Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 kwietnia 2013

Grohl



"Dave Grohl: Oto moje powołanie" to nie do końca biografia, na którą się szykowałem. To taka książka w stylu: "w czasach jak Grohl żył była taka i taka muza, grały takie i takie zespoły", a dopiero później "a Grohl najbardziej lubił... i inspirował się...." Czy to wada? Po części tak, bo na stronę przypada kilka obcobrzmiących nazwisk, kilka nazw kapeli i klubów gdzie ci ludzie grali, po czym na następnej sytuacja się powtarza. Człowieka który sięgnął po tą biografię przypadkowo znudzi bardzo szybko. W zasadzie po dwóch pierwszych rozdziałach mamy taką analizę środowiska punkowego z którego wywodzi się Grohl, a o samym Grohlu tylko kilka wstawek. Po części jednak nie, bo ja np. byłem szczerze tym zainteresowany. W pewien sposób scena HC, do której nigdy w żaden sposób nie należałem i z którą nawet się nie utożsamiam, kształtowała moje gusta. Zabawna sprawa, ale te wszystkie koncerty na które za szczyla chodziłem utwierdziły mnie w przekonaniu, że ciężki metal jest śmieszny i tak mało autentyczny... nieważne. Także odnalazłem tu wiele z tego co tworzyło moje fascynacje muzyczne w liceum i na początku studiów. Drugą część książki poświęcono Nirvanie. Tutaj moje czytanie wybitnie straciło tempo, bo nigdy za tym zespołem nie przepadałem, w pewny momencie życia autentycznie go nie trawiłem. Ale przebrnąłem i utwierdziłem się tylko w tym, co wiedziałem już wcześniej. Że ta wielka kapela w pewien sposób popsuła nam wszystkim punk rocka. Resztę stron już poświęcił autor temu, co najbliższe mojemu sercu, czyli Foo Fighters i innym projektom Grohla: Probot, QOTSA i Them Crooked Vultures. 

Do treści naprawdę nie mam się o co przyczepiać. Poza kilkoma wywiadami naprawdę niewiele wiedziałem na temat Grohla. Może kiepski ze mnie fan, ale od jakiegoś czasu konsumuję muzę w bardzo mocnym oderwaniu od jej wykonawców. Także fajnie było dowiedzieć się tego co się dowiedziałem. Brakło mi tak naprawdę jedynie Tenacious D. 

Problemem tej książki jest Paul Brannigan - jej autor. Facet niby od lat zajmuje się dziennikarstwem muzycznym, wspomina dziesiątki wywiadów jakie przeprowadził z tuzami rocka, a ta biografia... no nie wiem, albo jestem za stary i się zwyczajnie nie łapię w target, albo typ powinien  odbębnić jakiś kurs pisania, bo zbierało mi się na haftowanie od tych wszystkich "ekscytujących", "wspaniałych", "wyśmienitych", "genialnych", "fantastycznych". Takie pisanie można sobie uskuteczniać na blogu, niekoniecznie iść z tym do ludzi. Ten hiperentuzjazm w epitetach wyraźnie odcina się między cytatami, których nam nie szczędzi.


Widać, że w dużej mierze opierał się w tej książce na źródłach. Brakuje smaczków. I nie chodzi mi o wypisanie jakiego zestawu czy wioseł używa Dave. Kogo to kurwa obchodzi? Chodzi mi o jakieś wyraźne wspomnienia z tras koncertowych, śmiesznych albo krępujących anegdotek. Możliwe, że nie dało się wyciągnąć więcej materiału z Dave'a, bo kilkakrotnie podkreślane tam było przywiązanie Grohla do prywatności życia rodzinnego. A może to po prostu wymówka? Poza tym jest kilka momentów, gdzie na tym obrazie kryształowego Grohla, najsympatyczniejszego rockmena Ameryki powstają skazy i to też mi się jeszcze bardziej podoba, bo nie wierzyłem, że ktoś może być tak miły.

Mimo tego co napisałem uważam, że nie jest to książka zła. Czerpałem naprawdę dużo przyjemności z tych kilku wieczorów, które spędziłem słuchając płyt Foo Fighters, koncertów Them Crooked Vultures i przerzucając kolejne strony, chłonąc tą pobieżną historię sceny punkowej czy analizę kolejnych płyt FF. Na pewno będę ją chętnie pożyczać. I czekać na kolejną biografię Dave'a.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #8

Gra "Okami HD" od Capcomu. Na konsole ostatnio wysyp odświeżanych hitów z poprzedniej generacji. Sam mocno z tego korzystam i zaopatruję się na różne sposoby w to co mnie ominęło. Sony oczywiście ma co najlepsze - między właśnie "Okami", a wkrótce dwie części "Yakuzy", na które czekam bardziej niż na gwiazdkę. "Okami" to dla mnie na pewno odkrycie przed duże "OK**WA"! Okami to po japońsku "wspaniały bóg", a zapisane innym krzakiem "wilk" - tak zamierzona dwuznaczność, bo w grze kierujemy poczynaniami wilczycy Amaterasu, która - tak się składa -jest jakimś ważnym dla świata bogiem (matką reszty pochodzących z chińskiego zodiaku bóstw). Gra jest bardzo mocno osadzona w shintoizmie i folklorze japońskim. Pełnymi garściami czerpie z mitologii i legend. Przesiąknięta jest też bardzo charakterystycznym humorem, który ociera się o slapstick i wywołuje jak mało co ostatnio szczery uśmiech na mojej gębie. Oprawa graficzna to cell-shading stylizowany na japońskie malarstwo suiboku-ga (styl bardzo mocno związany z kaligrafią, gdzie obraz maluje się głownie czarnym tuszem). Chociaż prosta to jest równie mocno urokliwa co widoczki ze "Skyrima". I sam gameplay też bardzo mocno jest z tym stylem związany - wszystkie moce Amaterasu (a jest ich naprawdę sporo) gracz odpala wykonując pociągnięcia pędzla. Chcesz ściąć drzewo? - ciachasz pędzlem poprzeczną kreskę. Chcesz żeby inne drzewo zakwitło? - jego koronę bierzesz w okrąg z tuszu. Naprawdę świetny patent! Jedyna rzecz, która osobiście mnie drażni to oprawa dźwiękowa. Muzyka jest bardzo przyjemna, ale dźwięki które wydają postaci podczas "mówienia" (tekst pojawia się w chmurkach) przyprawiają mnie o zgrzytanie zębów. Lepiej gdyby były nieme. Gra ma ponad 6 lat, ale czuć w niej świeżość i jednocześnie ducha poprzedniej generacji. Takie nieśpieszne łażenie po rozbudowanym świecie. W erze bardzo dużej dynamiki, przesadnej filmowości i intensywnych doznań "Okami" serwuje cholernie przyjemną odmianę. Mimo iż jest to tylko liniowy i trochę dziwny RPG. No i motyw budzenia świata do życia może być całkiem dobrą osłodą na coraz krótsze dni i dobijającą szarość świata.


Filmy trylogia "20 Century Boys" - wszystkie wyreżyserowane przez Yukihiko Tsutsumi. Któregoś letniego dnia trafiłem na zdjęcie Przyjaciela (głównego antagonisty serii) i sprawdziłem skąd pochodzi. Okazało się, że z filmu Tsutsumiego, a ten facet ma u mnie całkiem spory kredyt zaufania za straszne i fajne skręcone "Sairen". Więc zabrałem się za poszukiwania i zaopatrzyłem się w te 3 długachne filmy. Każdy ma trochę ponad 2 godziny, a do tego tworzą całość/ciągłość - lepiej oglądać jeden po drugim bez zbędnych przestojów, bo postaci jest bardzo dużo, a wątków chyba jeszcze więcej. To rzecz na podstawie mangi Naoki Urasawa, baaaardzo mocno japońska w swojej duszy, więc baaaardzo mocno pokręcona. To stylistyczny miszmasz, kombinacja kina akcji, komedii, obyczajówki, dramatu, kryminału, science fiction i cholera wie czego jeszcze. Jest tam wszystko: gigantyczne roboty, zabójcze wirusy, latające talerze, terroryści, zmienione w fortecę Tokio i super moce. Do tego właściwą akcję przeplatają sentymentalne retrospekcje z lat 70-tych przywodzące na myśl chociażby "Stand by Me". "20-seiki shônen" to historia przyjaźni grupki chłopców, którzy jako dzieciaki bawili się w bazę na moczarach, mieli wspólne sekrety i pasje, a którym 30 lat później przyjdzie ratować świat przed szaleńcem. Nie znam dzieła Urasawy, ale spotkałem się w internecie dość często z określeniem "arcydzieło". To na pewno wielka rzecz, bo filmy to dość dobrze oddają. Czuć tam dziecięcą fascynacje Expo'70, miłość do rocka i uwielbienie do popkultury. Jeżeli lubicie dziwactwa, jeżeli interesuje was taka totalnie pokręcona historia, która ma naprawdę wszystko... i przede wszystkim, jeżeli się nie boicie i umiecie docenić tą "inność" - te filmy czekają na to żebyście je odkryli. Mnie urzekły. Są świetne... chociaż jak to japoński pop - nie dla każdego. 



Muzyka  "Joe Hisaishi meets Kitano films" od... jak łatwo się domyśleć Hisaishiego, do... jak łatwo się domyśleć filmów Kitano. Dzięki tej płycie po raz kolejny odkryłem jak wspaniałym kompozytorem jest ten facet. Jakoś jego twórczość zdefiniowało mi robienie dla Miyazakiego i Ghibli - skądinąd kapitalne ścieżki, uwielbiam praktycznie każdy soundtrack, ale przez nie w jakiś dziwny sposób postrzegałem Hisaishiego. Przez lata traktowałem go... nie do końca poważnie. Marginalizowałem jego pracę i talent. Muzyka do filmów Ghibli jest wspaniała, ale nie znając reszty jego twórczości, miałem wrażenie, że facet potrafi robić tylko to. I dopiero teraz dochodzi do mnie jak wszechstronny i utalentowany z niego gość. Rzadko się zdarza, żeby pisana na zamówienie muzyka tworzyła tak fenomenalny myślowy krajobraz, oddawała emocje i uczucia jakie towarzyszą bohaterom, widzowi czy nawet reżyserowi. Warto wrzucić ją na warsztat i wybrać sobie to co najbardziej podpasuje. Jest to naprawdę spory przekrój - stylistycznie te aranżacje są mocno zróżnicowane. Ja słucham każdego - płynę przez jego twórczość i rozpływam się z zachwytu. Sprawdźcie koniecznie! 


Uff... dzisiaj tak wyszło, że sama japońszczyzna. 

czwartek, 1 listopada 2012

Dead is peachy


flcl to takie zombie, którego się nie da uśmiercić. Co jakiś czas powstaje, połazi, pojęczy, po czym znów na nieokreślony czas pada. Dobrze mu tak, mnie również. Od zrywu do zrywu. Ogarnąłem się trochę i mam ochotę popisać ciut więcej niż kilka zdań na facebookowej tablicy. Dobry pomysł, żeby kolejną serię wpisów rozpocząć czymś dobrym. Mam dzisiaj fazę na Peaches i trafiłem na kawałek "Kick it", gdzie razem z Iggy Popem kopie dupska zombiakom. Myślę, że pasuje. 

wtorek, 15 maja 2012

Usprawiedliwienie

Jakoś tak wyszło, że wczoraj nie udało mi się nic polecić. W dzień namnożyło mi się zajęć, wieczorem wpadł kumpel, nocy nie chciało mi się zarywać. To nauczka, żeby sobie ten wpis przygotowywać jakoś w tygodniu, ale do tego znowu nigdy nie dojdzie. Dzisiaj na pocieszenie Black Label Society i ich "Parade Of The Dead", bo ostatnio jakoś nie mogę się odgonić od zombie. 


Obiecuję też, że w tym tygodniu będzie się coś tutaj pojawiać. 

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #5

... chociaż tak naprawdę tydzień piąty zaginął.

Na razie mało polecanek. Utknąłem między darciem gęby i wycinaniem bandyckich hord w "Skyrimie", a rozczłonkowywaniem zastępów zombie w zbugowanym "Dead Island". Bawię się tak dobrze, że cała reszta rzeczy, które pochłaniałem była, z nielicznymi wyjątkami, do bani i nawet nie szukałem specjalnie odtrutki, ale kilka fajnych rzeczy się trafiło. 

Film    "Horror Express" z 1972 roku. Straszna ramotka, ale wyjątkowo zabawna i przyjemna na ten specyficzny dla staroci sposób. Niewiele brakuje żeby waliła stęchlizną i grzybem, ale właśnie to "niewiele" odgradza ten film od ton crapu, które powstawało w tamtym okresie i przy którym wytrzymuje się tylko dzięki fanatycznemu oddaniu. Występują same tuzy: Peter Cushing, Christopher Lee i Telly Savalas - ten ostatni w roli lubiącego wypić Kozaka. Fabuła to kosmos. Dosłownie. W pędzącym przez Syberię pociągu ożywa zamrożony człowiek pierwotny, który gotuje pasażerom mózgi swoim świecącym czerwoną żarówką okiem. Okazuje się, że jest... no tego nie zdradzę, ale dzięki temu potrafi posiąść ich wspomnienia i wiedzę. Oprócz niego jest jeszcze grupka Anglików, którzy sobie "sirują" i piją herbatę, a przy okazji przewożą różne dziwne rzeczy, jest też szpieg, które te rzeczy chce ukraść, a także mnich-brat Rasputina, który z gorliwego chrześcijanina zostaje wyznawcą bestii. W końcu są też zombie i wielkie bum na koniec. Oldie but goldie!

Film     "Noc komety" z 1984 roku. Połączenie filmu sci-fi i horroru w konwencji post-apo, a poza tym czysty amerykański camp. Lata 80te wylewają się z każdej klatki. Oglądamy je we fryzurach, ciuchach, słyszymy w dialogach, onelinerach,  kiepściutki scenariusz to kwintesencja tamtych lat - ma to swój niepowtarzalny urok. Główne bohaterki, dwie nastolatki zaraz po zagładzie jedyne o czym myślą to o podrywaniu facetów i zakupach. Na dodatek potrafią pociągnąć serię z uzi, a kiedy trzeba mogą konkretnie komuś przypierdzielić. "Noc komety" w ogólnym rozrachunku trochę śmierdzi, ale jest tam jedna scena grozy, która obejrzana za szczyla śni mi się do tej pory - chodzi konkretnie o spotkanie Sam z policjantami. Dla fanów niedorobioncyh zombiaków i Catherine Mary Stewart (która w tym filmie jest świetna) pozycja obowiązkowa. Mnie się film podobał, ale ja zwyczajnie lubię dobre złe filmy.

Teledysk    Dye "Fantasy" reż. Jérémie Périn. Nie mam pojęcia co to za zespół, ale wypadała to Kamila. Już spory kawał czasu temu, ale sobie o tym przypomniałem i odświeżyłem. Miód na oczy wszystkich miłośników horrorów i pokręconych klimatów. Muzyka też całkiem niezła, chociaż to co mnie całkowicie przyciąga to animacja.


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #2

Gra    "Trine" od fińskiego Frozenbyte. Jak dla mnie to duchowy spadkobierca kultowego "The Lost Vikings", w które zagrywałem się w podstawówce. Więc coś w tym jest. Może nie nowatorska, ale nadal  oryginalna, prawie trzyletnia platformówka, z bardzo dobrze zachowaną proporcją między miażdżeniem przeciwnika, a główkowaniem i kombinowaniem. Mamy tradycyjną trójkę bohaterów, z którą spotkać się można w co drugiej fantasy: rycerza, maga i złodziejkę. Każde z nich ma unikalne zdolności, a tytułowy Trine - pradawny artefakt, połączył ich dusze tak, że tylko jednym z nich możemy w danej chwili kierować. Od nas zależy jak przejdziemy etap, z czyich umiejętności będziemy korzystać. Mag, który potrafi tworzyć skrzynie i kładki oraz przesuwać obiekty jest tutaj moim faworytem, ale elementy zręcznościowe najlepiej przechodziło mi się złodziejką. Piękna oprawa audiowizualna i olbrzymia grywalność. Bardzo duży nacisk na szczegóły. Niby "mała" gierka, ale można zatonąć na długie godziny. Do wielokrotnego przechodzenia. 


Muzyka   Soundtrack do gry "Deus Ex: Human Revolution" skomponowany przez Michaela McCanna. O rany!, ale cudo! Może to po części spowodowane jest tym, że zauroczyła mnie gra, a świat w niej pokazany jest tak obłędnie miodny, ale zakochałem się w tej ścieżce. Od pierwszych sekund mnie porwała i coś czuję, że na długo zagości w moim odtwarzaczu. Trochę monotematyczny jestem, bo to znowu soundtrack ilustrujący science-fiction, ale co zrobić? "Deus Ex: Human Revolution" to przede wszystkim elektronika. McCann wzbogacił ją elementami symfonicznymi i chórami, także dostajemy coś mrocznego, ale nie przygnębiającego. Ta płyta jest naprawdę energetyczna, zresztą w grze niektóre kawałki przyspieszają tętno. Przebija się też trochę orient, bo część gry dzieje się przecież w Chinach. Bardzo fajna mieszanka, słuchajcie w ciemno!



Film    "The Seaside Motel". Portale internetowe klasyfikują tą ekranizację mangi jako komedię romantyczną, ale film Kentarô Moriya'y dzieli od tego gatunku strasznie dużo. Jest to dramat, który trochę zbacza w stronę czarnej komedii... coś w stylu "Czwartku" albo "11:14". Mamy tytułowy motel, który tak naprawdę leży w samym środku lasu i gór - jedyne morze można tam zobaczyć na obrazkach (coś jakby z Murakamiego) i kilkanaście osób, których losy się przeplatają. Jest uciekający hazardzista i jego uwielbiająca koty, wiecznie zadającą pytania dziewczyna, dwójka gangsterów i specjalista od tortur, prostytutka i komiwojażer, małżeństwo, któremu za bardzo nie idzie w łóżku i które aż się pali do zdrady. Cała plejada nieudaczników, którzy za bardzo nie wiedzą co ze sobą począć. Szukają miłości, szczęścia, drogi życia? "The Seaside Motel" to momentami zabawny, czasami trochę gorzki, niegłupi film. Nie jest to ten rodzaj rozrywki, przy którym można boki zrywać, ale ja się klika razy szczerze zaśmiałem. Lekko pokręcona stylistyka, fajny montaż i zdjęcia oraz umiejętne eksploatowanie klisz dodają mu uroku. Przyjemny seans. Szczerze polecam.

poniedziałek, 26 marca 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #1


Taki nowy cykl blogowy mi wpadł do głowy. Krótkie, dosłownie na kilka zdań, polecanki, na nadchodzący tydzień, w które mogę wepchnąć wszystko co jest dobre, a co nie doczeka się nigdy godnego odnotowania na blogu (bo jestem leniem, nie mam czasu, nie mam weny*). Będę starał się dawać to zawsze w poniedziałki i i trochę wcześniej niż dzisiaj. Lecimy!


Film   "Przygody Tintina" w reżyserii Spielberga. Dawno czegoś tak przyjemnego dla oka nie oglądałem. Ominąłem to w kinie, gdyż nasze pabianickie wycofało się z wyświetlania i teraz naprawdę żałuję, że nie wybrałem się do Łodzi. To najlepszy film nowej przygody jaki powstał od... lat! Na głowę bije ostatniego Indianę Jonesa czy Piratów z Deppem. Nieprzerwana akcja, zero dłużyzn, wspaniałe postaci i ich kapitalny (angielski) dubbing i humor! Wepchnęli tutaj dosłownie wszystko: pościgi na motorze za sokołem, czołg, dwóch niefrasobliwych policjantów, źle użytą bazookę, walkę dźwigów portowych, wielki piracki skarb, ucieczkę psującym się samolotem na pustynię i zwierzęcego pomagiera. I jest miodnie.  Wszystko gra, całość w 100% strawna. "Przygody Tintina" to czysty fun! Jeżeli ktoś lubi takie klimaty przygodowe to niech koniecznie sięgnie po ten tytuł. Odnaleźć tam można dziesiątki motywów dla których kochamy takie kino!

Muzyka     Soundtrack do "Mass Effect 3". W serię nie grałem i prawdopodobnie nigdy nie zagram. Trochę się z nią rozmijam. Za to muzyka z niej znana mi była od samego początku i nie mógłbym przegapić najnowszej odsłony. Uwielbiam to czego dokonali Jack Wall i Sam Hulick przy jedynce. Trochę gorzej mi wchodzi solowe poczynania Walla, ale to nadal solidny kawał soundtracku. W trójce wrócił Hulick, a swoją cegiełkę dołożyli: Christopher Lennertz, Sascha Dikiciyan, Cris Velasco i... Clint Mansell. W przypadku tego ostatniego mamy tylko jeden samodzielny kawałek i kolaborację z Hulickiem. Oba kawałki naprawdę dobre. Czuć tam jego rękę i wybijają się ponad wytyczony przez Hulicka poziom, ale nie są to utwory na miarę jego niedoścignionej kompozycji ze "Źródła". Natomiast całość, mimo tylu kompozytorów, trzyma bardzo równy poziom i zachowuje charakter znany z poprzednich odsłon. Jest to połączenie muzyki symfonicznej z elektroniczną z elementami melancholijnego ambientu - coś co osobiście coraz bardziej mi podchodzi. Czuć w tej ścieżce duch starszych produkcji science fiction. Idealnie nadaje się na tło, sprawdza się do czytania czy po prostu odpoczynku. 

Gra     "Flower" od Thatgamecompany. Ciężko pisać o odczuciach towarzyszących zabawie z "Flower". To bardziej przeżycie niż typowa rozgrywka. Machając padem i przyglądając się noszonym przez wiatr płatkom autentycznie się odpoczywa. To piękne widowisko dla oczu w połączeniu z kojącą oprawą muzyczną daje niesamowity i niezapomniany efekt. Budzą się w człowieku emocje, których normalnie podczas zabawy na konsoli ciężko znaleźć. Kwiatek trafia bezpośrednio w naszą wrażliwość. A przesłanie - odrodzenie, budzenie świata do życia - jakby idealnie pod tą porę roku, pod te pogody. Naprawdę brakuje słów, którymi można to opisać, bo samo "kierujesz wiatrem" chociaż prawdziwe to jednak za mało. Za śmiesznie niską cenę dostajemy "Flower" (który aż przykro nazywać produktem) - piękne emocje do wielokrotnego przeżywania. 


* Niepotrzebne skreślić

piątek, 16 marca 2012

Metamorphosis

Chcecie zobaczyć coś naprawdę kreatywnego?
Good Books "Metamorphosis"
Hunter S. Thompson, Kafka, niepokojąca, muzyka, piękna animacja. Czysty talent. Więcej (informacje i wersja bez narracji) na vimeo.

niedziela, 4 września 2011

RockMann

Od dłuższego już czasu słucham Trójki. Zaraziła mnie Kamila i jestem jej za to dozgonnie wdzięczny. Jedynym z największych atutów tego radia jest Wojtek Mann. I nie chodzi mi tutaj o jego gabaryty. Jego specyficzne poczucie humoru lubiłem od zawsze. Już jako szczyl, gdy w niedzielę o 16 rodzina przełączała na "Szansę na sukces", czułem że facet jest niesamowity. Już wtedy jego dowcip, chociaż skierowany do wiele bardziej dojrzałych ludzi, mnie cieszył. Poza tym od tego człowieka, od jego głosu, bije niesamowite ciepło... nie umiem tego nawet ubrać w słowa. Jak z przed wyjściem do pracy włączam Trójkę i tak się składa, że audycję prowadzi właśnie pan Wojtek i mówi o ptaszkach, to automatycznie idę do pracy z o wiele lepszym humorem.

Miałem szczęście i trafiłem w bibliotece na jego autobiografię "RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą". Jest to jego pierwsza, miejmy nadzieję, nie ostatnia książka. Przedstawiona jest historia człowieka, dla którego muzyka jest pasją i to właśnie ona jest rdzeniem wokół której snute są opowieści z życia autora. Cóż więcej  mogę napisać? Te trzy godziny czytania są bardzo nostalgiczną podróżą w czasie. Cofamy się z autorem do lat, których nie jestem w stanie pamiętać, jedynie sobie wyobrazić. Muszę przyznać, że mimo tej całej peerelowskiej szarości jawią mi się one bardzo kolorowo (bez jakiegokolwiek gloryfikowania). W samym obcowaniu z muzyką jest jakaś magia. Jestem z pokolenia, dla którego internet jawił się jako puste i obce miejsce, a kaseta magnetofonowa była głównym nośnikiem muzyki. Podczas lektury  czułem, że to moje wspólne słuchanie muzyki, jeżdżenie na koncerty, polowanie na piosenkę i zgrywanie kawałków z radia, wpisuje się w to o czym Mann pisze. 

Świetna autobiografia świetnego człowieka. Nie polecam jedynie tym, którzy nie lubią muzyki. Są tacy?

wtorek, 5 października 2010

Takie tango

Nadal w czeskich klimatach. Przeglądałem przy śniadaniu blog Amanita Design i trafiłem na teledysk grupy DVA, którego autorem jest Jára Plachý. Plachý odpowiada również za rysunkowe dymki w "Machinarium", które były po prostu kapitalne. Ten teledysk, "Nunovó tango" zagarnął pierwszą nagrodę na festiwalu filmów animowanych Anifilm w Treboie.

Może nie pieję z zachwytu nad wykonaniem, ale strasznie podoba mi pomysł i nawiązania do klasyków kina grozy: "Nosferatu", "Mumia", "Frankenstein", "King Kong" czy "Metropolis". No i najważniejsze - ta kabaretowa muzyka, przy której można się tylko uśmiechać - po prostu świetny avant-pop. A do tego cholernie egzotycznie brzmiący język.

Bo DVA, jak sami stwierdzają tworzą "folklor nieistniejącego narodu", a język którym się posługują to tak naprawdę międzynarodowy zlepek. Ciekawe... I koniecznie posłuchajcie!


A i na koniec jeszcze strona autorska Jaromira Plachý.

piątek, 12 marca 2010

Synowie Martina i samochody

Ramon Gerard Antonio Estevez znany przede wszystkim jako Martin Sheen ma czworo dzieci. Wszystkie poszły w ślady ojca - aktora. Grają, produkują, a nawet i kręcą filmy. Ale tak naprawdę liczą się i są rozpoznawalni tylko dwaj synowie: Charlie i Emilio. Akurat obu przydarzyło się w latach 80tych zagrać w filmach, w których olbrzymią rolę odegrały auta i akurat obie produkcje stały się klasyką kina klasy B tamtej dekady. Wzięło mnie, żeby podzielić się jakimiś luźnymi przemyśleniami na temat tych filmów. Zacznę od starszego syna i od produkcji, którą miałem "przyjemność" niedawno oglądać...

"Maksymalne przyspieszenie" to doskonały przykład, że talent pisarski nie idzie w parze z talentem reżyserskim. Tak się złożyło, że nakręcił go na podstawie jednego ze swoich tekstów Stephen King - pisarz najbliższy mojemu sercu. I nie można tego napisać bardziej delikatnie - ten film jest wybitnie słaby i traktuję go jako jedną z największych porażek Kinga. Motyw maszyn, które obracają się przeciwko ludziom pojawiał się w jego twórczości, był to nawiedzony magiel w opowiadaniu "Magiel" (zekranizowanym przez Tobe Hoopera) i demoniczny Plymouth Fury z powieści "Christine" (zekranizowanej przez mojego ulubionego Johna Carpentera). Tutaj mamy ogólnoświatowy bunt wszelkich urządzeń elektrycznych spowodowany przelatującą w pobliżu Ziemi kometą. I tak: zwodzony most powoduje katastrofę drogową, kosiarka do trawy goni rowerzystę, bankomat zwymyśla faceta, który chce wypłacić pieniądze. Głównych bohaterów, którym przytrafiło się być na stacji benzynowej, odcinają od świata ciężarówki - mordercze, potężne kolosy, które przemierzają Amerykę wzdłuż i w szerz. Początkowo maszyny i ludzie spędzają czas na wzajemnej, wesołej eliminacji. Później okazuje się, że ci słabsi przeżyją tylko jeżeli będą służyć tym silniejszym... nalewając im bez końca benzyny do baków.

Jakkolwiek by się ten pomysł morderczych ciężarówek nie wydawał głupi, to jednak w Stanach te kolosy na kołach są panami dróg. Dobrym przykładem jest chociażby "Konwój" Peckinpaha, gdzie kolumna kilkuset ciężarówek prowadzi "wojnę" z policją z kilku stanów, czy telewizyjny "Pojedynek na szosie" Spielberga. Mimo, iż istnieje tam pewnego rodzaju kult samochodu ciężarowego (wyścigi, wystawy, zlecanie malowania obrazów ze swoimi pojazdami) to jednak wzbudzają one w sporej grupie ludzi lęk. Wydaje mi się, że King doskonale o tym wiedział i dlatego adwersarzami nie zostały np. sedany albo pick upy. O ile jeszcze mogę w miarę sensownie tłumaczyć sobie ten pomysł, o tyle nie potrafię usprawiedliwić Kinga z napisania tak głupiego, dziurawego i nudnego scenariusza do tego filmu. To autentyczny potworek z odmętów lat 80tych ze wszystkim grzechami jakie noszą campowe produkcje tamtych lat: fatalnymi dialogami, przerysowanymi do granic możliwości i irytującymi postaciami, głupimi, momentami irracjonalnymi ich zachowaniami, seksem w warunkach najbardziej nieodpowiednich z możliwych i całą zbrojownią (z wyrzutniami rakiet, granatami i całą kolekcją ciężkich karabinów maszynowych) znajdująca się akurat pod stacją benzynową w zabitym dechami Pcinie Dolnym.

Od strony technicznej "Maksymalne przyspieszenie" to również koszmarek. Po oczach bije fatalne aktorstwo. Emilio Estevez wypowiada swoje kwestie z tak zbolałą miną jakby narobił w gacie, cała reszta drugoligowych aktorów się może i stara, ale ma wrażenie, że nikt nawet nie próbował brać filmu Kinga serio. Pat Hingle, który parę lat później grał komisarza Gordona w filmach o Batmanie, tutaj gra najbardziej szujowatego właściciela stacji jakiego świat widział. Miota się, wszystkim grozi, doprowadza dzieci do płaczu i każde zdanie jakie pada z jego ust jest bardzie głupie od poprzedniego. Oglądałem, słuchałem i zastanawiałem się czy King pisząc, a później robiąc ten film nie był na alkoholowo-narkotycznej fali. O dziwo, jego krótki, otwierający epizodzik bankomatowy jest najlepiej zagranym momentem filmu. Z efekty specjalnymi jest różnie. Pirotechnika i sceny katastrofy są w porządku, ale już zupełnie nie przyłożono się do krwi i efektów gore. Poza tym jak każdy tani sensacyjniak z tego okresu, tak i ten ma sporo błędów i wpadek filmowców. Jeszcze przyjemniej się ogląda!


 Zastanawiałem się kiedyś nad kultowością tej pozycji. Zawdzięcza ją w pewnej mierze osobie Kinga, ale drugą, z pewnością dużo bardziej znaczącą, przyczyną jest to, że AC/DC zrobiło do niej ścieżkę dźwiękową. "Maksymalne przyspieszenie" jest wg mnie oglądalne tylko i wyłącznie dla tego. Gdyby nie te kawałki to każda minuta byłaby męczarnią. Ci Australijczycy grają idealnie dla takiego filmu. Oglądamy gniota, ale seans jest po prostu niezapomniany. Każdy film oglądałoby się lepiej, gdyby AC/DC robiło do niego muzę. Niestety tylko reżyserski debiut Stephena spotkał taki zaszczyć. Myślę, że warto zobaczyć ten film, głównie dla nich. Obowiązkowo z popcornem, piwem i może towarzystwem, które umili te półtorej godziny komentarzami.


Charlie Sheen zanim "pojechał do Wietnamu" popełnił w tym samym czasie (obie produkcje z 1986 roku) zdecydowanie lepszy film. "Widmo" Mike'a Marvina, bo o nim mowa, to taki protoplasta "Szybkich i wściekłych" z wątkiem nadnaturalnym, który najprawdopodobniej zjechał James O'Barr w swoim komiksie "Kruk". Film opowiada historię chłopaka, który wraca z martwych, by wymierzyć sprawiedliwość swoim oprawcom. Z racji tego że wygląda jak młody Charlie Sheen, a nie jak gnijące zombie, udaje mu się romansować z seksbombą Sherilyn Fenn i tym samym podpaść swojemu mordercy, który anektuje sobie prawa do dziewczyny. I tak Widmo dnie spędza na kąpielach, bywaniu w barze szybkiej obsługi, w którym pracuje jego brat i ewentualnym wożeniu crossem poderwanej dziewczyny, a w nocy na wyścigach. Zemsty dokonuje ścigając się superszybkim Turbo Interceptor i powodując kolejne efektowne kraksy. Bo oprawcy głównego bohatera to zmotoryzowany gang, który żyje z nielegalnych wyścigów i wszelkich przestępstw związanych z samochodami. Także nie można zabić ich inaczej.

To naprawdę fajnie napisana, mocno osadzona w amerykańskiej kulturze historia. Są szybkie samochody, ładne dziewczyny, kelnerki na wrotkach, szeryf, rock & roll i grupa punkowych złoczyńców. "Widmo" trochę mi przypomina pod tym względem te wszystkie filmy, w których pokazywano beztroskie życie młodzieży z przedmieści. Ciężko też znaleźć mi drugi film z tego okresu, który byłby podobnym wyrazem amerykańskiej miłości do samochodu. Oprócz prototypowego, futurystycznego Dodge M4S, którym jeździł główny bohater możemy podziwiać kilka świetnych furek - jest: Chevrolet Corvette, Dodge Daytona, Pontiac Firebird i przepiękny, chociaż mocno zajechany Plymouth Barracuda. Sam gang, który jeździ tymi cacuszkami jest mocno charakterystyczny i cholernie zabawny (wydawać by się mogło, że w latach 80tych czarne charaktery i przestępcy byli tylko tacy).

Turbo Interceptor i jego lakier metalic z masą perłową
Aktorzy w dużej mierze wywiązali się bardzo dobrze. Postaci są oczywiście przerysowane, ale też należycie rozwinięte. Główny czarny charakter (Cassavetes) jest odpychający, a jego głupawi kompani... głupawi. W pamięć zapadają chyba najbardziej Skank z przeżartym mózgiem i Rughead (wiejska głowa do wycierania). Sherilyn Fenn w jednej ze swoich pierwszych ról promieniuje urokiem dziewczyny z sąsiedztwa. Jest jednocześnie cholernie seksi, a przy tym niewinna. I chociaż nie popisuje się talentem aktorskim, to jednak jej występ zapada w pamięć na długo. Z tego co pamiętam sam Sheen jakoś wybitnie nie zagrał. Sztywny, milczący i mało charyzmatyczny. Wygląda jakby myślami był już przy swoim kolejnym filmie, co zresztą jest najprawdopodobniej prawdą, bo nawet do końca nie grał - pojechał na plan zdjęciowy "Plutonu" (zatrudniono innego aktora, który grał w retrospekcji sceny śmierci tym samym "tłumacząc" dlaczego nikt go po powrocie nie poznał [legenda głosi, ze wg scenariusza siła, która przywróciła Jake'a do życia spowodowała również, że nikt nie pamiętał jak on wyglądał, ale jaka jest prawda nie wiem]). Cieszy mała i dość zabawna rólka Randy'ego Quaida, który wcielił się tępiącego wyścigi w szeryfa. A ma co tępić. Te wszystkie wspaniałe maszyny, które wymieniłem wcześniej można podziwiać przede wszystkim właśnie, podczas świetnie nakręconych, dynamicznych wyścigów. W 1986 roku obyło się bez teledyskowego montażu i podrasowania całości komputerem, chociaż tak niebezpieczne kręcenie kosztowało życie jednego z filmowców. W każdej takiej scenie czuć szybkość i moc silników, a oko cieszą kolejne ujęcia kamery. Oprócz tego, że był świetnie nakręcony to okraszono go dobrymi efektami komputerowymi (sekwencja otwierająca film) i muzyką, jaką można było usłyszeć w filmie tylko w tamtej dekadzie. Poniżej mała próbka.



Dla mnie "Widmo" to mocno niedoceniony przez wielu klasyk. Często mówi się o nim tylko w kontekście tego kosmicznego Interceptora, zapominając, że to również świetna historia. Oczywiście nie jest to film idealny. Kuleją dialogi (chociaż zdarzają się bezbłędne hasła), a aktorstwo i klimat jest bardzo charakterystyczny dla kina klasy B tamtych lat - trzeba po prostu to lubić. Według mnie, każdy fan produkcji z lat 80tych powinien ten seans mieć odhaczony. Osobiście zemsta, której dokonuje Widmo, podoba mi się zdecydowanie bardziej niż ta, dużo bardziej znanego Erica Dravena. Jest może i mniej dojrzała, bardziej popowa..., ale tym samym zdecydowanie mniej pretensjonalna i ckliwa niż ta krucza. Klimat, tak jakby, bardziej "mój". Jest strzelanie, są wybuchy i pojedynki na szosach - czego chcieć więcej?

I "Kruk" nie miał takiego wyczesanego teledysku promującego film.

środa, 3 marca 2010

Gunhed, kolejny zapomniany klasyk cyberpunku

Powracam tym wpisem do produkcji z kultowej wytwórni Toho. Wreszcie! Od czasu ostatniego wpisu o Godzilli nie napisałem ani słowa o ich filmach. Nie żebym nie oglądał. Po prostu zostałem przekonany, że mało kogo obchodzą kolejne przygody Big G. i wszystkie inne kaijūny. Ale tym razem mam coś innego. Dzięki konkursowi na scenariusz do kontynuacji "Godzilli" z 1984 roku pojawił się pomysł by przeciwnikiem Króla Potworów był potężny super komputer. Zwyciężyła jednak Bioroślina, a skrypt Jamesa Bannona został na trochę odłożony na półkę. Musiał się spodobać, bo Masato Harada dość ostro wziął się do przerabiania scenariusza i po kilku miesiącach wziął się za kręcenie niesławnego "Gunheda" - cyberpunkowego sci-fi z wielkim mechem w roli głównej!

Niestety nie przyłożył się do tych przeróbek. Fabularnie ten film jest cienki niczym sik komara. A szkoda, bo historia, mimo iż jest mocno niejasna i momentami absolutnie głupia, ma interesujące podwaliny i wydaje się z początku że drzemie w niej jakiś potencjał.

W 2038 roku super komputer Kryon5 wypowiada ludzkości wojnę uznając ją za przestarzałą. By go powstrzymać na wyspę, gdzie został zbudowany, zostaje wysłana elitarna jednostka Gunhedów (od: Gun UNit Heavy Elimination Device) - gigantycznych robotów bojowych, ale zostaje ona całkowicie zniszczona przez system ochrony Kryona. Mamy 30letni przeskok. Grupa złodziei, nazywająca siebie poszukiwaczami skarbów (którymi w roku 2068 są procesory i części komputerowe) ląduje na wyspie Kryona5. Zostają w kilka minut wybici do nogi (dosłownie) - przeżywa jedynie mechanik Brooklyn i spotkana na miejscu Sierżant Nim (rangerka z Teksasu, której akurat zdarzyło się przybyć z jakąś tajemniczą misją). Muszą uciekać przed morderczym Biodroidem, któremu po drodze coś ukradli, a który wcześniej w jakiś dziwny sposób zasymilował koleżankę mechanika. W końcu spotykają dwójkę dzieci: 7 i 11 (z tym że nie jestem do końca pewny, czy to były dzieci czy może jakieś dziwne androidy, bo 11 pod koniec filmu zaczyna się świecić z ust). Muszą powstrzymać odliczanie, które obudzi i w konsekwencji uzbroi Kryon5, ale czemu przez 30 lat był on wyłączony nie wyłapałem. W czasie przeprawy przez kolejne poziomy Brooklyn znajduje cmentarzysko Gunhedów i uruchamia jednego, który oczywiście swoimi tłumaczeniami komplikuje wszystko jeszcze bardziej.


Scenariusz ma niezliczoną ilość dziur, ale tym samym pozostawia widzowi niesamowite możliwości do interpretacji tego co się właśnie obejrzało... albo raczej czego się nie zobaczyło. A wszystko przez fatalny montaż, który popełnił Yoshitami Kuroiwa. Facet zarżnął ten film na stole montażowym, bez kitu. Niektóre sceny są tak idiotycznie pocięte, że nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego do czego strzelają i przed czym uciekają bohaterowie. Nawet na japońskie standardy nie jestem w stanie pojąć jak taki paszkwil przeszedł proces postprodukcji i został zaakceptowany do puszczenia widowni.

Postaci i gra aktorska też nie są najmocniejszą stroną filmu. Skupię się na Nim i Brooklynie, pomijając wzięte nie wiadomo skąd dzieciaki. Zabawna sprawa. Ona mówi po angielsku, on po japońsku i w czymś co od biedy można uznać za engrish, a rozumieją się doskonale i prowadzą przez cały film w ten sposób konwersacje. Brenda Bakke, którą obsadzono w roli Pani Sierżant nawet nie próbuje udawać, że się stara. Gra fatalnie, rusza się fatalnie i nawet tak strzela. Brooklyna gra Masahiro Takashima, który później zagrał w dwóch częściach Godzilli ciapowatego pilota. Tutaj zresztą również jego postać też jest momentami aż nazbyt komiczna. W oddziale służy za podającego ognia, zamiast papierosów nosi przy sobie marchewki, które je w najdziwniejszych momentach i czasem używa do wciskania guzików, a siadając za sterami jakiegokolwiek pojazdu dostaje choroby lokomocyjnej. I akurat jemu, człowiekowi z tytułem "Największej gapy 2068 roku" trafia się pilotowanie jednego z najbardziej kozackich pojazdów jakie widziało kino. Najlepiej wypada majestatyczny Gunhed, który swoimi enigmatycznymi wypowiedziami (bo oczywiście mówi, prawie tak fajnie jak KITT) nie narobił sobie zbyt wielkiego obciachu. Poza tym ma plusa za sam fakt, że może jeździć i walczyć na whisky, którego dziwnym trafem całe pokłady składowane są na wyspie (tak, ten mech jeździł przez pół filmu na ponad 30letnim, składowanym w drewnianych beczkach whiskaczu).

Jeszcze słowo na temat muzyki, którą muszę niestety zaliczyć do minusów. Toshiyuki Honda skomponował dość fajną ścieżkę dźwiękową, którą również zarżnięto wykorzystując na potęgę jedynie główny motyw. Te kilka miejsc, w których słychać inne melodie, wypada dobrze i oddaje klimat scen, ale jest ich tyle co kot napłakał. Niemniej jednak słychać wyraźnie, że mogło być i pod tym względem lepiej. Mam wrażenie, że w gunhed-teamie zabrakło jakiegoś trzeźwo myślącego osobnika, który pokierowałby tą produkcją jak należy.

Czytacie te moje wywody i zastanawiacie się po co opisuję takie gówno? Nie przeczę, to bardzo kiepski film, ale tym samym jest cudowną perełką kina klasy B i miłośnicy tego typu produkcji będą go oglądać z fascynacją i uśmiechem na ustach. A co najważniejsze... Efekty specjalne, scenografia, miniaturki, a przede wszystkim gigantyczne modele, które powstały specjalnie na potrzeby tej produkcji są IMPONUJĄCE. Nawet teraz. Stworzono dwa, praktycznie pełnowymiarowe pojazdy: Gunheda i sterowanego przez system obrony Aerobota (kształtem przypominał trochę skorpiona) i walka między tymi hydraulicznie sterowanymi gigantami robi wrażenie. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie jaką ilość pracy pochłonęły te wszystkie olbrzymie plany zdjęciowe, skoro miniaturowe miasto demolowane przez Godzillę było budowane w halach Toho tygodniami. Sceny akcji z mechem w roli głównej zostały świetnie sfilmowane. Pirotechnika również pierwsza klasa, pełno w filmie spektakularnych wybuchów. O dziwo ani jedno, ani drugie nie zostało skrzywdzone podczas montażu. Względnie dużo taśmy poświęcono samemu doprowadzaniu wielkiego robota do stanu używalności i podróży przez labirynt korytarzy kompleksów wyspy, chociaż pokonywanie kolejnych kondygnacji można było spokojnie ograniczyć, a w zamian za to rozbudować niektóre wątki. Widać, że Gunhed miał być gwiazdą i również jemu zarezerwowano najlepsze momenty. Szkoda tylko, że ten popis rzemieślników, speców od scenografii, efektów specjalnych i komputerowych Harada tak kiepsko wykorzystał.

Przy premierze "Gunheda" pojawiła się oczywiście cała masa okołofilmowych gadżetów. Był model tytułowego robota, którego niepomalowaną wersję możecie oglądać wyżej możecie (i którego właścicielom strasznie zazdroszczę), komiksy, albumy z concept artami i zdjęciami z planu, a także i gra na PC, którą w USA przechrzczono na "Blazing Lazers". Jest oczywiście i soundtrack, więc można się przekonać ile z kompozycji Hondy trafiło ostatecznie do filmu. Jak podaje Wikipedia w powieści "Światło wirtualne" Williama Gibsona jest jednostka bojowa nazwana Gunhed, a fanem filmu jest nie kto inny, jak sam James Cameron.

"Gunhed", mimo swoich olbrzymich wad, zaprzepaszczonego potencjału i nakładu pracy, który został zmarnowany, jest jak najbardziej warty obejrzenia. Czysty camp lat 80tych z przesadzonymi postaciami, kiepskimi one linerami i niewyszukanym humorem. Poza tym to uczta dla miłośników klimatów cyberpunkowych, które tutaj biją zewsząd. Jest nawet "duch w pancerzu" (wspomniana przeze mnie towarzyszka Brooklyna, która trafiła do wirtualnej rzeczywistości wnętrza Biodroida)! Jeżeli istnieje jeszcze surowy materiał to wypuszczenie odrestaurowanej i przemontowanej wersji filmu byłoby cudownym rozwiązaniem, ale dobrze wiem, że "takich rzeczy na świcie to ni ma".

Zamiast trailera wrzucam teledysk do kawałka "Mindphaser" grupy Front Line Assembly. Wykorzystują w nim spore fragmenty filmu.

wtorek, 9 lutego 2010

MTV - niemuzyczna telewizja


Z samego rana trafiłem na newsa, że niegdyś kultowy kanał muzyczny MTV zmienił po 30 latach logo i tym samym ostatecznie pozbył się konotacji z muzyką. Jak widać powyżej, oprócz pozbycia się wesołych kolorów, wykadrowali to tak, że zniknął napis "Music Television", a samo "M" kojarzy mi się mocno z Miramaxowskim.

Gdy w listopadzie 2008, po 7 latach obcowania tylko z 7 kanałami odbieranymi z azartu, wróciła do mojego domu telewizja kablowa, znalezienie stacji muzycznych było drugim priorytetem, zaraz po sprawdzeniu co leci na Cartoon Network. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przez pierwszy tydzień skakania po kanałach nie trafiłem na ani jeden teledysk na MTV! Było wszystko tylko nie muzyka. Jakieś zwiedzanie domów gwiazd i innych "gwiazd", pełne pustych blondynek "Króliczki Playboya", Tilla Tequila i jej problemy z ludźmi którzy fatalnie udawali miłość, umawianie się na randki po zwiedzaniu swoich zasyfionych pokoi i Murzyni z getta, którzy próbowali zostać dżentelmenami. W ogóle samych programów randkowych było do zarzygania - autentycznie co chwilę ktoś szukał (samotnie bądź grupowo) dziewczyny albo faceta. I jedno w tych wszystkich programach jest wspólne, świetnie obrazują zidiocenie społeczeństwa. Przez pół roku trafiłem aż raz na koncert. Teraz z ciekawości sprawdziłem ramówkę i okazuje się, że trochę muzyki można posłuchać przed dziesiątą rano (lista MTV MAXXX HITS) - kiedy młodzież jest w szkołach, a teledyski ciągiem są puszczane dopiero przed drugą w nocy, pora odpowiednia dla wszystkich którzy lubią sobie głośniej posłuchać muzyki. Pasmo zostało nazywane, chyba ironicznie: "Don't Kill The Music".

Smutne jest to, że stacja, która dotąd kojarzyła mi się z pewnymi bardzo pozytywnymi trendami, wolną myślą, propagowaniem popkultury przeszła w ciągu dekady tak potężną metamorfozę. Nawet seriale animowane, które dawniej stanowił sporą siłę tej telewizji ograniczone zostały w tej chwili chyba tylko do kolejnych sezonów "Włatców móch", czegoś co prezentuje tak słaby humor, że chyba tylko niżej są żarty o pierdzeniu. MTV, ikona niezależności, młodzieńczego buntu stała się miejscem gdzie znajdzie się jedynie nic nie wnoszącą, bezmózgą rozrywkę typu reality show. Lansuje dziwną modę, mam wrażenie, że leżącą przeciwną do priorytetów jakie postawiono sobie, gdy zakładano tą stację. Także teraz "M" w nazwie, jest nie od "Music", a od "Mindless".

Zdaję sobie sprawę, że istnieją jeszcze MTV2 i MTVHD, na którym muzyka jest obecna w większych ilościach, ale akurat ja tych kanałów nie mam i chce mi się krzyczeć: "Czemu nie jest odwrotnie?!" Czemu nie puszczacie tego syfu tam albo czemu nie zrobiliście na to osobnego kanału? Żal dupę ściska, że 10 lat temu umarła rewelacyjna Atomic TV i na jej miejsce weszła MTV Polska, która miała wprowadzić nową jakość, i teraz musimy się męczyć z tym ostatniej jakości gównem. Uczcijmy minutą ciszy stare, dobre MTV. I miejmy nadzieję, że kiedyś się odrodzi.


(górna graficzka wzięta z /film)

niedziela, 31 stycznia 2010

Jedenaście najważniejszych* albumów dekady

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie mam pojęcia czy rok 2000 można liczyć jako początek dekady, skoro nowe millenium zaczęło się 1. stycznia 2001. Pewnie nie, ale na potrzeby tego zestawienia założę, że można. Są płyty z 2000 których nie mógłbym pominąć. Druga sprawa to wypadałoby również nadmienić, że nie znam się teraz zbytnio na pisaniu o muzyce muzyce. Jak pewnie zauważyliście, na flcl rzadko kiedy pojawia się cokolwiek z nią związanego (a jak już to raczej był to jakiś fajnie wyglądający teledysk). Coś mi się podoba to słucham, coś mnie męczy to daje sobie spokój, ale pisanie o tym to dla mnie kosmos. Jestem prawie pewny, że pisanie recenzji muzycznych jest jednym ze stopni wtajemniczenia u masonów. Także, musicie mi wybaczyć jeżeli będę pisał jakieś okrutne bzdury. I jeszcze jedna rzecz. Akurat lata 2000 - 2009 przypadają na okres mojej nauki w liceum i zbyt długich studiów, okres kiedy najwięcej i najbardziej różnorodnie słuchałem. Te jedenaście płyt, o których dzisiaj krótko napiszę, nie są raczej wielkie muzycznie i wiekopomne dzieła. Są po prostu najbliższe moim uszom i mojemu sercu, z różnych, często banalnych przyczyn. Bardzo się różnią gatunkowo, ale łączy je jedna rzecz - wszystkie mi się bardzo podobają.

11.) Tenacious D - "The Pick of Destiny" (2006). Na początek świeżak, a przynajmniej dla mnie, bo The D odkryłem dopiero w te wakacje. No i jak można się domyślić, skoro umieściłem to w zestawieniu to musiałem przepaść całkowicie. Zaczęło się chyba od przypadkowo przesłuchanego klipu na YouTubie, później był film i katowanie płyt. I tą z piosenkami z filmu lubię chyba bardziej. Idealna do poprawienia nastroju. Żaden inny zespół nie ma takiego luzu i dystansu do siebie co ci dwaj panowie. Oni bawią się rockiem. Rzadko się zdarza również przyjemna dla ucha i zabawna muzyka. Oprócz tego to właśnie przy ich dźwiękach wpadł mi pomysł na stworzenie piwnego bloga, który jakby nie patrzeć zdominował moje pisanie i stał się dość bliski mojemu sercu.

10.) Frou Frou - "Details" (2002). Frou Frou to brytyjski duet tworzony przez Imogen Heap i Guya Sigswortha. Działali oni pod tą nazwą tylko dwa lata, od 2002 do 2003 (chociaż wcześniej Sigsworth pomagał Heap przy pierwszej solowej płycie) i wydali tylko jeden album - "Details" właśnie. Trafiłem na tą płytkę podczas okresu fascynacji Imogen i z początku zupełnie mi nie podeszła. Była momentami "zbyt elektroniczna" i nie mogłem się w nią wgryźć, muzyka rozstrajała mnie zupełnie. Nie mogłem się skupić na tym co podobało mi się najbardziej, czyli na głosie Imogen. Później "Details" spodobało się Kamili, słuchaliśmy jej dużo, a że wspólnie wszystko wchodzi lepiej, to jakoś się z Frou Frou polubiłem. Gatunkowo sklasyfikowałbym to na elektroniczny pop łamane na ambient, z kapitalnym jak dla mnie wokalem. Znalazłem w tych brzmieniach coś kojącego (a nie zapowiadało się). Zawsze mnie pozytywnie nastraja.

9.) Biffy Clyro - "Puzzle" (2007). Szkoci z gitarami (i perkusją) grający bardzo przyjemnego i energetycznego rocka. Zespół polecił mi ładnych parę lat temu Infinite, ale ich pierwsze trzy płyty specjalnie mi nie podeszły. Dopiero czwarta - "Puzzle" sprzedało mi tą kapelę całkowicie i zapoczątkowało pewnego rodzaju otwarcie umysłu (i przychylność ucha) do alternatywnego grania. To co podoba mi się w "Puzzle" najbardziej to chyba te ściany gitar przechodzące w chórki i niezły power. Miłą odmianą były również wokale (o ile dobrze się orientuje to wszyscy trzej członkowie grupy na tej płycie śpiewają). Do tego czasu słuchałem raczej metalu i rocka, które to pod tym względem był raczej "szorstki", a kolesie z Biffy Clyro mają bardzo melodyjne głosy. Pełna energii i świetnej muzyki płytka, która w roku 2007 zachęciła mnie do sięgania po alternatywnego rocka.

8.) Modest Mouse - "We Were Dead Before the Ship Even Sank" (2007). Kolejna rockowa kapela i znowu jedyna płyta ze sporego dorobku, której lubię słuchać. "We Were Dead Before the Ship Even Sank" jest lżejsza i przystępniejsza od wcześniejszych nagrań, wydaje mi się że skierowana do mniej wyrobionego słuchacza (co zresztą potwierdza fakt, że odnieśli z nią największy sukces komercyjny), ale mnie to pasuje. Kilka utworów trochę bardziej spokojnych, kilka porządnie energetyzujących. Wydaje się to być właśnie do mnie, potrafię się w tym odnaleźć jak w mało którym albumie. Muzyka wpada w ucho, potrafię zanucić kawałek, wszystko wydaje się być takie... taneczne, lekkie. Zarzucam sobie tą płytę raz na jakiś czas i leżąc na kanapie, czytając gazetę, odpływam myślami. Albo w mp3 - słyszę riffy i skrzekliwy głos gitarzysty i od razu chce mi się przebierać nogami. Poza tym wiąże się z nią sporo świetnych wspomnień, bo akurat bardzo często słuchaliśmy jej z Kamilą w pierwszych miesiącach naszego związku (nie żeby teraz było gorzej). Także "Little Motel" albo "Florida" to balsam dla uszu.

7.) Daft Punk - "Discovery" (2001). Kolejna płyta mocno związana z moim życiem uczuciowym. Jedna z najczęściej słuchanych przez nas płyt, bardzo mocno utkwiła mi w głowie. Nie przepadam za elektroniką w takiej postaci, a tutaj się normalnie rozpływam. Zresztą już kiedyś, przy okazji układu do "Harder, Better, Faster, Stronger" o niej wspominałem. Nie zawsze mam ochotę na Daft Punka, nie przepadam za wszystkim utworami z track listy, ale "Discovery" przełamało u mnie w pewien sposób niechęć do muzyki house. Poza tym podoba mi się cała otoczka związana z tym albumem - anime i teledyski, koncerty, okładki. Także "Discovery" FTW!!!1

6.) O.S.T.R. - "Jazzurekcja" (2004). W liceum, za sprawą rocka i metalu bardzo odsunąłem się od hip-hopu. Nigdy nie byłem jakimś specjalnym zapaleńcem, ale idąc na studia można powiedzieć, że nim gardziłem. I właśnie O.S.T.R. ze swoją "Jazzurekcją" to zmienił. Nie znałem faceta wcześniej także, gdy odpaliłem płytkę byłem naprawdę mile zaskoczony. To drugi album Adama Ostrowskiego inspirowany jazzem, pokazał mi, że w tym gatunku jest miejsce na bardziej ambitną nutę i ciekawsze brzmienie. I chociaż nie zawsze zgadzam się z tym, co O.S.T.R. ma do przekazania w tekstach, i wkurza mnie ta hip-hopowa napinka, to wydaje mi się, że jest najciekawszym artystą robiącym w tym gatunku. Wracam do niej często, a słucham jej prawie 5 lat i nadal potrafi mnie czymś fajnym zaskoczy. Świetna muzyka, wpadające w ucho kawałki i zawsze spora przyjemność z słuchania.

5.) Slipknot - "Iowa" (2001). Tu z kolei płytka, która zapoczątkowała moją przygodę z cięższymi brzmieniami. Dostałem ją prezencie od kumpla, który etap takiego ostrzejszego wydania nu metalu miał już za sobą. Spodobała mi się od razu. Jest agresywna i pełna niekończącej się energii (nawet w spokojniejszych kawałkach). Wokal Taylora jest pełen furii. W porównaniu z bardziej punkowym debiutanckim albumem, tutaj jest mroczniej i ciężej. Czuć nawet inspiracje death metalem. Klimat jaki kapela stworzyła na tej płycie niezmiennie od kilku lat kojarzy mi się z filmami o psychopatycznych mordercach. Horrorowe teledyski, kostiumy i okładka to jedno, ale i muzycznie jest tam coś niepokojącego, coś co sprawiało, że niejednokrotnie miałem ciary i gęsią skórkę na rękach. Dzięki "Iowa" wyszedłem z grajdoła nu metalu, zacząłem słuchać grindu, deathu, co później oczywiście zaprzestałem, ale do niej akurat wracam. Slipknot dla mnie skończył się właśnie na tej płycie, ale na koncertach nadal dają czadu i czasem jak trafiam na nich na MTV to z przyjemnością na nich patrzę. No i nick, którym posługuję się w sieci... dość mocno inspirowany jest tekstami Coreya.

4.) Cypress Hill - "Skull & Bones" (2000). Kupiłem kasetę z tym albumem na obozie nad morzem. Do tamtej chwili znałem Cypress jako zespół hip-hopowy. Kojarzyli mi się z paleniem jointa i przedmieściami L.A. "Black Sunday", "Temples of Boom", "IV" były bardzo fajne, a to za sprawą kapitalnych wokalistów, ale do momentu kiedy kaseta przeskoczyła na stronę B nie sądziłem, że ci kolesie potrafią uwolnić taką energię. Miałem piętnaście lat i nie potrafiłem znaleźć słów oddających mój zachwyt. To było coś! Ci kolesie bujający się do tej pory do narkotycznych rytmów, w ciągu 20 minut dali więcej czadu niż większość słuchanych w tamtym czasie kapel metalowych. Skull side oczywiście nie była zła, ale to był stary dobry Cypress. To nowy zajebisty Cypress z Bones side mnie rozłożył na łopatki. Dwie następne płyty mnie porządnie rozczarowały, bo oprócz "Trouble" brakowało tam gitar. Cypresi i ostre gitarowe riffy to jest to czego mógłbym słuchać codziennie. Uważam, że ta płytka to najciekawszy i najlepszy romans kapeli hip-hopowej z rockiem ever. I chyba moje ulubione dokonanie tego zespołu.

3.) Imogen Heap - "Speak for Yourself" (2005). To, że trafiłem na Imogen jest zupełnym przypadkiem. W 2006 spodobał mi się bardzo serial, który po 3 odcinkach został anulowany - "Smith". Zachwycony muzyką w kulminacyjnej scenie zacząłem sprawdzać cóż to za kobieta użyczyła swojego kawałka i okazało się że to właśnie Heap. A tym kawałkiem było "Hide and Seek". Sięgnąłem z ciekawości po całą płytę i z miejsca zostałem oczarowany głosem, lekkością melodii i jakimś nieznanym mi wcześniej magnetyzmem muzyki. Nigdy nie sądziłem, że połączenie popu i trip-hopu może mi tak przypaść do gustu. Jadłem, uczyłem się, podróżowałem, czytałem i nawet spałem słuchając tej płyty. W ciężkich chwilach, a 2006 i początek 2007 obfitował w takie, nastrajała mnie pozytywnie i wyciszała, a w chwilach euforii jeszcze bardziej mnie nakręcała. "Speak for Yourself" to przepełniona pięknym głosem Heap, pełna ciepłych melodii płyta. Wyryła mi się w pamięci złotymi nutami.

2.) Disturbed - "Ten Thousand Fists" (2005). Rock i jego pochodne to muzyka najbliższa mojemu sercu. W różnym czasie przeżywam różne fascynacje tą muzyką, ale niezmiennie od kilku lat upodobałem sobie tą amerykańską kapelę. Każda ich płyta jest kapitalna, przesłuchana setki razy i zawsze jak do obojętnie której wracam, niezmiennie dobrze mi się słucha. "Ten Thousand Fists" na liście z dość błahego powodu - była pierwszym albumem, który przesłuchałem w całości, wcześniejsze jedynie znałem z pojedynczych kawałków. Zdaje sobie sprawę, że to dość kontrowersyjny wybór jeżeli chodzi o ten zespół, dla wielu to jego najgorsze dokonanie, ale dla mnie jest to cholernie dobra (jak nie najlepsza) pod względem muzyki i klimatu płyta, rozpływałem się przy jej dźwiękach. O ile poprzednie obfitowały w większość ilość hitów, które wyróżniały się na tle (trochę gorszej i czasami pomijanej przeze mnie) płyty, o tyle "TTF" jest płytą równym, jednolitym (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), zamkniętym dziełem, które uwielbiam słuchać w całości. Moje niewprawione ucho słyszy tam zgranie i dopracowanie w wszystkich kawałkach, a fantastyczny wokal Draimana jest idealnym dopełnieniem każdego z nich. Wspomniałem o klimacie, więc wypadałoby to pociągnąć. "TTF" zawsze, niezmiennie kojarzy mi się z buntem, gniewem, frustracją, sprzeciwem - czuć że ta płyta daje wyraz wielu z tych emocji. Disturbed gra tutaj tak, że chce mi się zaciskać pięści. Zawarty tutaj "Land of Confusion" jest dla mnie jednym z najlepszych hardrockowych coverów jakie miałem przyjemność słyszeć, a teledysk do niego, zrobiony przez Todd McFarlana to pieprzona wisienka na cieście (i chociaż lata świetlne mu do "Do the Evolution" Pearl Jamu, to jednak podoba mi się bardzo i fajnie, że zrobiono go tak na komiksowo).

1.) Limp Bizkit - "Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water" (2000). Tą płytę kupiłem dopiero wiosną 2001, ale całą zimę 2000 zasłuchiwałem się w zjechanej, przegrywanej kasecie (później jak nie dało się już słuchać to polowałem na kawałki z niej w radiu i telewizji i nagrywałem jak szalony, nawet po kilka razy). Fredowi i spółce udała się według mnie rzecz niemożliwa - każdy kawałek na tej płycie to hicior. Może nie na miarę własnego teledysku (chociaż o ile dobrze liczę to 5 utworów się swojego doczekało), ale każdy jest charakterystyczny, żywiołowy i zapada w pamięć. Mam szczególny sentyment do tego albumu, który pewnie nie minie do końca życia - zbyt dużo imprez, bibek większych i mniejszych, działo się przy rytmach Czekoladowej Rozgwiazdy Limp Bizkit (i pomijam tu już pogo przy "Break Stuff", bo to nie ten album). "Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water" to świetne, lekkie, pełne energii granie, które od lat uprzyjemnia mi ciężkie poranki i nudne wieczory. Nie sądzę, aby w moim życiu pojawiła się druga taka płyta.


Pewnie dla wielu ta lista jest wielkim nieporozumieniem i bardziej wiarygodne wydają się zestawienia z pisemka dla nastolatek, ale powtórzę, to bardzo subiektywny wybór, chyba najbardziej z dotychczasowych. Przez te 10 lat przesłuchałem setki płyt i pewnie kilkanaście z nich zostanie zapamiętane i słuchane nawet w następnym stuleciu, ale jeżeli trafiłem na nie w nudnym okresie w życiu i zdarzało mi się ich słuchać przy obiedzie, to nie ma szans żebym zapamiętał choć tytuł takiej płyty. No i jak pewnie zauważyliście, brakuje tutaj soundtraków. Doszedłem do wniosku, że gdybym o nich zaczął pisać zdominowałyby one tą listę całkowicie. Ale może napiszę o kilku swoich ulubionych w przyszłości, nawet mi się to pisanie o muzyce spodobało, chociaż żadna loża, po tym co tu powypisywałem, by mnie w swoje szeregi nie przyjęła.

* najważniejszych dla mnie

środa, 3 września 2008

Daft Bodies

Przeszło rok temu Kamila dała mi do posłuchania "Discovery" Daft Punka i bardzo szybko płytkę polubiłem. Jakoś nie przepadam za elektroniką, ale w tym przypadku nie było mowy o niechęci. Kawałki wpadły mi bardzo szybko w ucho, a w połączeniu z wizualizacjami Winampa wypadały wręcz bombowo. Z pewnością duża zasługa w tym tego, że słuchaliśmy płyty razem przy różnych okazjach, ale zdarzało się jednak, że odpaliłem ją sobie samemu, siedząc wieczorem przed monitorem.
W poniedziałek trafilem na Tubie na filmik gdzie dwie dziewczyny w pudełkach na głowie tańczą zajebisty układ do kawałka "Harder, Better, Faster, Stronger" - jednego z moich ulubionych z płyty. Wymiękłem, odpalam sobie co jakiś czas, no i muszę się podzielić, mimo iż pewnie wszyscy poza mną znają to już od dawna.


poniedziałek, 2 czerwca 2008

Hit lata?

Kamila mówi, że to prawdopodobnie hit tego lata będzie. Ja się nie znam, ale jej wierzę.

Sokół & Pono "W Aucie (Feat. Jedker Realista, Franek Kimono)"

środa, 9 kwietnia 2008

Technicznie

Po pierwsze, ale z pewnością nie najważniejsze: flcl dorobiło się blipa. W zasadzie rzecz całkowicie mi zbędna, ale że nie zawsze mam czas napisać notkę, to od dziś będzie można sobie zobaczyć co ostatnio obejrzałem, przeczytałem czy po prostu zrobiłem (o ile będą to czyny warte zanotowania), chociaż na razie nic nie ma, bo muszę popisać zaległe recenzje na CN. P ile dobrze się orientuję można mnie pośledzić RSSem.
A pomysł zgapiony z bloga Kamila Śmiałkowskiego.

Po drugie, rusza inicjatywa Karpie blogują. Pomysł polega na tym, żeby ludzie skupieni wokół serwisu Carpe Noctem i forum Groza w każdym calu pisali o horrorze, grozie, literaturze i filmach, tłumaczeniu tekstów, pasji kolekcjonerskiej, wydarzeniach kulturalnych czy zwyczajnie prowadzili swoje autorskie stronki w formie blogów. Nie jest to z pewnością pierwsza inicjatywa na tym polu, bo z podobnymi ruszyły wcześniej inne serwisy fantastyczne, jednak zmiany zachodzące w środowisku (czyli głównie Internecie) wymuszają od serwisu nie tylko nowego silnika (nad którym toczą się intensywne prace), ale również promowania osób, które ten serwis tworzą. Recenzje, suche newsy, fragmenty, okazjonalny wywiad czy artykuł nie wystarczą. Trzeba czegoś od siebie, własnej myśli, rzucenia problemu. Blog ułatwia kontakt z czytelnikiem, jest łatwiejszy, a tym samym szybszy w obsłudze. Można skomentować lub poddać analizie coś czego w normalnym artykule raczej nie dałoby się omówić.
Pod skrzydła Karpi trafił Łukasz Orbitowski, który zrezygnował z prowadzenia strony, właśnie na rzecz autorskiego bloga. Podobnie Kazimierz Kyrcz Jr i Dawid Kain. Olbrzymim plusem takiej decyzji jest kanał RSS, którego stare witryny nie posiadały jak i pewnie częstsze aktualizacje. Dołączył również: Infinite*, który będzie pisał o Ramsey'u Campbellu, Lovecrafcie, a także innych ciekawych pisarzach, Guru*, piszący o dobrych mało znanych horrorach, Pavel*, który zrezygnował z f-loga i przeniósł się na Carpe (więc ten wpis już jest nieaktualny). Ruszył również Antykwariusz**, a wkrótce pewnie będą następni. liczę na to, że inicjatywa się przyjmie i będziemy mieli dużo ciekawego do czytania.


Po trzecie (bo musi być), jeżeli ta informacja okaże się prawdą, to najprawdopodobniej (o ile rozłożenie się egzaminów moich i Kamilki pozwoli) 21 czerwca będziemy sobie słuchali Jamiroquaia na żywo.



* oczywiście użyłem pseudonimów, ale panowie mają imiona i nazwiska. i tak, chodzi mi kolejno o: Tomka Surowieckiego, Piotra Olejnika i Pawła Szczepanika.
** tutaj na razie cisza co do personaliów, bo ten chyba będzie pisany incognito.