo. Brzmi to trochę skomplikowanie, ale takie nie jest. Ludzie strzelają do obcych, tylko że cały czas mamy poniedziałek.

Najważniejszą sprawą jest jednak to z czego strzelają, a to mnie absolutnie kupiło --- cały desant to chłopcy i dziewczęta ubrani w bardzo prymitywne (ale kogo to obchodzi?) mechy! Takie toporne egzoszkielety, które mają zwiększyć ich siłę i które wyglądają dokładnie tak jak najprawdopodobniej będą wyglądały kiedyś mechy - jeżeli kiedykolwiek ludziom uda się je produkować. Żadne tam zbroje Ironmana. Siermiężne i kanciaste!



Ekran IMAXa, który jest wyższy niż mój blok, pozwala się rozkoszować tą olbrzymią bitwą i cieszyć cały czas michę, bo są żołnierze w mechach! I strzelają! Do obcych! Strona audiowizualna jest świetna. Jest kilka momentów, gdzie przesadzili ze spektakularnością i CGI wali aż za bardzo w ryja, ale da się to wytrzymać, bo ludzie w mechach kontra obcy! Fabuła ma o dziwo nawet sens --- ludzie muszą zniszczyć królową matkę, żeby wygrać wojnę. Więc Cage i Rita walczą, zabijają, giną i robią to znowu, właśnie po to, żeby w końcu dotrzeć do Omegi (ten cały mózg/królowa/król obcych jest tak nazywany) i się pocałować. Bo Cage się zakochuje. Jakby mogło być inaczej. Też bym się zakochał w kobiecie, która zabiła mnie jakieś kilkaset razy. Jak to tak opisuję to brzmi to jak naprawdę zły film.

Ale złym filmem "Na skraju jutra" nie jest. Pierwowzorem jest powieść "All You Need Is Kill" Hiroshiego Sakurazaka, więc jak już się wie, że autor to Japończyk, przestaje dziwić fakt, że zrobili film gdzie ludzie walczą w mechach. I że wizja się trzyma kupy. Bawiłem się świetnie. Jest humor, akcja, rozpierducha. Brakuje oczywiście krwi i cycków, ale takie czasy. No i Cruise --- gościu, który zawsze gra w wybitnie rozrywkowych filmach i którego zawsze chętnie oglądam, tak zupełnie w oderwaniu od tego jaki jest naprawdę.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #8

Gra "Okami HD" od Capcomu. Na konsole ostatnio wysyp odświeżanych hitów z poprzedniej generacji. Sam mocno z tego korzystam i zaopatruję się na różne sposoby w to co mnie ominęło. Sony oczywiście ma co najlepsze - między właśnie "Okami", a wkrótce dwie części "Yakuzy", na które czekam bardziej niż na gwiazdkę. "Okami" to dla mnie na pewno odkrycie przed duże "OK**WA"! Okami to po japońsku "wspaniały bóg", a zapisane innym krzakiem "wilk" - tak zamierzona dwuznaczność, bo w grze kierujemy poczynaniami wilczycy Amaterasu, która - tak się składa -jest jakimś ważnym dla świata bogiem (matką reszty pochodzących z chińskiego zodiaku bóstw). Gra jest bardzo mocno osadzona w shintoizmie i folklorze japońskim. Pełnymi garściami czerpie z mitologii i legend. Przesiąknięta jest też bardzo charakterystycznym humorem, który ociera się o slapstick i wywołuje jak mało co ostatnio szczery uśmiech na mojej gębie. Oprawa graficzna to cell-shading stylizowany na japońskie malarstwo suiboku-ga (styl bardzo mocno związany z kaligrafią, gdzie obraz maluje się głownie czarnym tuszem). Chociaż prosta to jest równie mocno urokliwa co widoczki ze "Skyrima". I sam gameplay też bardzo mocno jest z tym stylem związany - wszystkie moce Amaterasu (a jest ich naprawdę sporo) gracz odpala wykonując pociągnięcia pędzla. Chcesz ściąć drzewo? - ciachasz pędzlem poprzeczną kreskę. Chcesz żeby inne drzewo zakwitło? - jego koronę bierzesz w okrąg z tuszu. Naprawdę świetny patent! Jedyna rzecz, która osobiście mnie drażni to oprawa dźwiękowa. Muzyka jest bardzo przyjemna, ale dźwięki które wydają postaci podczas "mówienia" (tekst pojawia się w chmurkach) przyprawiają mnie o zgrzytanie zębów. Lepiej gdyby były nieme. Gra ma ponad 6 lat, ale czuć w niej świeżość i jednocześnie ducha poprzedniej generacji. Takie nieśpieszne łażenie po rozbudowanym świecie. W erze bardzo dużej dynamiki, przesadnej filmowości i intensywnych doznań "Okami" serwuje cholernie przyjemną odmianę. Mimo iż jest to tylko liniowy i trochę dziwny RPG. No i motyw budzenia świata do życia może być całkiem dobrą osłodą na coraz krótsze dni i dobijającą szarość świata.


Filmy trylogia "20 Century Boys" - wszystkie wyreżyserowane przez Yukihiko Tsutsumi. Któregoś letniego dnia trafiłem na zdjęcie Przyjaciela (głównego antagonisty serii) i sprawdziłem skąd pochodzi. Okazało się, że z filmu Tsutsumiego, a ten facet ma u mnie całkiem spory kredyt zaufania za straszne i fajne skręcone "Sairen". Więc zabrałem się za poszukiwania i zaopatrzyłem się w te 3 długachne filmy. Każdy ma trochę ponad 2 godziny, a do tego tworzą całość/ciągłość - lepiej oglądać jeden po drugim bez zbędnych przestojów, bo postaci jest bardzo dużo, a wątków chyba jeszcze więcej. To rzecz na podstawie mangi Naoki Urasawa, baaaardzo mocno japońska w swojej duszy, więc baaaardzo mocno pokręcona. To stylistyczny miszmasz, kombinacja kina akcji, komedii, obyczajówki, dramatu, kryminału, science fiction i cholera wie czego jeszcze. Jest tam wszystko: gigantyczne roboty, zabójcze wirusy, latające talerze, terroryści, zmienione w fortecę Tokio i super moce. Do tego właściwą akcję przeplatają sentymentalne retrospekcje z lat 70-tych przywodzące na myśl chociażby "Stand by Me". "20-seiki shônen" to historia przyjaźni grupki chłopców, którzy jako dzieciaki bawili się w bazę na moczarach, mieli wspólne sekrety i pasje, a którym 30 lat później przyjdzie ratować świat przed szaleńcem. Nie znam dzieła Urasawy, ale spotkałem się w internecie dość często z określeniem "arcydzieło". To na pewno wielka rzecz, bo filmy to dość dobrze oddają. Czuć tam dziecięcą fascynacje Expo'70, miłość do rocka i uwielbienie do popkultury. Jeżeli lubicie dziwactwa, jeżeli interesuje was taka totalnie pokręcona historia, która ma naprawdę wszystko... i przede wszystkim, jeżeli się nie boicie i umiecie docenić tą "inność" - te filmy czekają na to żebyście je odkryli. Mnie urzekły. Są świetne... chociaż jak to japoński pop - nie dla każdego. 



Muzyka  "Joe Hisaishi meets Kitano films" od... jak łatwo się domyśleć Hisaishiego, do... jak łatwo się domyśleć filmów Kitano. Dzięki tej płycie po raz kolejny odkryłem jak wspaniałym kompozytorem jest ten facet. Jakoś jego twórczość zdefiniowało mi robienie dla Miyazakiego i Ghibli - skądinąd kapitalne ścieżki, uwielbiam praktycznie każdy soundtrack, ale przez nie w jakiś dziwny sposób postrzegałem Hisaishiego. Przez lata traktowałem go... nie do końca poważnie. Marginalizowałem jego pracę i talent. Muzyka do filmów Ghibli jest wspaniała, ale nie znając reszty jego twórczości, miałem wrażenie, że facet potrafi robić tylko to. I dopiero teraz dochodzi do mnie jak wszechstronny i utalentowany z niego gość. Rzadko się zdarza, żeby pisana na zamówienie muzyka tworzyła tak fenomenalny myślowy krajobraz, oddawała emocje i uczucia jakie towarzyszą bohaterom, widzowi czy nawet reżyserowi. Warto wrzucić ją na warsztat i wybrać sobie to co najbardziej podpasuje. Jest to naprawdę spory przekrój - stylistycznie te aranżacje są mocno zróżnicowane. Ja słucham każdego - płynę przez jego twórczość i rozpływam się z zachwytu. Sprawdźcie koniecznie! 


Uff... dzisiaj tak wyszło, że sama japońszczyzna. 

piątek, 2 marca 2012

Archetype

Ta krótkometrażówka pojawiła się w sieci już ponad miesiąc temu, ale jakimś cudem zupełnie o niej zapomniałem napisać. 

Aaron Sims, człowiek o wielkiej wyobraźni, który do tej pory odpowiadał za scenografie i concept arty do dziesiątek produkcji, postanowił zrobić coś całkowicie swojego. Na razie mamy kilkuminutowe "Archetype", które jest, miejmy nadzieję, preludium do pełnometrażowego filmu. Pierwsze wrażenie? Robocop na sterydach. Ale myślę, że ten film nie będzie tylko kompilacją pomysłów z klasyków sci-fi. Dobrze by było, gdyby to jednak był "duży" film. Zamiast włóczenia się za bohaterem po kanałach chciałbym zobaczyć futurystyczne sceny batalistyczne właśnie w klimacie jaki mogliśmy oglądać w pierwszej minucie. Wczoraj Sims napisał w komentarzu, że Fox zainteresowało się projektem, także trzymam kciuki żeby to wypaliło.


poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Predators

Skłamałbym gdybym napisał, że "Predators" to wybitne kino science fiction. To nie ta liga co "Incepcja", "Avatar" czy "Dystrykt 9", ale od pierwszych minut widać, że Nimród Antal nawet nie próbował im w żaden sposób dorównać. W moim mniemaniu "Predators" to co solidny film sci-fi - łamane na - akcja, i w swojej kategorii od lat nie miał równego sobie. Jeżeli chodzi o filmy z Predatorami to oczywiście obie części "Obcy kontra Predator" zostawia daleko w tyle, a z "Predatorem 2" przegrywa w moich oczach jedynie minimalnie. I udało się to przy, umówmy się, że niewielkim jak na kino science fiction, budżecie (40 mln $).

Już pierwsze sceny wyraźnie sugerują, że będziemy mieli do czynienia z filmem mocno inspirowanym i poniekąd stylizowanym na "Predatora" z Schwarzeneggerem. Mnie w to gra, bo film z Arnoldem kocham miłością szczerą i bezgraniczną. Grupka zaprawionych w boju zakapiorów: żołnierzy, najemników, gangsterów i bojówkarzy - zawodowych zabójców, zostaje zrzucona do dżungli. Szybko dochodzi do nich, że nie są już w Kansas i z roli drapieżników zostali zdegradowani do roli ofiar - zwierzyny łownej. Dalej jest dokładnie to na co wszyscy czekali - podchody, zmiękczanie i polowanie. A na samym końcu odwet, podczas którego myśliwy staje się zwierzyną. Oczywiście w międzyczasie ekipa, po jednej i po drugiej stronie, odnotowuje straty w swoich szeregach. Są mniejsze i większe, ale równie przewidywalne twisty, ale cały film, w moim mniemaniu, ma tylko jeden słaby moment - gadającego do siebie Nolanda (w tej roli Laurence Fishburne) i chociaż to urozmaicenie, to tak szczerze mówiąc nie wiem po kiego... wprowadzone.

To pełną gębą komiksowa strzelanka i jeżeli ktoś w tym filmie szukał czegoś innego niż rzeźni w dżungli, to niestety, ale się mocno zawiódł. Jako, że od lat jestem z komiksami o Predatorach i Alienach mocno na bakier, to nowością było dla mnie wprowadzenie podziału w społeczeństwie myśliwych (jedni są brzydcy, a drudzy jeszcze bardziej brzydcy?) , ściąganie zwierzyny na obcą planetę czy polowania na nią z psami. I wszystkie te zabiegi uważam za bardzo dobre. Strasznie mi się micha cieszyła jak mieliśmy możliwość obejrzeć tą krótką walkę miedzy Predatorami.


Fajna obsada i różnorodne postaci. Świetna muzyka - John Debney świetnie "podszywa" się pod Silvestriego. Do tego dodać trzeba dobre zdjęcia i niezłe lokacje. Jeżeli nie zapomni się jakie ma to być kino i będzie się oceniać, biorąc pod uwagę rodowód serii to ciężko znaleźć coś na co można byłoby narzekać. Jest za to sporo takich smakołyków takich jak: obowiązkowy minigun (usypiacz/kosiarka), samurajski pojedynek w wysokiej trawie czy potworek, który wygląda jak pierwsza, na szczęście niewykorzystana wersja Predatora. To drugi film z rzędu, w którym oglądam Brody'ego i nie tylko mi on nie przeszkadza, ale i się podoba. Jego kreacja, tak bardzo różniąca się od tej Arnolda, można powiedzieć, że jest jego przeciwieństwem. Cwany, kierujący się własnym interesem, potrafiący wystawić towarzyszy, a mimo to dający się lubić. I chociaż początkowo dziwiłem się czemu wybrali Brody'ego, to po seansie byłem pewny, że był on strzałem w dziesiątkę. Kolejny umięśniony i sprytny action-hero o dobrym sercu zrobiłby "Predators" niepotrzebną krzywdę, bo obojętnie jaka by ta postać nie była zajebista, zawsze przegrywałaby w konfrontacji z Dutchem.


"Predators" to tylko, ale też i aż, porządnie zrobiony actioner sci-fi w stylu lat 80tych. To ukłon w stronę fanów starego "Predatora" - ja się za takiego uważam i jestem cholernie z wypadu do kina zadowolony. Po wyjściu z sali zresztą zastanawiałem się czemu musieliśmy tyle czekać na ten film? Przecież to powinno powstać przynajmniej dekadę temu! Wierzę, że klimat i charakter to w pewnej, może i nawet większej mierze niż Antala, zasługa producenta - Rodrigueza. I znowu chce mi się krzyczeć, żeby przestał wyciskać ten wyeksploatowany od dawna pomysł małych agentów i zaczął kręcić krwawe kawałki w stylu retro jak właśnie "Predators" czy nadchodzący "Maczeta".

czwartek, 12 sierpnia 2010

Incepcja

Zawsze gdy idę do kina, czuję lekkie podniecenie. Oczekuję czegoś, co obecnie zdarza się rzadko. Liczę, że na filmie, na który się wybrałem, poczuję... "magię". No właśnie. Nie wiem czy czuliście się kiedyś podobnie, nawet niespecjalnie się nastawiam na to, że mnie zrozumiecie. Bo ciężko nazwać mi to uczucie, to trochę jak motylki w żołądku kiedy myśli się o swojej sympatii. Dawniej, kiedy jeszcze w kablówce nie było kanału filmowego, kiedy internet był tylko pustym i niezrozumiałym tworem, a na najnowsze kasety video były zapisy, kino było względnie tanie. Można było sobie pozwolić na kilka wyjść miesięcznie, nawet bez proszenia mamy o dodatkowe pieniądze, wystarczyło zwykłe kieszonkowe. Pamiętam, że w moim mieście, kino Tomi, starsze filmy grało za jeden, a nowości za cztery złote (później podnieśli cenę o złotówkę). Bywałem tam nawet dwa razy w tygodniu. I trafiały się takie obrazy, które przenikały mnie na wskroś, urzekały. Potrafiły mną zawładnąć, siedzieć tygodniami w głowie. I gdy o nich myślałem czułem w sobie to uczucie. Czułem magię. Teraz dużo rzadziej idę do kina, ale paradoksalnie oglądam i tak więcej filmów. Niezmiernie rzadko się zdarza, żebym to poczuł na nowych produkcjach. Filmy są fachowo nakręcone, kapitalnie zagrane, są śmieszne, są straszne, mają świetną oprawę..., ale brakuje tam czegoś. Nie ma tam magii, iskry... nie da się nimi zachłysnąć.

"Incepcja" Christopera Nolana jest na szczęście filmem, którym można się zachłysnąć. To właśnie przez takie produkcje jak ta kocham, oglądam i piszę o filmach, właśnie na takie produkcje uwielbiam chodzić do kina. I właśnie dzięki "Incepcji" wierzę jeszcze w ten cały przemysł filmowy. Wierzę, że zostało miejsce na takie filmy, na takie historie i na takie oryginalne światy. Według mnie "Incepcja" daje potężnego kopa współczesnemu kinu. Kopa na otrzeźwienie i ogarnięcie się. Od lat jesteśmy zalewani kolejnymi remake'ami. I chociaż nie jest to zjawisko nowe (istnieje w zasadzie od początku Hollywood) o tyle teraz poziom odnawiania wyraźnie spada. To samo tyczy się sequelów. Wytwórnie rozumieją, jak olbrzymie pieniądze kryją się wokół samych filmów i tak produkcje typu "Transformers" czy "G.I. Joe", a także ekranizacje komiksów i wszystko inne co może pociągnąć za sobą franchise, dostaje gigantyczne pieniądze. Także oryginalny pomysł, skomplikowany scenariusz i brak możliwości rozwinięcia marki, a i prawdopodobnie nakręcenia kolejnych części zabija lwią część ciekawych pomysłów. Nie wiem ile Nolan wychodził, żeby dostać pieniądze na "Incepcję", może "Mroczny Rycerz" ugruntował mu pozycję na tyle, że może tworzyć swoje w pełni autorskie projekty i rozwijać się w stronę którą chce. Nie wiem. Za sam fakt, że ten film wygląda jak wygląda, należą mu się brawa. Moje serce się cieszy, że może wkrótce reżyserzy będą dostawać podobną swobodę, fundusze i kredyt zaufania. I mam nadzieję, że "Incepcja" Nolana będzie taką ideą, którą zaszczepi się poprzez incepcję Hollywood.

"Incepcji" nie nazwałbym arcydziełem - trochę jej brakuje. Jednak to co zobaczyłem było cholernie bliskie temu co uznaję za "idealny film". Należę do tych, którzy załapali fabułę i zrozumieli w pełni końcówkę. Moje małe wątpliwości co do istoty limbo rozjaśniło 30 sekund rozmowy z kolegą. I nie pisze tego żeby się chwalić. Budowa scenariusza, jego pozorne skomplikowanie poprzez kolejne warstwy jest moim zdaniem zrobione świetnie. Ale nie mogę nie zauważyć lekkiego chaosu w narracji, może nawet kilku rys i skaz. Wszystko można wyłapać, ale trzeba przyznać, że Nolan rzuca widza z miejsca na głęboką wodę i jeżeli nie skupimy się od pierwszych minut na tym co oglądamy, to później może być ciężko. Nie ma tutaj pozornie nieważnych elementów, bezsensownie wypełniających klatki dialogów. Wszystko ku czemuś prowadzi. Urzekła mnie w "Incepcji" kreacja świata, ale wydaje się, że pewne rzeczy zmuszają widza do naciągania faktów na korzyść filmu. Z drugiej strony jednak miejsce, w którym się to wszystko dzieje, pozwala na nieograniczoną wręcz inwencję twórczą i dowolność w kształtowaniu... no właśnie! Wszystkiego! Także nie ma się co czepiać, że nolanowska wizja "świata snów" nie podlega takim prawom jakie chcielibyśmy, żeby obowiązywały.


Już w debiutanckiej krótkometrażówce reżyser dotykał tematu postrzegania rzeczywistości przez człowieka i pewnych obsesji wynikających z tego. W każdym kolejnym filmie gdzieś ta tematyka jest poruszana. Tutaj jest to poprowadzone po mistrzowsku. I jak lubię DiCaprio, cenię jako świetnego aktora, to jednak Cobb, z nawiedzającą go wizją zmarłej żony strasznie mi przypominał Teddy'ego Danielsa z "Wyspy tajemnic". Dom Cobb to fajna postać. Jak przystało na Leo jest bardzo dobrze zagrana, ale nie mogę się pozbyć tego wrażenia po seansie, że coś podobnego w tym sezonie już widziałem. Poza DiCapiro, jakoś nikt się specjalnie nie wyróżnił. Zaskakująco dobrze odebrałem Ellen Page, którą do tej pory widziałem jako... dziewczęcą wersją Nicholasa Cage'a. Nie przypadła mi do gustu natomiast Marion Cotillard. Jej Mal, o ile można ją nazwać czarnym charakterem, była mało charyzmatyczna i nieskończenie przewidywalna.

Co trzeba napisać o "Incepcji"? Na pewno należy wspomnieć napięcie jakie udaje się reżyserowi wytworzyć. Osobiście czułem emocje podobne do tych, które towarzyszą mi podczas oglądania ulicznej jatki w "Gorączce" Manna. Do tego należy dodać niesamowite stężenie akcji. Efekty CGI może i na tą chwilę już nie robią takiego wrażenia, ale oryginalności im odmówić nie można. Zwinięcie Paryża przez Ariadnę, walka ze zmieniającą się grawitacją czy rozpadanie się snu Saito pozostawiły we mnie wrażenie małości mojej wyobraźni. Jestem pełen podziwu również dla płynności jaka zachodziła przy przechodzeniu z jednej lokacji do drugiej. Takiej ilości bardzo do siebie różnych scenerii, które nie wpływałyby negatywnie na spójność, dawno nie widziałem w żadnym filmie.

Zdaniem podsumowania. Jestem pieruńsko zadowolony z wydanych na bilet pieniędzy i naprawdę liczę, że w najbliższych latach będą się pojawiać coraz to nowe, ambitne i jednocześnie oryginalne projekty. Mamy grupkę ambitnych i łebskich twórców, którzy marnują swoje siły trzaskając kolejne adaptacje komiksów. A "Incepcja" to na razie mój faworyt do tytułu film roku i tylko "Scott Pilgrim vs. the World" może zagrozić jej pozycji.

Niestandardowe plakaty autorstwa: 1 - Matta Needle'a, 2 - Mortiza Resla, 3 - Ibraheema Youssefa, 4 - Laza Marqueza. A timeline robił dehahs.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Mad science

Eksperymenty naukowe i ich nieprzewidziane skutki były i będą tematem niezliczonych filmów, a ludzie stojący za tymi eksperymentami, niekończącym się przykładem do piętnowania. O ile we "Frankensteinie" z 1910 roku Monstrum stworzono dzięki alchemii, o tyle klasyczny Potwór z "Frankensteina" z 1931 roku, filmu który inspirował dziesiątki kolejnych twórców, był właśnie nieudanym eksperymentem zadufanego w sobie, chorego z ambicji doktora. Z biegiem lat, w głowach tych wszystkich scenarzystów i reżyserów, rodziły się najróżniejsze potwory: gigantyczne mrówki, genetycznie zmodyfikowane rottweilery i pawiany, najróżniejsze hybrydy, w tym te najgorsze, w których użyto ludzkiego DNA. Przykładem jednego z najciekawszych jest "Gatunek" Rogera Donaldsona. Ten, śmiało mogę tak go nazwać, klasyk kina lat 90tych opowiada o pogoni za istotą powstałą w wyniku połączenia ludzkiego DNA z fragmentami przysłanymi z kosmosu. Świetna obsada, charakterystyczny klimat, wizje H.R.Gigera i duża ilość seksu spowodowała, że przez czternaście lat ten film nie miał sobie równych. Aż do teraz, bo twórca "Cube" Vincenzo Natali z pomocą Guillermo del Toro nakręcił "Istotę".

Para ambitnych genetyków: Clive (Adrien Brody) i Elsa (Sarah Polley) stoją na czele zespołu, mającego na celu tworzenie nowego gatunku. Ich sponsorzy chcą uzyskać z nich wysokie zawartości ważnego dla ludzkości związku chemicznego, który zacznie przynosić olbrzymie zyski. Pełni pychy, nadzwyczaj dumnie ze swoich osiągnięć (udało im się stworzyć parkę zupełnie nowego gatunku... szarego czegoś) postanawiają użyć w następnym, oczywiście sekretnym eksperymencie ludzkiego DNA. Tylko, żeby zobaczyć czy się uda, ale oczywiście nic nie idzie zgodnie z planem. Istota, która miała się nigdy nie narodzić, rośnie zbyt szybko, za wcześnie przychodzi na świat i tak Clive i Elsa zaczynają bawić małego potworka płci żeńskiej. Dren, bo tak się nazwała, rośnie jak na drożdżach i gdy sprawy w laboratorium zaczynają się komplikować, zostaje przeniesiona na opuszczoną farmę rodziny Elsy.

Fabuła przebiega dość typowo. Zachowanie Dren daje znać swoim stwórcom, że igrają z ogniem, jednakże oni zdają się to ignorować. Dochodzi do kolejnych incydentów, podobnie jak we "Frankensteinie" potwór zakochuje się w człowieku i podobnie jak w "Gatunku" zaczyna dążyć do prokreacji. Próbuje uwieść Clive'a. W końcu staje się to na co czeka cała sala kinowa - morderczy finał w leśnej głuszy.


Musze przyznać, że ten film zaskakuje i to na kilku płaszczyznach. Po pierwsze dość mocno zgłębia psychikę głównych bohaterów, a tego się nie spodziewałem. Liczyłem bardziej na film akcji. Nie mamy tutaj tylko schematycznych kostiumów. Natali zbudował bardzo wiarygodne postaci z zakorzenionymi w nich problemami, które przenoszą na grunt zawodowy i relacje z Dren. Po drugie sama Dren... to takie skrzyżowanie niewinności i nieporadności dziecka z czającym się w na skraju lasu drapieżcą. Sama jej osoba i niepewność jej charakteru mocno podnosi napięcie. Ale przyznam się, że do pewnego stopnia budziła moją sympatię. Jest też oczywiście kwestia etyki i odpowiedzialności ponoszonej za zabawę w Boga. Pokazana w zaskakująco nienachalny sposób. Oprócz tego przyjemnie zaskoczyły mnie zwroty akcji. Możecie wierzyć lub nie, "Istota" zafundowała mi kilka razy niezły szok. No i ostatnie zaskoczenie - Brody! Nie trawię tego kolesia, w sumie mniej więcej tak samo jak nie trawię Crowe'a. Ale muszę przyznać, że tutaj mi się zajebiście podobał. Razem z Polley stworzyli świetny i zgrany duet.

Wizualnie, film może się bardzo podobać. Hybryda, w każdej fazie rozwoju wygląda niesamowicie. Trochę się obawiałem nazwiska Del Toro - mimo iż tylko (aż) producent, to jednak jego stwory są bardzo charakterystyczne, ale jednak nie. To co pokazali było, przynajmniej dla mnie, czymś nowym. Film w połowie sporo jednak traci z klimatu przez zmianę scenografii z laboratoryjnej (utrzymanej w kapitalnych zimnych kolorach) na wiejską stodołę. Ratuje trochę sam finał, który dzieje się, jak w starych horrorach, nocą w zimowym, ponurym lesie.


Jeżeli chodzi o mnie to jestem bardzo na tak. "Istota" to po części ukłon w stronę takich produkcji jak wspominany kilka razy "Gatunek". Można spokojnie odebrać ją jako wariację na temat szalonego naukowca, który majstruje monstrum w swoim zamczysku i na końcu musi ponieść okropną karę. Po części to rzecz świeża, odważna, nowoczesna - przystająca do naszych czasów. Na pewno pod płaszczykiem kina rozrywkowego próbuje przemycić o wiele głębsze i ważniejsze treści. Wychodziłem z seansu niezmiernie zadowolony, chociaż wiem, że wielu osobom takie kino nie podejdzie, a nawet i, bądźmy szczerzy, odrzuci. Ja w każdym razie polecam.

środa, 3 marca 2010

Gunhed, kolejny zapomniany klasyk cyberpunku

Powracam tym wpisem do produkcji z kultowej wytwórni Toho. Wreszcie! Od czasu ostatniego wpisu o Godzilli nie napisałem ani słowa o ich filmach. Nie żebym nie oglądał. Po prostu zostałem przekonany, że mało kogo obchodzą kolejne przygody Big G. i wszystkie inne kaijūny. Ale tym razem mam coś innego. Dzięki konkursowi na scenariusz do kontynuacji "Godzilli" z 1984 roku pojawił się pomysł by przeciwnikiem Króla Potworów był potężny super komputer. Zwyciężyła jednak Bioroślina, a skrypt Jamesa Bannona został na trochę odłożony na półkę. Musiał się spodobać, bo Masato Harada dość ostro wziął się do przerabiania scenariusza i po kilku miesiącach wziął się za kręcenie niesławnego "Gunheda" - cyberpunkowego sci-fi z wielkim mechem w roli głównej!

Niestety nie przyłożył się do tych przeróbek. Fabularnie ten film jest cienki niczym sik komara. A szkoda, bo historia, mimo iż jest mocno niejasna i momentami absolutnie głupia, ma interesujące podwaliny i wydaje się z początku że drzemie w niej jakiś potencjał.

W 2038 roku super komputer Kryon5 wypowiada ludzkości wojnę uznając ją za przestarzałą. By go powstrzymać na wyspę, gdzie został zbudowany, zostaje wysłana elitarna jednostka Gunhedów (od: Gun UNit Heavy Elimination Device) - gigantycznych robotów bojowych, ale zostaje ona całkowicie zniszczona przez system ochrony Kryona. Mamy 30letni przeskok. Grupa złodziei, nazywająca siebie poszukiwaczami skarbów (którymi w roku 2068 są procesory i części komputerowe) ląduje na wyspie Kryona5. Zostają w kilka minut wybici do nogi (dosłownie) - przeżywa jedynie mechanik Brooklyn i spotkana na miejscu Sierżant Nim (rangerka z Teksasu, której akurat zdarzyło się przybyć z jakąś tajemniczą misją). Muszą uciekać przed morderczym Biodroidem, któremu po drodze coś ukradli, a który wcześniej w jakiś dziwny sposób zasymilował koleżankę mechanika. W końcu spotykają dwójkę dzieci: 7 i 11 (z tym że nie jestem do końca pewny, czy to były dzieci czy może jakieś dziwne androidy, bo 11 pod koniec filmu zaczyna się świecić z ust). Muszą powstrzymać odliczanie, które obudzi i w konsekwencji uzbroi Kryon5, ale czemu przez 30 lat był on wyłączony nie wyłapałem. W czasie przeprawy przez kolejne poziomy Brooklyn znajduje cmentarzysko Gunhedów i uruchamia jednego, który oczywiście swoimi tłumaczeniami komplikuje wszystko jeszcze bardziej.


Scenariusz ma niezliczoną ilość dziur, ale tym samym pozostawia widzowi niesamowite możliwości do interpretacji tego co się właśnie obejrzało... albo raczej czego się nie zobaczyło. A wszystko przez fatalny montaż, który popełnił Yoshitami Kuroiwa. Facet zarżnął ten film na stole montażowym, bez kitu. Niektóre sceny są tak idiotycznie pocięte, że nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego do czego strzelają i przed czym uciekają bohaterowie. Nawet na japońskie standardy nie jestem w stanie pojąć jak taki paszkwil przeszedł proces postprodukcji i został zaakceptowany do puszczenia widowni.

Postaci i gra aktorska też nie są najmocniejszą stroną filmu. Skupię się na Nim i Brooklynie, pomijając wzięte nie wiadomo skąd dzieciaki. Zabawna sprawa. Ona mówi po angielsku, on po japońsku i w czymś co od biedy można uznać za engrish, a rozumieją się doskonale i prowadzą przez cały film w ten sposób konwersacje. Brenda Bakke, którą obsadzono w roli Pani Sierżant nawet nie próbuje udawać, że się stara. Gra fatalnie, rusza się fatalnie i nawet tak strzela. Brooklyna gra Masahiro Takashima, który później zagrał w dwóch częściach Godzilli ciapowatego pilota. Tutaj zresztą również jego postać też jest momentami aż nazbyt komiczna. W oddziale służy za podającego ognia, zamiast papierosów nosi przy sobie marchewki, które je w najdziwniejszych momentach i czasem używa do wciskania guzików, a siadając za sterami jakiegokolwiek pojazdu dostaje choroby lokomocyjnej. I akurat jemu, człowiekowi z tytułem "Największej gapy 2068 roku" trafia się pilotowanie jednego z najbardziej kozackich pojazdów jakie widziało kino. Najlepiej wypada majestatyczny Gunhed, który swoimi enigmatycznymi wypowiedziami (bo oczywiście mówi, prawie tak fajnie jak KITT) nie narobił sobie zbyt wielkiego obciachu. Poza tym ma plusa za sam fakt, że może jeździć i walczyć na whisky, którego dziwnym trafem całe pokłady składowane są na wyspie (tak, ten mech jeździł przez pół filmu na ponad 30letnim, składowanym w drewnianych beczkach whiskaczu).

Jeszcze słowo na temat muzyki, którą muszę niestety zaliczyć do minusów. Toshiyuki Honda skomponował dość fajną ścieżkę dźwiękową, którą również zarżnięto wykorzystując na potęgę jedynie główny motyw. Te kilka miejsc, w których słychać inne melodie, wypada dobrze i oddaje klimat scen, ale jest ich tyle co kot napłakał. Niemniej jednak słychać wyraźnie, że mogło być i pod tym względem lepiej. Mam wrażenie, że w gunhed-teamie zabrakło jakiegoś trzeźwo myślącego osobnika, który pokierowałby tą produkcją jak należy.

Czytacie te moje wywody i zastanawiacie się po co opisuję takie gówno? Nie przeczę, to bardzo kiepski film, ale tym samym jest cudowną perełką kina klasy B i miłośnicy tego typu produkcji będą go oglądać z fascynacją i uśmiechem na ustach. A co najważniejsze... Efekty specjalne, scenografia, miniaturki, a przede wszystkim gigantyczne modele, które powstały specjalnie na potrzeby tej produkcji są IMPONUJĄCE. Nawet teraz. Stworzono dwa, praktycznie pełnowymiarowe pojazdy: Gunheda i sterowanego przez system obrony Aerobota (kształtem przypominał trochę skorpiona) i walka między tymi hydraulicznie sterowanymi gigantami robi wrażenie. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie jaką ilość pracy pochłonęły te wszystkie olbrzymie plany zdjęciowe, skoro miniaturowe miasto demolowane przez Godzillę było budowane w halach Toho tygodniami. Sceny akcji z mechem w roli głównej zostały świetnie sfilmowane. Pirotechnika również pierwsza klasa, pełno w filmie spektakularnych wybuchów. O dziwo ani jedno, ani drugie nie zostało skrzywdzone podczas montażu. Względnie dużo taśmy poświęcono samemu doprowadzaniu wielkiego robota do stanu używalności i podróży przez labirynt korytarzy kompleksów wyspy, chociaż pokonywanie kolejnych kondygnacji można było spokojnie ograniczyć, a w zamian za to rozbudować niektóre wątki. Widać, że Gunhed miał być gwiazdą i również jemu zarezerwowano najlepsze momenty. Szkoda tylko, że ten popis rzemieślników, speców od scenografii, efektów specjalnych i komputerowych Harada tak kiepsko wykorzystał.

Przy premierze "Gunheda" pojawiła się oczywiście cała masa okołofilmowych gadżetów. Był model tytułowego robota, którego niepomalowaną wersję możecie oglądać wyżej możecie (i którego właścicielom strasznie zazdroszczę), komiksy, albumy z concept artami i zdjęciami z planu, a także i gra na PC, którą w USA przechrzczono na "Blazing Lazers". Jest oczywiście i soundtrack, więc można się przekonać ile z kompozycji Hondy trafiło ostatecznie do filmu. Jak podaje Wikipedia w powieści "Światło wirtualne" Williama Gibsona jest jednostka bojowa nazwana Gunhed, a fanem filmu jest nie kto inny, jak sam James Cameron.

"Gunhed", mimo swoich olbrzymich wad, zaprzepaszczonego potencjału i nakładu pracy, który został zmarnowany, jest jak najbardziej warty obejrzenia. Czysty camp lat 80tych z przesadzonymi postaciami, kiepskimi one linerami i niewyszukanym humorem. Poza tym to uczta dla miłośników klimatów cyberpunkowych, które tutaj biją zewsząd. Jest nawet "duch w pancerzu" (wspomniana przeze mnie towarzyszka Brooklyna, która trafiła do wirtualnej rzeczywistości wnętrza Biodroida)! Jeżeli istnieje jeszcze surowy materiał to wypuszczenie odrestaurowanej i przemontowanej wersji filmu byłoby cudownym rozwiązaniem, ale dobrze wiem, że "takich rzeczy na świcie to ni ma".

Zamiast trailera wrzucam teledysk do kawałka "Mindphaser" grupy Front Line Assembly. Wykorzystują w nim spore fragmenty filmu.

piątek, 15 stycznia 2010

Jedenaście najlepszych filmów roku 2009

W końcu udało mi się jakoś wyliczyć i zrobić sensowne podsumowanie najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć (nie tylko w kinie, ale również w domowym zaciszu). Chyba i w tym zestawieniu nie ma specjalnego zdziwienia odnośnie pierwszego miejsca. Cztery z uwzględnionych tu produkcji miały już swoją chwilę na tym blogu, także nie będę się powtarzał. Bez zbędnych ceregieli, oto jedenaście, w moim mniemaniu, najlepszych filmów 2009 roku.
  1. "Avatar"
  2. "Odlot"
  3. "Moon"
  4. "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
  5. "Kac Vegas"
  6. "Star Trek"
  7. "Watchmen Strażnicy"
  8. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
  9. "500 dni miłości"
  10. "Koralina i tajemnicze drzwi"
  11. "Zielona Latarnia"

Pierwszy lot

Zieloną Latarnię, jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów uniwersum DC, znałem jedynie pobieżnie z występów w serialu animowanym. Wiedziałem, że facet moc czerpie z pierścienia i dzięki niemu potrafi urzeczywistniać wszystko co przyjdzie mu na myśl. Trochę jak Planetarianie. I jakoś nie ciągnęło ani do komiksów, ani nawet do czytania newsów o powstającym filmie aktorskim. Ale w łapy wpadł ten animowany film, bez żadnych większych oczekiwań włączyłem i było świetnie. Fabuła prościutka - Hal który dostał pierścień zostaje wcielony do Zielonego Korpusu (tacy zieloni strażnicy wszechświata) i mimo że żółtodziób to musi odnaleźć zdrajcę ukrywającego się w organizacji. Nie jest łatwo, bo nie dość że wszyscy bardziej doświadczeni, mają taką moc jak on, to i kosmos dla Zielonej Latarni nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Od pierwszych minut akcja, świetne postaci, zabawne dialogi i pierwszorzędny klimacik. Idealny komiksowy film animowany. Może i Marvel wygrywa na ilość sprzedanych komiksów, ale w animacjach wszelakich DC od lat jest górą.


Kukiełki lepsze niż książka

Gaiman swoją "Koraliną" mnie nie powalił. Za to weteran branży, Henry Selick trafił bezbłędnie w moje gusta. Wydobył z tej historii wszystko co dobre, podrasował i przyozdobił wytworami swojej wyobraźni. I tak "Koralina i tajemnicze drzwi" jest moim zdaniem dużo lepsza niż książka. Film zrobiony jest z olbrzymim polotem, odpowiednio straszny, momentami śmieszny i przede wszystkim wciąga jak diabli. Animacja jak zwykle świetna. Dbałość o szczegóły porażą, kukiełki mistrzowskie, a światy Koraliny, lekko podrasowane komputerem, wyglądają cudnie. Ale jeżeli miałbym porównywać trzy najbardziej znane animacje poklatkowe - "Koralinę", "Miasteczko Halloween" i "Gnijącą pannę młodą" to ta pierwsza wypada najsłabiej, chociaż słaba w żadnym wypadku nie jest. Po prostu za mało tam śpiewają.


Nieromantyczny film o miłości

Świetnie zagrany, ciepły i bardzo prawdziwy film o uczuciach, który... jak to zaznacza narrator już na wstępie, nie jest "love story". I dobrze, bo rom-komów mamy pod dostatkiem. Akurat "500 dni miłości" wstrzelił się w moje poczucie humoru idealnie. Wszystko tak niekonwencjonalnie podane, trochę z przymrużeniem oka, trochę na serio. Historia związku zwykłego chłopaka i zwykłej dziewczyny. Bez udziwnień w stylu zawodów baloniarskich. Jest za to kino, wycieczki do Ikei, kawa i spacery do parku. Bardzo przyjemny, idealny do obejrzenia z drugą połówką.


Wizualny orgazm

Jakoś ominąłem całe to zamieszanie związane z premierą "Strażników". Z braku czasu nie poszedłem do kina i obejrzałem dopiero kiedy pojawiła się wersja reżyserska. Podobał mi się, ale i też trochę zmęczył. Jednak te 187 minut to za dużo. Snyderowi udała się sztuka wkomponowania wszystkiego ładnie, wiernie, ale nadal twierdzę, że nie zawsze wierna adaptacja jest dobrą ekranizacją. Momentami mi się dłużyło, było za dużo pitolenia i dylematów, które sprawdzały się rozpisane na stronie komiksu, a nie rozciągnięte na kilka ujęć. Ale zaraz, ja miałem o najlepszych filmach pisać. No właśnie, dłużyzny nie zmienią faktu, że to co ten reżyser dokonał jest godne podziwu i należą mu się brawa. Od strony wizualnej "Strażnicy" to mistrzostwo świata. Świetne scenografie, idealne efekty CGI, kapitalne ujęcia kamery. Od strony audio też. Ścieżka i kawałki doskonałe. Pochwalić muszę dobór aktorów, dbałość o szczegóły i te wszystkie dodatki o jakie postarał się reżyser. Film zrobił na mnie wrażenie równie duże co komiks, serio. Jak dla mnie nie spłycono niczego. Co miało kopnąć kopnęło. I jedyne czego żałuję to, że nie poszedłem do kina.


Szwedzka ofensywa kryminalna

"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to jeden z najlepszych thrillerów kryminalnych jaki miałem przyjemność oglądać (ostatnio równie dobrym filmem z tego gatunku była koreańska "Zagadka zbrodni"). Świetnie poprowadzona fabuła, bardzo dobrze zarysowani i ciekawi bohaterowie, mroczna intryga i szybkie tempo. Film jest inteligentny i emocjonujący. Trzyma w napięciu. Jest mocny, dosadny i odważny. Jeżeli chodzi o fabułę to wszystko dopięto w nim na ostatni guzik (nic mi nawet nie zazgrzytało). Od strony technicznej wszystko świetnie: kapitalne plenery, pasująca muzyka, dobre zdjęcia i efekty. To naprawdę kawał solidnego kina. Wyróżnia się bardzo na tle tego wszystkiego co teraz wychodzi za oceanem.

Część druga, czyli "Dziewczyna, która igrała z ogniem" jest minimalnie słabsza. Brakowało mi takiego wątku kryminalnego jaki był w pierwszej części. Jest śledztwo, ale nie jest równie równie emocjonujące co poszukiwania mordercy Harriet. Intryga wyraźnie kręci się wokół Lisbeth, która z pomocnika zostaje głównym bohaterem. Za to plus, ale szkoda że urwano wątek handlu kobietami. Co jeszcze...? Jest dużo więcej akcji i film jest dużo bardziej dynamiczny. Fabuła pierwszej części to kilka miesięcy. Tutaj całość zamyka się chyba w tygodniu. Jest intensywniej. A to porwanie, pościg, bójka, włamanie, kolejna bójka... nie ma chwili odpoczynku. Ogląda się równie dobrze i te dwie godziny (z małym hakiem) mijają bardzo szybko. Mimo iż oba filmy stylizowane są na Hollywood to widać w nich europejską duszę. Świetne kino!


Człowiek z Księżyca

Miłośnicy kina science fiction mieli dobry rok. Niehollywoodzki "Moon" syna Bowiego, fanom gatunku na pewno przypadnie (jeżeli już nie przypadł do gustu), pozostałym myślę, że również. To cholernie dobry film. Z gęstym i ciężkim klimatem. Idealnie oddano tu izolację, wzmagającą się desperację, strach i zagubienie jakie panuje na księżycowej stacji. Czuć echa dzieła Kubricka (Anglia ma szczęście do sci-fi), a potęguje to wszystko muzyka Clinta Mansella, który jest mistrzem dołujących kompozycji. Oprócz tego, zafundowano nam pierwszej klasy scenariusz, a Rockwell stworzył kapitalną kreację - facet jest jednocześnie zabawny i przygnębiający, aż gardło ściska. Zbrodnią jest to, że Sony nie posłało tej produkcji do walki po Oscary. Sam w końcu mógłby otrzymać statuetkę, bo pracuje na nią od lat i za "Moon" spokojnie mógł ją zgarnąć.


Co jeszcze? Ogólnie oceniam rok 2009 tak sobie. Superprodukcje w dużej mierze były słabe. Dużo filmów, na które czekałem, w których pokładałem nadzieję mnie rozczarowało. Czasem bardzo mocno. Mam szczerą nadzieję, że w 2010, który zapowiada się smakowicie, będzie znacznie lepiej.

I tak, "Zielona Latarnia" podobała mi się bardziej niż "Dystrykt 9".