Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trailer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trailer. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 maja 2012

Zombinladen

Wiem, że stare i że pewnie większość z was to widziała. Ja o tym zupełnie zapomniałem i przypomniała mi to któraś z horrorwych stron z fb. 


Fałszywy trailer "Zombinladen The Axis of Evil Dead" cały czas pachnie wybornym serem i nawet nie powinni się zastanawiać tylko to kręcić. Chociażby Uwe Boll! Widać jak wielki jest potencjał takich produkcji i myślę, że ten cały nurt powrotu do campu i filmów klasy be od SyFów jest niezłą odtrutką na tony chłamowatych produkcji z Hollywood. A jak są tam zombie i striptizerki ... no czego chcieć więcej?



wtorek, 12 października 2010

A jednak jeszcze żyje...

Walnąłem się nie wspominając o tym w nocy. Zapowiada się, że do tych dwóch dobrych westernów z ostatnich 17 lat dołączy niedługo nie tylko trzeci, ale i czwarty. Jeden to wspominany niedawno "Red Hill", drugi to "Prawdziwe męstwo" - remake filmu z Johnem Waynem, w reżyserii braci Coen. Jakoś mi zupełnie wyleciał z głowy, Zamiast Wayne'a Jeff Bridges! Yeah! Do tego Josh Brolin i Matt Damon. Rzadko kiedy mam ciarki na trailerach, a jeszcze rzadziej na trailerach, które oglądam w domu, na monitorze. "True Grit" zrobi na pewno sporo dobrego. Mimo, że remake, to czuję Oscara!

poniedziałek, 4 października 2010

Oto Kuki

Kontynuując tematykę czeską, a konkretnie produkcji wychodzących spod ręki Jakuba Dvorský'ego, założyciela Amanita Design - twórców opisywanego przed kilku dni "Machinarium", przyklejam dzisiaj trailer do filmu "Kuki powraca".

Jest to połączenie filmu aktorskiego z animacją lalkową - fajnie się to układa, można powiedzieć, że piszę na se-ma-forowiej fali. Dvorský odpowiada właśnie za laleczki i rekwizyty (co myślę, że widać), a reżyserował to Jan Svěrák. Akurat się złożyło, że widziałem jego "Butelki zwrotne", jeden z naprawdę niewielu czeskich filmów na które się skusiłem i który uważam za bardzo dobry. Myślę, że to też jakaś zachęta, ale po obejrzeniu trailera dodatkowego kopa w tej postaci nie potrzebuję. Jeżeli "Kuki powraca" będą grali w Polsce z pewnością poczłapię i obejrzę! Byłoby genialnie gdyby puścili do nas ten film bez dubbingu, gdy się popuści wodze wyobraźni to czeski brzmi jak jakieś pradawne pogańskie zaklęcia. Zapowiada się bajecznie sympatyczne kino! A jeżeli kiedyś pojadę na wycieczkę do Pragi to przywiozę sobie na pamiątkę nie piwo, ale tą książkę. I cóż, że po czesku?

czwartek, 26 sierpnia 2010

A tymczasem w Australii...

Kilka dni temu pojawił trailer do filmu "Red Hill". Jak to ze mną bywa, zobaczyłem słowo "hill" zobaczyłem słowo "red" i pomyślałem: "O! Horror!". Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, ze to współcześnie dziejący się, mroczny, australijski western, i to na dodatek bardzo fajnie się zapowiadający. Serio. Od razu rzuciłem się sprawdzić czy to może nie Grega McLeana, gostka który zmajstrował dwa fachowe horrory - surowy, survivalowy, bezkompromisowy "Wolf Creek" i klasyczny, trzymający w napięciu animal attack - "Zabójca". Okazuje się, że McLean jest powiązany, z tym że tylko produkuje. A na stołku reżysera zasiadł prawie debiutant - Patrick Hughes. Zobaczcie trailer!


A piszę "prawie", bo Hughes nakręcił wcześniej krótkometrażowy rom-kom (przynajmniej wg opisu) "Signs" i tak się składa, że i on znalazł się w sieci. Z ciekawości kliknąłem i kurcze, to jedna z najsympatyczniejszych krótkometrażówek jakie dane mi było ostatnimi czasy obejrzeć. Bardzo pogodna, cholernie naturalnie zagrana, nastrajająca pozytywnie... i przynajmniej w moim mniemaniu, dająca nadzieję, że smutnym ludziom takie miłe rzeczy się przytrafiają. Nie żebym ja był smutny, ale jest mi lepiej z myślą, że może ktoś to obejrzy i go to rozweseli.

Także oglądać koniecznie "Signs" nawet przed trailerem "Red Hill" (o ile jeszcze go nie odpaliliście)! Na oba zejdzie Wam niecały kwadrans.

czwartek, 26 listopada 2009

Uniwersalny zregenerowany

W 1992 roku wszedł do kin "Uniwersalny żołnierz" Rolanda Emmericha - jeden z niewielu filmów o zombie, gdzie żywe trupy wyglądają bardziej na żywe niż na trupy, a do tego jeszcze gadają, biegają i ogólnie są sprawniejsi niż byli przed śmiercią. Przez wiele lat był to jeden z moich ulubionych filmów, a katowaniu go na VHSie nie było końca. Wiem, że nie jest to żadne "wielkie kino". Ot, dobrze zrealizowana kopana sensacja z Jean-Claude Van Dammem i Dolphem Lundgrenem. Trochę strzelania, trochę ścigania, trochę humoru i oczywista oczywistość: pośladki Van Damma - ten gościu latał z gołym tyłkiem chyba w każdym swoim filmie z lat 80tych i 90tych.


Naprodukowali kilka sequelów "Uniwersalnego żołnierza". Najpierw dwa bardzo szajsowate z Burtem Reynoldsem i całkowicie nową obsadą, a później jeszcze jeden w którym powrócił Van Damme. Nawet nazywał się "Uniwersalny żołnierz: Powrót". Pamiętam, że było to jedno z pierwszych DVD, które można było wypożyczyć w osiedlowej wypożyczalni, ale w momencie kiedy drobiliśmy się odtwarzacza to filmu już tam nie było. Obejrzałem go kilka lat temu, na TVNie i ciężko mi go nazwać dobrym. I pewnie przeszedłbym obok trailera najnowszego filmu o wskrzeszonych żołnierzach, gdyby nie fakt, że powraca oryginalna obsada! W "Universal Soldier: Regeneration" będzie grał Lundgren, będzie grał Van Damme, a na trzeciego, strzelającego muszkietera doczepiono im fightera Andreja "Pitbulla" Arlovskiego. Zabrakło Ally Walker, ale pewnie nie udało się jej jakoś sensownie wcisnąć w fabułę. Chociaż, prawdę powiedziawszy, obawiam się, że nie uda im się sensownie wytłumaczyć powrotu Andrew Scotta. Facet został zmielony na farmie Deveraux, a w trailerze biega dość żwawo. Nieważne. Nie spodziewam się niczego wielkiego, ale z drugiej strony... nie mogę się doczekać! Holy shit! Taki powrót jak najbardziej mi odpowiada. Dolph i JCVD znowu razem! Film miał już swoją premierę na tegorocznym Fantastic Fest i spotkał się głównie z pozytywnym odbiorem. Film leci prosto na DVD z premierą na początku lutego przyszłego roku. A jak to będzie wyglądało, możecie się przekonać z poniższego trailera.


poniedziałek, 26 października 2009

Gdzie jest ta obiecana stara gwardia?


Kilka lat temu, gdy do sieci trafiły pierwsze wzmianki na temat tarantinowskich "Bękartów wojny" pojawiła się plotka, jakoby Quentin w swoim filmie miał zatrudnić bardziej lub mniej przebrzmiałe gwiazdy kina akcji lat 80tych i początku 90tych. Miał być Michael Madsen, Michael Biehn, Danny Trejo, Dolph Lundgren, Mickey Rourke, a pewnie i Michael Dudikoff. Zapowiadano nawet, że pojawi się tam Eddie Murphy (pewnie przebrany za białego, łysego grubasa, ale najbardziej chciałbym go obejrzeć w roli Hitlera - to by był dopiero film). Pamiętam jak czytałem, że Bękarty miały być Parszywą Dwunastką XXI wieku i oczami wyobraźni widziałem skompletowaną obsadę, same gwiazdy kina kopanego, bohaterzy z filmów mojego dzieciństwa. Nie wyszło oczywiście z tego nic, jak zresztą z 50% zapowiedzi Tarantino, a "Bękarty wojny" dostaliśmy w formie jakiej dostaliśmy.

Wydaje się, że pomysł podłapał Sylvester Stallone, który na chwilę przestał bawić się w dojenie do upadłego "Rambo" i "Rocky'ego" i postanowił nakręcić coś oryginalnego. Tym sposobem 10 sierpnia przyszłego roku dostaniemy "The Expendables", utrzymany w duchu lat 80tych sensacyjniak. Masa strzelania, okładania się po mordach, strzelania, wybuchów, pościgów, strzelania i obowiązkowo - one linerów. Po obejrzeniu 3minutowego trailera wiemy już wszystko, może poza zakończeniem, chociaż pewnie będzie happy end, bo przecież w przypadku sukcesu można będzie zacząć doić kolejną krowę. Od początku trąbiono, że będzie stara gwardia i Sylvkowi prawie udało się zrobić to jak należy. Prawie to słowo kluczowe. "The Expendables" zaszczycili swoją osobą Arnold Schwarzenegger i Bruce Willis, którzy razem ze Stallone stanowili trio najbardziej kasowych gwiazdorów kina akcji (poprzednich dwóch dekad). Niestety ich występ to będzie tylko cameo, nędzny epizodzik. Sceny z udziałem obu aktorów nakręcono w jeden dzień. Na pierwszym planie, obok Stallone oczywiście, będziemy mieli Jeta Li i Jasona Stathama (to już trzeci film, w którym występują razem). Pod nogami będzie im się pałętać Randy Couture i Terry Crews - bo przecież każda paczka komandosów musi mieć obowiązkowego czarnoskórego w składzie. To mają być ci weterani? Z tych starszych pograć mają jedynie wspomniani wcześniej Rourke, Lundgren i Trejo, a także Eric Roberts i nie ma się co spodziewać, żeby to były jakieś duże role. A właśnie takich starych, zniszczonych życiem najemników chciałbym oglądać! Dziadków z giwerami, "Ostatnia akcja" na sterydach. Wielka szkoda, że rolę odrzucił Van Damme i Kurt Russell. Brakuje mi Wesley'a Snipesa, Cary-Hiroyuki Tagawy czy chociażby Stevena Seagala. I Li, i Statham mają na koncie parę niezłych filmów, ale szczerze mówiąc nie są to twarze, które akurat chciałbym oglądać w tym filmie. Zdecydowanie bardziej wolałbym tych, którzy utknęli w kinie klasy B i nie mogą wrócić na srebrny ekran. Po cichu więc liczę, że "The Expendables" zrobi kasę, a Stallone rzuci pomysł kręcenia "Rocky'ego 7" i będzie robił sequel. Może w końcu zobaczymy finał tego nigdy nierozwiązanego sporu między Van Dammem, a Seagalem.

Jakby ktoś jeszcze nie widział to po niżej wrzucam pierwszy trailer.

niedziela, 26 lipca 2009

Kosmici mieszkają w afrykańskich slumsach

Tegoroczny Comic Con to prawdziwy wysyp interesujący mnie filmów. Zabrakłoby mi palców u rąk i nóg żeby zliczyć produkcje na które się przez ten weekend napaliłem. Jedną z nich jest "District 9", film, na temat którego wszelkie newsy i wzmianki omijałem szerokim łukiem. Wszystko za sprawą fatalnego plakatu (tego po lewej), który mnie porządnie odrzucił. Czasami, wbrew sobie, bardzo głupio się uprzedzam, tym razem ubzdurałem sobie, że prawdopodobnie otrzymam coś podobnego do "Zombie z Berkeley", "Inwazji" albo innego taniego horroru. Nic bardziej mylnego. "District 9" to rasowy, oryginalny i zapowiadający się bardzo intrygująco science fiction. Oczywiście musiałem przeczytać kilkanaście pochwał w amerykańskich serwisach, żeby łaskawie spojrzeć na sam jego opis, ale najważniejsze, że jednak to zrobiłem. Obraz wyreżyserował debiutant Neill Blomkamp - gościu, który miał odpowiadać za filmowe "Halo". I dobrze, że ta superprodukcja nie doszła do skutku, bo dzięki temu ma facet okazję zrobić coś w 100% swojego i pokazać talent całemu światu.

Cztery lata temu Neill nakręcił "Alive in Joburg", krótkometrażówkę, która jest podwaliną "District 9". Jest to kilkuminutowy dokument o południowo afrykańskim getcie kosmitów. Dość dobrze nakreśla sytuację, warunki i nastroje obu stron. Od razu widać, że mamy do czynienia z czymś ciekawym i oryginalnym, posiadający spory potencjał. Blomkamp, który do tej pory kręcił krótkometrażówki i reklamy, a także odpowiadał za efekty w kilku serialach, ma wg mnie naprawdę rękę do CGI. Dostał pieniądze, dostał wsparcie w postaci Petera Jacksona i nakręcił coś, co niektórzy określają najlepszym blockbusterem lata. Bardzo chciałbym się przekonać, czy to nie opinie na wyrost (szczególnie, że te tytuły na które najbardziej czekałem mnie porządnie rozczarowały). Po tym co obejrzałem w dwóch trailerach stwierdzam, że stworzył bardzo realistycznie wyglądające efekty specjalne. Pierwsze, dość oczywiste skojarzenie, które przychodzi mi do głowy to "Projekt: Monster", ale to nie tylko ze względu na montaż. I w tamtym, i w tym przypadku oglądałem coś, co mógłbym bez problemu zaakceptować i uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Chodzą po sieci głosy, że "Avatar" Camerona wygląda tak jakby James wylądował na obcej planecie i nakręcił tam ten film. No cóż, może się ośmieszę, ale po tych kilkudziesięciu sekundach "District 9" wygląda mi na film z prawdziwymi obcymi, którzy wylądowali na naszej planecie.


Poza tym po obejrzeniu wywiadu zacząłem kibicować Blomkampowi, w tym i w jego następnych projektach (które jak zapowiada są sci-fi jego pomysłu). Rzeczowy, sympatyczny i skromny człowiek. Później wszedłem na FilmWeb i mój entuzjazm, względem "District 9" trochę ostygł. Za 3 tygodnie premiera światowa, a o naszej, polskiej ani widu, ani słychu. Czyżby dystrybutorzy bali się wprowadzić "kolejny" film o kosmitach? Polecam obejrzenie trailerów i krótkometrażówki, a później pozostaje przyłączyć się do mnie i sobie zwyczajnie czekać.

EDIT: Cholera! Zapomniałbym! Wejdźcie koniecznie na D-9.com. Gwarantowane kilkadziesiąt straconych minut.



środa, 7 stycznia 2009

Grudzień miesiącem Kevina Smitha

Pierwsze primo: Najlepszego w Nowym Roku. Samych smakowitych dóbr kultury popularnej do spałaszowania i opisania (o ile gdzieś to opisujecie) Wam życzę - sobie z resztą też.

Drugie primo: Jakoś mnie tak wzięło na Smitha. Bardzo. Wszystko zaczęło się trzeciego grudnia kiedy to przeczytałem na blogu Kamila Śmiałkowskiego o DVD "Sold Out: A Threevening with Kevin Smith". Złapałem się za p2p i wyszukałem wszystkie trzy DVD, ściągnąłem i zacząłem oglądać. Plan był taki: tylko po kilkanaście minut, tak żeby zabić czas przy posiłku, prasowaniu czy żeby zmęczyć się przed snem. Dawkowanie skończyło się drugiego dnia. Ruszyłem z trzema maratonami i czasami oglądałem do upadłego. Mam dwa słowa: orgia śmiechu. Mniejsza bądź większa, ale śmiałem się praktycznie przez cały czas. Dla tych którzy nie wiedzą, bądź nie chciało się kliknąć na link, żeby przekonać się co skłoniło mnie do oglądania tych wydawnictw. Są to nagrane na DVD spotkania, gdzie reżyser (scenarzysta, aktor) odpowiada na pytania i sprzedaje tony anegdot dotyczące przemysłu filmowego i swojego życia prywatnego, a przy okazji robi tym świetną promocję swoim filmom. Pełne wulgaryzmów, kawałów o pierdzeniu i robieniu laski, ale też pełne cholernie celnych spostrzeżeń i również bardzo inteligentnego dowcipu monologi Smitha są wielokrotnie lepsze od występów wielu uznanych stand up komików. Facet ma niesamowity dystans i do świata, i do siebie, i do tego co robi i mimo, iż jego filmy to komedie pierwszej klasy to właśnie podczas tych spotkań najlepiej widać jak olbrzymie pokłady poczucia humoru nosi w sobie ten człowiek. Więc obejrzałem: "An Evening with Kevin Smith", "An Evening with Kevin Smith 2: Evening Harder" i "Kevin Smith: Sold Out - A Threevening with Kevin Smith" i każdy z nich jest rewelacyjny, ale każdy mógłby być ciut lepszy. Pierwszy to niepotrzebna masa idiotycznych pytań z widowni, które sprowadzały się do zaproszeń na piwo albo propozycji spalenia jointa (lub zrobienia laski). Drugi (szczególnie druga połowa drugiego) udowadnia, że Anglicy to nudne parówy - chociaż zdarzyło im się kilka fajnych i naprawdę śmiesznych momentów to na ogół nie bardzo wiedzą o co chcą pytać. Trzecia natomiast to głównie kilka bardzo długich monologów Smitha, który chyba wolał nie tracić czasu na użeranie się z pytającymi, tylko opowiedzieć to co sobie przyszykował gdy tylko pojawi się okazja. Bo jak inaczej rozumieć godzinną opowieść o psach w odpowiedzi na pytanie: "Czy będzie robił coś jeszcze dla dzieci?". Te godzinne słowotoki wypadają świetnie i naprawdę można się kulać ze śmiechu, ale brakowało kontaktu z publicznością. Jeżeli ktoś lubi filmy Kevina, ma na zbyciu pół dnia to niech się zaopatrzy. Spazmy od śmiania się gwarantowane.

No i rzuciłem się na filmy. Szczególnie na te których nie widziałem, bądź widziałem dawno, bo obie części "Sprzedawców" znam praktycznie na pamięć. Zacząłem od nieznanych mi "Szczurów z supermarketu", które leciały w Święta w telewizji. I muszę przyznać, tutaj się trochę rozczarowałem. Niespecjalnie mi się to podobało. Ten film, w dorobku Smitha, strasznie odstaje od reszty. Dowcip jakiś słabszy, aktorstwo jeszcze słabsze i nakręcone to jest w jakiś taki niezbyt przyswajalny sposób. Z bólem serca, ale muszę napisać - dialogi, które w jego filmach są najmocniejszą stroną tutaj są recytowane, a nie grane. Brzmią sztucznie, a apogeum tego jest dialog między Brodiem, a Stanem Lee. W stosunku do "Sprzedawców" to jest smutny krok wstecz. Dzień z życia dwóch szczeniaków włóczących się po centrum handlowym nie jest nawet w połowie tak ciekawy i zabawny jak dzień dwóch szczeniaków z małego sklepu. "Szczury z supermarketu" dobrze udają, ale wydają się być o niczym. To taki zbiór bardziej lub mniej (lub w ogóle nie) śmiesznych scen ułożonych wokół wątku popsucia jakiegoś wioskowego show. Kiedyś postaram się jednak wrócić do niego i zgłębić jego kultowość z piwem, tak na spokojnie.

W następnego dwa dni wrzuciłem dwa kolejne. Na dobry początek poszła "Dogma" - pierwszy film Smitha, który obejrzałem jakoś dzięki rekomendacji z Machiny. Było to jeszcze w podstawówce i w przeciwieństwie do wszystkich moich dopuszczonych do bierzmowania znajomych - szalenie mi się podobał. Podoba mi się za każdym razem jak go sobie odświeżam i tak też było i tym razem. Rozważania na temat wiary, religii, czarnych apostołów, Boga, jego nieomylności i sensu istnienia (no dobra, tu się chyba zagalopowałem) rozbrajają. Drugim był "Jay i Cichy Bob kontratakują", również któraś tam powtórka. Tutaj całkowita jazda po bandzie. Kevin dał chyba upust wszystkim swoim szalonym i głupkowatym pomysłom i uwielbieniom. Zrobił sobie jaja z show biznesu, przemysłu filmowego, społeczności haterów, fanów, eko popaprańców i wyszło mu to cholernie dobrze. I jeżeli ogląda się te dwa filmy znając z DVD anegdoty i historyjki, które Smith opowiadał na tych wszystkich spotkaniach z fanami odbiera się je jeszcze lepiej. Te drobne mrugnięcia okiem, odwołania do pewnych wydarzeń czy pewne sceny, które spowodowały jakieś tam inne reperkusje nabrały dodatkowego znaczenia i jeszcze przyjemniej się to wszystko oglądało.

"W pogoni z Amy" obejrzałem natomiast już w styczniu, ale znajdzie się jednak w tym grudniowym podsumowaniu. To jeden z tych filmów, na które zawsze brakowało mi siły i ochoty, chociaż spokojnie półtora roku był w moim posiadaniu. Na ten mój opór składały się dwa czynniki. Doskonale wiedziałem o czym jest (bo można komuś zepsuć go jednym zdaniem złożonym i ktoś mi to zdanie kiedyś powiedział) i to mnie trochę odstraszało. Drugi to taki, że nasłuchałem się opinii jaki ten film jest smutny i ze smutną końcówką, i zwyczajnie nie chciałem oglądać takiego Smitha (tak jak nie obejrzałem nigdy alternatywnej końcówki "Sprzedawców"). Zebrałem się i nie żałuję. To bardzo prawdziwa, zarazem cholernie śmieszna i okropnie smutna rzecz. To, że Smith kręci świetne filmy o rozmawianiu to nie żadna nowość. Praktycznie każdy dialog to perełka i w tym wypadku "W pogoni za Amy" nie jest wyjątkiem. Jest naprawdę kilka wyczesanych, zapadających w pamięć wymian zdań. Jednak tutaj zauważyłem w tym rozmawianiu bohaterów coś co mnie drażniło. Statyczność. Widać ją szczególnie w tych pierwszych filmach. Bohaterowie stoją/siedzą/leżą/grają w rzutki i rozmawiają, jedno ujęcie kamery, dość często poruszający się w na którymś planie ludzie (np. mężczyźni wychodzący z damskiego kibelka), którzy mieli robić wrażenie, że coś się dzieje. W późniejszych produkcjach zdarzało się tego trochę mniej, Kevin eksperymentował np. z różnymi ujęciami, ale w Amy było chyba tego najwięcej i mnie to tutaj denerwowało. Nie mniej jednak oceniam cholernie wysoko. Wartościowy kawał kina. Nie mogę, muszę napisać. Marzy mi się obejrzeć kiedyś ten film w czerni i bieli.


Obejrzałem również ten film, którego w Polsce nie obejrzymy przez najbliższe pięć miesięcy, a mając w pamięci różne dziwne poczynania dystrybutorów, obawiam się, że może to być i dłuższy czas oczekiwania. "Zack and Miri Make a Porno" - co tu dużo mówić, mistrzostwo wśród wulgarno-obleśnych komedii romantycznych. Dzięki ci p2p. Jak zawsze fantastyczny Seth Rogen, przesympatyczna Elizabeth Banks, rozbrajający Mewes i masa przyjemnych facjat w rolach drugoplanowych + występy gościnne prawdziwych gwiazd porno. Fabułę można zrozumieć całkowicie z trailera, więc nie będę się wygłupiał w opisywanie. Po prostu szczerze polecam i nie tylko ja, bo i mojej Kamili się podobał, a i Guru umieścił go w swoim podsumowaniu jako najlepszą komedię roku. Warto. Jak będą go grać w moim mieście to sobie pójdę, z piwem.


Trochę tych filmów obejrzałem. Czasem były dobre, czasem bardzo dobre. Było też sporo gównianego kina klasy B. Rzadko które filmy mają tak wysoką wartość powtórnego seansu jak filmy Smitha, które można oglądać na okrągło i nie znudzić się nimi. I jak nie lubię komedii, tak te przez lata były dla mnie za każdym razem całkowicie strawne. Liczę, że Kevin się rozkręci i pokręci jeszcze dwa razy tyle. I niech w końcu zrobi horror. I musical Gwiezdnych Wojen! A komiksy, książki i animka Smitha to już innym razem, bo przyznam się, nie mam, nie widziałem i nie czytałem żadnej z tych rzeczy. Ale nadrobię!

środa, 24 grudnia 2008

Dziewięć


W 2005 roku Shane Acker stworzył "9" - ponad 10 minutowy, animowany szort o szmacianej lalce. Nie brzmi to zajebiście, ale zajebiste jest w każdym calu - zaręczam. Post-apokaliptyczna sceneria, wysysające duszę mechaniczne potwory i szmaciana lalka, która od razu zaskarbia sobie sympatię widza. "9" było jednym z pierwszych filmów jakie obejrzałem w Internecie (jeszcze w czasie kiedy mój komputer nie mógł uciągnąć YT i korzystałem z tej strony tylko "u kogoś" albo "gdzieś") i pamiętam towarzyszące mi uczucie, że Acker pokazał tylko fragment większej historii. Że te 10 minut powinny mieć ciąg dalszy. Wydawało mi się, że ta krótkometrażówka ma olbrzymi potencjał. "9" zostało nominowane do Oskara i okazało się, że nie tylko ja tak myślałem.


Dzisiaj trafiłem na newsa, że Tim Burton i Timur Bekmambetov produkują pełnometrażowe "9", które reżyseruje Acker. Od razu obejrzałem je jeszcze raz, a później trailer i wiem, że to jest jedna z najbardziej przeze mnie oczekiwanych premier 2009 roku. Patrzę na gwiazdorską obsadę (Elijah Wood, Jennifer Connelly, John C. Reilly, Crispin Glover, Christopher Plummer i Martin Landau) i myślę holy shit! Mam nadzieję, że oryginalna produkcja zdobędzie sympatyków i otworzy drogę do kin kolejnym ambitnym projektom, a nie tylko setkom zwierzątek, które ostatnimi czasy zdominowały srebrny ekran (chociaż może trochę generalizuję, bo przecież jest "Gnijąca panna młoda" i będzie "Koralina i tajemnicze drzwi").


wtorek, 2 września 2008

A deep voice, that sounds like a seven foot tall man who has been smoking cigarettes since childhood


Robienie dobrych trailerów to trudna sztuka. Nie tylko należy zrobić to tak by zaciekawił człowieka do wybrania się do kina, ale przy okazji nie należy mu przypadkowo zdradzić całkowicie fabuły (jak to było chociażby w przypadku "21" i "Przebudzenia"). Oprócz pokazania kilku akcji (w trailerze powinny znaleźć się jedne z najlepszych) i przedstawienia bohatera/ów, należałoby zrobić lekki wstęp w fabułę. Tutaj są dwie, a w zasadzie trzy szkoły. Można nie robić. Można dać napisy. Alternatywą do nich jest odpowiedni Głos. Takim odpowiednim głosem był Don LaFontaine. To głos z ponad 5000 trialerów i prawie 350000 reklam. Głos który potrafił przeszyć człowieka, Głos który się kojarzyło i pamiętało, i którego będzie brakować. Don umarł wczoraj w wieku 68 lat. Rzadko zdarza mi się wspominać takie przykre wydarzenia, ale to jest szczególny przypadek. Dona świetnie parodiuje mój ulubiony komik Pablo Francisco. I kilka dni temu odświeżałem sobie skecz "Little Tortilla Boy" i uśmiałem się jak zawsze, a dziś z samego rana przeczytałem, że Don nie żyje. Wielka szkoda.

Little Tortilla Boy



The Voice
(krótki dokument o Donie)


czwartek, 17 lipca 2008

Doomsday

Jestem człowiekiem, który lubi musi od czasu do czasu obejrzeć kino tzn. niższych lotów. Szczególnie coś z mojego ulubionego gatunku, czyli horroru albo coś z mojego ulubionego przedziału czasowego – lat 80-tych, kiedy powstała masa kultowych dla mnie filmów. Jakiś czas temu w kinach gościł "Doomsday", z recenzji wynikało, że to taki porządny ukłon w stronę splatterów. Takie skrzyżowanie "28 dni później" i "Mad Maxa", więc gdy nadarzyła się okazja obejrzałem. Liczyłem na post-apokaliptyczną campową ucztę, ale się przeliczyłem.

Mamy lata trzydzieste dwudziestego pierwszego wieku. Anglię atakuje śmiertelny wirus, na którego nie ma lekarstwa. Dwadzieścia pięć lat wcześniej, Reaper, bo tak go nazywano, zaatakował Szkocję, w wyniku czego ta, została odgrodzona murem, a jej mieszkańcy skazani na wymarcie. Rząd pilnie potrzebuje szczepionki, a że w Glasgow nadal ktoś żyje, co od trzech lat potwierdzają zdjęcia satelitarne, wysyłają za mur oddział żołnierzy dowodzony przez panią Major – główną bohaterkę. Jak można się domyśleć wszystko się pierdzieli, dwa opancerzone transportery szlag trafia, a niedobitki z oddziału muszą wiać gdzie pieprz rośnie. Koncepcja znana z dziesiątek filmów i sądzę, że przynajmniej połowa jest lepsza od "Doomsday".

Dostajemy kiepskie, schematyczne do bólu postaci. Główną rolę obsadzili ładną dziewczyną, która gra jedną miną jak Nicholas Cage. Różnica taka, że Cage gra miną wiecznie zdziwionego baseta, a Rhona Mitra wygląda jakby jej ktoś przez cały film kocie gówno pod nos podstawiał. Brak gry aktorskiej można byłoby przełknąć gdyby chociaż biegała roznegliżowana, ale niestety. Ani kawałka pośladka czy piersi z jej strony się nie uświadczy (a postać, która trochę biustu pokazuje pani major szybko zabija). Cała reszta oddziału z którym wyruszyła do Szkocji jest w zasadzie niepotrzebna. Zawodowcy z super sprzętem, a dają się podejść jak małe dzieci uzbrojonym w siekiery dzikusom, którzy ukryli się w pomieszczeniach wcześniej sprawdzonych. Równie dobrze mogliby być zagrani przez jednego aktora i nie wyszłoby to gorzej, bo nawet nie można było się im przyjrzeć. Albo w ogóle po co tracić czas na przedstawianie załogi, skoro ona zginie w czasie krótszym niż zapamiętanie ich imion? Wystarczyłaby sama Major. Dobra. Prawda jest taka, że ich obecność usprawiedliwiona jest tym, że od czasu do czasu coś powiedzą, bo Major to typ milczka, z której ust nie padają nawet zabójcze hasła w stylu Arnolda. Zamiast charyzmatycznych postaci, które wzbudziłyby sympatię widza i pociągnęłyby film, twórcy wrzucili sporą ilość fabularnych bubli i wytartych schematów. Szybę w opancerzonym wozie rozbija się dwom ciosami toporka (tak wiem, to nie była szyba pancerna, tylko dlaczego nie była?). Mamy wątek złej władzy, która knuje przeciwko obywatelom i nic z tego nic nie wynika. Snują swoje plany i mimo iż zostali nagrani, i taśma idzie nawet w odpowiednie ręce to ten wątek nie wzbogaca filmu w żaden sposób. Ani nie jest ciekawiej, ani nie wpływa to znacząco na losy bohaterów. Zapchaj dziura, której celem jest pokazanie że dzicy szkoccy kanibale nie są wcale tacy najgorsi. Jest urocza wyprawa ciuchcią na prowincję, gdzie jak się okazuje, bohaterowie trafiają wprost do średniowiecza z rycerzami w pełnych zbrojach i krwawymi igrzyskami na dziedzińcu. Dowiadują się tam czegoś co widz wie od początku. Bo przecież skoro w Szkocji ktoś przeżył to pewnie dlatego, że był odporny, bo niby kto i jak miał opracować lekarstwo, skoro przekazy radiowe jasno wskazywały, że w laboratorium niedługo upadnie. Ale dla mniej pojętnego odbiorcy jest Malcolm McDowell ze swoim psychotycznym głosem. W trzy minutowym występie tłumaczy, że lekarstwa nie ma i że pomysł wyprowadzki do zamku był jego. Daje się odczuć, że ten diabelnie sprytny przywódca przed wybuchem epidemii należał do bractwa rycerskiego. Jedynym jasnym punktem jest pościg, który następuje po ucieczce do podziemnego schronu, w którym znajdują się telefony komórkowe i super szybki samochód. Pościg jest dynamiczny, efektowny i w przeciwieństwie do reszty filmu dobrze się go ogląda.


Do tej jedynej zalety można dodać kilka minut z Lee-Anne Liebenberg, szczyptę humoru (który przez cały film się w małych ilościach gdzieś przewija), sporą ilość splatter i gore (które są na wysokim poziomie) oraz obecność całkiem przyjemnego patentu ze sztucznym okiem (które jest tak jakby trochę wymuszonym plusem z mojej strony). Niestety, jeżeli przymknie się oko na idiotyzmy scenariusza, to Doomsday irytuje swoim wykonaniem i marnym aktorstwem. Film jest zwyczajnie słaby i tylko niewiele różni się poziomem od filmów Uwe Bolla, a trzeba zaznaczyć, że jest znacznie mniej od nich zabawny. Nastawiałem się na film akcji, przy którym trzeba będzie lekko zmrużyć oko, ale w tym wypadku najlepiej będzie je w ogóle zamknąć. Wątpię, żebym się, w tej całej mojej miłości do campu, nie poznał na filmie. To po prostu kiepska wysoko budżetowa produkcja, zły film, który miał być dobry ale mu nie wyszło. Nawet nie jest niesmaczny. Mam wrażenie, że Neil Marshall, który nakręcił sympatyczne "Dog Soldiers" i fantastycznie straszne "Zejście" (oryg. "The Descent" - widać, że facet lubi tytuły na 'D', bo jego następny film nazywa się "Drive"), napisał scenariusz do "Doomsday" jako piętnastolatek, a teraz mając dostęp do środków zrealizował swoje szczenięce marzenie. Niepotrzebnie. Jeżeli szukacie filmu z 'doom' w tytule, to "Doom", który też opowiada o oddzile żołnierzy, jest znacznie lepszy.


Jeżeli kogoś ciągnie do podobnych klimatów, a podobał mu się końcowy wyścig to sądzę, że nadchodzący "Death Race" będzie filmem wartym obejrzenia.

piątek, 6 czerwca 2008

Krwawa promocja



Linka do tego filmiku dostałem od Ingo. Serdeczne dzięki, popłakałem się ze śmiechu, serio.
Kapitalna promocja, nie dość, że histerycznie śmieszna to jeszcze diablo sprytna. Widać, że człowiek odpowiedzialny za marketing (ale sądzę że głównie Stiller maczał w tym palce) ma łeb na karku. Promują "Tropic Thunder" gwiazdami, które prawdopodobnie są najmocniejszym atutem tej produkcji. Kto by nie chciał zobaczyć czarnoskórego Roberta Downey Jr., który naśmiewa się z Australii, Jacka Blacka jako psychopatycznego świńskiego blondynka albo Ben Sillera, grającego opóźnionego w rozwoju farmera (moja Kamila twierdzi, że Amerykanie uwielbiają się nabijać z upośledzonych)?

W każdym razie film dołącza do wyczekiwanych z utęsknieniem wakacyjnych produkcji: "Mrocznego Rycerza", "Kung Fu Pandy" i "Hellboya: Złotej Armii".

"Tropic Thunder", I'm waiting for you!

poniedziałek, 19 maja 2008

Fringe


No i mam na co czekać! Jesienią startuje nowy serial J.J. Abramsa, Roberto Orci i Alexa Kurtzmana (ekipa odpowiadająca za nowego "Star Treka", "Mission: Impossible III" i serial "Agentka o stu twarzach"). Ma być to połączenie thrillera, horroru i science fiction, czyli coś co łykam najchętniej i jak od jakiegoś czasu huczy w sieci, sam pilot kosztował 10 milionów dolarów Fabularnie "Fringe", bo taki tajemniczy tytuł nosi serial, zapowiada się wielce interesująco.
Samolot lotu 627 ląduje na lotnisku w Bostonie. Wszyscy znajdujący się na jego pokładzie, pasażerowie jak i załoga, okazują się martwi, a stan zwłok świadczy, że ich śmierć musiała być potworna. Śledztwo w tej sprawie prowadzą Agenci Specjalni FBI Olivia Dunham i John Scott. Sprawa szybko okazuje się nie tylko tajemnicza, ale i niebezpieczna, John prawie ginie i Olivia na gwałt szuka kogoś, kto udzieliłby jej wskazówek i pomógł w śledztwie. Taką osobą wydaje się być dr Walter Bishop, Einstein naszego pokolenia, jednak jest pewien haczyk. Doktor od 20 lat siedzi zamknięty, a jedyny sposób żeby go wyciągnąć to poprzez jego stroniącego od ludzi syna Petera. Jak się można domyślić, lot 627 to wierzchołek góry lodowej i stanowi tylko kawałek większej, szokującej całości, do której trójka bohaterów będzie musiała dotrzeć.
J.J. Abrams jest trochę przeceniany przez środowisko fanowskie, a serial już jest nazywany klonem "Z Archiwum X". Jestem jednak dobrej myśli i tym razem będzie on gwarantem jakości i braku wtórności, którą próbuje się mu już zarzucać. Po obejrzeniu trailera nie mogę oprzeć się wrażeniu, że będzie fantastyczną rozrywką i zapewni wiele godzin doskonałej zabawy przy śledzeniu tajemnicy jaką zafundowali twórcy.


sobota, 13 października 2007

O facecie, który umiał się teleportować

Doug Liman, twórca takiego arcydzieła jak "Mr. & Mrs. Smith" szykuję do spółki z Davidem S. Goyerem nowy film science fiction - "Jumper". "Jumper" to ekranizacja powieści Stevena Goulda. Opowiada o człowieku, który odkrywa u siebie umiejętność teleportowania się wszędzie gdzie tylko chce (w tej roli Hayden Christensen). Odkrywa również, że ze swoimi zdolnościami nie jest jedyny. Od wieków tacy jak on, nazywani Jumperami są tropieni i tępieni przez inną grupę - ich reprezentuje siwy Samuel L. Jackson. W zasadzie film jakoś fantastycznie się nie zapowiada. Główne role obsadzone przez drewnianego Christensena i Samuela, który niestety już swoim nazwiskiem nie gwarantuje dobrego film, raczej nie zachęcają. Jednak sam pomysł, czyli polowanie na kolesia, który potrafi się teleportować cholernie mnie zaintrygował. Efekt współpracy dobrego, ale nierównego scenarzysty i słabego moim zdaniem reżysera będzie można oglądać już dzień po Walentynkach.

Na razie tylko trailer.

piątek, 14 września 2007

Człowiek z żelaza

Nawiązując do poprzedniego wpisu... jakieś trzy dni temu (chyba) pojawił się w sieci teaser trailer do najnowszej marvelowskiej produkcji - "Iron Man". Czy tym razem będzie marvel? wątpię. Sama zapowiedź jest bardzo przyjemna dla oka i w sumie, może tak totalnie źle nie będzie. Robert Downey Jr. to na szczęście nie Drewniany Cage i wierzę, że swoją grą aktorską nie będzie "odwalał żenady". Na drugim planie zobaczymy Samuela L. Jacksona w roli Nicka Fury (czyżby Samuel miał się wcielić w tą rolę w kolejnym filmie?) + kilka innych, bardziej lub mniej znanych twarzy Hollywood.


Z tych kilkunastu, które zaprezentowali, jedna scena mnie po prostu rozkłada na łopatki. Stark składa w jakiejś ziemiance Talibów zbroję i później roznosi w pył swoich porywaczy. No po prostu... Marvel. A tak to latający Iron Man wygląda wielce okej. Może zdążę przez te 8 miesięcy poznać trochę tą postać, bo do tej pory znam ją jedynie z nazwy.