Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telewizja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą telewizja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 sierpnia 2010

Człowiek, w którym podkochuje się moja dziewczyna

Ten blog ma być miejscem, gdzie mogę dawać upust swoim permanentnym, bądź też czasowym, fascynacjom. I właśnie jedną z takich fascynacji teraz przeżywam, a nie jest ona specjalnie związana z niczym, o czym wcześniej pisałem w tym miejscu. Także nie bądźcie zdziwieni. Od przeszło tygodnia jedno nazwisko jest dość często pojawia się podczas rozmów ze mną, a brzmi ono Anthony Bourdain.

Kim jest Bourdain? Przez większość życia gotował i chyba nadal większość postrzega go jako kucharza. Reszta widzi go jako tego, któremu znudziło się bycie szefem kuchni i mieszanie w garach w jednej z najpopularniejszych knajp w Nowym Jorku, tego który ruszył w świat by opowiadać milionom ludzi przed telewizorem o kulturze, jedzeniu i kulturze jedzenia na świecie. Ale po kolei. Facet w połowie lat 90tych zaczął pisać. Najpierw kryminały, później książki kulinarne i artykuły do gazet. Można powiedzieć, że na pisaniu zdobył popularność. Cały czas gotując powoli stawał się gwiazdą. Zaczęto zapraszać go do programów, na wykłady, dostał również swój program w telewizji - "A Cook's Tour" w Food Network. Jeździł po świecie, pokazywał swoje ulubione jedzenie. Obecnie prowadzi kolejny, z tym że w Travel Channel - "Anthony Bourdain: Bez rezerwacji", i osobiście uważam go za najlepszy program podróżniczo-kulinarny. Facet jest kucharzem celebrytem i mimo że dla wielu z Was to brzmi naprawdę dziwnie, zapewniam - warto zapoznać się z tym co ten facet robi.

Programy kulinarne były zawsze. Odkąd sięgam pamięcią ktoś coś gotował w weekendy. Teraz każda polska stacja ma jednego, dwóch albo nawet i trzech kucharzy na swoich usługach. Pokazują jak kroić, smażyć, gotować i doprawiać. Formuły minimalnie się różnią - gotujemy z jakąś gwiazdą, gotujemy w domu, w restauracji, za granicą. Jest tego tyle, ale autentycznie nie jestem w stanie obejrzeć żadnego. Myślę, że jest to kierowane do ludzi, którzy przede wszystkim gotują, a nie do tych których interesuje jedynie to co już jest na talerzu (czyli do mnie). Zimą pojawiły się w ramówce TVNu "Kuchenne rewolucje", gdzie Magdalena Gessler pomagała restauracjom w kłopotach. To kolejna produkcja z serii naprawiamy/remontujemy ci: dom, mieszkanie, kuchnie, auto, motocykl. Przyznam się szczerze, że od pierwszego odcinka polubiłem i konwencję, i prowadzącą, i polski klimat. Do tego stopnia, że gdy wyemitowano ostatni odcinek i zostałem skazany na same powtórki, rzuciłem się na amerykańską wersję. I to był w sumie błąd, chociaż utwierdziłem się w tym, że nasza wersja jest fajniejsza. "Kitchen Nightmares" prowadzi kolejny kucharz o statusie mega gwiazdty - Gordon Ramsay. Tego Brytyjczyka Amerykanie chyba pokochali na równi z jego rodakami, bo prowadzi niezliczoną ilość programów. Jego "Kitchen Nightmares" jednakże nie do końca mi się podobało. Przede wszystkim cholernie kole w oczy, że wszystko tam jest wyreżyserowane (nie żeby w Polsce nie było), a każdy odcinek jest zbudowany wg tego samego schematu. Druga rzecz, która przeszkadza... Ramsay to mega cham. Wyzywa od najgorszych wszystkich, którzy mu się nie podporządkują... (a w każdym odcinku jest taka osoba) i co najgorsze, oni podczas tych jego tyrad słuchają go jak świnia grzmotu. Z ciekawości obejrzałem jeszcze dwa odcinki amerykańskiego reality show "Hell's Kitchen", które również on prowadzi i stwierdziłem, że mam dość tego dupka. Gordon Ramsay autentycznie zniechęcił mnie swoim prostactwem i odętą gębą do wszelkich kucharzy i programów około kulinarnych.

I pewnie trwałbym w tym przekonaniu, ale Kamila dostała na urodziny "Kill grill. Restauracja od kuchni" Bourdaina właśnie, i wychwaliła do mnie tą książkę kilka razy. Wcześniej oczywiście mówiła i o jego programie, w zeszłą niedzielę się nawet dowiedziałem, że się w nim podkochuje, także tym bardziej dziwne, że jakoś ta postać i ten fakt mi umknęły. Wiedziałem, że "Kill Grill" jest fajne, a że miałem po dziurki w nosie beletrystyki zabrałem go ze sobą i... zacząłem czytać już w drodze powrotnej (a wracałem pieszo). To autobiografia, poradnik, wyznania kucharza... ale na pewno nie książka kucharska, mimo iż to spojrzenie na gotowanie oczami osoby, która siedzi w tym od lat i która kocha to robić. Co jest zadziwiające, Tony bardzo szczerze opisuje początki i kolejne lata, które spędził mieszając zupy, piekąc mięso i krojąc warzywa. Restauracyjne kuchnie, które opisuje to miejsca pełne degeneratów, wykolejeńców i psychicznie chorych osobników, którzy trafili tam, bo nigdzie indziej nie pasują. Kucharze chlają, ćpają, kradną, a on razem z nimi. Opowiada o przekrętach, uzależnieniu, podkupywaniu personelu i pracowaniu u mafii. Ale są też jasne strony - przyjaźń, lojalność, szczerość i oddanie. Bo Tony kocha jedzenie. Objawia się to w pasji z jaką rysuje przed czytelnikiem obraz każdego dania wychodzącego z restauracyjnej kuchni i każdego składnika składającego się na nie. Cieszy go, gdy jedzenie wychodzące na sale cieszy się uznaniem i ludzie wracają po więcej. I muszę przyznać że facet pisze o tym świetnie. Jest zabawny, samokrytyczny, nie nadyma się i nie stawia ponad innych - chociaż pokora której nabrał, jak sam wspomina, przyszła z wiekiem. Do tego potrafi zainteresować tematem. Nawet nie sądziłem, że tak wsiąknę. Że będę z wypiekami na twarzy czytał o tajnikach zamawiania jedzenia czy rozmowę kwalifikacyjną. Na motywach tej książki powstał 13 odcinkowy serial "Kill grill" z Bradleyem Cooperem w roli Bourdaina (z tym że Jacka) i już się nie mogę doczekać, aż się do niego dorwę.

A teraz wsiąkłem w "Anthony Bourdain: Bez rezerwacji". Pochłaniam kolejne odcinki z maniakalną wręcz manią. Formuła jest taka: każdy odcinek to nowe miejsce (kraj lub region), który odsłania swoje tajemnice przed Tonym. Proste? Może i tak, może to przypomina Makłowicza, ale efekt jest piorunująco inny. Lepszy. Prowadzący nie zachowuje się jak wszechwiedzący, nie zamęcza widza historią i faktami z przewodników turystycznych. Można powiedzieć, że stoi na równi ze swoją widownią, bo często o tym co go spotka nie ma zielonego pojęcia. Jest głodnym poznania świata turystą, tyle że nie trzyma się hotelowej restauracji i wycieczki z przewodnikiem. Jedzie do dżungli, żeby spróbować kuchni jakiegoś malezyjskiego plemienia, chodzi z "tubylcami" po ulicach żeby znaleźć najlepsze knajpki. Nie boi się jeść w małych, ulicznych straganach i zachęca do bycia odważnym i otwartym na nowości. Spotyka się z ludźmi i rozmawia o ich domu, rodzinie, wspomnieniach i tradycji. Nie stroni od alkoholu i świetnie się z nimi bawi na wielkich popijawach. Swój program okrasza zabawnymi, ale również i momentami bardzo mocnymi komentarzami, które pasują bardziej do amerykańskich stand-upów niż programu podróżniczego. Jest też czarny humor, w dużych ilościach. Bo jak uważa, gdzie jest mięso tam jest czarny humor. A u Bourdaina mięsa jest bardzo dużo i do tego pokazują wszystko - łowienie ryb i owoców morza, zabijanie świnki (nawet tej morskiej), oprawianie dzika, porcjowanie dziesiątek gęsi, mięsną giełdę i owcze przysmaki z dalekiej Islandii. Czasem mnie to rusza... ale jestem w stanie mu to wybaczyć, bo nie zabija zwierząt ku ucieszy telewidzów, ale dlatego, że ludzie z którymi właśnie przebywa np. na kole podbiegunowym, akurat codziennie polują na foki.


Największym plusem "Bez rezerwacji" jest bezapelacyjnie Anthony Bourdain. Zabytki i widoczki można obejrzeć z każdym innym dziennikarzem-podróżnikiem. Ale jego dowcip, filozofia, usposobienie do świata i podejście do życia jest nie do podrobienia. Ten facet tryska dobrym humorem, nawet jeżeli męczy go gigantyczny kac po całonocnej libacji. I co jeszcze jest fajne... twórcy starają się urozmaicić każdy program, a że Bourdain zna nie tylko setki potraw to mamy nawiązania do "Lśnienia", "Las Vegas parano", "Czasu apokalipsy", "Rodziny Soprano" czy filmów z Bondem (i dziesiątek innych filmów, książek i postaci).

I żeby nie być gołosłownym, Tony swoim otwartym na nowości otworem gębowym, naprawdę zachęca do nowych smaków. Wczoraj sięgałem ze smakiem po sałatkę z tuńczykiem i ser pleśniowy, których wcześniej unikałem, a teraz... zakochałem się w tych smakach!

wtorek, 9 lutego 2010

MTV - niemuzyczna telewizja


Z samego rana trafiłem na newsa, że niegdyś kultowy kanał muzyczny MTV zmienił po 30 latach logo i tym samym ostatecznie pozbył się konotacji z muzyką. Jak widać powyżej, oprócz pozbycia się wesołych kolorów, wykadrowali to tak, że zniknął napis "Music Television", a samo "M" kojarzy mi się mocno z Miramaxowskim.

Gdy w listopadzie 2008, po 7 latach obcowania tylko z 7 kanałami odbieranymi z azartu, wróciła do mojego domu telewizja kablowa, znalezienie stacji muzycznych było drugim priorytetem, zaraz po sprawdzeniu co leci na Cartoon Network. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przez pierwszy tydzień skakania po kanałach nie trafiłem na ani jeden teledysk na MTV! Było wszystko tylko nie muzyka. Jakieś zwiedzanie domów gwiazd i innych "gwiazd", pełne pustych blondynek "Króliczki Playboya", Tilla Tequila i jej problemy z ludźmi którzy fatalnie udawali miłość, umawianie się na randki po zwiedzaniu swoich zasyfionych pokoi i Murzyni z getta, którzy próbowali zostać dżentelmenami. W ogóle samych programów randkowych było do zarzygania - autentycznie co chwilę ktoś szukał (samotnie bądź grupowo) dziewczyny albo faceta. I jedno w tych wszystkich programach jest wspólne, świetnie obrazują zidiocenie społeczeństwa. Przez pół roku trafiłem aż raz na koncert. Teraz z ciekawości sprawdziłem ramówkę i okazuje się, że trochę muzyki można posłuchać przed dziesiątą rano (lista MTV MAXXX HITS) - kiedy młodzież jest w szkołach, a teledyski ciągiem są puszczane dopiero przed drugą w nocy, pora odpowiednia dla wszystkich którzy lubią sobie głośniej posłuchać muzyki. Pasmo zostało nazywane, chyba ironicznie: "Don't Kill The Music".

Smutne jest to, że stacja, która dotąd kojarzyła mi się z pewnymi bardzo pozytywnymi trendami, wolną myślą, propagowaniem popkultury przeszła w ciągu dekady tak potężną metamorfozę. Nawet seriale animowane, które dawniej stanowił sporą siłę tej telewizji ograniczone zostały w tej chwili chyba tylko do kolejnych sezonów "Włatców móch", czegoś co prezentuje tak słaby humor, że chyba tylko niżej są żarty o pierdzeniu. MTV, ikona niezależności, młodzieńczego buntu stała się miejscem gdzie znajdzie się jedynie nic nie wnoszącą, bezmózgą rozrywkę typu reality show. Lansuje dziwną modę, mam wrażenie, że leżącą przeciwną do priorytetów jakie postawiono sobie, gdy zakładano tą stację. Także teraz "M" w nazwie, jest nie od "Music", a od "Mindless".

Zdaję sobie sprawę, że istnieją jeszcze MTV2 i MTVHD, na którym muzyka jest obecna w większych ilościach, ale akurat ja tych kanałów nie mam i chce mi się krzyczeć: "Czemu nie jest odwrotnie?!" Czemu nie puszczacie tego syfu tam albo czemu nie zrobiliście na to osobnego kanału? Żal dupę ściska, że 10 lat temu umarła rewelacyjna Atomic TV i na jej miejsce weszła MTV Polska, która miała wprowadzić nową jakość, i teraz musimy się męczyć z tym ostatniej jakości gównem. Uczcijmy minutą ciszy stare, dobre MTV. I miejmy nadzieję, że kiedyś się odrodzi.


(górna graficzka wzięta z /film)