Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zombie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 listopada 2012

Dead is peachy


flcl to takie zombie, którego się nie da uśmiercić. Co jakiś czas powstaje, połazi, pojęczy, po czym znów na nieokreślony czas pada. Dobrze mu tak, mnie również. Od zrywu do zrywu. Ogarnąłem się trochę i mam ochotę popisać ciut więcej niż kilka zdań na facebookowej tablicy. Dobry pomysł, żeby kolejną serię wpisów rozpocząć czymś dobrym. Mam dzisiaj fazę na Peaches i trafiłem na kawałek "Kick it", gdzie razem z Iggy Popem kopie dupska zombiakom. Myślę, że pasuje. 

środa, 16 maja 2012

Zombies Man, They Creep Me Out!

Pamiętając o zasadzie, że cycki napędzają odwiedziny otwieram ten krótki wpis tym: 


Uwaga komunikat! Sporo w najbliższym czasie będzie na flcl zombiaków. Jakoś tak dobierają mi się ostatnio gry (no może nie same, ale też te wszystkie promocje i przypadkowe okazje... przecież to nie moja wina). To po pierwsze. Za tym idą inne rzeczy - jedno napędza drugie. Druga sprawa, że polubiłem je jeszcze bardziej, a moje uwielbienie do żywych trupów od zawsze było naprawdę wielkie. Teraz wszystko co zombie będzie odpowiednio tagowane. Żeby potomnym łatwiej było szukać.

Tytuł notki to cytat z "Ziemi żywych trupów" - chyba jedyna dobra i warta zapamiętania rzecz w tej produkcji.

O ukulele nie zapomniałem, po prostu nigdzie go nie widzę! Nawet w "Hawaii 5.0" jakiś nieurodzaj.

Zombinladen

Wiem, że stare i że pewnie większość z was to widziała. Ja o tym zupełnie zapomniałem i przypomniała mi to któraś z horrorwych stron z fb. 


Fałszywy trailer "Zombinladen The Axis of Evil Dead" cały czas pachnie wybornym serem i nawet nie powinni się zastanawiać tylko to kręcić. Chociażby Uwe Boll! Widać jak wielki jest potencjał takich produkcji i myślę, że ten cały nurt powrotu do campu i filmów klasy be od SyFów jest niezłą odtrutką na tony chłamowatych produkcji z Hollywood. A jak są tam zombie i striptizerki ... no czego chcieć więcej?



wtorek, 15 maja 2012

Usprawiedliwienie

Jakoś tak wyszło, że wczoraj nie udało mi się nic polecić. W dzień namnożyło mi się zajęć, wieczorem wpadł kumpel, nocy nie chciało mi się zarywać. To nauczka, żeby sobie ten wpis przygotowywać jakoś w tygodniu, ale do tego znowu nigdy nie dojdzie. Dzisiaj na pocieszenie Black Label Society i ich "Parade Of The Dead", bo ostatnio jakoś nie mogę się odgonić od zombie. 


Obiecuję też, że w tym tygodniu będzie się coś tutaj pojawiać. 

sobota, 12 maja 2012

Żywe trupy idą dalej

"The Walking Dead" - jeden z najgorętszych tytułów dla miłośników zombie, które nie odniosły nigdy równie spektakularnego sukcesu jeżeli chodzi o komiks i serial. Ich twórca, Robert Kirkman okrzyknięty został cudotwórcą, chyba i nawet słusznie, bo jego dzieła to nie tylko dołożenie cegiełki, ale powiew świeżości wywracający medium do góry nogami - czy to chodzi o zombie czy o superbohaterów. Osobiście z "Żywymi trupami" (bo tak je w Polsce nazywamy) jestem prawie od samego początku. Zacząłem je czytać zanim wydano pierwszego trade'a i chociaż uwielbiam to jestem już nimi trochę zmęczony. Do drugiego sezonu serialu jeszcze się nie zabrałem. Tłumaczyłem sobie na początku, że czekam jak już będę mieć bezpiecznie na dysku całość, ale od finału upłynęły tygodnie, a ja nadal nie kliknąłem "play". Teraz tłumaczę sobie, że przeczytałem o jeden mem o tym, że Lori to głupia pinda za dużo. Moim największym grzechem jednak jest to, że nie sięgnąłem po książkę. Jeszcze większym, że wydali ją koledzy. Dlatego postanowiłem się rehabilitować grą i zakupiłem dzień po premierze. 

Za elektroniczne "The Walking Dead" odpowiada studio Talltale Games, które słynie z wydawania epizodycznych gier na licencji. Zrobili "Jurajski park", "Powrót do przyszłości", "CSI" i nawet rzucili się na Monkey Island. Sporo moich znajomych ceni ich i lubi, ale dla mnie było to pierwsze spotkanie. 

Kierujemy poczynaniami Lee Everetta - nowej postaci w uniwersum, który przed opanowaniem świata przez zombie był wykładowcą, któremu przytrafiło się kogoś... zabić. Zaczynamy w radiowozie od dialogu z policjantem, który eskortuje nas do więzienia. Tak się składa, że na drogę wychodzi truposz i bardzo szybko lądujemy w rowie, a że w Ameryce wszystko jest większe, ten rów kończy się kilka metrów poniżej poziomu drogi. Uprzejmy policjant chce się nam teraz dobrać do mózgoczaszki, a my mimo rannej nogi uciekamy ciemnym lasem ile fabryka dała. Trafiamy na przyjemne przedmieścia, gdzie ratuje nas kilkuletnia dziewczynka. Z wiadomości jakie jej matka nagrała na automatyczną sekretarkę możemy wnioskować, że sierota. Lee bez namysłu postanawia ją zabrać ze sobą i ruszamy z tą dwójką bohaterów w nieznane. Nie bójcie się, nie zdradzam wam całej fabuły "A New Day", to dopiero pierwsze kilka minut. Na swojej drodze spotkamy postaci, które później, w komiksie, pozna Rick (trzeba pamiętać, że Lee uczestniczy w historii od dnia zero, natomiast Rick w tym czasie  smacznie śpi w szpitalnym łóżku) i niektóre wydarzenia, których będziemy świadkiem odbiją się echem na ekipie Grimesa (na pewno jedno z tego pierwszego epizodu).

Zacznę od tego co mi się nie podoba. Gameplay. "The Walking Dead" to powiedzmy, że przygodówka. Ja jestem przyzwyczajony do starej szkoły. Najnowszą w jaką grałem było "Machinarium", które bądź co bądź, było bardzo klasyczne. Wcześniej miałem olbrzymią przerwę i dla mnie ten gatunek to cały czas gra w której muszę używać szarych komórek do rozwiązywania zagadek i wymyślania niecodziennych kombinacji przedmiotów. "The Walking Dead" nie jest taką przygodówką. Te elementy są zdawkowe, uproszczone do minimum i weterani gatunku (za jakiego nigdy w życiu bym się nawet w myślach nie nazwał) będą nimi zażenowani (nie tylko rozczarowani). Jest za to trochę QTE i nawalania w przyciski, trzeba też trochę podjąć szybkich decyzji - to jedyne momenty, na których możemy polec i doprowadzić do naszej śmierci. Popychamy historię dokonując różnego rodzaju wyboru: "poprzyj w kłótni tego gostka z wąsem", "broń dzieciaka przed plującym staruchem", "uratują dziewczynę i licz na coś więcej", niejednokrotnie pod presją czasu. Tym samym zdobywając sympatię lub uznanie, a jednocześnie robimy sobie też wrogów. Nie sądzę jednak, żeby którykolwiek podjęty przeze mnie wybór doprowadził bohatera do przedwczesnej śmierci. To przypomina wielką, interaktywną grę paragrafową. Osobiście bardzo takie rzeczy lubię, widać że twórcy się przyłożyli i nie traktują tego po łebkach, ale jestem rozczarowany zerowym poziomem zagadek i niestety strasznie łatwą rozgrywką. Nie można mieć wszystkiego, prawda? Zrekompensować można to sobie wielokrotnym przejściem i odkrywaniem konsekwencji swoich "nowych" działań. Widać, że postawiono tutaj na rozwój historii, jej ciągłość co też się chwali.

Elektroniczne "The Walking Dead" ma bardzo przyjemną dla oka grafikę i taki komiksowy feel. Klimat też taki charakterystyczny dla tego tytułu - otaczające przygnębienie i rezygnacja, ale jednocześnie bardzo łatwo się zatopić w ten świat (tego trochę brakuje serialowi). Do tego jest nawet krwawo, chociaż tak jak w oryginale środek ciężkości przesunięty jest w stronę ludzkich dramatów, a nie galopującej akcji czy krwawej jatki. Fani będą zachwyceni nawiązaniami do historii Ricka. Trafimy na farmę Hershela i poznamy Shawna, usłyszymy historię Thomasa Richardsa (przynajmniej jestem pewny, że to o niego chodzi) i spotkamy mojego ulubieńca Glenna. 

W ogóle fani będą zadowoleni. Hiper entuzjazm jak uderzył z recenzji trochę mnie zaskoczył. Z jednej strony fajnie, że nie nasrano na markę i nie jest to bezmyślna strzelanka (w stylu "Dead Nation") żerująca na licencji. Super, że to pełnowartościowy produkt rozwijający świat kreowany przez twórcę. Ale bardzo wysokie oceny i wychwalające pod niebiosa recenzje uważam za przesadzone. To po prostu przyzwoita, prościutka gra. Trochę jak interaktywny film. To czy historia opowiedziana przez ludzi z Talltale Games jest w porządku będę mógł napisać dopiero po skończeniu ostatniego epizodu... kiedy to będzie? Pewnie na początku września. Na razie jest w porządku. 

Trochę sobie wytłumaczyłem i moje rozczarowanie jest teraz zdecydowanie mniejsze niż dwa tygodnie temu - dlatego też zwlekałem z pisaniem, bo wiedziałem, że mogę być niesprawiedliwy. Jeżeli tak jak ja lubicie "Żywe Trupy", wiecie dokładnie czego się spodziewać (nowej generacji gra paragrafowa z quick time events) i macie ochotę stracić kilkanaście godzin to śmiało. Jeżeli szukacie klasycznej przygodówki w klimatach horroru to lepiej poszukajcie tej płytki z "Prisoner of Ice", którą lata temu dołożyli do CDA.


poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #5

... chociaż tak naprawdę tydzień piąty zaginął.

Na razie mało polecanek. Utknąłem między darciem gęby i wycinaniem bandyckich hord w "Skyrimie", a rozczłonkowywaniem zastępów zombie w zbugowanym "Dead Island". Bawię się tak dobrze, że cała reszta rzeczy, które pochłaniałem była, z nielicznymi wyjątkami, do bani i nawet nie szukałem specjalnie odtrutki, ale kilka fajnych rzeczy się trafiło. 

Film    "Horror Express" z 1972 roku. Straszna ramotka, ale wyjątkowo zabawna i przyjemna na ten specyficzny dla staroci sposób. Niewiele brakuje żeby waliła stęchlizną i grzybem, ale właśnie to "niewiele" odgradza ten film od ton crapu, które powstawało w tamtym okresie i przy którym wytrzymuje się tylko dzięki fanatycznemu oddaniu. Występują same tuzy: Peter Cushing, Christopher Lee i Telly Savalas - ten ostatni w roli lubiącego wypić Kozaka. Fabuła to kosmos. Dosłownie. W pędzącym przez Syberię pociągu ożywa zamrożony człowiek pierwotny, który gotuje pasażerom mózgi swoim świecącym czerwoną żarówką okiem. Okazuje się, że jest... no tego nie zdradzę, ale dzięki temu potrafi posiąść ich wspomnienia i wiedzę. Oprócz niego jest jeszcze grupka Anglików, którzy sobie "sirują" i piją herbatę, a przy okazji przewożą różne dziwne rzeczy, jest też szpieg, które te rzeczy chce ukraść, a także mnich-brat Rasputina, który z gorliwego chrześcijanina zostaje wyznawcą bestii. W końcu są też zombie i wielkie bum na koniec. Oldie but goldie!

Film     "Noc komety" z 1984 roku. Połączenie filmu sci-fi i horroru w konwencji post-apo, a poza tym czysty amerykański camp. Lata 80te wylewają się z każdej klatki. Oglądamy je we fryzurach, ciuchach, słyszymy w dialogach, onelinerach,  kiepściutki scenariusz to kwintesencja tamtych lat - ma to swój niepowtarzalny urok. Główne bohaterki, dwie nastolatki zaraz po zagładzie jedyne o czym myślą to o podrywaniu facetów i zakupach. Na dodatek potrafią pociągnąć serię z uzi, a kiedy trzeba mogą konkretnie komuś przypierdzielić. "Noc komety" w ogólnym rozrachunku trochę śmierdzi, ale jest tam jedna scena grozy, która obejrzana za szczyla śni mi się do tej pory - chodzi konkretnie o spotkanie Sam z policjantami. Dla fanów niedorobioncyh zombiaków i Catherine Mary Stewart (która w tym filmie jest świetna) pozycja obowiązkowa. Mnie się film podobał, ale ja zwyczajnie lubię dobre złe filmy.

Teledysk    Dye "Fantasy" reż. Jérémie Périn. Nie mam pojęcia co to za zespół, ale wypadała to Kamila. Już spory kawał czasu temu, ale sobie o tym przypomniałem i odświeżyłem. Miód na oczy wszystkich miłośników horrorów i pokręconych klimatów. Muzyka też całkiem niezła, chociaż to co mnie całkowicie przyciąga to animacja.


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #4

Książka    "Na południe od granicy, na zachód od słońca" autorstwa Haruki Murakamiego. Jak zwykle lektura powieści Murakamiego dostarczyła mi sporo emocji, i chociaż w tym przypadku są to emocje raczej mi obce, to i tak ta powieść sprzedała mi konkretnego gonga. bohaterem jest facet pod 40stkę, który oprócz streszczania nam swojego życia, opowiada o tym jak zaangażował się w platoniczny romans, który o mały włos nie zniszczył go psychicznie. Zdrada to strasznie wyeksploatowany temat, ciężko tutaj chyba napisać coś nowego, ale Murakami podołał. Dokonał analizy umysłu faceta-egoisty, którego tak naprawdę nie można nazwać draniem i którego też nie potrafiłem znielubić. Oczywiście mamy tutaj też element, który umieszcza powieść gdzieś poza romansami, chociaż to uczucia są głównym tematem powieści. Autor stawia też pytanie czy aby na pewno to wszystko się bohaterowi nie uroiło. Czy nie spotkała go kara za grzechy młodości? Za takie zagwozdki cenię Harukiego. Zawsze potrafi zabić mi ćwieka. Myślę, że warto poświęć kilka wiosennych wieczorów na książkę, która przypomina co jest w życiu i miłości ważne. 

Gra   "Dead Island" od polskiego Techlandu. Jak nie polecić czegoś tak wybornego? Gry w której zabija się zombie to mokry sen wielbiciel podgatunku horroru jakim jest zombie flick. A "Dead Island" to chyba najlepszy sen jaki taki geek może wyśnić. Brutalna, że aż czasami naprawdę zastanawiam się nad sobą i nad ty co w tym wirtualnie wykreowanym świecie robię - bo uciąłem obie ręce grubasowi, a teraz kopniakami wrzuciłem go do basenu i go tam topię. Niepozbawiona czarnego humoru i zabawnych postaci, bo chyba ciężko byłoby przełknąć tą ultrabrutalność. Świetnym systemem sterowania bronią i klasyczną historią. Jedyne co trochę kuleje to bugi w coopie i nie do końca sprawny system rozwoju postaci. Ale mimo wszystko jest miodzio. Zabawa na wyspie śmierci to czysty fun.



piątek, 11 listopada 2011

Ja również jestem legendą - Mick Garris

#3

Nie czytałem "Jestem legendą", także trudno mi określić jak bardzo ten prequel jest ważny. Możliwe, że Ben jest w powieści Mathesona największym prześladowcą Roberta, nie wiem. Wiem jednak, że Mick Garris dupy swoim "Ja również jestem legendą" nie urywa. Jest napisane bardzo poprawnie, kilka razy przemyślenia Bena czy jego żony wydały mi się trafne czy zabawne, ale mimo tego, trudno nie odnieść wrażenia, że opowiadanie wydaje się błahe i nieciekawe. Nie zrobiła na mnie wrażenia, ale jeżeli kiedyś będę czytać "Jestem legendą" to na pewno do niego wrócę.

Już łapię zaległości z wpisami, ale zaręczam, że czytam na bieżąco! 

niedziela, 23 stycznia 2011

O "Przedwiośniu żywych trupów" na CN

Jeżeli ktoś jest ciekawy dlaczego podobało mi się "Przedwiośnie żywych trupów" Stefana Żeromskiego i Kamila Śmiałkowskiego to na CarpeNoctem pojawiła się recenzja. Spodziewałem się więcej, ale ostatecznie jestem z lektury zadowolony. Mogłoby być więcej zombie, tytuł nawiązujący do klasyki gatunku do tego trochę zobowiązywał. W takiej "Opowieści zombilijnej" są ich całe hordy.
Zainteresowanych odsyłam do recenzji.

wtorek, 11 stycznia 2011

Pięć najlepszych książek roku 2010

W ilości przeczytanych książek przeszedłem swoje najśmielsze oczekiwania. 42 pozycje (które można obejrzeć w zakładce "Wyczyt roczny"). Ale zrobię tak jak przed rokiem, lista będzie krótka i uzupełnię ją ewentualne o wyróżnienia.

5.) "Anno Dracula", autor: Kim Newman. Zaskoczył mnie ten tytuł. Wiedziałem, że: po pierwsze: autor ma łeb na karku, po drugie: jest to powieść zaliczana do kanonu horroru postmodernistycznego, po trzecie: podoba się ona moim nielicznym znajomym, którzy ją czytali, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłem, że będzie TAK DOBRA! Oto mamy wiktoriańską Anglię, Anglię, z której nie udało się Van Helsingowi i spółce wygnać Draculi, Anglię pełną wampirów! Hrabia postanawia znowu rządzić. Zostaje oblubieńcem królowej, a jego krwawe rządy stają się problemem dla wszystkich (i tych krew posiadających, i tych krew pijących). Mamy całą plejadę literackich i filmowych bohaterów, którzy chyba nigdy wcześniej (a pewnie i nigdy później) się na kartach książki nie spotkali. Znajdziemy w "Anno Dracula" dr Jekylla i pana Hyde'a, Kubę Rozpruwacza wokół którego kręci się poniekąd cała historia. Wyłapiemy z pewnością postać Sherlocka Holmesa zamkniętego w obozie pracy, Kurta Barlowa, który później zawędruje do Salem, Martina z filmu Romero i Hrabiego Orloka z filmu Murnaua. Jest Allan Quatermain, dr Moreau i Fu Manchu rządzący podziemnym półświatkiem do spółki z profesorem Moriartym. Do tego dochodzi cała gama postaci historycznych. Powieść Newmana może i nie jest literackim arcydziełem, ale autor żongluje tutaj postaciami i wątkami z olbrzymią precyzją i wprawą. Powala rozmachem i pomysłami, które później doszlifował Alan Moore w swojej "Lidze Niezwykłych Dżentelmenów". Bez kitu! Gdy ktoś kto zna bardzo dobrze Moora i weźmie się za książkę Newmana odkryje, że Brodacz z Northampton nie zrobił nic oryginalnego (chociaż to i tak rzecz wyśmienita).

4.) "Poziom śmierci", autor: Lee Child. Do miłośników książek tego Childa zalicza się całkiem sporo znanych osób. I ja także dołączam do tego zacnego grona fanów Jacka Reachera i Lee Childa. Pierwsza rzecz, która mnie facet kupił jest bohater. Reacher jest kapitalny! Inteligentny, enigmatyczny, zrównoważony i zabójczy. A przede wszystkim strasznie równy. Nie sposób gościa nie lubić. Drugą rzeczą, która szalenie mi się podobała, a która poniekąd łączy się z pierwszą, jest bezbłędna pierwszoosobowa narracja. Reacher jest naprawdę fajną postacią, z ciekawymi przemyśleniami. To w jaki sposób rozpracowuje intrygę, jak główkuje i kombinuje, łączy fakty jest po prostu dobre. Kilka tygodni wcześniej narzekaliśmy z Kamilą na narrację w pierwszej osobie. Że to zazwyczaj nie wychodzi. Że brzmi sztucznie albo źle. Tutaj tak nie jest! No i intryga - bardzo ciekawa i przemyślana. Odkrywa się przed Reacherem i przed nami powoli, a jednocześnie tempo książki jest niesamowite. Przecież tam co chwilę ktoś ginie! "Poziom śmierci" niesamowicie trzyma w napięciu... nie mogłem się autentycznie od niego oderwać. Do tego Child zrobił zrobił dobry research i świetnie to napisał. Chyba nie czytałem lepszej powieści sensacyjnej niż ta.

3.) "The Living Dead", autorów: jak psów. Mam trochę wyrzuty sumienia względem tej antologii. W czasie gdy ją czytałem, nie znalazłem ani żadnej polskiej recenzji, ani żadnego porządnego opisu polsku tej pozycji (i pewnie nadal nie ma). Chciałem ją ładnie opisać... dać kilka słów o każdym autorze i opowiadaniu. I jakoś w połowie przystopowałem, nie miałem czasu. Magisterka, sranie w banie. Później próbowałem wrócić, ale się poddałem. Może kiedyś jeszcze się za to wezmę. Chciałbym bardzo, bo wybitnie fajny to wybór. Nierówny, jak to w 90% antologii bywa, ale nawet najsłabsze teksty (jak chociażby ten Laurell Hamilton albo Barkera) były intrygujące. Przelot przez najróżniejsze gatunki, style i konwencje. Mamy tekst Joe Hilla, w którym na planie "Świtu Żywych Trupów" Romero spotyka się para z lat szkolnych. Dan Simmons napisał o nauczycielce która mimo apokalipsy nadal uczy w szkole, należałby dodać że zombie-dzieci. Trzyma je przykute w ławkach i próbuje w jakiś sposób dotrzeć do ich zainfekowanych mózgów. Jest świetny tekst Gaimana o voodoo i zombie prosto z Nowego Orleanu i opowiadanie, które było podwaliną do jednego z odcinków "Mistrzów Horroru" - "Homecoming". Plus jeszcze kilkanaście innych wspaniałych tekstów. Sądzę, że każdy fan horroru powinien raz na jakiś czas wziąć w łapy taką cegiełkę zza oceanu i zobaczyć, że to co do nas dociera to śmieszny ułamek ciekawych i wartościowych autorów horrorów i dark fantasy.

2.) "Wroniec", autor: Jacek Dukaj. Siedziałem, słuchałem i byłem zauroczony. Kapitalna książka w kapitalnej interpretacji. To pierwsze moje spotkanie z Dukajem. Spodziewałem się wiele, chociaż zdawałem sobie sprawę, że w książce dla, bądź co bądź, młodszego czytelnika, na pewno facet nie rozwinie skrzydeł. Srogo się pomyliłem. A może nie? I może "Wroniec" to tylko część talentu Dukaja? I w kolejnych książkach będę jeszcze bardziej rozkładany na łopatki. Wizja, którą przedstawił, język w jakim to napisał mnie urzekły i jednocześnie poruszyła. To taka książka, która zachwyca na poziomie fabuły i pod względem zabaw z językiem. W moim wypadku zachwyciła również interpretacja. Peszek był najlepszym męskim lektorem jakiego miałem przyjemność słuchać, a jak już sobie kupię kiedyś książkę to pewnie i zachwycą mnie ilustracje.

1.) "Dolores Claiborne" autor: Stephen King. Znowu audiobook. Znowu genialna interpretacja, z tym że kobieca. Dolores była Elżbieta Kijowska - świetnie babeczka to przeczytała. To jest tak, że zostawiłem sobie kilka "kingów" do przeczytania. Po tym jak na początku przygody, w ciągu roku, przeczytałem ok. 40. Zacząłem sobie jego książki dawkować albo powtarzać. W 2010 doszedł jeden, ale ubyły dwa. I historia Dolores, którą wybrałem trochę niechętnie, była jedną z tych, które ubyły i do których na pewno nie jeden raz wrócę. To niezmiernie dobra historia z bardzo fajną i zapadającą w pamięć bohaterką. Gdybym miał się zastanowić nad najfajnieszymi postaciami, jakie stworzył King, a stworzył ich setki, to Dolores pewnie byłaby w pierwszej piątce. Bije z tej książki prawda o amerykańskiej prowincji, która poniekąd jest uniwersalna i znajduje zastosowanie również u nas. Stefan jest wybitnym obserwatorem. Genialnie prześwietla małe społeczności i rodziny. Nie wiem czy istnieje ktoś, kto tak dobrze potrafi wyciągnąć brudy.

Wyróżnienia:
  • "Spiral", autor: Koji Suzuki. O "Spiral" pisałem, więc tylko rzucę linkiem. Za to jak Suzuki tam namieszał i jak wszystko poplątał grzechem byłoby tej książki tutaj nie umieścić.
  • "Droga", autor: Cormac McCarthy. Powiem szczerze, nie lubię tej książki. Jest świetna, ale tak dołująca, momentami tak ściskająca gardło, że autentycznie mnie odrzucało. Muszę wychwalić minimalistyczno-hipnotyczny styl McCarthy'ego. Jakby pisane pode mnie - chociaż czuję pewien dysonans, bo uwielbiam i taki minimalizm, i rozbuchane opisy, i długaśne dialogi. Paradoksalnie, nie czytałem od dawna powieść przez którą z taką łatwością bym się przedzierał i jednocześnie której czytanie by mnie tak bolało. Wizja jest maksymalnie dołująca i porażająca. Nic mnie chyba tak mnie nie potargało w ubiegłym roku jak właśnie "Droga". To świetna powieść i daje mocno do myślenia (nawet chwilami za bardzo). Sądzę, że już nigdy po nią nie sięgnę. Zbyt dużo mnie kosztowało towarzyszenie Mężczyźnie i Chłopcu w ich wędrówce. Niepotrzebne mi są w życiu tak negatywne emocje, nie potrzeba mi nieprzespanych nocy i kłębiących się, jak te spalone węże ze wspomnień Ojca, myśli o apokalipsie i "Drodze".
  • "Kill Grill. Restauracja od kuchni", autor: Anthony Bourdain. O tej książce też pisałem, więc odsyłam do wpisu z sierpnia.
Crap roku:
  • "Metro 2033" Dmitrij Głuchowski. Boże! Jaka żenada! Książka jest przede wszystkim nużąca i schematyczna. Główny, bohater (imienia nie pamiętam) jest bezbarwną, nudną i nader wkurzającą osobą, która smęci i nudzi. Wkurza taką dziwną biernością, która towarzyszy całemu jego działaniu. Idzie, tam gdzie go popchną, bo w sumie nie ma nic lepszego do roboty, bo niby wierzy że ma coś ocalić. Miota się między myślami filozoficznymi, a doktrynami politycznymi, i daje się nieść "fali" metra. Samo metro mogłoby być fajne, gdyby nie był to twór tak sztuczny i tak odległy. Wizja świata nie zachwyca. Jakaś uproszczona, niewiarygodna i jednocześnie nijaka. Bardzo kiepski zlepek postapokaliptycznych pomsyłów (pewnie w dużej mierze zerżnięty od Strugackich), które autor w zasadzie niewiadomo po co okrasił taką ilością bezsensownego filozofowania. Uderza całkowity brak koncepcji.
  • "Kodeks 632", autor: Jose Rodriguez dos Santos. Zrecenzowałem go dla CarpeNoctem i jeżeli ktoś jest ciekawy to tam odsyłam.

sobota, 25 września 2010

Se-Ma-For Festiwal // Duży Se-Ma-For + Maska + Scary Puppets

W Łodzi, od czwartku do niedzieli, odbywa się pierwszy Se-Ma-For Film Festival. Impreza z okazji 100-lecie filmu lalkowego jest praktycznie w całości poświęcona właśnie tego typu animacji. Kamila wybrała 4 pokazy, ale wszyło, że poszliśmy tylko na 3 (z czego jeden całkowicie inny, niż zamierzaliśmy). Każdy był na swój sposób bardzo dobry i zapewnił dobrej rozrywki.


Pierwszym punktem programu był Duży Se-Ma-For 2, czyli wybór krótkometrażówek skierowanych dla starszego widza (a dokładniej druga część tego wyboru). Otwierająca animacja poddała to jednak w wątpliwość. "Ptak nie ptak" o kanarku, który chciał żyć na wolności, był przynajmniej wg mnie, wybitnie dla dzieci. Ale nie tylko z powodu złego doboru nie przypadł mi do gustu. Był strasznie naiwny, podłożone głosy były bardziej niż drażniące i chyba sam pomysł został kiepsko wykorzystany. "Dowcipy z brodą" tego samego reżysera, Edwarda Sturlisa, były znacznie lepsze. Na całość składało się kilka miniaturek - były zabawne i nawet zaskakujące. Przynajmniej dla mnie te dowcipy brody nie miały. Średnio mi podeszło również "W 10 minut dookoła świata", które przedstawiało typowe scenki z kilku wybranych krajów. Straszny banał, chociaż pomysł i sposób animacji - postaci, przedmioty i dalszy plan wykonane były z literek i figur geometrycznych - robił wrażenie. Reszta animacji wyświetlanych w tym bloku była o wiele lepsza.

"Człowiek i Anioł" o aniele stróżu, który odciągając swojego podopiecznego od kolejnych używek sam im uległ, urzekał zabawnymi lalkami, lekkim humorem i morałem. "Ostrożność" na podstawie Gałczyńskiego to nic innego jak Teatrzyk Zielona Gęś, z twistem i charakterystycznym humorem. "Uwaga diabeł!" to chyba najzabawniejszy z tego zestawu krótki metraż. Wyraźnie podzielony na dwie części, co w sumie można odebrać jako wadę, bo żeby akcja się rozwinęła trzeba chwilę poczekać. W pierwszej połowie mamy pokaz magika, którego z zafascynowaniem obserwuje widownia (tutaj moim zdaniem były najzabawniejsze lalki ze wszystkich oglądanych wczoraj filmach), w drugiej szaleństwa diabełka, którego ów magik powołał do życia. Sporo świetnych pomysłów, zabawne gagi i co najważniejsze - czuć było magię z tej miniatury. Kolejnym bardzo zabawnym dziełem byli "Hydraulicy" - dramat życiowy prosto z PRL-u. Ekipa majstrów próbuje naprawić przeciek, a dewastuje cały blok. "Hydraulicy" przypomnieli mi o genialnym filmie "Pieczone gołąbki" Tadeusza Chmielewskiego. Tu i tu, bumelancka ekipa, która w nosie ma własność innych ludzi, doprowadza swoją "pracą" do kolejnych awarii. Brakowało tylko poety. Najlepszym natomiast filmem na tym pokazie był bezapelacyjnie "Worek". Interesująca animacja, świetne pomysły i cholernie mądry przekaz. To jedna z najbardziej oryginalnych miniaturek robionych metodą poklatkową jaką widziałem. Animowano przedmioty codziennego użytku nadając im czasami niecodzienne role. Podczas walki worka z parasolem śmiała się cała sala. Zawsze po obejrzeniu takich cudeniek mam ochotę kupić zestaw DVD z tymi wszystkimi kapitalnymi animacjami, by cieszyć się nimi kiedy tylko mam ochotę.

Na koniec, bo też jako ostatni leciał, zostawiłem sobie najnowszego "Danny Boya" Marka Skrobeckiego. Historia chłopaka, który wyróżnia się spośród bezmózgiego tłumu, zakochuje się i postanawia dostosować do reszty. Świetna metafora ogłupionego społeczeństwa, niepokojąca i lekko nieprzyjemna atmosfera samotnego i niezwykle smutnego człowieka, podszyta czarnym humorem. No i dobra animacja. Do tego ta ballada zawsze na mnie dziwnie działa i cholernie wzrusza.


Następna w programie była łódzka premiera "Maski" Braci Quay (dwie wcześniejsze były w Londynie i Poznaniu). Zrobiona na zamówienie Instytutu Kultury Polskiej w Londynie i Instytutu Adama Mickiewicza adaptacja prozy Stanisława Lema, kręcona w łódzkim studiu Se-Ma-Fora była najbardziej wymagającym i nieprzyjemnym, a jednocześnie hipnotycznym, wciągającym i intrygującym filmem jaki wczoraj oglądałem. Swoją atmosferą grozy, gęstym klimatem i nieprzystępnymi, obrzydliwymi wręcz lalkami była nawet trochę odpychająca. Surowy głos Magdaleny Cieleckiej, która w teatralny sposób, jakby do taktu, czytała kwestie tylko to potęgował. A jednak nie sposób było się od "Maski" oderwać. A po 25 minutach, gdy seans się zakończył, byłem zadowolony. Mnie się ten film bardzo podobał. To moje drugie spotkanie z twórczością Quay'ów, pierwszy raz miałem z ich pracą do czynienia w filmie "Frida" Julie Taymor, ale o tym dowiedziałem się później tego wieczoru i przed pokazem "Maski" nie wiedziałem czego się spodziewać. Trochę zmieszany byłem lichymi oklaskami. Publiczności chyba się takie ciężkie klimaty nie do końca spodobały, spora ilość osób opuściła salę zaraz po napisach, nie zostając na planowej dyskusji Marcina Giżyckiego, Kuby Mikurdy i Adriany Prodeus dotyczącej Quay'ów i książki - wywiadu rzeki z tymi reżyserami. A akurat ona, dla mnie, totalnego laika w temacie, była cholernie ciekawa i z pewnością wczorajszy wypad na ten festiwal byłby niepełny gdybym ją ominął. Na sali był też prezes wytwórni - Zbigniew Żmudzki, który opowiedział trochę o Quay'ach i "Masce". W sumie też pierwszy raz byłem świadkiem tak rzeczowej rozmowy, całkowicie obeznanych w temacie osób. Nawet w programach telewizyjnych nie spotykam się z równie interesującą, pełną anegdot i informacji dyskusji.

Trzecim i dla mnie chyba najważniejszym, punktem wczorajszego wieczoru był przegląd horrorów lalkowych "Scary Puppets". Oczywiście tutaj też przyszła masa przypadkowych ludzi, która nie wiem czego się spodziewała, chyba kolejnej "Piły". Rozmawiali, śmiali się, dyszeli znudzeni i wpierdzielali śmierdzący popcorn. Na szczęście w czasie przerwy, zdegustowani opuścili salę i na najlepszym filmie wieczoru zostaliśmy bez tych "uniemilaczy". Jak to bywa z horrorami, część prezentowanego materiału była w moim odczuciu crapem, ale jeżeli ktoś się interesuje tym gatunkiem to musi się z tym stykać. I tak nie podobały mi się "Hellraiser" i "Hello, I Am Legend!" - animacje poklatkowe zrobione za pomocą klocków Lego. Twórcy tego pierwszego mieli po 17 lat, także należą im się gratulacje i brawa, ale mnie osobiście to całe odgrywanie filmów za pomocą Lego bawi jedynie w Lego Star Wars. Poza tym oba nie były przystosowane do kinowego wyświetlania i usłyszeć w nich dialogi to była wielka sztuka. Miniaturki z Fangoria TV: "Meeting at the Cementary" i "Hell's Kitchen" były sympatyczne, ale to 10-sekundówki, także nie ma co się nad tym rozwodzić. Zaprezentowano jeszcze dwie animacje tego samego autora. Świąteczne i makabryczne "The Ornament" oraz przewrotne love story "Hanged". O nich można powiedzieć ciut więcej. Były zabawne, dosadne i co najlepsze - utrzymane w stylistyce "Opowieści z krypty".

Były też trzy produkcje prosto z Japonii: "Chainsaw Maid", "Bloody Date" i "The Bath". We wszystkich laleczki były robione z plasteliny. Dwie pierwsze wyszły spod ręki Takena Nagao i chyba spotkały się z największym odzewem ze strony publiczności, a także w porównaniu z innymi prezentowanymi filmami, z burzą braw. Jak zauważyła moja Kamila nie wybijały się oryginalnością, grały na utartych schematach, ale zombie, flaki w stylu "Martwicy mózgu" oraz mimika plastelinowych postaci jest tym co się ludziom podoba. Zresztą mnie również, bo oba uważam w swoim gatunku za zajebiste. "The Bath" to dzieło jednej osoby i trzeba przyznać, że udane. Katsuya Matsuyama opowiedział o facecie, który ma brać kąpiel, z tym że czuje, że coś jest nie tak. Niepokój i paranoja, dość znamienne dla japońskich horrorów, w plastelinowym wydaniu. Wszystkie trzy shorty to gwarantowana kupa śmiechu.

Na sali było trzech reżyserów, których filmy wyświetlano w czasie pokazu: Brytyjczycy Benjamin Oke i Glenn Taunton oraz Włoch Santiago Calonga. Pierwszy prezentowany film Oke'a "Stalker From the Cornfield" był jednym z niewielu stricte horrorów, z czystą atmosferą grozy. I skłamałbym, gdybym powiedział, że mi się nie podobał. Trochę słabiej wypadło jego "Heavens Rejected - Chapeter 2", którego nie dość że nie zrozumiałem, to jakoś mnie swoim klimatem torture-porn trochę wynudziło. Natomiast filmy Calonga i Tauntona ("Mauricy in Insomnia" i "Haunt") mnie nie zachwyciły - ot takie tam niewyróżniające się krótkometrażówki. "Haunt" też blisko było do czystego horroru, ale położono go w moich oczach kradnąc muzykę od Akiry Yamaoki.

Nie podobały mi się dwa filmy. Czeski "Automat" i jedyny polski przedstawiciel w tym przeglądzie "Anunnaki" (który od strony technicznej wypadał chyba najlepiej, to nie urzekł mnie w żaden sposób historia). Intrygująco natomiast zaczynał się "Sunday" - połączenie filmu aktorskiego i animacji poklatkowej właśnie. Niestety banalne zakończenie zabiło w moich oczach tajemniczy początek, który mógłby się przerodzić w świetny horror. Za to przypadł mi do gustu short, który przyszedł aż z Nowej Zelandii. "Innocence" opowiada o dziewczynce, którą napadają do spółki potwory z szafy i spod łóżka. Takie surrealistyczne monster movie w klimatach Tsukamoto.

Znalazły się w zestawie dwie ekranizacje klasyków: Poego i Lovecrafta. Po cichu liczyłem też na jakiegoś kingowego Dollara, chociażby to rosyjskie "Pole bitwy", ale się nie doczekałem. W sumie ciężko nazwać "Concerning Brow Jenkin" za ekranizację opowiadania "Snów z domu wiedźmy" Loviego. To raczej samo przedstawienie postaci Jenkinsa, który wyglądał zresztą identycznie jak ten z wersji Stuarta Gordona. Muszę przyznać Kamili rację, to całkowicie zmarnowany potencjał jeżeli chodzi o tą postać. Za to turecki "Czarny kot" to już adaptacja pełną gębą - do tego najbardziej klimatyczny horror na tym pokazie.

O najlepszym moim zdaniem filmie z pokazu Scary Puppets napiszę jutro. Za to na pocieszenie możecie obśmiać się przy shorcie Nagao:

czwartek, 14 stycznia 2010

Pięć najlepszych książek roku 2009

Rok 2009 okazał się trochę lepszy niż 2008 jeżeli chodzi o ilość zaliczonych lektur. Na koncie mam 25 przeczytanych książek i jednego przesłuchanego audiobooka. Nie udało mi się wybrać tej 10 (albo 11) tytułów, które zasługiwałyby na znalezienie się w zestawieniu. Ograniczyłem się do pięciu i ewentualnych wyróżnień.

5.) "Gwiazdy Hollywood", autor: Ron Base. Dla miłośnika kina ta książka to nie lada gratka. Na kilkuset stronach Base zawarł dziesiątki, jak nie i setki, anegdot dotyczących największych gwiazd amerykańskiego przemysłu filmowego, ale nie z rodzaju tych brudnych - żadnych opisów skandali tutaj nie ma. Wszystkie historie dotyczą wyborów jakie dokonywali aktorzy, producenci, scenarzyści czy pisarze przy doborze ról i filmów przy których mieli pracować. Autor jedzie przez epoki, opisuje początki kina dźwiękowego, system studyjny, wypożyczanie gwiazd i ich wybrzydzanie, problemy z rolami, castingi, narodziny idoli i rosnącą popularność niektórych gwiazdorów kina akcji. Nie wiem na ile prawdziwy jest obraz niektórych osób opisanych w tej pozycji, ale z pewnością inaczej w tej chwili postrzegam takiego Bogarta czy Brando, a z drugiej strony bardziej cenię Hackmana czy Hoffmana. Dzięki lekturze trafiłem na kilka fantastycznych filmów, o których pewnie nie wiedziałbym przez następne 10 lat i pogłębiłem wiedzę filmową. Książka lekka i cholernie ciekawa. Nie można się było oderwać.

4.) "Jurassic Park", autor: Michael Crichton. Powieść, której filmową wersję wręcz ubóstwiam. Dokładna znajomość filmu Spielberga nie zepsuła mi nawet odrobinę lektury, a podczas czytania bawiłem się rewelacyjnie. Pierwowzór w wielu miejscach jest bardziej rozbudowany, a wiele z książkowych scen zostało wykorzystanych dopiero w sequelach. Crichton napisał tę powieść fantastycznym językiem. Bardzo dobrze opisuje, dynamiczne sceny trzymały w napięciu, a teorie naukowe podał tak lekko, że wydawały mi się autentycznie rzucane mimochodem. Przebijałem się przez nie bez bólu. Poza tym jeżeli ktoś na początku lat 90tych cierpiał na dinomanię to myślę, że lektura może obudzić spory ładunek nostalgii - we mnie obudziła.

3.) "Bezsenność w Tokio", autor: Marcin Bruczkowski. Myślę, że jeżeli ktoś czyta tego bloga zauważył, że Japonia i jej kultura mnie mocno ciekawi. Kręci mnie kino samurajskie, j-horrory, mechy, anime... i cała ta ich dziwaczność. Akurat miałem okazję pożyczyć i przeczytać książkę będącą w dużej mierze wspomnieniami z, o ile dobrze pamiętam, 10-letniego pobytu autora w Kraju Kwitnącej Wiśni. Kapitalna i cholernie zabawna lektura, chociaż od strony literackiej to tak naprawdę nic specjalnego. Styl jest lekki, zabawny, pełen anegdotek. Czyta się to po prostu jak dobrego bloga (np. tokiobynight) Myślę, że mimo iż facet opisuje Japonię lat 90tych to wiele rzeczy się tam nie zmieniło. Mentalność mieszkańców Tokio jest tak inna od naszej, polskiej, że czasami miałem wrażenie, że czytam o ufoludkach. Ciekawa, momentami fascynująca, pełna humoru lektura z gorzką końcówką.


2.) "Andromeda znaczy śmierć", autor: Michael Crichton. Od strony technicznej to jedna z najciekawszych i najlepiej napisanych książek jakie czytałem. Świetna narracja, bezbłędnie poprowadzona akcja i masa naukowych teorii podana w taki sposób, że całkowity laik w dziedzinie biologii, medycyny czy wirusologii możesz wszystko zrozumieć, przyswoić... i nawet zacząć kombinować, układać sobie możliwe scenariusze w głowie. Co się rzadko zdarza, ruszyłem do książek i Internetu, zacząłem sprawdzać, szukać dodatkowych informacji, douczyć się. Powieść oceniam bardzo wysoko. Finał i rozwiązanie akcji z morderczym wirusem mnie lekko rozczarowały, ale ostatecznie nie miało to specjalnego znaczenia. Całość czyta się jak raport z prawdziwych wydarzeń. Trzyma w napięciu od początku do końca - idealny techno-thriller.

1.) "Święty Wrocław", autor: Łukasz Orbitowski. Wydaje mi się, że tutaj bez specjalnego zaskoczenia. O tej książce można mówić tylko w samych superlatywach. Orbitowski od lat jest dla mnie królem polskiego horroru i w ogóle polskiej fantastyki. Realia w których umieszcza swoje powieści i opowiadania, język jakiego używa, ultra lekkie pióro, przeogromna wyobraźnia i o dziwo cholernie duża wrażliwość - to tylko kilka z cech za które uwielbiam jego twórczość. I oczywiście znajdziemy to także w "Świętym Wrocławiu". To książka o miłości, smutku, rozpaczy, samotności, mroku i oczywiście głupocie ludzkiej. Końcówka jest jednym z najbardziej epickich i niesamowitych finiszy jakie miałem okazje czytać. Liczyłem, że będzie to równie dobra powieść co "Tracę ciepło" (dwa lata temu była numerem jeden na mojej liście), ale Orbit przebił tutaj wszystko co do tej pory napisał. Mistrzostwo.

Wyróżnienia:
  • "Gniew", autor: Stephen King / Richard Bachman. Fanowskie, ale jakże profesjonalne tłumaczenie jedynej niewydanej powieści Króla. Z jednej strony nie dziwię się, że King zakazał wydawania tej książki (tutaj można o tym przeczytać), jest w niej coś obrzydliwego i niemoralnego. Z drugiej strony zabrał światu kawałek dobrej, zmuszającej do przemyśleń literatury. Po lekturze czułem podobieństwo i inspiracje "Władcą much", ale możliwe, że myślę tak tylko dlatego, że Steve bardzo ceni powieść Goldinga. Końcówka to taki brutalny cios w twarz, brutalna prawda, bez oczyszczenia.
  • "Pies i Klecha: Tancerz", autorzy: Łukasz Orbitowski i Jarosław Urbaniuk. Druga powieść o niecodziennym duecie. Świetna i wciągająca lektura, tylko trochę pozostająca w cieniu pierwszej części, ale za to chyba z lepszym finałem i ciekawszą, międzynarodową intrygą. Tym, którzy nie znają jeszcze Enki i Gila gorąco polecam, ta seria to najlepsze horrory dekady.
  • "Komórka", autor: Stephen King. Spodobała mi się ta wariacja na temat zombie-apokalipsy. Nie wirus, nie kometa, a impuls pochodzący z telefonu komórkowego zerujący mózg i zamieniający tych którzy z nich korzystali w stada włóczących nogami telepatów. Krwawy horror, ciekawa wizja końca cywilizacji i ogólnie niegłupia powieść. Czytało się bardzo fajnie, chociaż jak dla mnie kulało dawkowanie napięcia. Wynagradza to oczywiście kingowym językiem i opisami, ale do czołówki jego powieści mu sporo brakuje.
  • "Pudełko w kształcie serca", autor: Joe Hill. Pierwsza powieść ukrywającego się pod pseudonimem syna Kinga. Nie jest to pisarstwo na miarę ojca, ale "Pudełko..." to i tak dobry, klasyczny horror z duchem. Trochę trudnych tematów, trochę ciężkich wspomnień, trochę straszenia i piekielny finał. Powieść z rockową duszą i do tego sprawnie napisana. Zacieram ręce i cieszę się na kolejne pozycje Hilla, chłopak może sporo zwojować.
Crap roku:
  • "Kłamca 3 Ochłap sztandaru", autor: Jakub Ćwiek. Seria o Lokim - Kłamcy nigdy nie była literaturą wysokich lotów. Po prostu lekka fantastyka pełna mrugnięć okiem do wszystkich pożeraczy popkultury. Pierwszy tom lubię, drugi trochę mniej, ale na tyle, żeby sięgnąć po trzeci. Jednak to co Ćwiek w nim powypisywał jest totalnie niestrawne! Loki trafił do krainy na końcu tęczy i tyle go w powieści co kot napłakał. Apokalipsa urządzona przez piekielne demony, które przypominają te z serialu "1000 złych uczynków". Mnożące się w zastraszającym tempie idiotyzmy. Po prostu ręce opadają. Na szczęście został Ćwiekowi ostatni tom i chociaż wielu rzeczy się już nie wyprostuje to chociaż może się nim zrehabilituje i odgrzebie Kłamcę spod tej tony kupska, którą na niego zrzucił.
Dzięki dla Kamili i Rycha, którzy mi w tym roku pożyczali książki. I specjalne, olbrzymie podziękowania dla Buriala, który podarował mi super limitowany egzemplarz "Gniewu".

sobota, 31 października 2009

Jedenaście najbardziej ulubionych strasznych filmów


Prawie załapałem się na Halloween, prawie. Wrzucam z datą wczorajszą (czyli 31 października), bo wpis wybitnie pod to święto. Nie będzie to lista najlepszych, najstraszniejszych czy najbardziej przełomowych horrorów wszech czasów, chociaż część z tych pozycji spokojnie mogłaby figurować na takich listach. Będzie jedenaście filmów grozy, które po prostu uwielbiam. Bałem się na nich, czasami śmiałem (bo śmiech to nieodzowny element tego gatunku), ale przede wszystkim dobrze bawiłem.

11.) "Krwawa uczta" ("Feast", 2005). Jeżeli miałbym określić ten film trzema przymiotnikami to prawdopodobnie: krwawy, zabawny i obrzydliwy, byłby najbardziej trafne. To jeden z tych filmów, które próbują kultywować tradycje "Martwicy mózgu" czy "Martwego zła". Zdaje sobie sprawę, że te produkcje dzieli tak bardzo dużo, że akurat te klasyki to święta rzecz, i że dla wielu porównywanie ich do tej produkcji zakrawa na herezję. Ale co zrobię, lubię "Krwawą ucztę", lubię ją chyba bardziej niż dzieła Cravena i Jacksona. Oglądałem ją kilka razy i za każdym razem bawię się fantastycznie. Prosty, wulgarny humor, spora ilość wylanej juchy, potwory, Henry Rollins, ładne dziewczyny i cameo Jasona Mewesa - czego chcieć więcej od komedio-horroru? Ogląda się to świetnie. Postaci nie dość, że unikatowo i humorystycznie przedstawione, to potrafią zaskoczyć, a trudna do przewidzenia kolejność ich uśmiercania potęguje wesołą głupawkę jaka ogarnia w zasadzie od pierwszych minut. Szkoda, że pan John Gulager dał, brzydko mówiąc, dupy przy kręceniu dwóch kolejnych części i stworzył niestrawne potworki. Z pewnością zabrakło bata w postaci producentów, którzy czuwaliby nad całością. "Krwawa uczta" to jeden z najlepszych amerykańskich, oryginalnych (czyt. nie będących remakiem, rebootem albo sequelem) horrorów ostatnich lat, który wg mnie pozytywnie wyróżnia na tle całych ton chłamu.

10.) "Świt żywych trupów" ("Dawn of the Dead", 2004). Moim zdaniem to jeden z najlepszych remake'ów. Co więcej, zalicza się on do tej grupy, w której remake przebił oryginał. Za to się pewnie posypią na mnie gromy, ale Romero to nudziarz. Kręcił klimatyczne kawałki, ale używał żywe trupy jako metafory, próbował pokazywać problemy dręczące społeczeństwo, ale do mnie to do końca nie trafia. Za to Zack Snyder, gościu którego teraz się kocha albo nienawidzi za ekranizacje "Strażników" i "300", wpuścił sporo świeżości w temat zombie i stworzył kapitalnie rozrywkowy horror. Jego film jest dynamiczny, cholernie ostry i porządnie trzyma w napięciu, a świetnie zarysowane postaci dopełniają całości. Może i można wymieniać dziesiątki bardziej klimatycznych filmów z zombie, ale od czasu "Powrotu żywych trupów" nie było takiego, na którym można się było lepiej bawić. Jak dla mnie, to w filmach z żywymi trupami chodzi właśnie o zabawę, a Snyder to doskonale rozumie. Jest tam wszystko: akcja, dramat, wątek miłosny, szaleństwo, sporo humoru, wesołe korzystanie z uroków centrum handlowego, rzeźnia, a nawet zombie wyglądający jak Burt Raynolds.

9.) "O miłości i śmierci" ("Dellamorte Dellamore", 1994). Nie jestem miłośnikiem włoskich horrorów. Albo do nich nie dorosłem, albo co bardziej prawdopodobne, nigdy nie dorosnę. "O miłości i o śmierci" to wyjątek. Love story z zombie w tle. Ten film jest wybuchową mieszanką kiczu. Niejednoznaczny, przerysowany, podany momentami w bardziej artystycznej formie, może zostać spokojnie uznany przez jednych za arcydzieło, a drugich za głupkowaty bubel. To całkowicie pokręcony kawał kina. Oglądając go miałem wrażenie, że utrwalono na celuloidzie czyjś chory, pokręcony, makabryczny sen. Tutaj martwi zmartwychwstają po tygodniu, a obowiązkiem grabarza jest odsyłanie ich z powrotem. Prawdziwa miłość odradza się w coraz bardziej zaskakujących formach i z coraz bardziej zaskakującymi... dziwactwami, a Anioł Śmierci zachęca głównego bohatera do mordowania przypadkowych ludzi. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem, bo w tym filmie o to nie trudno. Kapitalną kreację stworzył Rupert Everett, ale Anna Falchi, w roli miłości jego życia powoduje, że ciężko pozbyć zapomnieć o tej produkcji. Warto ten film obejrzeć właśnie dla tego duetu. Scena objawienia to chyba najpiękniejsza i najbardziej plastyczna wizja Śmierci jaką widziałem. Szalony i mocno popierdzielony horror. Do tego wesoły, zabawny i na swój sposób... piękny. Piękny film z zombie, kto by pomyślał.

8.) "Puls" ("Kairo", 2001). Kiyoshi Kurosawa to jeden z najciekawszych japońskich twórców z tych robiących w filmach grozy. Krótki przegląd jego twórczości można przeczytać na blogu Guru, także chętnych odsyłam. "Puls" to cholernie nastrojowy i autentycznie dołujący horror. Nie tylko straszy czymś strasznym (a straszy, przynajmniej w moim przypadku dość dobrze), ale również przeraża czymś co obecnych czasach staje się powoli normą - samotnością i wyobcowaniem w tłumie. Nie jest to na pewno kino rozrywkowe. Akcja toczy się nieśpiesznie, momentami, zwalnia niesamowicie, przez co sporo ludzi, narzeka na nudę. Czarny PR zrobił również kiepski amerykański remake i jego porażająco gówniane sequele (autentycznie, jedne z najgorszych filmów jakie wydano ostatnimi laty [gorsze filmy Uwe Bolla przy nich błyszczą]). Finał, który zafundował reżyser zostawia swój ślad w sercu i pamięci na bardzo długi czas. "Kario" to film grający ostro na emocjach i uczuciach. Człowiek potrafi po seansie być zdołowany jak bohaterowie tego obrazu. Świetne, ale również wymagające kino.

7.) "Halloween" (1978). Po prostu uwielbiam, a z racji tego uwielbienia to i całą serię uważam za lepszą od wszystkich pozostałych horrorowych tasiemców. Ale tylko część pierwsza to przysłowiowy diament w stosie łajna jakim są slashery końcówki lat 70tych i 80tych. Posłużę się fragmentami posta z marca tego roku: "Atmosfera, którą udało się Carpenterowi uzyskać jest niepowtarzalna. To jeden z tych filmów, gdzie napięcie podczas pierwszego seansu mnie wręcz elektryzowało (a przy każdym następnym było jedynie niewiele słabsze). Surowy, klimatyczny, z bardzo mocno oddziałującą muzyką - uwielbiam myśleć, że nie zestarzał się w ogóle w przeciągu tych 30 lat. (...) Miał powstać slasher o mordowaniu opiekunek, a że projekt trafił w łapy Johna.... Facetowi się po prostu chciało i wyszło małe arcydzieło, chociaż w czasie gdy powstawał nikt nie czuł, że zrobią coś dobrego. Ten film to chyba marzenie każdego filmowca - zrobić przy śmiesznych środkach dzieło kultowe". Coraz bardziej dochodzi do mnie jak ważny jest to film dla gatunku i darzę go coraz większym szacunkiem.

6.) "Szczęki" ("Jaws", 1975). Kult. "Szczęki" straszyły, a jednocześnie fascynowały mnie już od dzieciństwa. Obejrzałem je chyba w wieku 8 lat i pewnie jak większość dzieciaków miałem później problem z wejściem do morza, chociaż wakacje nad Bałtykiem spędzałem dopiero następnego roku. W chwili obecnej, po niezliczonej ilości seansów na wideo i w telewizji, nadal czerpię olbrzymią przyjemność z każdej minuty tego kapitalnego animal attack. "Szczęki" od ponad 30 lat, z niezmienną siłą oddziałują na wyobraźnię i podejrzewam, że straszą tak samo mocno jak w dniu premiery. Od strony technicznej to majstersztyk. Efekty specjalne uderzają realizmem, a podobnym klimatem nie może pochwalić się już chyba żaden film z tego podgatunku. Kiedyś wyczytałem, że kultowość w pewnym stopniu mierzy się ilościom filmów nawiązujących, hołdujących czy nawet parodiujących dane dzieło. Sama motyw muzyczny, który słyszymy przed atakiem rekina był odgrywany dziesiątki, jak i nie setki razy. To samo ze sceną z pokazywaniem blizn czy ta z pojawieniem się Quinta. Ich echa możemy odnaleźć w dziesiątkach filmów. Wiele scen wyryło się na stałe w pamięci całym pokoleniom. Dla mnie taki koronny moment, to ten w którym rekin pojawia się za Brodym i połyka rzucaną przez niego przynętę. Jeżeli tworzyłbym kiedyś listę scen, na których posrałem zbroję, ta byłaby w ścisłej czołówce. Można narzekać na obecne filmy Stevena Spielberga, ale "Szczęki" to arcydzieło gatunku.

5.) "W paszczy szaleństwa" ("In the Mouth of Madness", 1995). Uwielbiam filmy Johna Carpentera, nawet te słabsze (ale nie te najsłabsze). Ten facet potrafi stworzyć niepowtarzalny klimat i prowadzić z widzem subtelną grę. Utrzymywać w niepewności, podsycać ciekawość i nagle zagrać mocną, krwawą kartą. "W paszczy szaleństwa" z fantastycznym Samem Neillem, to jego ostatni dobry film. Późniejsze jego produkcje nie były już warte wspomnienia. Wiele osób nazywa "W paszczy szaleństwa" obrazem, w którym King spotyka się z Lovecraftem i chociaż nie do końca zgadzam się z takim stwierdzeniem to trzeba przyznać, że jest w nim jakieś ziarno prawdy. Od Samotnika z Providence podebrano potężne istoty, które czyhają na przejście do naszego świata, sposób na ich przywołanie kojarzy mi się z prozą H.P.L.a i oczywiście postać Trenta. Facet prowadzi śledztwo i po pada w obłęd z powodu tego, czego był świadkiem. Szaleństwo jest znamienne dla bohaterów opowiadań Lovecrafta. Film jest straszny, a co najlepsze z biegiem lat nic z tego nie traci. Ma swój niepowtarzalny charakter, klimat i oczywiście swoje wady, ale idealnie się z tym wszystkim wstrzeliwuje w moje gusta.

4.) "Nieodebrane połączenie" ("Chakushin ari", 2003). Japonia nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, tak samo jak twórczość Takashiego Miike. Gościu jest absolutną maszynką do robienia filmów. Kręci kilka obrazów rocznie, a większość, dla osoby nie będącej fanatykiem jego twórczości, jest niestrawna. Bardziej komercyjne "Nieodebrane połączenie" to wynik jego romansu z nowoczesnym ghost story w stylistyce j-horrorów nowej fali. Idę o zakład, że wiele osób nawet nie będzie próbowało mnie zrozumieć, a obecność tej pozycji na liście będzie dla nich wielce zagadkowa. Postaram się jak tylko mogę rozjaśnić sytuację. Oglądałem go jakoś na początku mojej przygody z azjatyckim kinem grozy, czyli gdzieś tak na początku studiów, i do końca życia go nie zapomnę. Ten film mnie przeraził! Jest kilka scen, które jeżą mi włosy na głowie i przyprawiają o palpitację serca. Jednakże nie potrafię napisać niczego co oddałoby w pełni to co czuję gdy go oglądam. Na każdym seansie pocę się jak mysz i funduję sobie pełną koszmarów noc. Miike, mimo iż tworzył film rozrywkowy, nie spłycił go i dał coś od siebie. Dzięki temu dostaliśmy horror wyróżniający się dość mocno na swoim poletku (chociażby kapitalną sceną telewizyjnych egzorcyzmów i niejednoznacznym zakończeniem). Dodatkowo "One Missed Call" porusza się w tematyce, którą wyjątkowo lubię. Można powiedzieć, że zderzenie świata duchowego i technologii, jest bliska mojemu sercu. Poza tym, uwielbiam jak duchy są złe i mimo prób ich przebłagania takie pozostają. Chyba dlatego właśnie przepadam za japońskimi horrorami. Smak po tym świetnym filmie psuje część druga i trzecia oraz tragicznie słaby amerykański remake.

3.) "Obcy - decydujące starcie" ("Aliens", 1986). Jest ktoś na sali, kto nie lubi tetralogii o Xenomorphach? "Aliens" po trochu jest tutaj jako reprezentant serii, ale jest to również część do której najchętniej i najczęściej wracam. Przestałem się na nim bać już jakiś czas temu, ale wspomnienia i uczucie nostalgii pozostały. Jest niezaprzeczalnie straszny, jest arcydziełem kina "akcji łamane na science fiction" i jednocześnie należy do moich ulubionych filmów wszech czasów, to musiał się tu znaleźć. Co tu dużo pisać? Potrafi w sekundę podnieść ciśnienie, zelektryzować do tego stopnia, że człowiek nie wiadomo kiedy przepocił koszulkę, ale dzięki zabawnym postaciom jest pełen luzu. W tym wszystkim jest przede wszystkim kozacki. Cameron stworzył film, który wygląda absolutnie fantastycznie i tak też działa na widza. Sprzedaj się cały, w 100% swojej komiksowej duszy. Jest dopracowany w każdym szczególe i po 23 latach od premiery nadal zachwyca. Można się spuszczać nad efektami, dekoracjami, grą aktorską, zdjęciami, świetnie nakreślonymi postaciami. Ten film jest tego wart!

2.) "Lśnienie" ("The Shining", 1980). To film, do którego uwielbienie kosztowałoby mnie życie, nie żartuję. Był okres, że wśród fanatycznych miłośników Stephena Kinga byłem w porażającej mniejszości jeżeli chodzi o ekranizację powieści "Lśnienie". Dla sporej grupy moich przyjaciół film Kubricka jest absolutną profanacją powieści i jest przy wszystkich możliwych okazjach gnojony. Nie pozostawałem dłużny i jechałem po tej szmirze Garrisa jak na ślepej świni. Któregoś razu, po jakiejś ostrej sprzeczce, prawie się z Mando nie zabiliśmy, bijąc się o to które "Lśnienie" jest lepsze. Brakowało, olaboga, kilku centymetrów. Epitafium brzmiałoby: "Umarł za Kubricka"... (hehe). Wydaje mi się, że ta anegdota wystarczyłaby za jakąś tam oględną argumentację tego punktu, ale... Nie byłbym sobą, gdyby czegoś nie dodał. "Lśnienie" Kubricka należy do chlubnych wyjątków historii ekranizacji powieści fantastycznych. Ten film przerósł oryginał. Jest bardziej przerażający i pozostawia po sobie o wiele większe wrażenie niż powieść. Kubrick obrobił materiał wyjściowy po swojemu, oszlifował diament i wydobył z niego niepowtarzalny blask. "Lśnienie" to film przerażający, duszący swoim klimatem i mrożący krew w żyłach każdą manifestacją duchów i szałem w jaki wpada Jack. Doszło do tego, że podczas oglądania pojawiają mi się jakieś irracjonalne lęki, a od jakiegoś czasu boję się go w ogóle oglądać (i od dobrych paru lat zbieram się, żeby go sobie odświeżyć). Już na samą myśl, że go włączę mam ciarki. Sam początek, wystarczy scena, gdzie pokazana jest kuchnia, a na rękach mam gęsią skórkę. Żaden horror na mnie tak nie działa. Może nie jest to wierna ekranizacja, ale co z tego, skoro to jeden z najlepszych horrorów jakie świat widział?

1.) "Coś" ("The Thing", 1982). Po raz kolejny Carpenter, ale tym razem już ostatni. Mój numer jeden, który króluje na szczycie listy ulubionych horrorów (jak i również filmów) niepodzielnie parę ładnych lat. I nie zanosi się, żebym obejrzał coś, co spodobałoby mi się równie mocno jak "Coś". Nie jest tak wybitny jak "Lśnienie", czy tak straszny jak "Nieodebrane połączenie". Nie zachwyca też efektami na poziomie "Aliens" (chociaż też ma wspaniałe), ale posiada w sobie coś co sprawia, że nie można go nie kochać. W żadnym innym filmie nie udało się osiągnąć takiego uczucia izolacji i niepewności. Nigdzie nie zaszczuto tak bohaterów. Oglądam "Coś" i czuję panikę oraz terror, który muszą czuć mieszkańcy tej stacji. Carpenter w mistrzowski sposób poprowadził film. Zawsze, gdy sobie go odświeżam zachwycam się tym jak łatwo mylą się tropy i jak trudno dojść do tego kto jest zarażony. Osobna sprawa to wspomniane efekty. Jestem fanem takich mięsistych, prawdziwych szkarad, a te "cosiowe" po prostu uwielbiam. Potwory są upiorne i gdy oglądam np. scenę z zapadającą się klatką piersiową to odnoszę wrażenie, że wyciągnięto je żywcem z najgorszych koszmarów. W panteonie najstraszniejszych potworów w historii kina, główka na nóżkach powinna zasiadać między Pinheadem, a Michaelem Myersem. I jak nie lubię Ennio Morricone, to tutaj wypada gościa pochwalić. Odwalił kawał dobrej roboty. Świetny jest również Kurt Russell. Dla wielu to Snake Plissken, ale dla mnie do końca życia będzie MacReadym, a "The Thing" najpewniej najlepszym horrorem.

piątek, 19 grudnia 2008

Resident Evil 5

Miałem przyjemność sprawdzić w środę grę na japońskim demie, które pojawiło się w sieci (trzeba było spalić na płytę i odpalić na XO z na wszelki wypadek z odłączonym netem). I kurde bele maks, podobało mi się. Demko zawiera dwie dość trudne (jak dla mnie trudne) misje i przyznam się szczerze, nie udało mi się skończyć żadnej. Ta pierwsza dzieje się chwilę po egzekucji, którą obserwujemy z ukrycia. Zostajemy spostrzeżeniu i atakuje nas horda zombiaków z gigantem-katem na czele, który potrafi rozpłatać Chrisa i jego partnerkę jednym celnym ciosem topora. Zainfekowani wpieprzają się przez okna, drzwi, w końcu przez ścianę. Trzeba wytrzymać na placu do momentu, aż przyleci niejaki Kirk i nas uratuje (albo spieprzyć... nie jestem pewny, cały czas próbowałem wybić tam wszystkich i za każdym razem kończyłem z flakami na piachu). Zanim doczekamy się ratunku to wystrzelamy kilogramy pocisków - sieka jest bardzo konkretna. Druga część dema dzieje się chyba zaraz po, trzeba dobiec do miejsca katastrofy helikoptera Kirka. Tym razem atakują nas latające mutanty, musimy się rozdzielić z naszą partnerką i osłaniać ją z drugiego budynku przed falami atakujących zombie. Wisienką na torcie jest pojedynek z czarną wersją Leatherface'a, który swoją piłą z łatwością przechodzi przez Chrisa.

Nie grałem w tą super innowacyjną część czwartą, którą wielu uważa za najlepsze co wyszło w serii, więc, gdy po odpaleniu "Resident Evil 5" złapałem za pada zostałem bardzo mile zaskoczony. Sterowanie jest łatwe i przyjemne, pod jednym przyciskiem giwera, pod drugim kosa. Szybki dostęp do mapy i proste rozwiązanie ekwipunku (który olaboga! obsługuje się w czasie rzeczywistym!). Dobrze się celuje, ale co najważniejsze... jest cholernie dynamicznie i w końcu to przypomina prawdziwą epidemię! Od razu jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Atakujących są dziesiątki, a między kolejnymi headshotami trzeba jeszcze osłonić Shevę (partnerkę Chrisa), przeładować, podnieść amunicję, apteczkę i najlepiej spieprzyć gdzieś gdzie nie można nas osaczyć. Właśnie patrząc na to co działo się w demo sądzę, że dużo będzie się tam uciekać. Bardzo szybko dochodzi do tego, że wystrzelamy się ze wszystkiego, a czasu na machanie kosą jest za mało. Kolejnym plusem są te kontrowersyjne, czarne zombie i lokacje - afrykański trzeci świat jest po prostu idealną lokacją i bije na głowę ziejące nudą Raccoon City. Jest brudno, obskurnie i co chwilę można natrafić na coś obrzydliwego (np. na miejscową rzeźnię). Inteligencja Shevy stoi na niezłym poziomie. Babeczka celnie strzela, kiedy trzeba to sprzeda kopniaka uwieszonemu na szyi Chrisa zombiakowi, ale nie ma to jak drugi gracz. Świetnym więc dodatkiem wydaje się być tryb co-operacji i gdyby tylko był drugi pad, przechodzilibyśmy to demo z Grindem na split screenie. Jedynym mankamentem, który zauważyłem przy pierwszym spotkaniu są wyparowujące ciała. Trochę to cuchnie. No i ingerencja w otoczenie mogłaby być większa.
Grało się super, a filmiki z gameplay'a, które pojawiają się od jakiegoś czasu jak grzyby po deszczu, pokazują, że czekają jeszcze tony atrakcji. Demo piątki przywróciło u mnie sympatię do tej serii. "Resident Evil 5" na pewno gra zostaniem hitem, ale już totalną bajką byłoby gdyby twórcy urozmaicili sensownie tryby rozgrywki i dorzucili jakieś bonusy.

środa, 29 października 2008

Jedenaście najstraszniejszych gier

Zbliża się dzień, który z roku na roku lubię i doceniam coraz bardziej - Halloween. Moje uczucia co do 31 października w ciągu kilku lat zmieniły się całkowicie. Początkowa niechęć do komercyjnych aspektów tego "święta" w okresie nastoletniego buntu. Po kilku latach przerodziła się w obojętność, a w końcu skończyło się na małej ekscytacji, bo traktuję ten dzień jako święto wszystkich miłośników horroru. Z okazji nadchodzącego Halloween postanowiłem napisać w najbliższym czasie kilka tekstów, które będą w jakiś sposób ocierały się o grozę, horror i wszelkiego rodzaju niesamowitości. Na pierwszy ogień poszło zestawienie jedenastu najstraszniejszych, najbardziej klimatycznych gier w jakie przyszło mi grać. Lista oparta jest na moich doświadczeniach z przeszło 19 lat grania na wszelkiej maści konsolach i komputerach z którymi miałem do czynienia. W chwili obecnej raczej nie bałbym się na większości z nich, ale jeszcze kilka lat temu wszystko wyglądało inaczej.

11.) "Diablo". W 1996 roku dostałem komputer z CD-Romem, a jakiś czas później pożyczyłem od kumpla "Diablo". Wiedziałem tylko, że "zabija się potworki", na zdjęciach widziałem jak to wygląda, a dzięki prasie zaznajomiłem się z terminem "hack and slash". Miało być przyjemnie. Nigdzie, w żadnej recenzji czy opisie nie znalazłem jednak słowa o tym, że gra jest straszna! Na dodatek na zdjęciach wyglądała na znacznie bardziej kolorową! Już po godzinie grania wiedziałem, że nie będzie to lekka i przyjemna rozrywka. Od samych dekoracji miałem gęsią skórkę. Obskurne podziemia, parszywe sarkofagi, trumny, świeczniki od Drakuli, satanistyczne ołtarze, czaszki, kości, kościotrupy, obleśne potwory i plugawe demony. To chyba pierwsza gra na której się bałem, nie tylko za sprawą obrazu, ale głównie przez muzykę i niesamowite dźwięki. Wystarczyło mi puścić samą wioskową melodię, a miałem ciary. Po jakimś czasie znudziłem się graniem wojem i odpaliłem grę raz jeszcze, tym razem łuczniczką. Okazało się, że układ lochów jest inny, a na drugim poziomie spotkałem Butchera. "Ahh, fresh meat!" śniło mi się po nocach, a gdy zobaczyłem jego komnatę pełna porozrywanych ciał miałem dreszcze. Próba podjęcia walki i ucieczka przed nim to chyba jedno z najbardziej pamiętnych dla mnie doświadczeń jeżeli chodzi o granie. Oczywiście w chwili obecnej wspominając to można się jedynie uśmiechnąć, ale dla dwunastolatka bojącego się samego otwarcia drzwi do pokoju Butchera, walka z tym bydlakiem była nie lada wyzwaniem. "Diablo" to jedyna gra, którą mimo przejścia na pożyczonej płycie, kupiłem samemu, za odłożone pieniądze i przeszedłem jeszcze kilkakrotnie. Niska pozycja z racji tego, że wystraszył mnie porządnie tylko Butcher. Żadna z później spotkanych kreatur nie wywołała u mnie podobnej reakcji, żadna nie dostarczyła podobnych emocji. Nawet sam Diablo. No i już nie ma możliwości żeby mnie wystraszyła. Powtarzałem w liceum i jedyne co mi towarzyszyło to myśl "o tu się kiedyś bałem".

10.) "Fahrenheit". Dojrzała i ciekawa gra, stworzona przez Quantic Dream - Francuzów z ambicjami do tworzenia oryginalnych i niepowtarzalnych pozycji. Miała niesamowity potencjał, który został zabity głupawą końcówką. Jednak do połowy była to nostalgiczna, smutna, wręcz dołująca psychikę podróż w zakamarki ludzkiej duszy. Okraszona kilkoma strasznymi momentami (chodzenie "na słuch" po oddziale psychiatryczny w absolutnych ciemnościach czy walka z klaustrofobią w jakimś podziemnym archiwum) i przyprawiona kilkoma niesamowitościami potrafiła wywołać uczucie niepokoju. Zaczynała się brutalnym morderstwem w zimnym, zaśnieżonym Nowym Jorku i wróżyłem sobie z tego obcowanie z naprawdę mrocznym thrillerem. Niestety klimat rozmył się pod koniec, ale jednak część przyjemnych wrażeń pozostała. "Fahrenheit" wymagał od gracza logicznego myślenia, odrobiny kombinowania i refleksu. Stawiał problemy, które są obce większości gier no i zapewnił kilka godzin dobrej rozgrywki. Na liście za uczucia, które potrafił u mnie wzbudzić i ten mroczny, chłodny klimat z pierwszej połowy gry.

9.) "The Suffering". Czysta akcja w opanowanym przez demoniczne moce więzieniu-wyspie. Gra zapadła mi w pamięć jako niezły shocker. Chociaż straszono głównie wyskakującymi znienacka potworami i gdzieś tam kątem oka dostrzeżonym migającym cieniem, jednak umiejętne wpleciono również elementy horroru psychologicznego, a i duchy najbardziej przerażających rezydentów wyspy samym swoim głosem potrafiły zjeżyć włosy na głowie. Naprawdę porządny survival horror w wydaniu trochę innym niż to do którego przyzwyczaili nas chociażby Japończycy z Capcomu. Do eksterminacji były hordy obrzydliwie zdeformowanych przeciwników, a i lokacje nie należały do najprzyjemniejszych. Bywały takie (jak chociażby umywalnie pełne istot mających strzykawki zamiast oczu - chyba najstraszniejszych w grze), gdzie wzdrygałem się przed wejściem albo zapalałem światło w pokoju na czas przebicia się przez nie. Klimat kosmicznie potęgowały dźwięki. Krzyki, jęki, wrzaski, gdzieś tam słychać kroki, stukanie, trzaski. Nagle włącza się radio, głośnik, telewizor. Odgłos jaki wydawały bose stopy głównego bohatera hipnotyzował, by zaraz potem zostać przerwany piskiem jakiegoś potwora. Można było podskoczyć. Wrażenia naprawdę mocne, ale tylko momentami. Były etapy, gdzie liczyło się tylko strzelanie i refleks w walce na krótszy dystans. Dodatkowy plus dla twórców za pozostawienie możliwości w podejmowaniu pewnych decyzji, wpływających na zakończenie i możliwość powtórnego przechodzenia gry w ciut inny sposób.

8.) "Resident Evil Code: Veronica". Czwarta "podstawowa" część jednych z najbardziej rozpoznawalnych serii gier konsolowych. Chociaż "Resident Evil" to marka która mocno przyczyniła się do rozkwitu gatunku komputerowego survival horror, to osobiście tylko niektóre jej odsłony darzę sympatią . We wcześniejsze części grałem na PSX'ie i PC, a "Veronica" była jedną z pierwszych gier odpalonych na Makaronie (Sega Dreamcast). Od razu urzekła mnie bardzo dobrą jak na tamte czasy grafiką i jak mi się wtedy wydawało, znacznie większym ładunkiem grozy, w porównaniu z jej dwoma poprzedniczkami. Nie ma się specjalnie co rozpisywać, bo "Resident" to "Resident". Rozgrywka zawsze mnie tam z lekka irytowała. Ograniczony ekwipunek, kiepskie sterowanie, strasznie wkurzające poruszanie się między pomieszczeniami w tej odsłonie tak nie drażniło. Jednak dobra intryga, ciekawe postaci i niezły poziom zagadek spowodował, że grało mi się lepiej niż chociażby w "Nemesisa". Ładnie wykonana "Resident Evil Code: Veronica" ze swoimi pełnymi akcji filmikami przyciągnęła przed telewizor nawet moją matkę, z którą przechodziłem grę i która powodowała swoimi krzykami, że wszystkie straszne momenty był zdecydowanie bardziej straszne niż powinny. Niewiele rzeczy potrafi tak przerazić, jak krzyk za plecami i niespodziewany atak czegoś na ekranie. Właśnie za te pełne krzyków kilka wieczorów miejsce ósme.

7.) "Alien vs. Predator". Było kilka odsłon tego tytuł jednak tylko jedna potrafiła minie konkretnie nastraszyć. Chodzi o wersję z 1999 roku zrobioną tylko pod PC i część gdzie gra się Colonial Marine. Rozgrywkę zapamiętałem jako nieustanne fale strachu, irytacji z braku możliwości zapisu stanu gry (łatkę znalazłem na jakimś krążku dołączonym go gazety w momencie, gdy grę już ukończyłem) i serii panicznych ucieczek przed kropkami na detektorze ruchu. Cały urok tego urządzenia polegał na tym że pokazywał tylko obszar znajdujący się przed oczami i na dodatek nie wskazywał czy coś porusza się nad czy może pod graczem. Ataki strachu, gdy ruch pojawiał się w momencie gdy ostatnia flara zgasła albo gdy coś co miało wybiec nam naprzeciw biegło po suficie, a granat poleciał w posadzkę, bądź gdy wyskakiwało z dziury w podłodze, a akurat wzrok skupiało się na otworach w sklepieniu. Poza tym przeładowanie broni podczas ataku czy przypadkowy upadek z większej wysokości zazwyczaj kończył się śmiertelnie, więc momentami mój marines zachowywał się jak największa sierota i podchodził do wszelkich krawędzi kucając i przeładowywał nerwowo broń co 10 sekund. Niedoskonałość ludzkich oczu powodowała, że ciemności były największym przeciwnikiem (mimo noktowizora, któremu zbyt szybko wyczerpywały się baterie i flar, które kończyły się również zbyt szybko) i nie raz zdarzało mi się wystrzelać na oślep magazynek karabinu tylko po to by Alien rozszarpał mi plecy. Możliwość grania Alienem i Predatorem również była fajna, ale już nie taka straszna. Predator to praktycznie czołg, a Xenomorf mimo iż najbardziej delikatny, to jednak obawiać się głównie trzeba było irytująco porozstawianych działek. Właśnie ten brak możliwości save'owania powoduje, że strach towarzyszący graniu w "AVP" tak dobrze pamiętam, bo czuło się tą kruchość życia i pragnęło z całego serca przejść etap do końca.

6.) "The Thing". Gdy usłyszałem, że powstaje komputerowa kontynuacja jednego z moich ulubionych filmów prawie zsikałem się ze szczęścia. Zapowiedź w gazecie czytałem kilkanaście razy, a na te kilka miniaturowych screenów umieszczonych gdzieś tam obok patrzyłem chyba codziennie. Gdy odpaliłem płytę na PS2 byłem zachwycony. Gra spełniła wszystkie moje oczekiwania. Była akcja, było napięcie, był strach i odczuwalny carpenterowski klimat. Najlepsze było jednak to, że nastrój towarzyszący podczas seansu filmu, samotność, izolacja i totalny brak zaufania do wszystkiego, zostały idealnie odtworzone! Podczas gry pojawiali się co jakiś czas ludzie, którzy pomagali w naprawianiu urządzeń elektronicznych, leczyli, zapewniali zaporę ogniową, ale nigdy nie można było ich spuścić oka. Wystarczyła chwila nieuwagi, a któryś z nich przemieniał się w Cosia lub popadał ze strachu w obłęd i zaczynał strzelać do wszystkiego w zasięgu wzroku. Wąskie pomieszczenia, brak możliwości ucieczki, agresywni przeciwnicy, których trzeba było na końcu spalić i wkurzeni kompani powodowali, że od potu wypadał mi pad z dłoni. Każde nowe pomieszczenie, do którego trzeba było wejść, każdy załom korytarza, każdy dźwięk podnosił ciśnienie. Groteskowe potwory śniły mi się po nocach. Odświeżałem jakiś czas temu sobie wersję PC i jest trochę mniej przerażająca, ale nadal straszna.

5.) "Condemned: Criminal Origins". Czerpiąca pełnymi garściami z najlepszych filmowych thrillerów historia pościgu za nieuchwytnym seryjnym mordercą. Postać, w którą przychodzi nam się wcielić oprócz tego że potrafi strzelać i nieźle walczyć wręcz, używa sprzętów wziętych prost z któregoś "CSI". Fabuła zawiera kilka zwrotów akcji, ale nie ona stanowi atut gry. Tym co sprawia, że warto po "Condemned" sięgnąć jest gęsty klimat, kapitalna grafika, dopracowane efekty, przeszywające i przerażające dźwięki i przede wszystkim pieprzeni narkomani, którzy atakują w taki sposób, że idzie narobić w spodnie. Twórcy ładnie odrobili lekcje i lokacje są autentycznie upiorne, na swój XXI wieczny sposób. Wszechobecny syf slumsów, szczególnie w pierwszych etapach gry, niejednokrotnie powoduje, że grając się wzdrygnie. Całkiem fajnie pomyślane sterowanie prowadzi do tego, że częściej rozbija się głowy łomem albo rurką wyrwaną ze ściany, niż strzela z pistoletu. Zagadki kryminalne oraz tajemnicze wizje bohatera powodują, że gra nie nuży. W sumie jedyny horror jaki mają do zaoferowania next-geny, który autentycznie mnie wystraszył.

4.) "Resident Evil". Pierwsze może i było "Alone in the Dark", ale potrzebowałem naprawdę dużo samozaparcia, aby grać w tamten koszmar. Dla mnie właśnie produkt Capcomu wyciągnął horror akcji na szerokie wody. Ponad dekadę temu nie przeszkadzało mi fatalne sterowanie, rozwiązania dotyczące ekwipunku czy kretyńskie wchodzenie po schodach i otwieranie drzwi. Grało się niesamowicie przyjemnie, fabuła wciągała jak diabli i nawet chciało się czytać te wszystkie akta porozrzucane po rezydencji. Pewnie dlatego, że był pierwszy. Ale nie oszukujmy się, najważniejszym czynnikiem siedzenia przed telewizorem był strach, który towarzyszył w zasadzie od ekranu tytułowego. Powłóczące nogami zombie nigdy później nie były tak straszne i nigdzie indziej nie zabijało się na bezdechu oskórowane dobermany. I bywały chwile, kiedy nieważne było ile Chris bądź Jill mieli amunicji i apteczek, brałem nogi za pas i spieprzałem, bo jakiekolwiek pojedynkowanie było ponad moje siły psychiczne. Po kilku latach trafiła w moje łapy edycja na PC. Przy poprawionej grafice grało się znacznie fajniej, ale to był już okres mojej niechęci do serii i nieskończoną rzuciłem ją w kąt. "Resident Evil" na miejscu czwartym głównie z sentymentu i faktu, że był pierwszy, a także za kilka nieprzespanych nocy i koszmary, w których drzwi otwierałem dokładnie w ten sam sposób co w Raccoon City.

3.) "Silent Hill 3". Podobno pierwsza część serii jest uważana za najstraszniejszą grę w ogóle. Niestety ja tego porażającego ładunku grozy doświadczyłem grając młodziutką Heather w ładnej pecetowej grafice. Pierwszy "Silent" mi się podobał, pewnie nawet przestraszył momentami, ale z perspektywy czasu widzę, że do tego typu nastrojowego straszenia dorosłem znacznie później. Granie w trójkę było dla mnie jednym, wielkim spazmem strachu. Samo odpalenie gry było związane z wielkim wysiłkiem woli i kilkakrotnym odpowiedzeniem sobie na pytanie, "czy warto po raz kolejny bać się iść spać?". Tym co wyróżnia tą grę wśród innych z tej listy jest to, że strach po wyłączeniu komputera zostawał. Budziłem się w nocy i miałem przed oczami jakieś piekielne obrazy, moja mama ustawiała radio w kuchni, a ja słysząc szum miałem panikę w oczach, odrabiałem lekcje i nagle obracałem się by sprawdzić czy coś nie stoi mi za plecami. Takich akcji było wiele i chociaż samą grę przeszedłem dość szybko, bo do najdłuższych nie należała, to strach trzymał długo. Natomiast rzeczą charakterystyczną dla całej serii jest muzyka Akiry Yamaoki. W połączeniu z chorymi dziękiami wypada porażająco. Za przykurcze mięśni od ciągłego spięcia podczas gry, sporą ilość lęków i fantastyczne soundtracki "Silent Hill 3" dostaje bardzo mocne miejsce trzecie.

2.) "Doom 3". W tej chwili zabawiam na Marsie poraz czwarty i jeszcze nigdy nie było tutaj tak strasznie jak jesienią 2008. Z wiekiem chyba nerwy mam coraz słabsze, bo jeszcze nigdy "Doom 3" mnie tak nie straszył. Boję się kopniętej butelki, boje się otwieranych fotokomórką drzwi, boję się iskrzącego kabla, cienia, a gdy zobaczę przeciwnika to najczęściej zapomina zmienić latarki na broń i uciekam gdzie pieprz rośnie. Gram co najwyżej godzinę dziennie i specjalnie postępów w fabule nie widać. Później boję się wyjść z psem, a dźwięk dzwoniącej komórki powoduje u mnie palpitację serca. A pamiętam jak przechodziłem ją trzy lata temu na weteranie. "Doom 3" pokazał mi, że można się bać wtedy, gdy myślało się, że już nic człowieka nie przestraszy. Grając mam nerwy napięte do granic możlowiości, ciągle wyczekuję i ciągle daje się złapać. Najwięszką zaletą jest dla mnie to, co wielu wytyka jako wadę - wyskakujące potworki w miejscach gdzie wcześniej już byliśmy, a ich nie było. Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta starego "Dooma", ale tam gra zaskakiwała ciągle przesuwającymi się ścianami i hordami rzucający fireballami małp oraz niewidzialnych świnek na dwóch nogach. Tutaj jest tak samo! Mam czasami wrażenie, że gra próbuje mnie podwójnie zabić. Raz: zastawiając na moją postać pułapkę, a dwa: powodując u mnie zawał serca. Otwierasz drzwi, a tam tuż za nimi demon, zbierasz apteczkę, odrwacasz się a za plecami demon, zaglądasz do dziury, zapalasz latarkę, a tam już czołga się do ciebie demon. Demon, demon, demon - nic dziwnego, że ja ciągle w tej grze uciekam. Olbrzymi plus dla twórców za świetne wykorzystanie ciemności i tej małej cudownej latarki, która efektownie wykańcza mnie psychicznie. "Doom 3" to super szybka akcja i super straszny horror. Idealne połączenie prostej strzelanki z najbardziej potwornym koszmarem i całym piekłem potworów próbujących wypalić oczy marinsowi, którym kierujemy.

1.) "System Shock 2". Mam wrażenie, że nikt mnie z tym punktem pierwszym nie zrozumie. Grali prawdopodobnie tylko nieliczni, bo z kim bym nie rozmawiał to ludzie tej gry nie pamiętają albo nie grali w nią dostatecznie długo, żeby się wystraszyć. "System Shock 2" to rpg z widokiem z oczu, a przy tym fantastycznie straszny horror sci-fi. Nie ma nic gorszego jak pobudka z amnezją na wielkim statku z wybitą całkowicie załogą i grasującymi po korytarzach zombie. Jeszcze gorsze jest to, że początkowo wszystkiego nam będzie brakować: apteczek, amunicji, doładowań energii psi (taki rodzaj magii), więc najmniejszy hałas w pomieszczeniu obok powodował totalną panikę i skutkował przeróżnymi, idiotycznymi próbami zrobienia czegokolwiek byle tylko uniknąć walki pieprzonym, żółtym kluczem francuskim. Dochodził do tego element zużywania i psucia się broni, a ograniczoną ilość miejsca w ekwipunku zazwyczaj zajmowały wszelkiego rodzaju chemikalia wspomagajace, a o kalkulowaniu czy strzelanie się opłaca czy nie, nie było mowy, więc gdy tylko miałem pistolet bądź śrutówkę waliłem z tego do momentu, aż nie było czym przeładowac. Przez większość czasu więc, gra była cholernie trudna. Niejednokrotnie "SS2" zafundował mi skakanie z fotelem, wyczuwalna izolacja i chłód opuszczonego okrętu przyprawiały o dreszcze, a historia jaką odkrywałem w kolejnych audiologach załogi (element wykorzystany później również w "Doomie 3") jeżyła włosy na głowie. Możliwe, że przygodę na Von Braunie stawiam tak wysoko z powodu nostalgii, ale chyba żadnej grze nie poświęciłem tyle czasu i zapału co tej pozycji, a każdej minucie spędzonej nad tym tytułem towarzyszyło uczucie niepokoju, przeradzające się często w czysty strach.

Układałem zestawienie według zasady: "Im więcej strachu we mnie wzbudziłaś tym wyżej będziesz na liście". Trzy ostatnie miejsca mogłyby w zasadzie stać na pierwszym miejscu, bądź w obojętnie jakiej kolejności na podium. Każda z nich mnie przeraziła. Żaden film czy książka nie mogą się z nimi równać. Zestawienia nie należy traktować jako listy samych dobrych i wspaniałych gier. Zdaję sobię sprawę, że każda z wymienionych tutaj pozycji miała swoje wady, ale głównym wyznacznikiem był tutaj strach. Jakość grania, grafika czy sterowanie zeszły na dalszy plan, chociaż nie były tak do końca nieistotne. Na liście z różnych powodów zabrakło różnych gier. Niektóre mnie nie przestraszyły, niektóre nie są warte wspomnienia, w niektórych wypadkach nie pamiętam czy bałem się podczas grania, w inne zwyczajnie nie grałem.