Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2015

Jest tyle powiedzonek o psach, ale o negatywnym wydźwięku, zastanawiające...

W moim mieście znikają psy. Proceder trwa od kilku miesięcy, ale niespecjalnie się nad tym do tej pory zastanawiałem. Te wiszące na słupach kartki łączyłem raczej z "Małymi ludźmi w żółtych płaszczach", nowelą Kinga ze zbioru "Serca Atlantydów". Szedłem do pracy i widziałem te dziwne ogłoszenia: "Zniknął roczny, poczciwy golden w trakcie leczenia. Bardzo go kochamy chociaż jest głupiutkim grubaskiem. Nagroda". Tych ogłoszeń zaczęło pojawiać się coraz więcej, także w internecie, a gdy okazało się, że również znajomi, jakiegoś tam zaginionego psa szukają, w głowie pojawiła się inna myśl. Ostatnim był zaginiony pudelek miniaturka, za którego oferowano 5 tysięcy złotych nagrody i przy którym zrobiło się głośno o problemie. Internauci zaczęli prowadzić śledztwo, namierzono nawet ludzi rumuńskiego pochodzenia, którzy wyrabiali mu lewe papiery.

W Stanach kradzieżami psów dla okupu zajmują się przestępcy już od wielu lat. I może wydać się to śmieszne, ale nie zawsze są to cienkie bolki, które czekają na tę jedną robotę, tę po której zaczną coś znaczyć. To oportuniści, którzy znają w miarę dobrze prawo i wiedzą, że są w stanie się z tej kradzieży wykręcić sianem. Traktują to jako dodatkowe źródło łatwego zarobku. I jestem w stanie uwierzyć, że w moim powiecie istnieje podobna szajka porywaczy psów. 


Ta myśl wywołała lawinę skojarzeń i wspomnień, której nie byłem w stanie zatrzymać. Jako, że mamy w domu od 16 lat shih-tzu to pierwsze co mi przyszło do łba to "7 psychopatów" Martina McDonagha. W tym filmie Christopher Walken i Sam Rockwell, którzy parają się takimi porwaniami dla okupu, zwijają ukochanego shih-tzu gangsterowi. Postać grana przez Rockwella po godzinach para się też innym zajęciem, dlatego ta kradzież nie jest na pewno przypadkowa, ale ma dla wszystkich niesamowicie bolesne konsekwencje, których już pewnie nie przewidział. Wydaje się wybitnie nieprawdopodobnym, żeby w Pabianicach, te porwane czworonogi zwracał ktoś o kosmicznej aparycji Walkena, ale jeżeli się o tym pomyśli... taki dystyngowany, starszy pan na pewno nie wzbudzałby podejrzeń. Myślę, żeby wywinąć się od oskarżenia o kradzież, trzeba mieć właśnie takiego starszego pana, który sprzeda historyjkę o znalezieniu zbłąkanego ulubieńca swoją grzecznością i pewnością siebie. 

Warto ten film obejrzeć, dla świetnego scenariusza i bardzo dobrych kreacji aktorskich. McDonagh zachwycił mnie "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", a "7 psychopatami" utwierdził mnie w przekonaniu, że na jego następne filmy warto czekać. 



Drugie co przyszło mi do głowy to "Zabić, jak to łatwo powiedzieć", które w przeciwieństwie do filmu z Walkenem nie jest absolutnie zabawne. To gangsterska historia spod znaku noir. Jakiś stary dupek obmyśla plan na obrobienie mafijnej gry w pokera. Plan wydaje się idealny, ale oczywiście nie jest, bo Firma ściąga dobrego cyngla, który wszystko naprawia. Jednym z facetów, którzy uczestniczą w napadzie jest Russell, uzależniony od drugów Australijczyk, który wygląda w tym filmie jak mocno skacowany Neil Gaiman. Russell kradnie psy w sąsiedztwie i wywozi je furgonetką na Florydę, aby tam je sprzedać. 


Kto kupuje psy na Florydzie? To pytanie przez jakiś czas nie mogło mi wyjść z głowy. Czy psy rasowe są tam aż tak drogie? Czy nie ma na Florydzie psów w schroniskach? A może Russell jechał setki kilometrów, żeby sprzedać je jakiemuś Chińczykowi prowadzącemu knajpę dla wtajemniczonych? Co jeżeli psy, które znikają w moim sąsiedztwie trafiają na czyjś stół? Albo są sprzedawane Niemcom? Pamiętam, że w okolicy, w której się wychowywałem była fabryka torebek. Już na początku lat 90tych raczej niczego nie produkowała, ale był tam stróż i ten człowiek wyłapywał koty w okolicy. Na skórki. To prawdopodobnie spotkało syjama mojej matki. Czasami, kiedy te znikające psy nie pozwalają mi spać, myślę o kocie mojej matki. Trochę go jeszcze pamiętam.


"Zabić, jak to łatwo powiedzieć" to historia tzw. inside job, więc wszyscy, których oglądamy to przestępcy. Wiemy od samego początku jak to się skończy, w końcu naprawia sam Brad Pitt. Są winni i muszą być ukarani. Wydaje się historią bardzo prostą, nie ma tutaj zaskoczenia, ale diabeł tkwi w szczegółach. Akcja filmu zbiega się z kampanią prezydencką i wielkim kryzysem ekonomicznym, który nawiedził Stany. Interesujące jest to, że rozmowy, które prowadzą bohaterowie filmu, zdają się po pewnym czasie być o czymś zupełnie innym. Gdzieś tam w tle zazwyczaj gra telewizor i widzimy kłamiącego polityka. Gdzieś w tym wszystkim możemy znaleźć analogie do wydarzeń obserwowanych na ekranie. I nawet mniej wyrobiony kinoman, wyłapie, że film nie jest o tym sprzątaniu po napadzie na szulernie.

Film kończy monolog Pitta o tym, że Ameryka to nie jest kraj, to są interesy, i podobne odczucie można odnieść oglądając "Brudny szmal" na podstawie opowiadania Denisa Lehane'a. Te dwa ostatnie filmy łączy inside job i James Gandolfini, i jest też pies. Tym razem zwierzę, zostało poświęcone jako chory dowód miłości Erica Deedsa do Nadii. Ratuje je Bob, który jest barmanem w knajpie swojego kuzyna Marva (którego gra Gandolfini). W "Zabić, jak to łatwo powiedzieć" Gandolfini gra zabójcę Mickey'a, który jest na dobrej drodze, żeby wylecieć na stałe z branży. Przylatuje z Nowego Jorku na robotę i zaczyna ją od uchlewania się. O ile dobrze kojarzę, to jest na warunkowym i samą swoją obecnością zagraża całej akcji. W "Brudnym szmalu" Marv to też złamany przez życie facio. Przygniatają go problemy finansowe i jedynym wyjściem wydaje mu się okradzenie własnego baru, który jest punktem zrzutu brudnej forsy mafii. Swój interes stawia ponad lojalność wobec rodziny, jako pomagiera dobiera sobie psychicznie chorego Deedsa, którego poznaje gdy ten zaczyna prześladować Boba. Wyjęcie z kubła na śmieci pociętego szczeniaka to kamyczek, który porusza lawinę zdarzeń. Nie dla wszystkich kończy się szczęśliwie. Ale chyba tak jest już w życiu, że coś co dla kogoś jest wielkim szczęściem, okazuje się dla innego gwoździem do trumny. Bo Ameryka to tylko interesy, a one nie zawsze się udają.

Oglądam niedawno na ścianie, jak ktoś dzieli się zdjęciami dużego myśliwskiego psa. Pies zniknął już jakiś czas temu, trochę wcześniej, z tego samego podwórka zniknął inny pies, kundelek. Wychowywały się razem. Właściciel sugeruje, że psy są najprawdopodobniej właśnie razem i mam nadzieję, że rzeczywiście są, i że nie trafiły na psychopatę i nie są razem, ale w niebie. Bo wiecie, chociaż to słabe pocieszenie, to wszystkie psy idą do nieba.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wyspa tajemnic

Martin Scorsese należy do, z każdym rokiem coraz bardziej malejącej, grupki reżyserów, na których filmach się nigdy nie przejechałem. Może akurat ten który będzie do kitu, jest jeszcze przede mną, ale do tej chwili jeszcze na taki nie natrafiłem. I obojętnie czy były to niedoceniane "Gangi Nowego Jorku", czy oskarowy remake "Infiltracja", czy słabo znany short "Co taka miła dziewczyna jak ty robi w takim miejscu?" - podobał mi się każdy, chociaż przyznaję się, jak do niektórych wracam po latach, to trochę tracą (tym który stracił jest "Kasyno"). Facet ma dar, łeb i łapę do kręcenia filmów - wszystko mi u niego gra. Jego koncepcja pokrywa się z tym, co ja chcę widzieć. W ubiegły piątek miałem przyjemność obejrzeć w kinie jego najnowszą produkcję - "Wyspę tajemnic". I nie przejechałem się.

Na Shutter Island, odizolowaną wyspę ze szpitalem psychiatrycznym dla najgorszych przestępców, przybywa dwóch szeryfów federalnych. Mają przeprowadzić śledztwo w sprawie zniknięcia pacjentki. Kobieta rzekomo zniknęła z zamkniętej celi, wyparowała, przeszła przez ścianę. Śledztwo idzie topornie. Dyrekcja i personel pomagają, ale szeryf Teddy Daniels uważa, że to tylko pozory, że coś skrzętnie ukrywają i przy każdej możliwości daje im w kość. W momencie kiedy natrafiają na mur nie do przebicia, postanawiają wrócić na stały ląd. Z tym że potężna burza krzyżuje im jednak plany, zostawiając ich na wyspie pełnej szaleńców i nieżyczliwych im ludzi jedynie z enigmatyczną notatką o rzekomym 67 pacjencie. I tak dwójka szeryfów federalnych staje w obliczu zagrożenia i tajemnicy, która wybiega daleko poza śledztwo, z którym na wyspę trafili.

Ta część tekstu może zawierać delikatne spoilery. Film zaczyna się jak klasyczny thriller kryminalny i zapowiada grubą intrygę. Byłem zachwycony kierunkiem w którą to wszystko zmierza. Eksperymenty na ludziach, tajne jednostki rządowe, spisek na najwyższym szczeblu władzy i w tym wszystkim osamotniony, miotający się bohater, który nie może nawet ufać swojemu partnerowi. I nagle to wszystko sypie się niczym domek z kart, odsłaniając kłamstwo, w które oczywiście wszyscy grają. Łącznie z Teddym Danielsem, chociaż może raczej należałoby powiedzieć grają w kłamstwo Teddy'ego Danielsa? Z początku mnie to nie zachwyciło. Kolejny film z twistem, który miesza ostro w fabule, odwracając ją do góry nogami. Z tym, że idealnie się to wszystko poukładało w całość, a i można było sobie wcześniej to wykoncypować (mnie udało się zmylić, siedziałem w tym do chwili gdy Teddy strzela do Dr Cawley'a) i nie potrafiłbym niczego złego "Wyspie tajemnic" zarzucić, bo skonstruowali ją świetnie. A jednak, nie byłem zadowolony, do ostatniej sceny, do chwili gdy nie usłyszałem ostatniego zdania, które Daniels wypowiada do Aule'a. Wtedy to się na szczęście zmieniło. Pomyślałem: "Okej Scorsese. Znowu Ci się udało. Twój film podoba mi się od początku do końca." Ostatecznie dostałem niejednoznaczny, smutny i niepokojący obraz, który gnieździł mi się w głowie przez kilka następnych dni.


Filmy Scorsese zawsze doskonale oddają lata, o których opowiadają. I chociaż szpital psychiatryczny na odizolowanej wyspie z połowy lat 50tych z pewnością łatwiej było odwzorować niż Vegas lat 70tych, czy XIX wieczny Nowy Jork, to w żaden sposób nie umniejsza rezultatowi tej pracy. Psychiatryk jest złowrogi, pełen cieni i przywodzi na myśl wszystkie koszmary, które zaczynają się w sterylnej, okratowanej celi, a kończą w przypominającym ścieki labiryncie korytarzy. Kapitalny klimat potęgowały plenery, scenografia, charakteryzacja i efekty CGI. Jak dla mnie Shutter Island było momentami równie przerażające co Silent Hill. Bez kitu. Wyciśnięto koncept do końca. Samych strasznych momentów było kilka, ale dwa podziałały nam nie szczególnie. Pierwszy to sen z umierającą żoną Danielsa. Wizja tak sugestywna, że miałem na niej dreszcze. Druga na której się wzdrygałem to egzekucja strażników w Dachau. Podróż Teddy'ego po bloku C, również nie należał do najprzyjemniejszych. Całości dopełnia muzyka. Idealny wybór kompozytorów i utworów. Po prostu uczta dla ucha i podkręcanie śruby jednocześnie. Bo jakże można się nie bać, gdy z głośników leci Penderecki? Także od strony nastroju grozy, "Wyspa tajemnic" jest jednym z najlepszych filmów, nie będącym horrorem, jaki widziałem w ostatnimi laty.


Na słowa pochwały jak zawsze zasługuje Leonardo DiCaprio. Dla mnie jest najlepszym aktorem swojego pokolenia, i tutaj, jak zwykle zresztą, z miejsca mnie do swojej postaci przekonał. W sumie nie mogę krytycznie wypowiedzieć się o kimkolwiek z obsady. Świetne małe rólki mieli Max von Sydow, Jackie Earle Haley i Ted Levine (chociaż ich role to głównie interakcja z DiCaprio). Równie dobrzy są Ben Kingsley i Mark Ruffalo. Kingsley emanuje w każdej scenie życzliwością i troską mieszającą się z ciekawością - i chyba postać Doktora Cawleya była dla mnie przez cały seans najbardziej intrygująca. Jeżeli chodzi o postaci kobiece to tutaj jakoś bez rewelacji, ani Emily Mortimer, ani Michelle Williams nie stworzyły niezapomnianej kreacji.


"Wyspa tajemnic" jest jak najbardziej warta obejrzenia. Ja sam z pewnością jeszcze sobie go nie raz powtórzę i będę chciał mieć ten film w domowej kolekcji. Ci którzy stawiają klimat nad galopującą akcją (której w sumie też w tym filmie nie brakuje) powinni być usatysfakcjonowani. Ci drudzy, jeżeli przymkną oko na lekkie dłużyzny, też nie powinni narzekać. Jedyne co trochę boli to, że w zalewie filmów z zaskakującymi i przewrotnymi końcówkami, które wypleniły się po "6 zmyśle" ten film nie będzie miał takiego oddziaływania jakby miał dekadę wcześniej. 15 lat temu nazwano by go arcydziełem thrillera psychologicznego.

piątek, 15 stycznia 2010

Jedenaście najlepszych filmów roku 2009

W końcu udało mi się jakoś wyliczyć i zrobić sensowne podsumowanie najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć (nie tylko w kinie, ale również w domowym zaciszu). Chyba i w tym zestawieniu nie ma specjalnego zdziwienia odnośnie pierwszego miejsca. Cztery z uwzględnionych tu produkcji miały już swoją chwilę na tym blogu, także nie będę się powtarzał. Bez zbędnych ceregieli, oto jedenaście, w moim mniemaniu, najlepszych filmów 2009 roku.
  1. "Avatar"
  2. "Odlot"
  3. "Moon"
  4. "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
  5. "Kac Vegas"
  6. "Star Trek"
  7. "Watchmen Strażnicy"
  8. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
  9. "500 dni miłości"
  10. "Koralina i tajemnicze drzwi"
  11. "Zielona Latarnia"

Pierwszy lot

Zieloną Latarnię, jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów uniwersum DC, znałem jedynie pobieżnie z występów w serialu animowanym. Wiedziałem, że facet moc czerpie z pierścienia i dzięki niemu potrafi urzeczywistniać wszystko co przyjdzie mu na myśl. Trochę jak Planetarianie. I jakoś nie ciągnęło ani do komiksów, ani nawet do czytania newsów o powstającym filmie aktorskim. Ale w łapy wpadł ten animowany film, bez żadnych większych oczekiwań włączyłem i było świetnie. Fabuła prościutka - Hal który dostał pierścień zostaje wcielony do Zielonego Korpusu (tacy zieloni strażnicy wszechświata) i mimo że żółtodziób to musi odnaleźć zdrajcę ukrywającego się w organizacji. Nie jest łatwo, bo nie dość że wszyscy bardziej doświadczeni, mają taką moc jak on, to i kosmos dla Zielonej Latarni nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Od pierwszych minut akcja, świetne postaci, zabawne dialogi i pierwszorzędny klimacik. Idealny komiksowy film animowany. Może i Marvel wygrywa na ilość sprzedanych komiksów, ale w animacjach wszelakich DC od lat jest górą.


Kukiełki lepsze niż książka

Gaiman swoją "Koraliną" mnie nie powalił. Za to weteran branży, Henry Selick trafił bezbłędnie w moje gusta. Wydobył z tej historii wszystko co dobre, podrasował i przyozdobił wytworami swojej wyobraźni. I tak "Koralina i tajemnicze drzwi" jest moim zdaniem dużo lepsza niż książka. Film zrobiony jest z olbrzymim polotem, odpowiednio straszny, momentami śmieszny i przede wszystkim wciąga jak diabli. Animacja jak zwykle świetna. Dbałość o szczegóły porażą, kukiełki mistrzowskie, a światy Koraliny, lekko podrasowane komputerem, wyglądają cudnie. Ale jeżeli miałbym porównywać trzy najbardziej znane animacje poklatkowe - "Koralinę", "Miasteczko Halloween" i "Gnijącą pannę młodą" to ta pierwsza wypada najsłabiej, chociaż słaba w żadnym wypadku nie jest. Po prostu za mało tam śpiewają.


Nieromantyczny film o miłości

Świetnie zagrany, ciepły i bardzo prawdziwy film o uczuciach, który... jak to zaznacza narrator już na wstępie, nie jest "love story". I dobrze, bo rom-komów mamy pod dostatkiem. Akurat "500 dni miłości" wstrzelił się w moje poczucie humoru idealnie. Wszystko tak niekonwencjonalnie podane, trochę z przymrużeniem oka, trochę na serio. Historia związku zwykłego chłopaka i zwykłej dziewczyny. Bez udziwnień w stylu zawodów baloniarskich. Jest za to kino, wycieczki do Ikei, kawa i spacery do parku. Bardzo przyjemny, idealny do obejrzenia z drugą połówką.


Wizualny orgazm

Jakoś ominąłem całe to zamieszanie związane z premierą "Strażników". Z braku czasu nie poszedłem do kina i obejrzałem dopiero kiedy pojawiła się wersja reżyserska. Podobał mi się, ale i też trochę zmęczył. Jednak te 187 minut to za dużo. Snyderowi udała się sztuka wkomponowania wszystkiego ładnie, wiernie, ale nadal twierdzę, że nie zawsze wierna adaptacja jest dobrą ekranizacją. Momentami mi się dłużyło, było za dużo pitolenia i dylematów, które sprawdzały się rozpisane na stronie komiksu, a nie rozciągnięte na kilka ujęć. Ale zaraz, ja miałem o najlepszych filmach pisać. No właśnie, dłużyzny nie zmienią faktu, że to co ten reżyser dokonał jest godne podziwu i należą mu się brawa. Od strony wizualnej "Strażnicy" to mistrzostwo świata. Świetne scenografie, idealne efekty CGI, kapitalne ujęcia kamery. Od strony audio też. Ścieżka i kawałki doskonałe. Pochwalić muszę dobór aktorów, dbałość o szczegóły i te wszystkie dodatki o jakie postarał się reżyser. Film zrobił na mnie wrażenie równie duże co komiks, serio. Jak dla mnie nie spłycono niczego. Co miało kopnąć kopnęło. I jedyne czego żałuję to, że nie poszedłem do kina.


Szwedzka ofensywa kryminalna

"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to jeden z najlepszych thrillerów kryminalnych jaki miałem przyjemność oglądać (ostatnio równie dobrym filmem z tego gatunku była koreańska "Zagadka zbrodni"). Świetnie poprowadzona fabuła, bardzo dobrze zarysowani i ciekawi bohaterowie, mroczna intryga i szybkie tempo. Film jest inteligentny i emocjonujący. Trzyma w napięciu. Jest mocny, dosadny i odważny. Jeżeli chodzi o fabułę to wszystko dopięto w nim na ostatni guzik (nic mi nawet nie zazgrzytało). Od strony technicznej wszystko świetnie: kapitalne plenery, pasująca muzyka, dobre zdjęcia i efekty. To naprawdę kawał solidnego kina. Wyróżnia się bardzo na tle tego wszystkiego co teraz wychodzi za oceanem.

Część druga, czyli "Dziewczyna, która igrała z ogniem" jest minimalnie słabsza. Brakowało mi takiego wątku kryminalnego jaki był w pierwszej części. Jest śledztwo, ale nie jest równie równie emocjonujące co poszukiwania mordercy Harriet. Intryga wyraźnie kręci się wokół Lisbeth, która z pomocnika zostaje głównym bohaterem. Za to plus, ale szkoda że urwano wątek handlu kobietami. Co jeszcze...? Jest dużo więcej akcji i film jest dużo bardziej dynamiczny. Fabuła pierwszej części to kilka miesięcy. Tutaj całość zamyka się chyba w tygodniu. Jest intensywniej. A to porwanie, pościg, bójka, włamanie, kolejna bójka... nie ma chwili odpoczynku. Ogląda się równie dobrze i te dwie godziny (z małym hakiem) mijają bardzo szybko. Mimo iż oba filmy stylizowane są na Hollywood to widać w nich europejską duszę. Świetne kino!


Człowiek z Księżyca

Miłośnicy kina science fiction mieli dobry rok. Niehollywoodzki "Moon" syna Bowiego, fanom gatunku na pewno przypadnie (jeżeli już nie przypadł do gustu), pozostałym myślę, że również. To cholernie dobry film. Z gęstym i ciężkim klimatem. Idealnie oddano tu izolację, wzmagającą się desperację, strach i zagubienie jakie panuje na księżycowej stacji. Czuć echa dzieła Kubricka (Anglia ma szczęście do sci-fi), a potęguje to wszystko muzyka Clinta Mansella, który jest mistrzem dołujących kompozycji. Oprócz tego, zafundowano nam pierwszej klasy scenariusz, a Rockwell stworzył kapitalną kreację - facet jest jednocześnie zabawny i przygnębiający, aż gardło ściska. Zbrodnią jest to, że Sony nie posłało tej produkcji do walki po Oscary. Sam w końcu mógłby otrzymać statuetkę, bo pracuje na nią od lat i za "Moon" spokojnie mógł ją zgarnąć.


Co jeszcze? Ogólnie oceniam rok 2009 tak sobie. Superprodukcje w dużej mierze były słabe. Dużo filmów, na które czekałem, w których pokładałem nadzieję mnie rozczarowało. Czasem bardzo mocno. Mam szczerą nadzieję, że w 2010, który zapowiada się smakowicie, będzie znacznie lepiej.

I tak, "Zielona Latarnia" podobała mi się bardziej niż "Dystrykt 9".

piątek, 19 września 2008

Koniec lata w odcinkach

Wrzesień to niezbyt dobry czas na wciąganie się w seriale. Nauka do egzaminów jednak jest cholernie wyczerpująca i warto od czasu do czasu odpocząć puszczając sobie odcinek albo dwa. W tym miesiącu zapoznałem się z trzema serialami i muszę przyznać, że każdy mogę polecić, chociaż nie zawsze do końca z czystym sumieniem.

Pierwsze akapity poświęcę "Burn Notice" (po polsku "Tożsamość szpiega"). Jest to taka lekka, wakacyjna i dość mocno komediowa sensacja, trochę w stylu "Żaru tropików" (pamięta ktoś jeszcze ten serial?). Główny bohater - Michael Westen pracuje na Bliskim Wschodzie jako szpieg. Idzie mu całkiem nieźle do czasu, gdy ktoś stwierdził, że należy się Michaela pozbyć i zdyskredytował go umieszczając na czarnej liście agentów. Dla kogoś takiego jak Westen brak poparcia państwa to praktycznie wyrok śmierci. Ten ktoś jednak jest na tyle wspaniałomyślny, że nie zostawił go w Azji, ale porzuca w Miami, jego rodzinnym mieście. Michael stara się rozgryźć z jakiego powodu ktoś wywrócił mu życie do góry nogami, a przy okazji próbuje zarobić na życie pomagając ludziom, którzy mogą potrzebować jego talentu. Pomagają mu była dziewczyna, która chciałaby bardzo być 'dziewczyną obecną' i która para się handlem bronią (w tej roli fantastyczna Gabrielle Anwar) i dawny kompan, były komandos, który tak na boku kabluje na Michaela do FBI (w tej roli jeden z moich ulubieńców Bruce Campbell). Oprócz śledzących go agentów, płatnych zabójców i przestępców, z którymi cały czas się musi stykać Michael musi sobie radzić z matką i bratem hazardzistą, od których uciekł wiele lat wcześniej i z którymi specjalnie nie umie się dogadać.

Każdy odcinek ma standardową fabułę, taką z dwoma wątkami - jednym dotyczącym prywatnego śledztwa Westena, drugim traktującym o aktualnym zleceniu. Miami jest pełne mętów, więc na różnorodność nie można narzekać. Trafią się i handlarze żywym towarem, i kubański gang terroryzujący okolicę, i szantażyści powiązani z kartelem narkotykowym, i skorumpowani gliniarze. Do wyboru, do koloru. Schemat jest zawsze taki sam (prośba o pomoc, rozpoznanie, akcja, fanfary), ale o dziwo te kilka odcinków które wchłonąłem ani przez chwilę mnie nie nudziły. Westen jest trochę jak MacGyver, zna z tysiąc sztuczek, których nauczył się w ganiając po świecie i lubi również korzystać najpierw z mózgu, a dopiero później z pięści. Wie z czego zrobić prowizoryczny tłumik i jak oszukać czujniki podczerwieni, ominąć pułapkę, a przede wszystkim zna się na ludziach i świetnie rozpracowuje przeciwnika. Główną rolę gra Jeffrey Donovan - pierwsza scena, gdzie dostaje bicie od Arabów i od razu go polubiłem. Facet jest charyzmatyczny, sympatyczny i do tego ma w twarzy takiego wesołka, który zawsze walnie ciętą ripostę albo rzuci śmiesznym one-linerem, i wiesz to o nim zanim scenarzyści się pokuszą to pokazać. Od pierwszej minuty autentycznie go polubiłem. Obecność Campella, który gra wiecznego podrywacza obiboka dodaje sporo, ale to jednak nie jest wyżyna humoru na jaką ten aktor może się wspiąć. I tutaj, gdzie humor tego serialu to dla mnie największa zaleta, dla innych będzie największą wadą. "Burn Notice" jest po prostu lekkim, odmóżdżającym serialem. Dobry, ale nie wybijający się specjalnie ponad standardy ustanowione przez tuzin podobnych (może poza tym, że ma bardzo sympatycznych bohaterów). Polecam na te zimne dni, żeby chociaż tak do końca o lecie nie zapomnieć.

Kojarzy ktoś Damiana Lewisa? To ten rudzielec, który grał w "Kompanii Braci" Wintersa i Jonesy'a w "Łowcy snów". Po tych dwóch rolach strasznie go polubiłem, ale zniknął całkowicie z mojego radaru i mimo, iż koleś utalentowany jakoś nie grał w pierwszej lidze. W poniedziałek trafiłem na wzmiankę o drugim sezonie jakiegoś kolejnego serialu detektywistycznego i pewnie bym zaraz gdzieś dalej kliknął, ale właśnie zdjęcie Lewisa było obok newsa. Skusiłem się i nie żałuję. Serial nazywa się "Life" i Lewis gra główną rolę, detektywa Charliego Crewsa. Tym co wyróżnia go od setek innych telewizyjnych policjantów jest fakt, że został niesłusznie skazany za potrójne morderstwo i przesiedział dwanaście lat w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Sytuacja, w której się znalazł była tragiczna. Gliniarz w więzieniu raczej długo nie żyje, ale jemu cudem udaje się przeżyć i nawet doprowadza do powtórnego otwarcia swojej sprawy. Dowody zostają przebadane za pomocą nowoczesnych technik i nagle do wszystkich dochodzi, że zamykając Crewsa popełnili wielki błąd. Facet wychodzi oczyszczony z zarzutów, z milionami dolarów na koncie i ku zdziwieniu wszystkich wraca do pracy w policji.

Na wolności, jako glina Crews wcale nie ma łatwiej. Dostaje partnerkę (Sarah Shahi), która od początku specjalnie za nim nie przepada, szybko pojawiają się konflikty i donosy do przełożonej. Policjanci za nim nie przepadają, boją się go, traktują go za milionera dziwaka, szefostwo chce się go pozbyć, a sam Crews gubi się w świecie, w którym technologia niejednokrotnie osiągnęła poziom tej z filmów Science Fiction. Wbrew przeciwnością prowadzi sprawy i naraża się wszystkim w każdy możliwy sposób. Zajada przy tym kilogramy owoców, wypowiada taoistyczne mądrości, podrywa kolejne śliczne dziewczyny, a po pracy siedzi nad swoją sprawą i uzupełnia luki w pajęczynie powiązań. Crews swoim przyjaznym usposobieniem i filozoficznymi wywodami ciągnie ten serial, i przyznaję, oglądam "Life" właśnie dla Lewisa w tej roli. Serial skupia się na tu i teraz. Nie ma żadnych retrospekcji, a Crewsa poznajemy w dzień jego pierwszej sprawy. Resztę historii poznajemy z relacji jego prawnika, zarządcy majątku, byłego partnera, byłej żony, detektywa który prowadził jego sprawę. Ma to formę fragmentów programu, który bliżej niezidentyfikowana telewizja kręci o Charliem i jest doskonałym komentarzem do tego z czym aktualnie bohater się boryka. Całkiem przyjemnie się to ogląda i chociaż nie jestem w stanie przewidzieć jak postaci i intryga będzie ewoluowała to spodziewam się jakiegoś znaczącego spadku jakości. Był taki serial o dość podobnych założeniach, grał tam Jack Scalia i nazywało się to "Na celowniku". Dla uspokojenia dodam, "Life" tego nie przypomina.

Na koniec zostawiłem najlepsze, bo najnowszą produkcję FX "Sons of Anarchy", chyba pierwszy serial o gangu motocyklistów. Śledzimy losy członków Sons of Anarchy Motorcycle Club, Redwood Original Charter, którzy w miasteczku Charming prowadzą bar i zakład mechaniczny, a przy okazji handlują bronią z gangsterami z Zachodniego Wybrzeża, Irlandczykami i cholera wie z kim jeszcze. Prowadzą wojnę podjazdową z lokalnymi naziolami, tłuką się z gangiem Meksów i grają na nosie policji. Oczywiście mamy wychodzącego przed szereg bohatera - Jacksona 'Jaxa' Tellera (Charlie Hunnam), który oprócz tego, że jeździ na motocyklu i ogląda się za małolatami, boryka się ćpającą byłą żoną i zamartwia się dzieckiem-wcześniakiem. Próbuje przy tym jako vice przewodniczący klubu naprowadzić go na drogę, którą widział dla niego jego zmarły ojciec. Zrezygnować z ryzykownego handlu karabinami i zostać przy legalnym interesie oraz idei. Z Jaxem jeździ całkiem zabawna kompania, szefuje im wszystkim Clay Morrow (Ron Perlman), a gdzieś tam zza kurtyny sznurki pociąga żona Clay'a, matka Jaxa Gemma Teller Morrow (w tej roli Katey Sagal), i obojgu nie podobają się specjalnie zapatrywania Jaxa.

Dodam, że serial jest utrzymany w konwencji w jakiej kręcono "Rodzinę Soprano", czyli niby poważne tematy, ale w tym przemyca się sporo humoru. Tematycznie jest jednak zupełenie różnie. O ile "Rodzina Soprano" opowiadał o życiu na przedmieściach i całym tym rozkładzie klasy średniej, tak wydaje się, że "Sons of Anarchy" traktują o życiu w małym miasteczku i problemach, które mogą dręczyć małą, zamkniętą społeczność wyznającą zupełnie inne wartości niż reszta społeczeństwa (i włoska mafia, która też była w pewien sposób małą, zamkniętą społecznością o odmiennych wartościach co reszta społeczeństwa). Oczywiście nie jest to TA skala i TEN poziom co u Davida Chase'a, ale nie jest jakoś dużo gorzej. To dobrze zapowiadający się serial i sądzę, że twórcy mając tak dobre wzorce raczej podołają i stworzą coś ciekawego. Potencjał wydaje się naprawdę duży.

W przypadku każdego z tych trzech sierali jestem dopiero po kilku odcinkach. O ile "Burn Notice" aktualnie leci już drugi sezon, a drugi sezon"Life" rusza już za tydzień to "Sons of Anarchy" puścili dopiero trzy epizody. Na ten czas każdy polecam, bo każdy ogląda się bardzo fajnie, jednak bladego pojęcia nie mam jak to będzie za kilka kolejnych. Ale spróbować nie zaszkodzi.

sobota, 5 lipca 2008

Lament paranoików

Młodziutkiej projektantce postaci - Tsukiko Sagi udało się stworzyć kultową postać różowego pieska Maromi. Jej pracodawca zbija na maskotce krocie i każe dziewczynie zaprojektować kolejną, jednak ta przeżywa kryzys twórczy. Presja szefa i nieżyczliwi współpracownicy nie pomagają, dobrego pomysłu ciągle brakuje, a kolejne projekty idą do kosza. Wizja porażki przytłacza młodziutką Tsukiko. W nocy przed ostatecznym terminem dzieje się coś, co okazuje się być dla niej wybawieniem. Staje się obiektem agresji nieznanego nastolatka. W pamięci wyrył jej się jedynie obraz chłopaka, najwyżej kilkunastoletniego w czapce z daszkiem, złotych rolkach i zgiętym, złotym kijem baseballowym.
Tak zaczyna się "Paranoia Agent", anime Satoshiego Kona, takiego japońskiego speca od psychologicznego anime. Kon ma na swoim koncie kilka filmowych hitów: "Perfect Blue", "Rodziców chrzestnych z Tokio", "Paprykę", i zaliczoną współpracę z Mamoru Oshii i Katsuhiro Otomo. Gatunkowo tworzy rzeczy bardzo różne. Raz będzie to mocny thriller, a innym razem film familijny. "Paranoia Agent" to jego debiut telewizyjny. Wyszło mu anime mroczne, ciężkie i z pewnością jedno z najtrudniejszych jakie oglądałem. Za animację odpowiadało studio Madhouse, więc jest ładnie, chociaż nie jest to tak do końca ważne. Jak sądzę w tej produkcji obraz gra rolę drugorzędną i najważniejsza jest historia.
Kolejne odcinki są zasadniczo poświęcone innym postaciom, ale młodociany napastnik na rolkach nazwany Shōnen Batto, wraz z Tsukiko i jej wymyślonym pieskiem Maromi oraz dwójką detektywów prowadzących śledztwo Keiichim Ikari i Mitsuhiro Maniwą stanowią trzon i wokół nich kręci się historia. Kolejne postaci mnożą się z odcinka na odcinek i dzięki nim detektywi zdobywają kolejne wskazówki, a w konsekwencji popychają akcję do przodu. Twórcy przedstawiają nam bohaterów, których życie zmieniło się diametralnie przez atak, którego byli ofiarą bądź świadkiem. Mamy dzieciaka kandydującego na przewodniczącego szkoły, ale tracącego sympatię tylko przez to że jeździ na złotych rolkach.. kobietę z rozdwojeniem jaźni, które walczą ze sobą o dominację nad ciałem, skorumpowanego gliniarza – krawężnika, który siedzi w kieszeni yakuzy i niechcący łapie naśladowcę przestępcy. Zaprezentowane postaci odpowiadają pewnym stereotypowym wzorcom (wścibski dziennikarz, zagubiona nastolatka, zapracowany mąż, samotna żona), a prezentowana historia porusza problemy, które wg reżysera gnębią typowego mieszkańca japońskiego miasta. Są w to zawsze zamieszane negatywne emocje: wyobcowanie, samotność, strach, presja, utrata tożsamości. Kon pokazuje to w taki sposób iż wydaje się, że atak Shōnen Batto rozwiązuje sprawę. Jest dla bohatera wyzwoleniem. Jest lepiej, ciśnienie spada, sprawy wydają się znajdywać rozwiązanie.
W pewnym momencie jednak seria (chociaż tylko 13 odcinkowa) staje się dość schematyczna, a w końcówce cierpi na przebajerowanie i zbytnie pokręcenie. Pomieszano rzeczywistość z wykreowanym przez chory umysł światem fantazji, snów, omamów. Gubimy się w tym, nie potrafimy stwierdzić czy to co nam pokazują jest prawdą czy fantazją. Granica się zaciera, bohaterowie zaczynają fiksować, zamykać się w swoich umysłach i zatracać w marzeniach. Końcówka całkowicie odbiega od tego poważnego obrazu społeczeństwa, który zaserwowano na początku i chociaż mi się to podobało bardziej niż przynudzanie, które pojawia się gdzieś tak w połowie, to jednak trochę się rozczarowałem. Spodziewałem się po serii, od początku do końca socjologicznego studium Japończyków. W jednym z wywiadów Kon powiedział, że pracując przy wcześniejszych produkcjach wiele z jego pomysłów odpadło w fazie realizacji i żeby to wykorzystać stworzył ten serial. Czuć to wyraźnie. Dużo wątków, dużo poruszanych problemów, różne typy narracji. Niektóre epizody to jak dla mnie niezależne historie, gdzie pod koniec nagle wdziera się chłopak z baseballem. Całość w konsekwencji wydaje się przemyślana, chociaż przedobrzona.
"Paranoia Agent" to ciekawa pozycja dla ludzi lubiących wyciągnąć jakieś wnioski z tego co oglądają. Poruszono i skrytykowano kilka dość ciekawych zjawisk społecznych. Dostało się produktom zdobywającym miano kultowych, społeczności fanów (tu chodzi mi o otaku), zakłamanej moralności skośnookich, sposobowi wychowywania dzieci, ale przede wszystkim tej łatwości, z którą Japończycy uciekają w świat fantazji. Bo w pewnym momencie Shōnen Batto żyje właśnie dzięki plotkującemu społeczeństwu, które widzi go wszędzie i upatruje w nim krwiożerczego potwora. Z drugiej strony zacieranie granicy między światem prawdziwym, a światem fikcji, wrzucanie w to masy symboliki i odwołań do folkloru czy kultury japońskiej mogą spowodować, że będzie to dla wielu pozycja częściowo niezrozumiana, a w konsekwencji niestrawna (dla innych będzie to z pewnością największy atut). Ja plasuję się tak pośrodku. Doceniam oryginalność i pomysłowość, ale traktuję jedynie jako ciekawostkę.