Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #7

Dzisiaj tylko dwie pozycje. Miał być jeszcze serial i... jeszcze jedna książka, ale to byłoby bez sensu. Mijałby się z celem tych wpisów, dlatego serial dostanie osobny wpis. O książce też napiszę kilka zdań, z tym że to znowu jest cykl, więc wstrzymam się do czasu aż pochłonę jego większość.

Książka     "Dallas '63" od Stephena Kinga. Chociaż nadal uważam go za mojego pisarza nr 1, to czasy kiedy czekałem z utęsknieniem na premierę jego książek minęły, wydawałoby się, bezpowrotnie. Część ostatnich pozycji mam nadal jeszcze nieprzeczytaną i tłumaczę wszystkim wkoło, że to na chude czasy, kiedy mistrz przestanie pisać. Ale prawda jest tak, że się ostatnio z Kingiem mijałem... Wracając do meritum. "Dallas '63" - tutaj niespodziewanie stary kochany King napisał powieść tak mocno trzymającą w napięciu, tak ciekawą i wciągającą, tak świeżą, że zaliczyłem opad szczeny. Nie spodziewałem się już tego po nim. Myślałem, że czasy kiedy jego proza potrafiła mnie opętać czy dać po pysku nie wrócą. A tu proszę! Tam jest wszystko to za co go przez wiele lat wielbiłem, a czego ostatnio jakoś mi brakowało! Na dodatek to King nowej jakości. Chociaż leje wodę, chociaż operujący doskonale mi znanymi sztuczkami... czułem to wszystko co pochłaniałem jakoś inaczej. Nie wiem czy to ucieczka od Maine czy może jednak mocne osadzenie tej opowieści w historii. Pozwoliłem sobie zapomnieć, że już zaliczyłem ponad 50 innych jego pozycji. Gdyby nie masa kapitalnych nawiązań w ogóle zapomniałbym, że to ten sam gościu co napisał Mroczną Wieżę! Tak działa "Dallas '63". Powieść z miejsca wbiła się do mojej żelaznej czołówki. Fajni bohaterowie, piękny wątek miłosny, świetnie opisane lata 50te i 60te. Do tego naprawdę ciekawy wątek fantastyczny - podróż w czasie, Człowiek z żółtą kartką, to że przeszłość nie lubi być zmieniana czy ta alternatywna rzeczywistość. Czytać!

Film    "Cold Fish" w reżyserii Shinona Sono. Jeżeli oglądaliście jakiś wcześniejszy film tego faceta - "Klub samobójców", "Noriko's Dinner Table", "Ekusute" czy "Strange Circus" to mniej więcej wiecie czego się spodziewać. Ciężkie, niespecjalnie rozrywkowe kino, które zostawia człowieka w przybitym nastroju i z masą kotłujących się myśli. Nie jestem specjalnym entuzjastą takich przeżyć, ale zdecydowałem się na "Cold Fish" zachęcony bardzo pozytywną recenzją na Horror Online (nie żebym się mocno ich ocenami sugerował, ale w temacie skośnych filmów mają tam u mnie spory kredyt zaufania). Film pokazuje złamanie człowieka i to w taki perfidny, podszyty fałszem sposób. To jednocześnie film o funkcjonującym w społeczeństwie psychopatycznym zabójcy, który sącząc swój jad, zaraża złem nim innych, jak i studium upadku, stopniowej degeneracji. I chociaż przemiana, to pęknięcie wypada może i trochę sztucznie, to nie potrafię się po nim otrząsnąć. Druga sprawa, że to film dla wytrzymałych ludzi, którzy lubią eksperymentować z ekstremalnymi rzeczami. Chociaż może część moich znajomych uzna go za niespecjalnie brutalny, to i tak myślę że Sono ich czymś zaskoczy. Nie oszczędza widza - pełno tam brutalnego realizmu, makabry i zwyrodniałego czarnego humoru. 

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wyspa tajemnic

Martin Scorsese należy do, z każdym rokiem coraz bardziej malejącej, grupki reżyserów, na których filmach się nigdy nie przejechałem. Może akurat ten który będzie do kitu, jest jeszcze przede mną, ale do tej chwili jeszcze na taki nie natrafiłem. I obojętnie czy były to niedoceniane "Gangi Nowego Jorku", czy oskarowy remake "Infiltracja", czy słabo znany short "Co taka miła dziewczyna jak ty robi w takim miejscu?" - podobał mi się każdy, chociaż przyznaję się, jak do niektórych wracam po latach, to trochę tracą (tym który stracił jest "Kasyno"). Facet ma dar, łeb i łapę do kręcenia filmów - wszystko mi u niego gra. Jego koncepcja pokrywa się z tym, co ja chcę widzieć. W ubiegły piątek miałem przyjemność obejrzeć w kinie jego najnowszą produkcję - "Wyspę tajemnic". I nie przejechałem się.

Na Shutter Island, odizolowaną wyspę ze szpitalem psychiatrycznym dla najgorszych przestępców, przybywa dwóch szeryfów federalnych. Mają przeprowadzić śledztwo w sprawie zniknięcia pacjentki. Kobieta rzekomo zniknęła z zamkniętej celi, wyparowała, przeszła przez ścianę. Śledztwo idzie topornie. Dyrekcja i personel pomagają, ale szeryf Teddy Daniels uważa, że to tylko pozory, że coś skrzętnie ukrywają i przy każdej możliwości daje im w kość. W momencie kiedy natrafiają na mur nie do przebicia, postanawiają wrócić na stały ląd. Z tym że potężna burza krzyżuje im jednak plany, zostawiając ich na wyspie pełnej szaleńców i nieżyczliwych im ludzi jedynie z enigmatyczną notatką o rzekomym 67 pacjencie. I tak dwójka szeryfów federalnych staje w obliczu zagrożenia i tajemnicy, która wybiega daleko poza śledztwo, z którym na wyspę trafili.

Ta część tekstu może zawierać delikatne spoilery. Film zaczyna się jak klasyczny thriller kryminalny i zapowiada grubą intrygę. Byłem zachwycony kierunkiem w którą to wszystko zmierza. Eksperymenty na ludziach, tajne jednostki rządowe, spisek na najwyższym szczeblu władzy i w tym wszystkim osamotniony, miotający się bohater, który nie może nawet ufać swojemu partnerowi. I nagle to wszystko sypie się niczym domek z kart, odsłaniając kłamstwo, w które oczywiście wszyscy grają. Łącznie z Teddym Danielsem, chociaż może raczej należałoby powiedzieć grają w kłamstwo Teddy'ego Danielsa? Z początku mnie to nie zachwyciło. Kolejny film z twistem, który miesza ostro w fabule, odwracając ją do góry nogami. Z tym, że idealnie się to wszystko poukładało w całość, a i można było sobie wcześniej to wykoncypować (mnie udało się zmylić, siedziałem w tym do chwili gdy Teddy strzela do Dr Cawley'a) i nie potrafiłbym niczego złego "Wyspie tajemnic" zarzucić, bo skonstruowali ją świetnie. A jednak, nie byłem zadowolony, do ostatniej sceny, do chwili gdy nie usłyszałem ostatniego zdania, które Daniels wypowiada do Aule'a. Wtedy to się na szczęście zmieniło. Pomyślałem: "Okej Scorsese. Znowu Ci się udało. Twój film podoba mi się od początku do końca." Ostatecznie dostałem niejednoznaczny, smutny i niepokojący obraz, który gnieździł mi się w głowie przez kilka następnych dni.


Filmy Scorsese zawsze doskonale oddają lata, o których opowiadają. I chociaż szpital psychiatryczny na odizolowanej wyspie z połowy lat 50tych z pewnością łatwiej było odwzorować niż Vegas lat 70tych, czy XIX wieczny Nowy Jork, to w żaden sposób nie umniejsza rezultatowi tej pracy. Psychiatryk jest złowrogi, pełen cieni i przywodzi na myśl wszystkie koszmary, które zaczynają się w sterylnej, okratowanej celi, a kończą w przypominającym ścieki labiryncie korytarzy. Kapitalny klimat potęgowały plenery, scenografia, charakteryzacja i efekty CGI. Jak dla mnie Shutter Island było momentami równie przerażające co Silent Hill. Bez kitu. Wyciśnięto koncept do końca. Samych strasznych momentów było kilka, ale dwa podziałały nam nie szczególnie. Pierwszy to sen z umierającą żoną Danielsa. Wizja tak sugestywna, że miałem na niej dreszcze. Druga na której się wzdrygałem to egzekucja strażników w Dachau. Podróż Teddy'ego po bloku C, również nie należał do najprzyjemniejszych. Całości dopełnia muzyka. Idealny wybór kompozytorów i utworów. Po prostu uczta dla ucha i podkręcanie śruby jednocześnie. Bo jakże można się nie bać, gdy z głośników leci Penderecki? Także od strony nastroju grozy, "Wyspa tajemnic" jest jednym z najlepszych filmów, nie będącym horrorem, jaki widziałem w ostatnimi laty.


Na słowa pochwały jak zawsze zasługuje Leonardo DiCaprio. Dla mnie jest najlepszym aktorem swojego pokolenia, i tutaj, jak zwykle zresztą, z miejsca mnie do swojej postaci przekonał. W sumie nie mogę krytycznie wypowiedzieć się o kimkolwiek z obsady. Świetne małe rólki mieli Max von Sydow, Jackie Earle Haley i Ted Levine (chociaż ich role to głównie interakcja z DiCaprio). Równie dobrzy są Ben Kingsley i Mark Ruffalo. Kingsley emanuje w każdej scenie życzliwością i troską mieszającą się z ciekawością - i chyba postać Doktora Cawleya była dla mnie przez cały seans najbardziej intrygująca. Jeżeli chodzi o postaci kobiece to tutaj jakoś bez rewelacji, ani Emily Mortimer, ani Michelle Williams nie stworzyły niezapomnianej kreacji.


"Wyspa tajemnic" jest jak najbardziej warta obejrzenia. Ja sam z pewnością jeszcze sobie go nie raz powtórzę i będę chciał mieć ten film w domowej kolekcji. Ci którzy stawiają klimat nad galopującą akcją (której w sumie też w tym filmie nie brakuje) powinni być usatysfakcjonowani. Ci drudzy, jeżeli przymkną oko na lekkie dłużyzny, też nie powinni narzekać. Jedyne co trochę boli to, że w zalewie filmów z zaskakującymi i przewrotnymi końcówkami, które wypleniły się po "6 zmyśle" ten film nie będzie miał takiego oddziaływania jakby miał dekadę wcześniej. 15 lat temu nazwano by go arcydziełem thrillera psychologicznego.

czwartek, 10 grudnia 2009

Żółta jesień

Parę miesięcy temu, natrafiałem na różnych stronach na wywiad z Quentinem Tarantino, w którym, przy okazji promocji "Death Proof", opowiadał o 20 najlepszych filmach jakie powstały w ciągu ostatnich 17 lat (od 1992, czyli momentu kiedy nakręcił "Wściekłe psy"). To, że Quentin ma specyficzny gust można odczuć oglądając filmy które wyreżyserował, napisał, wystąpił i na które wyłożył pieniądze. Z tą dwudziestką nie jest inaczej. Przewija się parę naprawdę świetnych obrazów, które uwielbiam i do których wracałem kilkakrotnie. Kilku nie znałem, dodałem sobie do listy "do nadrobienia" i akurat tak się złożyło, że tej jesieni obejrzałem trzy: "Gra wstępna", "Zagadka zbrodni" i "Joint Security Area". I muszę się z Tarantino zgodzić, wszystkie są jak najbardziej godne polecenia.



Na pierwszy ogień poszła "Gra wstępna" Takashiego Miike. Na wstępie pochwalę osobę, która zafundowała nam tytuł. Ten polski jest świetny i co się chyba nigdy nie zdarza... jest lepszy od oryginalnego. Ale do rzeczy. Miike to prawdziwy tytan pracy. Facet się nie opieprza, kręci kilka filmów rocznie. Większość jest moim zdaniem średnia, ale w tej olbrzymiej filmografii znajdzie się kilka bardzo dobrych, albo nawet wybitnych, filmów. "Gra wstępna" łapie się właśnie do tej ostatniej grupy. Jest to historia Shigehariego Aoyamy - faceta, któremu umiera żona i po dekadzie samotnego wychowywania syna, postanawia zmienić stan cywilny. Z pomocą przychodzi przyjaciel - producent filmowy. Postanawiają zorganizować lewy casting i wśród kandydatek do filmu znaleźć najbardziej odpowiednią kobietę na wybrankę serca. Uwagę Aoyamy przykuwa urodziwa była baletnica Asami. Umawia się z nią, randkuje i w końcu zabiera na romantyczny weekend, podczas którego lądują w łóżku. W tym momencie kończy się sielanka. Asami znika, a zakochany Shigeharu rusza na poszukiwania. I trafia w sam środek koszmaru, który kończy się makabrycznie w jego salonie.

"Gra wstępna" to nie jest jeden z tych głupawych filmów, których Miike poczynił przez lata. Nie ma gangów, cyborgów yakuzy, szalonych mafiozów. To historia zwykłego, korpulentnego faceta, który szukał bliskości i ciepła. Film przeraża swoim realizmem, prawdopodobieństwem, że taka sytuacja, może przytrafić się każdemu. Tobie albo twojemu znajomemu, który szuka dziewczyn przez portal randkowy. Poraża mnie myśl, że nieśmiała i na pozór niewinna dziewczyna, którą oglądamy na przesłuchaniu, może być w rzeczywistości sadystyczną bestią, rozkoszującą się maltretowaniem innych i zadawaniu cierpienia. Jest coś, co nie pozwala nie odebrać "Gry wstępnej" na serio. Przemoc jest tam do bólu autentyczna, a aktorzy cholernie przekonywujący. Uczucia Aoyamy wydają się jak najbardziej szczere i niewinne, także podczas tego ostatniego, niezbyt miłego spotkania z Asami czułem olbrzymi żal i smutek. Miike zawarł sporo charakterystycznych dla siebie elementów. Oprócz makabrycznych i krwawych tortur, prowadzi poprzez sny swoją grę z widzem. "Faza w fazie", gdzie nie wiadomo co jest prawdą, a co wytworem majaczącego umysłu i nawet brutalnie prosta historia staje się nie do końca jasna. Oczywiście nie jest to film idealny. Ogląda się go dosyć ciężko, ze względu na ślimacze wręcz tempo. Historia toczy się powoli, niespiesznie. Reżyser pozwala nawet na to, żeby widz się momentami ponudził. Ale ostatecznie uderza z siłą huraganu i pozostawia z uczuciem zadowolenia i dziesiątkami kłębiących się w głowie myśli.

Drugim "żółtym" filmem, który łyknąłem z olbrzymią przyjemnością była koreańska "Zagadka zbrodni" Joon-ho Bonga (reżysera kapitalnego "The Host") - thriller kryminalny z grającym na nosie policji seryjnym mordercą. Przemysł filmowy Korei Południowej nie przestaje mnie zadziwiać. Z każdym kolejnym filmem dochodzi do mnie, że to właśnie tam powstają najciekawsze produkcje. Koniec lat 80tych, małym miasteczkiem wstrząsa fala morderstw o podłożu seksualnym. Miejscowa policja dostaje wsparcie w postaci młodego inspektora ze stolicy. Mimo ich usilnych starań, zatrzymywania kolejnych podejrzanych, przesłuchiwania co rusz to nowych świadków i wprowadzania nowych metod śledczych, morderstwa cały czas się powtarzają, a sprawca pozostaje nieuchwytny. Podwalinami dla fabuły ma być historia prawdziwego seryjnego mordercy - pierwszego, który sterroryzował Koreę Południową. Na tle tych wydarzeń Bong pokazuje jednak nie tylko policyjną robotę. W pewnym momencie na pierwszy plan wychodzi starcie starego z nowym. Dramat młodego, pełnego ideałów inspektora, skonfrontowanego z działającym od lat, chorym systemem małej komendy. Na porządku dziennym jest wymuszanie zeznań, bicie i tortury czy podkładanie dowodów. Nie liczą się ludzie, rzetelność, sprawiedliwość czy możliwe, przyszłe ofiar. Ważny jest wynik i zdjęcie w lokalnej gazecie. Maluje się smutny obraz głupoty i krótkowzroczności, który spokojnie można byłoby przełożyć na nasze polskie, peerelowskie realia.


Wydaje się, że gatunek całkowicie wyeksploatowany, wałkowany tysiąc razy w kinie i telewizji, a jednak film Bonga jest cholernie świeży, niesamowicie inteligentny i przede wszystkim niepodobny do niczego co dane mi było obejrzeć. Słuchając jak Tarantino mówi, że jest to najbardziej interesujący i złożony film na jego liście, nawet przez głowę mi nie przeszło, że będzie w tym tyle prawdy. Zostałem cholernie pozytywnie zaskoczony. "Zagadka zbrodni", oprócz historii którą napisało życie, ma diabelnie dobry scenariusz, masę napięcia, odrobinę humoru, akcję i świetne postaci. Burackiego detektywa fenomenalnie zagrał Kang-ho Song, jeden z moich ulubionych koreańskich aktorów. Partneruje, a może raczej stawia, mu się Sang-kyung Kim. Z przyjemnością oglądałem pojedynek tych dwóch charyzmatycznych, świetnie wykreowanych bohaterów. Niesamowicie wciągający, momentami w swoim oddziaływaniu dołujący kawał porządnego kina. Nieśmiało snuję sobie przypuszczenia, że sam mistrz thrillera - David Fincher, przygotowując się do "Zodiaca" mógł szukać inspiracji u Bonga. Jeden z najlepszych filmów jakie widziałem tego roku (jak nie w ciągu ostatnich... 17 lat).

Ostatnim, o którym napiszę kilka zdań, jest "Joint Security Area" - dramat polityczny, jednego z najbardziej znanych w tej chwili koreańskich reżyserów, Chan-wook Parka. Zaskoczył mnie mocno tym filmem i udowodnił, że jest twórcą wszechstronnym, czującym się dobrze w szalonej komedii, kinie ekstremalnym jak również w bardziej stonowanych i poważnych klimatach. W strefie zdemilitaryzowanej oddzielającej Koreę Północną od Południowej, zamordowano dwóch żołnierzy z północy. Groźba konfliktu staje się jak najbardziej realna i wszyscy mają wrażenie, że siedzą na beczce prochu. Przybywa niezależna śledcza, która ma rozwiązać sprawę, ale obie strony utrudniają poznanie prawdy. Pani major Jean stopniowo odkrywa kolejne części układanki, porównuje zeznania, obala teorie i demaskuje kłamstwa. Obraz całości jaki się przed nią rysuje jest jednak dość nieoczekiwany - otóż żołnierze, którzy brali udział w incydencie, mimo wpojonej do siebie nienawiści byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni. Więc co się stało feralnej nocy?

Na ostateczne rozwiązanie zagadki trzeba poczekać do końca filmu, ale dość łatwo je przewidzieć, bo tak naprawdę to nie jest to w tym wszystkim najważniejsze. Początkowo byłem trochę rozdrażniony słabym tempem akcji i średnią intrygą. Gdy już całkowicie wsiąkłem w klimat, z irytacją oglądałem finałową strzelaninę i czekałem na chociaż jedną, wspominkową scenę z nocnych spotkań. Park nakręcił film o poczuciu winy i przyjaźni, która teoretycznie, nie mogła mieć miejsca, bo zabrania jej nie tylko regulamin wojskowy, ale również wpajany od dzieciństwa światopogląd. A jednak. Po obu stronach granicy żyje ten sam naród i okazuje się, że tych żołnierzy niewiele różni. Czują się w swoim towarzystwie nawet lepiej niż ze swoimi rodakami. Nie jest oczywiście cukierkowo. Bohaterom towarzyszy niepewność, napięcie i czujność. Wydaje mi się, że z perspektywy Europejczyka i tak nie jestem w w stanie w pełni wszystkiego zrozumieć. Mimo to, czerpałem z seansu dużo przyjemności, większość zachowań była dla mnie czytelna, no i sporo się o Korei dowiedziałem. Jeżeli kogoś zainteresował "Phenian" Guy'a Delisle'a, bądź wojenne "Braterstwo broni" to myślę, że "Joint Security Area" zaspokoi głód wiedzy.

Polecam wszystkie trzy. Chociaż gatunkowo bardzo się różnią mają sporo wspólnego: są porządnie zrealizowanymi, dobrze zagranymi, inteligentnymi produkcjami. Z listy Tarantino zostało mi sześć filmów i byłoby super, gdyby chociaż w połowie dorównywały "Grze wstępnej", "Zagadce zbrodni" i "Joint Security Area" poziomem.