Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 października 2011

Drive

"Drive" opowiada o samotnym facecie, mechaniku, który za kółkiem nie ma sobie równych. Dorabia jako kierowca kaskader, a wieczorami organizuje ucieczki dla miejscowego kryminału. Podobno jest najlepszy. Kieruje się swoim kodeksem, ma bardzo wyraźnie nakreślone zasady i nie patrząc na koszty, stara się tego za wszelką cenę trzymać. Jeżeli ma marzenie, to może startować w profesjonalnych wyścigach. Jeżeli coś kocha, to na pewno jeździć. Na jego drodze staje kobieta z dzieckiem, której mąż, po wyjściu z więzienia, wpada w kłopoty. Jedynym sposobem, żeby mu pomóc jest wzięcie udziału w napadzie. I jak to w życiu bywa, wszystko idzie źle. Film opowiada historię osadzoną bardzo w amerykańskich realiach, ale robi to w sposób wybitnie nieamerykański. 


Reżyserem jest Duńczyk i to czuć w zasadzie w każdej sekundzie. Zamiast teledyskowego montażu, rapowych kawałków prosto z list przebojów i taśmy w 3/4 wypełnionej szaleńczymi pościgami, prężącymi się na maskach stuningowanych samochodów laseczek w bikini i obowiązkowych wyścigów na ćwierć mili, mamy artystyczny wręcz obraz z kapitalnymi zdjęciami i doskonałym aktorstwem. Całości dopełnia fantastycznie dobrana muzyka. Wszystko jest doskonale harmonijne, idealnie wręcz połączone. "Drive" swoją brutalnością i zapuszczaniem się w głąb psychiki bohaterów, pokazaniem ich rozterek i ambicji, bardziej odwołuje się do tradycji kina gangsterskiego Scorsese niż do ścigałek w stylu "Szybkich i wściekłych". Nie jest to film typu obejrzyj/zapomnij. Byłem w kinie w poniedziałek, a on cały czas siedzi mi w głowie. Gdzieś tam na granicy świadomości ciągle o nim myślę. Dawno nie oglądałem tak dobrego kina akcji połączonego z dramatem. Jak dla mnie czołówka tegorocznych produkcji. 

niedziela, 30 stycznia 2011

Perfekcjonizm. I tylko perfekcjonizm

Nie nazwę "Czarnego łabędzia" rozczarowaniem, ale wychodząc z sali byłem szczerze zdziwiony tak wywindowanymi ocenami dla tego filmu. Co by nie mówić, to sprawnie i ładnie opowiedziana historia, z którą tak naprawdę każdy kinoman zetknął się gdzieś wcześniej. I dla mnie to największa bolączka. Liczyłem, że film mnie porwie, całkowicie oczaruje, swoim ciężarem przygniecie i dosłownie nie będę mógł się podźwignąć, otrząsnąć po tym co mi Aronosky zaserwował. A tak niestety nie było.

Mamy dążącą do perfekcji baletnicę Ninę, która mieszka z patologicznie nadopiekuńczą matką i która powoli popada w obłęd. Wizje, których doświadcza Nina nie powstydziłby się umieścić w swoich filmach Cronenberg. Są straszne. Mocne, mięsiste, obrzydliwie dosadne, ale od początku sugerujące widzowi z czym mamy do czynienia. Jeżeli ktoś umie dodać dwa do dwóch dojdzie bardzo szybko do wniosku, że to wszystko dzieje się w chorym umyśle zahukanej dziewczyny. Dodać należy, że dochodzi do tego zdecydowanie za szybko. Do tej pory Darren Aronofsky był dla mnie synonimem oryginalności. Takiej pełnej. Opowiadał w niebanalny sposób niebanalne historie. Kończyłem "Źródło" i nie mogłem sobie przypomnieć drugiego takiego przeżycia. Po seansie "Czarnego łabędzia" niemal momentalnie przyszedł mi na myśl "Wstręt" Polańskiego. Kamila uważa, że relacje Nina - matka to powtórka z "Pianistki", a piętna filmu o rozdwojeniu jaźni po prostu nie da się pominąć. Po cichu do końca liczyłem, że Aranofski prowadzi ze mną grę, że to jednak nie jest choroba psychiczna. Ale jednak nie.

Tą banalność maskuje fakt, że "Czarny łabędź" to film niezaprzeczalnie piękny. Zdjęcia i choreografia niejednokrotnie zaparły mi dech w piersiach. Ostatnie minuty, premiera "Jeziora łabędziego" to niezapomniane przeżycie, które muszę przyznać trzyma w napięciu. Z każdego ruchu, każdej figury bije piękno. Przemiana jakiej doznaje Nina jest jedna z najładniejszych rzeczy jakie widziałem w kinie. Byłem świadkiem prawdziwej magii srebrnego ekranu. Takie zestawienie piękna i brutalnych wizji, o których wspominałem wcześniej tworzy naprawdę niepokojący klimat. Ale jest jedna rzecz, która strasznie mnie męczyła - maniera prowadzenia kamery za Portman. Trzęsący się, dziwnie wykadrowany obraz pleców przyprawiał mnie o mdłości.

Jeżeli miałbym wskazać kogoś kto zasługuje na Oscara, to i statuetka, i bezgraniczne uznanie należą się Natalie Portman. To co pokazuje w tym filmie to pierwszej klasy aktorstwo. Tłumaczę sobie, że to ona dźwiga cały ciężar i to ona stoi za sukcesem tego filmu. Jej balet (wyuczony w rok), jej kreacja jest tym co przyciąga uwagę. Widać, że jej warsztat Powiem szczerze, po epizodzie z Amidalą nie wróżyłem tej aktorce wielkiej kariery. Ten wybór wydawał mi się drogą do zamknięcia sobie kariery, a okazuje się, że Portman potrafiła to przezwyciężyć i teraz mało kto pamięta jej żałosną i płaską postać z nowej trylogii. Najpierw "Bliżej" teraz to - jestem oszołomiony.

"Czarny łabędź" na pewno pozostawia po sobie dobre wrażenie. Portman bezapelacyjnie należą się nagrody. Kunis w końcu mogła pokazać, że oprócz ładnej buzi umie też grać. Kompozycje, czy może lepiej powiedzieć aranżacje Mansella są świetne. Ale hype mnie nastawił na bóg wie co i po raz kolejny stałem się ofiarą zbyt wygórowanych oczekiwań. Film jest dobrym widowiskiem. Przyjemnym, nieprzeintelektualizowanym, artystycznym kinem, które dzięki popularności tańca trafi do szerszej publiki. Tylko i aż.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

wtorek, 2 marca 2010

Wszystko, co kocham

Od lat nie chodzę do kina na polskie filmy. Ostatnim na jaki się wybrałem była "Operacja Samum" Pasikowskiego i było to przed prawie 11 laty. Nie jest to spowodowane ani jakimś urazem, ani niechęcią do polskiej kinematografii. Pod koniec podstawówki na dużym ekranie oglądałem praktycznie każdą polską produkcję. Cały czas oglądam je na DVD i w telewizji, wypożyczałem je również przez lata w wypożyczalni. Wygląda na to, że po prostu, jakoś mi się nie składało i przy kasie zawsze wybierałem coś zagranicznego. Najważniejsze jednak, udało mi się to w końcu zmienić! Przed trzema tygodniami (znowu mega opóźnienie, ale teraz mogę zwalić je na karb sesji) zawędrowałem z Kamilą do pabianickiego kina Tomi i mieliśmy olbrzymią przyjemność obejrzeć "Wszystko, co kocham".

Najnowszy film Jacka Borcucha to historia czwórki licealistów, którym przyszło żyć i grać punka w komunistycznej Polsce, na początku lat 80tych. Papierosy, piwo, granie muzy, pierwsza miłość i seks, a daleko w tle stan wojenny i małe, ludzkie dramaty. Nie zrozumcie mnie źle. Jest Jaruzelski, żołnierze na ulicach i konwój wojskowy, ale nie poświęcono im zbyt wiele czasu. Nie jest to film historyczny, a przynajmniej dla mnie nie był. Odebrałem go raczej jako opowieść o młodości, o pewnym stanie ducha, uczuciach towarzyszących chłopakom (szczególnie Jankowi, głównemu bohaterowi) u progu dorosłości, niż fabularyzowaną relację z tych wydarzeń. Poza tym reżyserowi (i scenarzyście w jednej osobie) udało się uciec od pewnego tendencyjnego podejścia do tematu wydarzeń z grudnia 1981 roku. Mam wrażenie, że współcześnie zapomina się, że to były tragedie "po obu stronach barykady". Żołnierze, którzy stoją na punkcie kontrolnym są gołowąsami, niewiele starszymi od bohaterów. Wszystkim towarzyszy taka sama niepewność i strach. W pierwszym momencie, gdy dowiedziałem się, że ojciec głównego bohatera jest w partii i do tego jest wojskowym myślałem, że Chyra (bo on grał tą postać) będzie niezłym skurwielem przeciwko któremu syn będzie się buntował. Borcuch poszedł w inną stronę. Pokazał pistolet, który ostatecznie nie wystrzelił. Ojciec ma legitymacje partyjną, ale mieszka pod jednym dachem z kochającą go żoną, która wstępuje do Solidarności i nie jest zatwardziałym komuchem i partyjną szują. Dobrze obrazują to sceny z rodzinnego domu, gdy umiera mu matka. Pomaga synom, którzy grają "wywrotową" muzykę pozwalając im przeprowadzać próby w jednostce i wstawia się za nimi, by mogli zagrać na balu na zakończenie roku szkolnego.


Co mi się bardzo podobało to brak martyrologi, pozytywistycznej myśli i wałkowania ogranych kawałków. Brak tutaj nauczycieli pomagającym biednej i uciskanej młodzieży wyjść na ludzi (co było chociażby obecne w takim, skądinąd bardzo fajnym "Rezerwacie"). Nie ma również takiego przesadnego demonizowania tamtego okresu. Są kartki, ale nie pokazano pustych sklepowych półek. Jest co robić, nawet w takiej małej miejscowości jak Hel. Gonzo u siebie idealnie to ubrał w słowa: "Nie jest to historia o szarym PRLu, ani tym bardziej czarno-białym. Tu są kolory. I optymizm, choć nie wszystko kończy się dobrze. Tak jak w życiu." Napisałem na początku, że "Wszystko, co kocham" jest o uczuciach i młodości. Chłopaki może i się buntują, ale co przede wszystkim z nich bije, to ta młodzieńcza beztroska. Chodzą na piwo i tanie wino, popalają kiepskie fajki i cieszą się małymi rzeczami: kąpielą w morzu, hokejem za garażami czy jeżdżeniem motorynką. Wszystko to wygląda naprawdę bardzo naturalnie i prawdziwie. Kolejną rzeczą, którą osobiście bardzo się podobała jest pominięcie wątków kościelnych oraz ten ich... przypadkowy (powiedzmy) patriotyzm. Wszystko wynikło ze zwyczajnej chęci grania i utarcia nosa komisarzowi. Konsekwencji tego koncertu, czy to rozmawiając w szkolnym kiblu, czy już słysząc skandujących kolegów, z pewnością żaden z nich nie przewidział.

Właśnie tym ten film ostatecznie mnie kupił. Taką totalnie naturalną koleją rzeczy. Pokazaniem, że tak naprawdę te duże rzeczy, mają często początek w impulsie albo nawet przypadku. "Wszystko, co kocham" pod względem sposobu opowiadania historii, naturalnej gry aktorów i emocji jakie towarzyszyły mi podczas seansu, w ogóle nie przypominał mi kina polskiego, z jakim do tej pory miałem styczność.


Wychwalić muszę pod niebiosa młodych aktorów (chociaż i ci starsi zagrali bez zarzutów). Takiego luzu, takiej gamy uczuć i takiego czucia roli nie widziałem dawno. Zagrali brawurowo i cholernie wiarygodnie. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie również niesamowicie naturalna scena miłosna między Mateuszem Kościukiewiczem a Olgą Frycz. Dawno nie oglądałem tak odważnego seksu w filmie (ale można to zrzucić na karb tego jakie kino preferuję i na 10 filmów, które oglądam tylko 1 jest europejski o najprawdopodobniej jest to horror). Kapitalna jest również muzyka, cholernie podobały mi się zdjęcia. Osoba odpowiedzialna za scenografię i przeniesienie Helu o te 28 lat wstecz, zasługuje również na oklaski. Od strony technicznej muszę się jednak przypieprzyć do jednej rzeczy - dźwięku. Mam wrażenie, że polskich filmach obowiązują zupełnie inne standardy niż na Zachodzie, bo zbyt często się zdarza, że nie rozumiem kwestii i normalne jest, że coś mi umyka. Tutaj oczywiście nie było inaczej i kilkanaście razy miałem trudności z dosłyszeniem dialogów, szczególnie tych, które działy się w mieszkaniu Janka.

Szczerze polecam z całego serca. To bezpretensjonalne, dobrze zagrane i inteligentne kino.

piątek, 20 listopada 2009

Skoro jesteśmy przy balonach...

O francuskim "Czerwonym baloniku" dowiedziałem się kilka dni temu od Kamili, kiedy podesłała mi link, sugerując, że latający dom Pixara, mógł mieć inspirację w finale tej opowieści. Jest to krótki metraż z 1956 roku wyreżyserowany przez Alberta Lamorisse. Utrzymana w fantastycznej konwencji historia chłopca, który pewnego dnia, w drodze do szkoły znajduje czerwony, żyjący własnym życiem balonik. Od tej chwili chłopiec i balon wydają się nierozłączni, co wzbudza wesołość i zazdrość najmłodszych, ale również złość i frustrację u dorosłych. Opowieść, niby zabawną, z kilkoma naprawdę komicznymi sytuacjami, to jednak ostatecznie odebrałem ją jako dość smutną. Idealnie obrazuje ukrytą w ludziach głupią, bezmyślną zawiść i wynikającą z tej zazdrości chęć odebrania czy zniszczenia. "Czerwony balonik", mimo iż praktycznie pozbawiony dialogów, otrzymał Oscara w kategorii oryginalny scenariusz, co wydaje mi się, że jest precedensem (nie przypominam sobie drugiej krótkometrażówki nagrodzonej poza swoją kategorią). Został również nagrodzony Złotą Palmą (za najlepszy film krótkometrażowy) i specjalną nagrodą BAFTA.

Obraz kręcono w okolicach paryskiej dzielnicy Belleville. I jest to prawdopodobnie jeden z niewielu filmów gdzie możemy podziwiać oryginalną zabudowę tego miejsca. 95% tego co możemy zobaczyć już nie ma, zostało zburzone dekadę później. Jeżeli ktoś ma ochotę wybrać się w krótką podróż po paryskich uliczkach to koniecznie powinien obejrzeć ten film. Moim zdaniem warto, nawet jeżeli nie przepada się za "starym kinem".


środa, 18 listopada 2009

Hamlet na Harley'u

Już dawno przestałem być serialowym maniakiem, który śledzi newsy i sprawdza wszystkie nowości, które emitują za oceanem. Raz na jakiś czas skuszę się na nowość i jeżeli mi wybitnie podejdzie to nie odpuszczę po dwóch odcinkach. W zeszłym roku, wśród tytułów, które zacząłem oglądać było wyśmienite "Sons of Anarchy". Wspominałem o już o tej produkcji i osoby jej ciekawe odsyłam do wpisu sprzed ponad roku. Dzisiaj chciałbym napisać o pewnej rzeczy, którą zauważyłem śledząc tydzień w tydzień poczynania bohaterów. Jedną z tych, którą muszę się podzielić szerszemu gronu. Kurt Sutter robi współczesną wersję "Hamleta", a przynajmniej mocno inspiruje się tragedią Williama Szekspira.

Pierwszą rzeczą jaka naprowadziła mnie na "Hamleta" są słowa Gemmy - matki Jaxa, które wypowiedziała do swojego drugiego męża Claya, i które są powtarzane dość często w przypomnieniu tego co było w poprzednich odcinkach: "John przemawia do niego zza cholernego grobu". Jax Teller, znajduje w pierwszym odcinku, maszynopis autorstwa swojego zmarłego ojca, założyciela Sons of Anarchy Motorcycle Club. Jest to manifest, spowiedź i jednocześnie wizja tego czym miał być klub. Pod wpływem tekstu Jaxowi udaje się dostrzec, że to czym się stał on i jego towarzysze, jest tym, czego jego ojciec się najbardziej obawiał. Powoli zaczyna kierować się wskazówkami twórcy SoA. Próbuje wprowadzić ich na nowe tory, skupia się na legalnym biznesie, występuje przeciwko Clayowi, który obecnie szefuje motocyklistom i który uosabia wszystkie te przeciwne wartości, którym hołdował John Thomas Teller. Clay Morrow jest Królem Klaudiuszem, a Jax, podejmującym walkę o spuściznę ojca, Księciem Hamletem (jest nawet wielokrotnie nazywany przez agentkę ATF 'księciem'). Maszynopis ma być źródłem odrodzenia, ale prawdopodobnie doprowadzi wszystkich do wielkiej tragedii. Jest początkiem rozłamu i co raz to gorszych spięć. I jest przede wszystkim esencją Johna Tellera - duchem Króla Hamleta, który pokazuje synowi prawdę.


Druga sprawa to związek Gemmy i Claya. W jednym z odcinków pierwszego sezonu, dość dobitnie zasugerowano widzowi, że za śmierć starego Teller odpowiedzialny jest jego towarzysz broni, współtwórca Synów Anarchii - Clay. Można również odnieść wrażenie, że matka Jaxa doskonale o tym wiedziała i miała z nim romans (chociaż w dramacie Szekspira nie jest to powiedziane wprost). Także szybko zmieniająca męża Tellerowa jest lubującą się w przepychu Królową Gertrudą. Oprócz tej czwórki i inni bohaterowie "Sons of Anarchy" są skonstruowani na podobieństwo tych z szekspirowskiego dramatu. Ukochana Jaxa - Tara, pasuje mi idealnie na Ofelię. Może i charaktery zupełnie inne, ale jedna i druga, to miłość z lat młodzieńczych, która przeszkadzała otoczeniu Księcia. Służalczy wobec Claya Tig wydaje się być odpowiednikiem knującego Poloniusza, a Piney współczesną wersją Horacego - nie jest może najserdeczniejszym przyjacielem Jaxa, ale często służy mu radą i widzi w nim przyszłość klubu. Zdecydowanie trudniej dopasować mi kogoś pod Laertesa, Rozenkranca czy Gildensterna. Za tych dwóch ostatnich można uważać zapatrzonych w Claya Juice'a i Opiego, ale z drugiej strony porywczość Opiego i fakt, że w pewien sposób zaczyna on zastępować Tiga wskazywałoby na Laeresa. Za to Szeryf Hale, z racji nastawienia wobec motocyklistów, Charming i życia, oraz współpracy, jakiej w pewnym momencie dopuszcza się z Jaxem, wydaje się być Fortynbrasem.


Także mamy ducha, postaci o podobnej historii i roli do odegrania co ich hamletowscy odpowiednicy, mamy też walkę o władzę, a i najprawdopodobnie dojdzie motyw zemsty Jaxa. Tyle, że "Hamlet" to tylko podwaliny pod świetną historię i dobre scenariusze. W zeszłym roku pisałem, że "Sons of Anarchy" to taka małomiasteczkowa "Rodzina Soprano", co po tych kilku odcinkach wydawało mi się słusznym porównaniem. Jednak dynamika, spora ilość akcji i prąca do przodu fabuła bardziej przypomina "The Shield", w którym Kurt Sutter również maczał palce. "Sons of Anarchy" to kapitalny serial, z akcją, (momentami wulgarnym) humorem i dramatem w idealnych proporcjach. Drugi sezon zbliża się teraz do końca, także zachęcam tych, którzy jeszcze się z produkcją nie zaznajomili. Macie dwa tygodnie do finału. Zdążycie nadrobić!

piątek, 19 września 2008

Koniec lata w odcinkach

Wrzesień to niezbyt dobry czas na wciąganie się w seriale. Nauka do egzaminów jednak jest cholernie wyczerpująca i warto od czasu do czasu odpocząć puszczając sobie odcinek albo dwa. W tym miesiącu zapoznałem się z trzema serialami i muszę przyznać, że każdy mogę polecić, chociaż nie zawsze do końca z czystym sumieniem.

Pierwsze akapity poświęcę "Burn Notice" (po polsku "Tożsamość szpiega"). Jest to taka lekka, wakacyjna i dość mocno komediowa sensacja, trochę w stylu "Żaru tropików" (pamięta ktoś jeszcze ten serial?). Główny bohater - Michael Westen pracuje na Bliskim Wschodzie jako szpieg. Idzie mu całkiem nieźle do czasu, gdy ktoś stwierdził, że należy się Michaela pozbyć i zdyskredytował go umieszczając na czarnej liście agentów. Dla kogoś takiego jak Westen brak poparcia państwa to praktycznie wyrok śmierci. Ten ktoś jednak jest na tyle wspaniałomyślny, że nie zostawił go w Azji, ale porzuca w Miami, jego rodzinnym mieście. Michael stara się rozgryźć z jakiego powodu ktoś wywrócił mu życie do góry nogami, a przy okazji próbuje zarobić na życie pomagając ludziom, którzy mogą potrzebować jego talentu. Pomagają mu była dziewczyna, która chciałaby bardzo być 'dziewczyną obecną' i która para się handlem bronią (w tej roli fantastyczna Gabrielle Anwar) i dawny kompan, były komandos, który tak na boku kabluje na Michaela do FBI (w tej roli jeden z moich ulubieńców Bruce Campbell). Oprócz śledzących go agentów, płatnych zabójców i przestępców, z którymi cały czas się musi stykać Michael musi sobie radzić z matką i bratem hazardzistą, od których uciekł wiele lat wcześniej i z którymi specjalnie nie umie się dogadać.

Każdy odcinek ma standardową fabułę, taką z dwoma wątkami - jednym dotyczącym prywatnego śledztwa Westena, drugim traktującym o aktualnym zleceniu. Miami jest pełne mętów, więc na różnorodność nie można narzekać. Trafią się i handlarze żywym towarem, i kubański gang terroryzujący okolicę, i szantażyści powiązani z kartelem narkotykowym, i skorumpowani gliniarze. Do wyboru, do koloru. Schemat jest zawsze taki sam (prośba o pomoc, rozpoznanie, akcja, fanfary), ale o dziwo te kilka odcinków które wchłonąłem ani przez chwilę mnie nie nudziły. Westen jest trochę jak MacGyver, zna z tysiąc sztuczek, których nauczył się w ganiając po świecie i lubi również korzystać najpierw z mózgu, a dopiero później z pięści. Wie z czego zrobić prowizoryczny tłumik i jak oszukać czujniki podczerwieni, ominąć pułapkę, a przede wszystkim zna się na ludziach i świetnie rozpracowuje przeciwnika. Główną rolę gra Jeffrey Donovan - pierwsza scena, gdzie dostaje bicie od Arabów i od razu go polubiłem. Facet jest charyzmatyczny, sympatyczny i do tego ma w twarzy takiego wesołka, który zawsze walnie ciętą ripostę albo rzuci śmiesznym one-linerem, i wiesz to o nim zanim scenarzyści się pokuszą to pokazać. Od pierwszej minuty autentycznie go polubiłem. Obecność Campella, który gra wiecznego podrywacza obiboka dodaje sporo, ale to jednak nie jest wyżyna humoru na jaką ten aktor może się wspiąć. I tutaj, gdzie humor tego serialu to dla mnie największa zaleta, dla innych będzie największą wadą. "Burn Notice" jest po prostu lekkim, odmóżdżającym serialem. Dobry, ale nie wybijający się specjalnie ponad standardy ustanowione przez tuzin podobnych (może poza tym, że ma bardzo sympatycznych bohaterów). Polecam na te zimne dni, żeby chociaż tak do końca o lecie nie zapomnieć.

Kojarzy ktoś Damiana Lewisa? To ten rudzielec, który grał w "Kompanii Braci" Wintersa i Jonesy'a w "Łowcy snów". Po tych dwóch rolach strasznie go polubiłem, ale zniknął całkowicie z mojego radaru i mimo, iż koleś utalentowany jakoś nie grał w pierwszej lidze. W poniedziałek trafiłem na wzmiankę o drugim sezonie jakiegoś kolejnego serialu detektywistycznego i pewnie bym zaraz gdzieś dalej kliknął, ale właśnie zdjęcie Lewisa było obok newsa. Skusiłem się i nie żałuję. Serial nazywa się "Life" i Lewis gra główną rolę, detektywa Charliego Crewsa. Tym co wyróżnia go od setek innych telewizyjnych policjantów jest fakt, że został niesłusznie skazany za potrójne morderstwo i przesiedział dwanaście lat w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Sytuacja, w której się znalazł była tragiczna. Gliniarz w więzieniu raczej długo nie żyje, ale jemu cudem udaje się przeżyć i nawet doprowadza do powtórnego otwarcia swojej sprawy. Dowody zostają przebadane za pomocą nowoczesnych technik i nagle do wszystkich dochodzi, że zamykając Crewsa popełnili wielki błąd. Facet wychodzi oczyszczony z zarzutów, z milionami dolarów na koncie i ku zdziwieniu wszystkich wraca do pracy w policji.

Na wolności, jako glina Crews wcale nie ma łatwiej. Dostaje partnerkę (Sarah Shahi), która od początku specjalnie za nim nie przepada, szybko pojawiają się konflikty i donosy do przełożonej. Policjanci za nim nie przepadają, boją się go, traktują go za milionera dziwaka, szefostwo chce się go pozbyć, a sam Crews gubi się w świecie, w którym technologia niejednokrotnie osiągnęła poziom tej z filmów Science Fiction. Wbrew przeciwnością prowadzi sprawy i naraża się wszystkim w każdy możliwy sposób. Zajada przy tym kilogramy owoców, wypowiada taoistyczne mądrości, podrywa kolejne śliczne dziewczyny, a po pracy siedzi nad swoją sprawą i uzupełnia luki w pajęczynie powiązań. Crews swoim przyjaznym usposobieniem i filozoficznymi wywodami ciągnie ten serial, i przyznaję, oglądam "Life" właśnie dla Lewisa w tej roli. Serial skupia się na tu i teraz. Nie ma żadnych retrospekcji, a Crewsa poznajemy w dzień jego pierwszej sprawy. Resztę historii poznajemy z relacji jego prawnika, zarządcy majątku, byłego partnera, byłej żony, detektywa który prowadził jego sprawę. Ma to formę fragmentów programu, który bliżej niezidentyfikowana telewizja kręci o Charliem i jest doskonałym komentarzem do tego z czym aktualnie bohater się boryka. Całkiem przyjemnie się to ogląda i chociaż nie jestem w stanie przewidzieć jak postaci i intryga będzie ewoluowała to spodziewam się jakiegoś znaczącego spadku jakości. Był taki serial o dość podobnych założeniach, grał tam Jack Scalia i nazywało się to "Na celowniku". Dla uspokojenia dodam, "Life" tego nie przypomina.

Na koniec zostawiłem najlepsze, bo najnowszą produkcję FX "Sons of Anarchy", chyba pierwszy serial o gangu motocyklistów. Śledzimy losy członków Sons of Anarchy Motorcycle Club, Redwood Original Charter, którzy w miasteczku Charming prowadzą bar i zakład mechaniczny, a przy okazji handlują bronią z gangsterami z Zachodniego Wybrzeża, Irlandczykami i cholera wie z kim jeszcze. Prowadzą wojnę podjazdową z lokalnymi naziolami, tłuką się z gangiem Meksów i grają na nosie policji. Oczywiście mamy wychodzącego przed szereg bohatera - Jacksona 'Jaxa' Tellera (Charlie Hunnam), który oprócz tego, że jeździ na motocyklu i ogląda się za małolatami, boryka się ćpającą byłą żoną i zamartwia się dzieckiem-wcześniakiem. Próbuje przy tym jako vice przewodniczący klubu naprowadzić go na drogę, którą widział dla niego jego zmarły ojciec. Zrezygnować z ryzykownego handlu karabinami i zostać przy legalnym interesie oraz idei. Z Jaxem jeździ całkiem zabawna kompania, szefuje im wszystkim Clay Morrow (Ron Perlman), a gdzieś tam zza kurtyny sznurki pociąga żona Clay'a, matka Jaxa Gemma Teller Morrow (w tej roli Katey Sagal), i obojgu nie podobają się specjalnie zapatrywania Jaxa.

Dodam, że serial jest utrzymany w konwencji w jakiej kręcono "Rodzinę Soprano", czyli niby poważne tematy, ale w tym przemyca się sporo humoru. Tematycznie jest jednak zupełenie różnie. O ile "Rodzina Soprano" opowiadał o życiu na przedmieściach i całym tym rozkładzie klasy średniej, tak wydaje się, że "Sons of Anarchy" traktują o życiu w małym miasteczku i problemach, które mogą dręczyć małą, zamkniętą społeczność wyznającą zupełnie inne wartości niż reszta społeczeństwa (i włoska mafia, która też była w pewien sposób małą, zamkniętą społecznością o odmiennych wartościach co reszta społeczeństwa). Oczywiście nie jest to TA skala i TEN poziom co u Davida Chase'a, ale nie jest jakoś dużo gorzej. To dobrze zapowiadający się serial i sądzę, że twórcy mając tak dobre wzorce raczej podołają i stworzą coś ciekawego. Potencjał wydaje się naprawdę duży.

W przypadku każdego z tych trzech sierali jestem dopiero po kilku odcinkach. O ile "Burn Notice" aktualnie leci już drugi sezon, a drugi sezon"Life" rusza już za tydzień to "Sons of Anarchy" puścili dopiero trzy epizody. Na ten czas każdy polecam, bo każdy ogląda się bardzo fajnie, jednak bladego pojęcia nie mam jak to będzie za kilka kolejnych. Ale spróbować nie zaszkodzi.