Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2015

52

Zaproszono mnie na fejsbuniu na wydarzenie (żadne tam prawdziwe wydarzenie, po prostu taka wirtualna akcja, wiecie o co chodzi) "Przeczytam 52 książki w 2015 roku". 
Gówno tam! 
Nie przeczytam!

Jest mi niezmiernie miło, że ktoś wierzy, że jestem jeszcze w ciągu roku w stanie tyle książek zaliczyć. W tym dociągnąłem do dziewiętnastu pozycji. Sukces okupiony wielkim trudem. To nie jest czas na czytanie, to nie jest czas na pisanie. Jedno i drugie próbuję zmienić, rzucam się na lektury i odpuszczam, wracam do konsoli z podkulonym ogonem. Odpalam film. Idę się spotkać z przyjaciółmi. Zwalam winę na internet, na smartfona. Na bycie online 24/7. Fakt faktem, to co się dzieje na mojej ścianie, te przychodzące maile (głównie reklamowe newslettery), ten, im bliżej wieczora, tym częściej odzywający coraz się telefon, mnie rozpraszają. Ale to nie do końca tak. Doszedłem do wniosku, że powinienem po ciężkim dniu odpoczywać tak jak mi jest najlepiej, najprzyjemniej. Czasami z padem w dłoni. Czasami podnosząc żelastwo, czasami kufel. Czasami przewracając kartki powieści. Czasami macając ekran czytnika. Wspomnę też o kontaktach z innymi ludźmi, bo się okazało, że w wolnym czasie też ich potrzebuję. 

Przestałem się pałować ilością przeczytanych książek*. Znam kogoś kto czyta stówkę (tak lekką ręką), czy to sprawia, że ten ktoś jest ode mnie lepszy? Czy ja ze swoimi dziewiętnastoma rozrywkowymi pozycjami jestem lepszy od kogoś kto przeczytał ich osiemnaście?


Inna sprawa, zacząłem się zastanawiać dlaczego czytanie jest lepsze od innych form wytracania czasu. Ta myśl została mi zaszczepiona, gdzieś to kiedyś przeczytałem. Ziarno utknęło, nie trafiło wtedy na podatny grunt, ale z biegiem lat nagle zaczęło nanosić tam podkładu, zaczęło z niego coś kiełkować. Teraz drażni mnie przesadne gloryfikowanie czytania. Jakby te zastępy czytających pulpę z Fabryki Słów miałyby być lepsze od kogoś, kto nie wyściubia nosa poza ekran laptopa i klikającego w potworki w Diablo. Jakby ucieczka w świat fantastyki, kryminałów czy powieści wojennych była czymś chlubnym, czymś lepszym niż spędzanie 5 dni w tygodniu na aktywności fizycznej albo graniu na gitarze. Jasne, czytanie rozwija. Stajemy się wrażliwsi, mądrzejsi o wiedzę, w książkach zawartą, a co za tym idzie, wyrażamy się i piszemy poprawniej. Słownictwo jest bogatsze. Można czymś zabłysnąć w towarzystwie. Chociaż ja preferuję robienie z siebie idioty.

Ale czytanie nie pomoże nam w osiągnięciu poprawnej sylwetki czy odtłuszczeniu organizmu. Nie rozwinie naszego mózgu w sposób w jaki rozwija go gra w pokera czy nakurwianie w LoLa lub w StarCrafta. Czytanie urasta w chwili obecnej do najwyższej formy rozrywki. Słuchanie jazzu jak czytanie książek. Tyle że jazz to straszna nuda. Wiem coś o tym. Próbowałem. Najbardziej mnie irytuje, że ludzie się wstydzą, że nie czytają. Tzn. niech się wstydzą, to ich sprawa. Chodzi mi raczej o coś innego. Dlaczego się kurwa nikt nie wstydzi, że nie gra w gry? Albo że nie chodzi do kina? Dlaczego to jest tak ważne?

Wkurza mnie niezmiernie to klakierstwo wśród blogerek książkowych. Poza jednym wyjątkiem nawet nie zaglądam, nie odpalam ich kanałów na YouTube. Akurat ta jedna jest ładna i ma wybaczone. Blogerki książkowe są w większości czytane przez... inne blogerki książkowe. Komentują sobie wzajemnie, wymieniają się książkami i mam wrażenie, że stworzyły sobie bezpieczny świat, zajęły jakiś wycinek internetu i chwaląc się stosikami i zakupami, żyją w przeświadczeniu, że są lepsze niż te ponad 60% Polaków, które rokrocznie w ogóle nie czytają.


Wyszedłem z domu gdzie się czyta. Gdzie najlepszym prezentem była książka. Gdzie najlepszym możliwie wytraceniem wolnego czasu, zaraz po filmie, było oddanie się lekturze. Ale nauczono mnie że jest to czymś tak naturalnym, tak zwyczajnym, że nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Nikt się tym kurwa nie chwalił!

Ostatnią dekadę obracam się środowisku mocno związanymi z książkami. Pisaliśmy sobie o książkach, spotykaliśmy się, piliśmy kosmiczną ilość alkoholu i o nich rozmawialiśmy. Niektórzy zostali pisarzami, inni tłumaczami, jeszcze inni prowadzą najlepsze na świecie serwisy poświęcone pisarzom, a jeszcze inni na tych książkach zarabiają, bo prowadzą wydawnictwa. Mam kolegów dziennikarzy, recenzentów, korektorów i redaktorów. W związku z czym ciężko mi to pisać, bo komuś, kto propaguje czytanie może zrobić się przykro. Pewnie gdybym wrzucił takiego posta na facebooku, na którym mnie zaproszono na to całe wydarzenie, podniosłoby się larum. I pewnie niektórych by to dotknęło. Ale nikt tego bloga nie czyta. Ten blog jest nikogo.

Czytanie to jest tylko jedna z form wytracania wolnego czasu, jeden ze sposobów na odpoczynek. Czytając wcale nie stajesz się lepszy, a jeżeli wynosisz je ponad inne formy rozrywki, to stajesz się gorszy. Jest nawet taki krąg piekielny zarezerwowany dla książkowych faszystów.

* Zakładka Wyczyt roczny cały czas wisi, ale trochę dlatego, że lubię sprawdzić w którym roku coś czytałem, trochę dlatego, że żal mi to usunąć skoro tak skrupulatnie przez lata tam wypisywałem te tytuły, wytłuszczałem je. Tak starannie trzymałem chronologię. To mój blog.

piątek, 5 kwietnia 2013

Grohl



"Dave Grohl: Oto moje powołanie" to nie do końca biografia, na którą się szykowałem. To taka książka w stylu: "w czasach jak Grohl żył była taka i taka muza, grały takie i takie zespoły", a dopiero później "a Grohl najbardziej lubił... i inspirował się...." Czy to wada? Po części tak, bo na stronę przypada kilka obcobrzmiących nazwisk, kilka nazw kapeli i klubów gdzie ci ludzie grali, po czym na następnej sytuacja się powtarza. Człowieka który sięgnął po tą biografię przypadkowo znudzi bardzo szybko. W zasadzie po dwóch pierwszych rozdziałach mamy taką analizę środowiska punkowego z którego wywodzi się Grohl, a o samym Grohlu tylko kilka wstawek. Po części jednak nie, bo ja np. byłem szczerze tym zainteresowany. W pewien sposób scena HC, do której nigdy w żaden sposób nie należałem i z którą nawet się nie utożsamiam, kształtowała moje gusta. Zabawna sprawa, ale te wszystkie koncerty na które za szczyla chodziłem utwierdziły mnie w przekonaniu, że ciężki metal jest śmieszny i tak mało autentyczny... nieważne. Także odnalazłem tu wiele z tego co tworzyło moje fascynacje muzyczne w liceum i na początku studiów. Drugą część książki poświęcono Nirvanie. Tutaj moje czytanie wybitnie straciło tempo, bo nigdy za tym zespołem nie przepadałem, w pewny momencie życia autentycznie go nie trawiłem. Ale przebrnąłem i utwierdziłem się tylko w tym, co wiedziałem już wcześniej. Że ta wielka kapela w pewien sposób popsuła nam wszystkim punk rocka. Resztę stron już poświęcił autor temu, co najbliższe mojemu sercu, czyli Foo Fighters i innym projektom Grohla: Probot, QOTSA i Them Crooked Vultures. 

Do treści naprawdę nie mam się o co przyczepiać. Poza kilkoma wywiadami naprawdę niewiele wiedziałem na temat Grohla. Może kiepski ze mnie fan, ale od jakiegoś czasu konsumuję muzę w bardzo mocnym oderwaniu od jej wykonawców. Także fajnie było dowiedzieć się tego co się dowiedziałem. Brakło mi tak naprawdę jedynie Tenacious D. 

Problemem tej książki jest Paul Brannigan - jej autor. Facet niby od lat zajmuje się dziennikarstwem muzycznym, wspomina dziesiątki wywiadów jakie przeprowadził z tuzami rocka, a ta biografia... no nie wiem, albo jestem za stary i się zwyczajnie nie łapię w target, albo typ powinien  odbębnić jakiś kurs pisania, bo zbierało mi się na haftowanie od tych wszystkich "ekscytujących", "wspaniałych", "wyśmienitych", "genialnych", "fantastycznych". Takie pisanie można sobie uskuteczniać na blogu, niekoniecznie iść z tym do ludzi. Ten hiperentuzjazm w epitetach wyraźnie odcina się między cytatami, których nam nie szczędzi.


Widać, że w dużej mierze opierał się w tej książce na źródłach. Brakuje smaczków. I nie chodzi mi o wypisanie jakiego zestawu czy wioseł używa Dave. Kogo to kurwa obchodzi? Chodzi mi o jakieś wyraźne wspomnienia z tras koncertowych, śmiesznych albo krępujących anegdotek. Możliwe, że nie dało się wyciągnąć więcej materiału z Dave'a, bo kilkakrotnie podkreślane tam było przywiązanie Grohla do prywatności życia rodzinnego. A może to po prostu wymówka? Poza tym jest kilka momentów, gdzie na tym obrazie kryształowego Grohla, najsympatyczniejszego rockmena Ameryki powstają skazy i to też mi się jeszcze bardziej podoba, bo nie wierzyłem, że ktoś może być tak miły.

Mimo tego co napisałem uważam, że nie jest to książka zła. Czerpałem naprawdę dużo przyjemności z tych kilku wieczorów, które spędziłem słuchając płyt Foo Fighters, koncertów Them Crooked Vultures i przerzucając kolejne strony, chłonąc tą pobieżną historię sceny punkowej czy analizę kolejnych płyt FF. Na pewno będę ją chętnie pożyczać. I czekać na kolejną biografię Dave'a.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Na nadchodzący tydzień polecam... #9*

GRA



"Sleeping Dogs" estetyka kina akcji z Hong Kongu ani mnie ziębi, ani grzeje. To co widziałem można podsumować słowami: "policjanci kontra złodzieje, trzaskanie się po mordach, krew i strzelanie z kapiszonów". Wyróżniają się na pewno głupkowate i pełne popisów kaskaderskich produkcje Jackiego Chana, ale na mam czasu na dygresje. Jest w tym pewien potencjał, bo takie filmy - rasowe kino klasy B - są omijane przez lwią część publiki. Stylistyka jest słabo znana, materiał gotowy do wykorzystania w grach wideo. Więc było sobie nawet takie "True Crime", które korzystało z dobrodziejstw gatunku, ale nie doczekało się trzeciej części. Gra poszła pod skrzydła Square Enix i dostaliśmy "Sleeping Dogs" - zwyczajnie dobry sandbox. Tylko tyle i aż tyle. 


Wcielamy się w postać Wei Shena, policjanta z USA, który ma w Hong Kongu rozpracować Triadę. Pnie się typ po szczeblach przestępczej kariery. Ściąga haracze, porywa opancerzone furgonetki, okłada po pyskach ziomków z  innych gangów, w końcu do nich strzela, by później uciekać przed policją, a w wolnych chwilach też tej policji pomagać np. rozpracowując siatkę handlarzy żywym towarem. Fabuła nie jest odkrywcza, bo ciężko coś wymyślić w temacie tajniaka i gangsterskich porachunków, ale gra nadrabia schematy i ewentualną wtórność właśnie świetnym klimatem i umiejscowieniem akcji. Pełnymi garściami czerpie z HKCinema.

Jest porządny system walki (a jest je naprawdę dużo), jest parkour który świetnie sprawdza się przy wszelkiego rodzaju pościgach, jest w końcu strzelanie i wyskakiwanie z pojazdów - i obowiązkowy bullet time, w połączeniu dający możliwość tworzenia na ulicach niesamowite karambole. Do tego dziesiątki misji pobocznych, hazard, karaoke, uzupełnianie szafy i garażu, randki z dziewczynami, minigierki podczas hackowania kamer ochrony, trochę skradanki i całkiem nieźle zaimplementowany system osiągnięć, które z przyjemnością zaliczałem.


Twórcy kupili mnie DLC w klimatach chińskiego horroru. Duchy, zombie, demony, adwersarz zmielony w fabryce karmy dla kotów, wracający z piekła przeciwnicy. Niebieski ogień i egzorcyzmy - BAJKA! Jest jeszcze m.in. Turniej Zodiaka - wariacja na temat mojego ukochanego "Wejścia smoka"! 

Gra starcza na tydzień rozsądnego grania (tzn. katowania cały weekend, kończenia po kilka godzin w tygodniu), ja dostałem za darmoszkę od Sony, więc nie mogę przeliczyć stosunku funu do wydanych pieniędzy. Ale grę polecam, na tyle fajna że pokusiłem się o platynę, a zazwyczaj szkoda mi czasu na takie pierdoły.  






KSIĄŻKA



"Bractwo Bang Bang" Greg Marinovich i Joao Silva. Czytam ostatnio cholernie mało, taki poważny kryzys mnie pod koniec zeszłego roku dopadł i pomyślałem, że może uda mi się go przełamać zamieniając beletrystykę na reportaż. Trafiło na historię czterech fotoreporterów z RPA, którzy dokumentowali zmierzch apartheidu i przemiany w swoim kraju. Ta książka to mroczna podróż w głąb Czarnego Lądu, który wydaje mi się jeszcze bardziej dziki i bezwzględny niż do tej pory sądziłem. Bestialstwo i wyzucie z ludzkich odruchów jest wpisane w historię tego kontynentu  i miałem momenty, kiedy chciałem pizgnąć książką w kąt, chociaż ja do osób delikatnych czy też specjalnie wrażliwych nie należę. Od opisywanych wydarzeń, w których uczestniczyli, momentami chce się rzygać. Nie tyle ze względu na ich brutalność, a były cholernie brutalne, co sam fakt ich zaistnienia. To mocna i łapiąca za gardło pozycja, którą absolutnie polecam, bo:
  • dobrze pokazuje realia pracy fotoreportera i korespondenta wojennego, tego z czym się spotyka nie tylko w terenie, 
  • daje obraz tego co się działo podczas przemian i zdobywania niepodległości przez afrykańskie państwa - chociaż pokazane na przykładzie RPA, to jestem pewien, że odnieść się można do każdego innego państewka, gdzie toczyły się wojny plemienne,
  • obrazuje ten samoistny proces kiedy człowiek obojętnieje na krzywdę drugiego człowieka. 

Jeżeli ktoś szuka konkretnych informacji z zakresu historii najnowszej to - - - będzie musiał sporo doczytać, bo jednak to wspomnienia konkretnych wydarzeń obserwowanych przez obiektyw aparatu, a nie pozycja popularnonaukowa. 



FILM



"Człowiek o żelaznych pięściach" w reżyserii RZA. Znowu ukłon w stronę chińskiej kinematografii - tym razem filmów spod znaku wu tang. Miłość do tego gatunku widać i słychać w twórczości RZA i chłopaków z Wu Tang Clanu od pierwszej płyty. Historia fajnie zatacza koło, jeden z kawałków (już nie pamiętam który) słyszymy na napisach początkowych. Będzie naprawdę bardzo krótko, bo nie ma sensu się rozpisywać. Tutaj nie chodzi o historię, chodzi o napieprzanie się i o tym jest ten film. To rasowa chińska rozpierducha. Pomysłowe i cieszące oko choreografie, świetni fighterzy walczący każdy swoim własnym stylem, ładne scenografie. Bardzo udany hołd - nie da się tego rozpatrywać w kategorii odgrzewanego kotleta, bo od pierwszych minut czuć o co twórcom chodziło. Produkował to Tarantino i wiecie co, podobało mi się to bardziej niż rozwleczone "Django", chociaż nie twierdzę, że "Człowiek o żelaznych pięściach" to lepszy film. 







* pomyślałem że najlepszym żartem będzie wrzucić tutaj jakiś wpis.

poniedziałek, 19 listopada 2012

1Q84/1

Kupując box "1Q84" szykowałem się na podobne tornado jak w przypadku "Kroniki ptaka nakręcacza". Na czytanie wybrałem nawet tą samą porę roku. Niestety. Pierwszym tomem mnie Murakami zawiódł. Piszę to z bólem serca, bo książki tego gościa autentycznie uwielbiam, a tutaj mam, jak na razie, chyba najsłabszą powieść jego autorstwa. Fajna koncepcja - dwie przeplatające się historię Aomame i Tengo, które gdzieś się powinny łączyć... tak myślę. Z tym że nie do końca wiadomo czy na pewno. Bo są te dwa światy, jeden zapewne wykreowany w głowie któregoś z bohaterów - z bazą radziecko-amerykańską na księżycu i nowymi mundurami japońskiej policji. To powinno mnie kupić całkowicie. Uwielbiam podobne rzeczy. Niestety jakoś nie jestem w stanie przełknąć naiwnych dialogów, powolnego, prawie zerowego tempa - które chociaż u Murakamiego lubię, tutaj wybitnie mnie drażni. Mam wrażenie, że brakło porządnego redaktora, który powiedziałby: "Facet, trzeba ciąć", bo olbrzymim grzechem tej powieści jest powtarzanie, powtarzanie i jeszcze raz powtarzanie pewnych kwestii. Aomame i jej rozkminianie w bibliotece tutaj króluje, ale informacje o sekcie podawane były tyle razy, na tyle sposobów, że rzygać się chciało.

Nie jest oczywiście tak do końca źle. To Murakami - gościu nie schodzi poniżej pewnego poziomu. 

Jak człowiek zagryzie zęby i zacznie przebijać się przez te strony zastoju to dostrzeże w tej powieści duży potencjał. Murakami ma ciekawe pomysły. Jego postaci są świetnie nakreślone, mają zdrowo popieprzone problemy i naprawdę niefajną przeszłość. Podoba mi się, że facet ich nie oszczędza. Nie tyle robi im krzywdę, co opowiada o krzywdach jakie ich spotkały. Co chwilę wywleka jakąś tajemnicę, brudny sekret - od którego mam ciary. Takie rzeczy od których włosy się jeżą. On i King mają opanowane to do perfekcji. Zdrady, kłamstewka, drobnostki, której jak kropla drążąca skałę, wpływały przez lata na psychikę. Tutaj widzę, że Murakami bierze na warsztat fanatyzm - nie tylko religijny - i jestem ciekawy jak to mu ostatecznie wyjdzie. Sądzę też, że trzeba część pierwszą traktować jako swoiste preludium - wprowadzenie w postaci i główne wątki. Już mam w łapach tom oznaczony numerem 2. 

sobota, 3 listopada 2012

Wybuchające Beczki

Tematyka gier pojawia się teraz praktycznie podczas każdego wypadu z kumplami na piwo. Czasem rozmawiamy o zakupach, czasem wspominamy jakieś starocie, czasem komentujemy coś co nam się udało odstawić podczas niedawnego multi. Ale na pewno najwięcej rozmawiam z Adamem i często takimi tematami wypływamy na szerokie wody. Rozwodzimy się nie tylko nad fabułami, ale nad tym jak te historie są opowiadane, i dlaczego kurde coś pamiętamy lepiej, a coś gorzej. Czemu czujemy dysonans grając w "Uncharted", czemu różne rzeczy różnie na nas działają, dlaczego nie lubię serii o asasynach, kiedy fajnie szukać znajdziek i kiedy dobre multi jest dobre. 



I tutaj wchodzi książka o grach.


"Wybuchające Beczki - zrozumieć gry wideoKrzysztof Gonciarz 


Kwintesencja wielu - moich i Adama - pijackich rozmów, które uskuteczniamy od jakiegoś czasu. Fajnie Gonciarz wykłada o co w tym całym graniu chodzi. Polecam, chociaż pewnie wielu osobom, które nie grają wyda się: a) niezrozumiała, b) nudna, c) niepotrzebna. Ale naprawdę otwiera oczy. Pokazuje po pierwsze, że granie to taka sama forma wytracania wolnego czasu jak czytanie czy oglądanie filmów, po drugie, że forma nawet rozwijająca i zmuszająca do refleksji. Nie tylko podczas picia piwa. Graczom też na wiele aspektów otworzy oczy. Zaczyna się więcej rzeczy dostrzegać i czerpać jeszcze większą przyjemność z grania.


I w ogóle szanowny autor to sympatyczna osoba. Piszę to wnioskując po kanale yt i tych kilku słowach które zamieniliśmy na MFK. Będę kupować kolejne książki. 

poniedziałek, 21 maja 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #7

Dzisiaj tylko dwie pozycje. Miał być jeszcze serial i... jeszcze jedna książka, ale to byłoby bez sensu. Mijałby się z celem tych wpisów, dlatego serial dostanie osobny wpis. O książce też napiszę kilka zdań, z tym że to znowu jest cykl, więc wstrzymam się do czasu aż pochłonę jego większość.

Książka     "Dallas '63" od Stephena Kinga. Chociaż nadal uważam go za mojego pisarza nr 1, to czasy kiedy czekałem z utęsknieniem na premierę jego książek minęły, wydawałoby się, bezpowrotnie. Część ostatnich pozycji mam nadal jeszcze nieprzeczytaną i tłumaczę wszystkim wkoło, że to na chude czasy, kiedy mistrz przestanie pisać. Ale prawda jest tak, że się ostatnio z Kingiem mijałem... Wracając do meritum. "Dallas '63" - tutaj niespodziewanie stary kochany King napisał powieść tak mocno trzymającą w napięciu, tak ciekawą i wciągającą, tak świeżą, że zaliczyłem opad szczeny. Nie spodziewałem się już tego po nim. Myślałem, że czasy kiedy jego proza potrafiła mnie opętać czy dać po pysku nie wrócą. A tu proszę! Tam jest wszystko to za co go przez wiele lat wielbiłem, a czego ostatnio jakoś mi brakowało! Na dodatek to King nowej jakości. Chociaż leje wodę, chociaż operujący doskonale mi znanymi sztuczkami... czułem to wszystko co pochłaniałem jakoś inaczej. Nie wiem czy to ucieczka od Maine czy może jednak mocne osadzenie tej opowieści w historii. Pozwoliłem sobie zapomnieć, że już zaliczyłem ponad 50 innych jego pozycji. Gdyby nie masa kapitalnych nawiązań w ogóle zapomniałbym, że to ten sam gościu co napisał Mroczną Wieżę! Tak działa "Dallas '63". Powieść z miejsca wbiła się do mojej żelaznej czołówki. Fajni bohaterowie, piękny wątek miłosny, świetnie opisane lata 50te i 60te. Do tego naprawdę ciekawy wątek fantastyczny - podróż w czasie, Człowiek z żółtą kartką, to że przeszłość nie lubi być zmieniana czy ta alternatywna rzeczywistość. Czytać!

Film    "Cold Fish" w reżyserii Shinona Sono. Jeżeli oglądaliście jakiś wcześniejszy film tego faceta - "Klub samobójców", "Noriko's Dinner Table", "Ekusute" czy "Strange Circus" to mniej więcej wiecie czego się spodziewać. Ciężkie, niespecjalnie rozrywkowe kino, które zostawia człowieka w przybitym nastroju i z masą kotłujących się myśli. Nie jestem specjalnym entuzjastą takich przeżyć, ale zdecydowałem się na "Cold Fish" zachęcony bardzo pozytywną recenzją na Horror Online (nie żebym się mocno ich ocenami sugerował, ale w temacie skośnych filmów mają tam u mnie spory kredyt zaufania). Film pokazuje złamanie człowieka i to w taki perfidny, podszyty fałszem sposób. To jednocześnie film o funkcjonującym w społeczeństwie psychopatycznym zabójcy, który sącząc swój jad, zaraża złem nim innych, jak i studium upadku, stopniowej degeneracji. I chociaż przemiana, to pęknięcie wypada może i trochę sztucznie, to nie potrafię się po nim otrząsnąć. Druga sprawa, że to film dla wytrzymałych ludzi, którzy lubią eksperymentować z ekstremalnymi rzeczami. Chociaż może część moich znajomych uzna go za niespecjalnie brutalny, to i tak myślę że Sono ich czymś zaskoczy. Nie oszczędza widza - pełno tam brutalnego realizmu, makabry i zwyrodniałego czarnego humoru. 

poniedziałek, 7 maja 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #6

 Książka    "Sukkub" autorstwa Edwarda Lee. Horror zawsze będzie gatunkiem najbliższym mojemu sercu, ale szczerze mówiąc... coraz rzadziej mnie ekscytuje. To jest dosyć przykre, jeżeli tylko raz na kilka miesięcy mogę cieszyć się przyzwoitą lekturą z tego gatunku. Brakuje w Polsce współczesnych, dobrze napisanych i interesujących, a jednocześnie brutalnych i krwawych horrorów! Na szczęście pojawił się Edward Lee ze swoim "Sukkubem" - dla mnie objawienie! Nie dość że naprawdę hardcore'owy - i pod względem brutalności, i pod względem wyuzdanego seksu, to jeszcze oldschoolowy (napisana została na początku lat 90tych) - ze świetnie zbudowanym klimatem. Oldschoolowy, bo mamy demona, atrakcyjną kobitkę i uciekających psychopatów. Żadnego postmodernizmu, neogotyku - po prostu czyściuteńki spletterpunk, że aż się micha cieszy. Jest to historia powrotu do miasteczka, które skrywa mroczną tajemnice. Tak jak Gatlin, Salem czy dziesiątki wiosek odwiedzonych przez Mouldera i Scully, tak i Lockwood jest jednym z najlepszych przyczółków dla poprowadzenia trzymającej w napięciu historii. Lee naprawdę daje czadu i pozwala sobie na o wiele więcej niż inni pisarze. Seksualne perwersje Mastertona wydają czasami niewinne w porównaniu z tym co on serwuje. Ale mimo, że książka epatuje przemocą i seksem to jednak nie tylko w tym upatrywać należy jej siły. To porządnie napisany klasyczny horror, gdzie senne mary mieszają się z jawą i czytelnik momentami traci orientację co było już złudzeniem, a co prawdą. Autor ma bardzo przystępny styl, można dopatrywać się podobieństw do Kinga chociażby. Osobiście polecam i daję bardzo dużą rekomendację. Jeżeli lubisz pełnokrwiste horrory to nawet nie zastawaj się nad zakupem! PS. Guru zakochasz się w tej książce (albo i nie, ale od bardzo dawna wiadomo, że się nie znasz!).


Film    "Legenda piekielnego domu" scen. Richard Matheson, a nawet więcej! Ekranizacja jego powieści "Hellhouse", która wg Crusi jest bardzo dobra, a że jej gustowi ufam, to tak musi być. Ja czytałem jedynie prequel. Napisała go do antologii "Jest legendą" Nancy Collins i muszę przyznać, że zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Tak na marginesie, naprawdę warto tą książkę kupić, sporo świetnych opowiadań! Wiedziałem więc czego się mniej więcej spodziewać po filmie i to też dostałem. Solidny, klasyczny i porządnie zagrany ghost story z nawiedzonym domem w roli głównej. Oczywiście to film z początku lat 70tych, gdzie jeszcze nie do końca świadomie operowano kiczem, czasami ze śmiesznym rezultatem. Tutaj takim bękartem jest scena ataku opanowanego przez ducha kota, można się popłakać ze śmiechu. Oprócz kota Salema i śmiesznych min obojga medium (mediów? jak to odmienić?) cały film jest utrzymany w jak najbardziej poważnym klimacie i naprawdę czuć czającą się i pełzającą grozę, jak w "Nawiedzonym domu" Wise'a. Spokojny, stonowany, z kilkoma mocniejszymi jak na tamte standardy scenami. Przyjemny, chociaż zdaję sobie sprawę, że seans wielu może rozczarować.  Strasznie podoba mi się tagline tego plakatu: "For the sake of your sanity, pray it isn't true!"


Jakoś w tygodniu chyba kilka rzeczy, takich okołohorrorowych wpadnie na bloga. Mam nadzieję.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Pamiątka po Kraju Rad

"Biała gorączka" Jacek Hugo-Bader

Dawno nie miałem tak przerażającej lektury. Przerażającej dlatego, że wierzę w jej prawdziwość. Rosja opisana przez Hugo-Badera to "potwór zębaty, gotowy gryźć gdy tylko zechce", a jej mieszkańcy jawią mi się jak skazańcy siedzący w celach na jakiejś ostatniej mili. Rzeczywistość bohaterów tych reportaży to jakiś koszmar, w którym nie wyobrażam sobie funkcjonować. Skorumpowany, zdemoralizowany, rozpity, rozłażący się w szwach. Niczego tam nie ma poza wszechogarniającą pustką, zimnem i wódką. I nie są to reportaże jakiegoś rusofoba, który tocz pianę z ust z nienawiści do wszystkiego co rosyjskie. Ale jasne strony, piękno tego olbrzymiego kraju, bogactwo kultur, które próbuje Bader przemycać w swoich tekstach niestety przysłania bandytyzm, głupota i degrengolada jaka zagnieździła się wśród tego narodu. Odebrałem te reportaże strasznie emocjonalnie, po niektórych byłem chory, nie mogłem przestać o nich myśleć - olbrzymia rekomendacja ode mnie. Czytajcie, świetna książka.


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #4

Książka    "Na południe od granicy, na zachód od słońca" autorstwa Haruki Murakamiego. Jak zwykle lektura powieści Murakamiego dostarczyła mi sporo emocji, i chociaż w tym przypadku są to emocje raczej mi obce, to i tak ta powieść sprzedała mi konkretnego gonga. bohaterem jest facet pod 40stkę, który oprócz streszczania nam swojego życia, opowiada o tym jak zaangażował się w platoniczny romans, który o mały włos nie zniszczył go psychicznie. Zdrada to strasznie wyeksploatowany temat, ciężko tutaj chyba napisać coś nowego, ale Murakami podołał. Dokonał analizy umysłu faceta-egoisty, którego tak naprawdę nie można nazwać draniem i którego też nie potrafiłem znielubić. Oczywiście mamy tutaj też element, który umieszcza powieść gdzieś poza romansami, chociaż to uczucia są głównym tematem powieści. Autor stawia też pytanie czy aby na pewno to wszystko się bohaterowi nie uroiło. Czy nie spotkała go kara za grzechy młodości? Za takie zagwozdki cenię Harukiego. Zawsze potrafi zabić mi ćwieka. Myślę, że warto poświęć kilka wiosennych wieczorów na książkę, która przypomina co jest w życiu i miłości ważne. 

Gra   "Dead Island" od polskiego Techlandu. Jak nie polecić czegoś tak wybornego? Gry w której zabija się zombie to mokry sen wielbiciel podgatunku horroru jakim jest zombie flick. A "Dead Island" to chyba najlepszy sen jaki taki geek może wyśnić. Brutalna, że aż czasami naprawdę zastanawiam się nad sobą i nad ty co w tym wirtualnie wykreowanym świecie robię - bo uciąłem obie ręce grubasowi, a teraz kopniakami wrzuciłem go do basenu i go tam topię. Niepozbawiona czarnego humoru i zabawnych postaci, bo chyba ciężko byłoby przełknąć tą ultrabrutalność. Świetnym systemem sterowania bronią i klasyczną historią. Jedyne co trochę kuleje to bugi w coopie i nie do końca sprawny system rozwoju postaci. Ale mimo wszystko jest miodzio. Zabawa na wyspie śmierci to czysty fun.



czwartek, 15 marca 2012

Kto uśmierca greckie bóstwa?

Dzisiaj będzie o parafrazie mitów greckich jakiej dokonano w trylogii "God of War". Może brzmi to nazbyt poważnie? Będzie po prostu o tym co w "God of War" fajne, z przyjemności jaka płynie z gry  i to nie tylko ze względu na cycki i hektolitry krwi. Spróbuję też wystukać kilka słów na temat pewnej książkowej trylogii, która z powodzeniem reinterpretuje historię upadku Troi.

Jeszcze tydzień temu uważałem "Prince of Persia: Piaski Czasu" za najlepszą grę zręcznościową EVER! Koniec i kropka. Ostatnio zacząłem się jednak mocno zastanawiać nad zweryfikowaniem tej opinii, a to właśnie za sprawą GoWa. Nie stawiam go nagle na piedestale i obrzucam konfetti, po prostu dostrzegam największe wady PoPa. I chociaż Książę ma kapitalną mechanikę, jest świetnie zbalansowany, sterowania i ustawienia kamer są po prostu idealne... to jednak jest to strasznie prostą historią. Fabuła jest szczątkowa, a postaci które przyjdzie nam spotkać są aż... dwie i obie są ciekawsze od głównego bohatera, który jest rozpieszczonym i zarozumiałym dupkiem.


Natomiast seria "God of War", która tego wszystkiego co jest wyśmienite w PoPie nie ma, przynajmniej nie na takim poziomie, swoja fabułą, tymi wszystkimi postaciami, które gdzieś tam się pojawiają i przede wszystkim Kratosem (!) pozostawia naprawdę świetne wrażenie. Człowiek po obejrzeniu ostatniej sceny czuje się ukontentowany. Nie wiem kiedy mi się tak porobiło, ale fabuła zaczęła mieć dla mnie spore znaczenie, może nawet równorzędne z rozgrywką, szczególnie przy takich liniowych grach. A mimo, że mamy do czynienia z prostą naparzanką to fabuła prosta, czy może prostacka nie jest. Ale zacznę od lekkiej krytyki tej serii.

GoW ma dla mnie zasadniczą wadę: jedna ścieżka i bardzo zamknięte otoczenie. Rozumiem, że nie na każdą ścianę można się wspinać, ale nienormalnym dla mnie jest, że będąc na jakiejś platformie z jednej strony można spaść, a z drugiej napotykamy niewidzialną ścianę. Szkoda, że w trzeciej części, kiedy nie mieli już takich ograniczeń sprzętowych, z tego nie zrezygnowali. Gorzej, zamknęli niejednokrotnie możliwość cofnięcia się, chociażby przeskoczenia o platformę wcześniej. Druga sprawa to obrzydliwe sztywna kamera, która niejednokrotnie jest jedynym utrudnieniem i powoduje, że powtarzać musiałem zręcznościowy fragment gry kilka razy. Masa niepotrzebnej frustracji. I ostatnia - spadający z części na część poziom trudności. Tyczy się to i rozgramiania przeciwników, i zagadek, i elementów zręcznościowych. Jedynka na "normalu" była dla mnie - osoby odwykłej od grania - wyzwaniem, nie boję się tego napisać.Było ciężko głównie ze względu na walkę. Kolejne odsłony obniżały poprzeczkę, chociaż może to też kwestia tego, że nauczyłem się w końcu machać tymi łańcuchami, ale mam wrażenie magia i oręż stały się potężniejsze, a przeciwnicy słabsi. Trójkę skończyłem trzy razy szybciej niż jedynkę i nie sądzę, że była to krótsza gra. Zasadniczo jednak miałem pisać o dobrych stronach, więc koniec z psioczeniem.


Kratos, w którego skórę przyjdzie nam się wcielić, a losy prześledzić był przywódcą spartańskiego oddziału, który oddał swoje życie Aresowi. Przez boskie knowania, podczas grabieży jakiejś wioski, morduje swoją żonę i dziecko. Dręczące go przez dekadę koszmary i potrzeba zapomnienia, ucieczki od tego czynu staje się motorem napędowym jego poczynań w części pierwszej. Atena, z poparciem reszty Olimpu, postanawia owładniętego szałem mordu Aresa usunąć, a Kratos z nowo narodzonym pragnieniem zemsty wydaje się do tego idealnym narzędziem. W drugiej i trzeciej części nasz bohater już mści się na Zeusie, przy okazji eksterminując całą resztę jego rodziny.

Wpasowanie tej postaci w panteon greckich bogów i herosów naprawdę się twórcom udało. Ich interpretacja mitologii, często bliska, czasami daleka od znanej nam ze szkoły wersji, była zawsze oryginalna. Chociażby prze to jak coś doskonale nam znanego pokazano. Ta wizja przykuwała mnie do ekranu w równym stopniu, co szatkowanie antycznej fauny. Przykład: doskonale znany nam artefakt - Puszka Pandory. Puszka jak i sama Pandora, i powód dla którego Hefajstos ją stworzył, w grze wygląda zgoła inaczej niż w micie o Prometeuszu. Chociaż Zeus uwięził w niej zło, a Atena skrzętnie ukryła nadzieję, moc Puszki, wykorzystał Kratos. Dzięki temu zabija Aresa, a siły z niej uwolnione stają się motorem napędowym dalszej części historii. To jak spletli losy Ducha Sparty i Pandory, to jak upatruje on w niej odkupienia za śmierć córki, jak ostatecznie otrzymuje od niej rozgrzeszenie i siłę do dalszej walki - autentycznie mnie to wszystko wzruszyło. Przy tym nie było to przesadnie ckliwe i płytkie. Ale to tylko jeden z wielu takich przykładów. Kratosowi przyjdzie skrzyżować miecze z mitycznymi  herosami: Herkulesem, Tezeuszem i Perseuszem. To on zakończy żywot Ikara i Prometeusza. By móc sięgnąć w Olimpijski Ogień przejdzie (inspirowany "Cubem") labirynt Dedala i wytłucze do nogi tytanów.

Spodobało mi się zakończenie trylogii. Można powiedzieć, że z Kratosa, który przez cały czas był egoistą i kawałem sukinsyna, robi się bohater z krwi i kości. Człowiek myśli sobie: "O dobro zatriumfuje.", tylko po to by za chwilę zobaczyć jak Kratos w dość charakterystyczny dla siebie sposób pokazuje tej wyśnionej wizji dobra "fucka".


Kończyłem grać w GoWa, a moje myśli uciekały w stronę trylogii o Troi Davida Gemmella, którą przeczytałem w zeszłym roku. Nie była to może wybitna seria. Stylem czy językiem autor nie urzekał, ale było to solidne militarne fantasy, ze świetnie opisanymi potyczkami morskimi, dynamicznymi pojedynkami i pełnych rozmachu wielkich bitew. Co przede wszystkim odróżnia te dwa dzieła (oprócz medium) to koncepcja świata. U Gemmella jest bardzo prosta - gościu wyciął całą fantastyczność ze starożytnej Grecji. Ogołocił ją z bogów, magii i mitycznych stworzeń - prawie jak Kratos. To co tak mocno zapadło mi w pamięć, to dość nowatorskie podejście do tematyki "Iliady", opowiedzenie doskonale znanych motywów na nowo, obdarcie postaci z ich chwały i walorów, uczłowieczenie tych największych. Wiem, że takie zabiegi nie przynoszą pisarzom chwały, ale Gemmellowi moim zdaniem się udało. Jego historia jest bardzo uwiarygodniona i uczłowieczona - i ma pewien mianownik wspólny z GoWem.

Mity jak i "Iliada" to utwory powszechnie znane i chyba powszechnie lubiane. Nawet najbardziej oporne jednostki podczas przerabiania mitów potrafiły się wciągnąć. Nie chcę wysuwać tez dlaczego lubimy mity, ale tak po prostu jest. Nie spotkałem nikogo kto by powiedział "To była najgorsza rzecz jakiej uczyliśmy się na polskim." Albo że woli "Lalkę". Wsiąknęły one w naszą kulturę, przemawiają do nas wszystkich tak samo. I "God of War", i książki Gemmella przyciągnęły mnie nowatorskim podejściem do mitologi (czy wojny trojańskiej). To tak jakby dalsze losy tych herosów, o których nigdy nie usłyszeliśmy, a o których pisaliśmy w wypracowaniach domowych. Dzięki Kratosowi możemy polatać na skrzydłach Ikara (z większym powodzeniem), zestrzelić rydwan Heliosa czy przespać się z Afrodytą (to na pewno nie znalazło się w wypracowaniu żadnego czwartoklasisty). W moim wypadku to, że mogę wypruć flaki z kilku centaurów czy wyrwać oko cyklopowi miało drugorzędne znaczenie, chciałem przede wszystkim zobaczyć co tam twórcy jeszcze wykombinują. I wykombinowali naprawdę dużo, zaskakując mnie co i rusz. 


"God of War" to bardzo dużo brutalnej walki, przemoc - momentami naprawdę cholernie intensywna, ale też świetnie stworzona historia, a Kratos to prawie jak ostatni Czarnian. Jeżeli gdzieś ktoś się ostał, kto ma możliwość i w to nie gra, niech koniecznie nadrabia!

środa, 29 lutego 2012

Virga

"Słońce Słońc" Karla Schroedera wydała w zeszłym roku Ars Machina. Kupiłem książkę w ciemno, spodobał mi się opis i zapowiadany misz-masz gatunkowy powieści przygodowej, science-fiction i steampunku. Przeczytałem ją ponad miesiąc temu i bardzo często wraca do niej myślami. To pierwsza część cyklu o Virdze, niesamowitym świecie pomysłu Schroedera i właśnie o tym dzisiaj chcę naklepać kilka słów. Nie, nie ma tam ukulele i nie będzie to też recenzja książki..Po prostu klika luźnych przemyśleń na temat przebogatej wyobraźni pisarza.

Virga to gigantyczny balon wypełniony powietrzem, wodą i życiem, który unosi się gdzieś w bliżej nieokreślonej przestrzeni kosmicznej. Jest wielkości planety, jest pozbawiony grawitacji, a w samym jego sercu  pali się sztuczne słońce - rodzaj elektrowni, która zapewnia światło i ciepło, przynajmniej pewnej części tego świata (co więcej jest to też źródło materiałów do budowy mniejszych słońc, które mogą ogrzać i oświetlić dalsze zakątki balonu). Ludzie zamieszkują latające państwa-miasta, które przez ruch obrotowy tworzą sobie sztuczną grawitacje. Miasta te sobie dryfują bądź i nie, łączą się w sojusze, prowadzą wojny, te mniejsze parają się piractwem inne zarabiają na wydobywaniu węgla drzewnego bądź rolnictwie - przestrzeń Virgi przypomina mi Morze Karaibskie tylko "pływać" można we wszystkich kierunkach. 


Dlaczego Virga istnieje? Na to pytanie otrzymamy odpowiedź w trakcie lektury. Oprócz tego dowiemy się dlaczego nie ma na niej komputerów, a i sama cywilizacja się powoli cofa. Karl to bardzo fajnie wyjaśnił i sądzę, że to też jest świetny zalążek do czegoś większego. I zaręczam, nie jest to żaden idiotyczny eksperyment, skansen dla bogaczy ani wirtualna rzeczywistość. To prawdziwy, bardzo zaawansowany świat, który po prostu "poszedł naprzód" i mimo  rakietowych silników gigantyczne okręty budowane są z drewna, a potomkowie ludzi, którzy kiedyś zdobywali kosmos sypiają w hamakach, w drewnianych przybudówkach.

Może to co piszę nie robi żadnego wrażenia, ale wierzcie mi ten świat, z latającymi lasami i morzami w których pobudowane są kolejne miasta, tylko czeka na zekranizowanie go przez SquareEnix albo jakieś Mistwalker. Po prostu gotowy materiał wyjściowy na porządnego erpega. Nawet jeżeli fabuły nie chcieli by adaptować to niech wezmą sam świat! Virga wydaje się idealnie pasować do klimatu serii Final Fantasy. Serio, tam wszystko się zgadza. Tajemnicza przeszłość głównych bohaterów, sekrety rodzinne, zdrady i  wielka wojna. Dobrego serca złodziejaszek, piękne kobiety, prawi żołnierze, ruch oporu, zdradzieccy szpiedzy i żądni krwi i zemsty piraci. Zaginione cywilizacje, ukryte skarby, bitwy latających okrętów jakby stworzonych dla Cida. Zerowa grawitacja byłaby świetnym uzupełnieniem walk. Idealnie nadaje się do wszelkich zagadek logicznych lub części zręcznościowej. 


Pochłaniałem kolejne rozdziały i oczami wyobraźni widziałem sceny w jakości HD. Całe krainy odtworzone przez speców od grafiki CGI - lodowe obrzeża z dryfującymi górami lodu, spalone puszcze pełne zapomnianych budowli i latające miasto z barokowymi pałacami i slumsami wyciągniętymi żywcem z azjatyckiej metropolii. Nawet modę można by było żywcem przenieść do gry. Idealnie by to pasowało do japońskiej estetyki i uwielbienia do wszelkiego rodzaju dziwactw - suknie ze sznurowanymi gorsetami i falbaniastymi kryzami, bufiate rękawy, skórzane kurtki i obowiązkowe gogle. I są w Virdze różne małe i duże potworki, które będą mogły robić za przeszkadzajki.

Jak byłem młodszy i zagrywałem się do upadłego w Final Fantasy VII myślałem sobie jakby to było wspaniale przeczytać książkę właśnie w takim klimacie i proszę, prawie piętnaście lat później przeczytałem i bardzo mi się podobała. Na ten rok Ars Machina zapowiada kolejne dwa tomy, nie mogę się doczekać. I chociaż nie jest to raczej powieść na miarę nagrody Hugo, to jednak "daje radę" i zaręczam, ciężko oderwać się od lektury.

niedziela, 8 stycznia 2012

Czytelnicze podsumowanie roku 2011


Ubiegły rok to był w pewien sposób dla mnie przełomowy. Sporo się pozmieniało na korzyść, w tym między innym to, że powoli wracam do poziomu czytelniczego sprzed studiów. Skończyłem 60 książek, z czego kilka było ponad sześćset stronicowymi klockami, więc sądzę że to dobry wynik, na pewno satysfakcjonujący.

Kilka zdań podsumowania 2011 roku napisałem dla Carpe. Są to raczej takie luźne myśli, najważniejsze wydarzenia, a nie najlepsze książki jakie przeczytałem, ale można rzucić okiem. Szczególnie, że koledzy mają dużo ciekawsze spostrzeżenia.

Poległem dwukrotnie z wyzwaniem czytelniczym. Po prostu nie jestem w stanie tego ogarnąć i nie chodzi tutaj o bycie skrupulatnym czy solidnym. Nie potrafię się zmuszać do rzeczy, które z założenia maja sprawiać mi przyjemność. Bo pisanie bloga i czytanie książek to nie jest praca, którą muszę wykonać. To nie jest mój obowiązek. Jeżeli tak by się stało, gdybym dostawał za to pieniądze, podejrzewam że spokojnie bez obsuw dobijałbym do osiemdziesiątego opowiadania. Na razie cieszę się, że mogłem jebnąć ten projekt w kąt, gdy tylko nie miałem ochoty brać książki do ręki. Może wrócę.

Tradycyjnie teraz wymienię kilka najlepszych książek z zeszłego roku i skrobnę kilka słów na temat tych najsłabszych - tych było zdecydowanie najmniej.

5. Trylogia Millennium, autor: Stieg Larsson. Nie do końca jestem w stanie stwierdzić na czym polega fenomen tych książek. Czy chodzi o historie czy postaci? Na pewno nie o styl, bo ten nie jest za dobry, uwidacznia się bardzo warsztat dziennikarski Larssona. Brakowało dobrej redakcji. Co mi się niezmiernie podobało to tło polityczno-społecznie. Jest wątek kryminalny, ale również sporo tutaj wtrąceń obyczajowych. Larsson dopuszcza się w konwencji kryminału dokładnej analizy wielu sfer życiowych i krytykuje szwedzkie społeczeństwo, klasę rządzącą, a także i prasę. Inna sprawa, że przez te kilka dni (połknąłem książki w trochę ponad tydzień) strasznie zżyłem się z postaciami, które wydawały mi się cholernie prawdziwe. Czuć że targały nimi emocje, Larsson napisał je tak, że bardzo łatwo zrozumieć motywy ich postępowania, chociaż nie są one na pierwszy rzut oka takie oczywiste. Salander to jedna z najbardziej wyrazistych i oryginalnych kobiecych postaci w literaturze popularnej. Wiele się mówi, że przejdzie do historii i ja się z tym zgadzam. Nie było takiej drugiej.

4. "Rozgwiazda", autor: Peter Watts. To opowieść o ludziach - jak to ładnie określają na blurze - wyrzutkach, którzy zostali wybrani, właśnie przez swoje "upośledzenia" i brak przystosowania społecznego do pracy w elektrowniach, w bardzo trudnych warunkach, 3000 metrów pod wodą. Ale nie o codziennej ciężkiej pracy na stacji podwodnej jest "Rozgwiazda", chociaż to nieodłączny element, który gdzieś tam się przewija. Bezapelacyjnie postaci stanowią największą zaletę "Rozgwiazdy", ale co dziwne... mamy do czynienia z samymi antypatycznymi postaciami. I nie chodzi nawet o to, że Watts zaserwował nam koktajl tylko z oprawców i psychopatów. Tak nie jest, chociaż oczywiście mamy facetów znęcających się nad kobietami czy pedofila, ale też "ofiary" (molestowane i bite kobiety, niedoszli samobójcy) i nawet oni swoim zachowaniem, dziwną pasywności tej sympatii nie wzbudzają. Za to jest w nich coś magnetycznego. Nie sposób ich polubić, nie sposób im nie kibicować. Watts jest biologiem morskim i od tej strony technicznej mamy naprawdę wszystko dopięte na ostatni guzik. Niedostępne głębiny oceanu są niesamowicie przedstawione i opisane w taki sposób, że niejednokrotnie się po jakimś fragmencie otrząsałem. To science fiction, ale spokojnie można odnaleźć kilka elementów typowych dla horroru, "Rozgwiazda" czerpie pełnymi garściami z jego dobrodziejstw. Świat przyszłości o którym przyszło nam czytać również ciekawy, chociaż początkowo dostajemy bardzo niewiele informacji. Wizja nawet nie wydaje się tak bardzo odległa, akcja dzieje się chyba w 2050 roku, a wiele z rozwiązań które prezentuje Watts są na wyciągnięcie ręki - kwestia kilku dekad. "Rozgwiazda" jest trochę nierówna jeżeli chodzi o tempo. Po mocnym początku autor wyraźnie za połową zwalnia i wydawało mi się, że wszystko dzieje się raczej leniwie. Na szczęście końcówka jest naprawdę wystrzałowa. Pozamiatała mnie. Jestem urzeczony. 


3. "Długa dolina", autor: John Steinbeck. Zbiór opowiadań, a w nim masa perełek. Steinbeck pisze prawdziwie i szczerze o zwykłych ludziach i ich troskach. Nad żadnym tekstem, który zawarto w tym zbiorze nie mogłem przejść obojętnie. W każdym udaje się autorowi zawszeć uniwersalną prawdę lub mądrość życiową, ale jest to tak naturalne, bezpretensjonalne. Nie powoduje zmieszania ani frustracji. Większość tekstów ma drugie dno. Każdy zostawił we mnie po sobie ślad. To naprawdę nie są puste słowa. Nie raz się zdarza, że podczas rozmów z Kamilą odwołujemy się do któregoś opowiadania. Nie raz myślami wracam do wydarzeń opisanych przez Steinbecka i ogarnia mnie smutek. Opowiadania z "Długiej doliny" to obraz zwykłych, często biednych, ale pracowitych ludzi, którym przyszło żyć na zachodzi Stanów Zjednoczonych. Czuć w tym zbiorze fascynacje autora. Cieszy mnie to, że ktoś tak prosto potrafi wyrazić zachwyt nad pięknem poranka i nie powoduje to we mnie zgrzytania zębów. 


2. "Hyperion", "Upadek Hyperiona", autor: Dan Simmons. Tutaj znowu nie jestem w stanie oddzielnie potraktować tych powieści. "Hyperion" jest jedną z najlepiej napisanych książek z jakimi się spotkałem. Kończąc opowieść ostatniego pielgrzyma czułem podobną ekscytację jak w chwili kiedy skończyłem parę lat wcześniej dwa pierwsze tomy "Mrocznej Wieży" Kinga. Czułem też porażający smutek, chyba nigdy kiedy książka i wizja autora w niej zawarta, nie podziałała na mnie tak mocno. Były "Folwark zwierzęcy" i "Władca much", ale z nim się mogłem pogodzić, przeszedłem w końcu do porządku. Tutaj tego nie ma... co myślę "Hyperionie" czuję smutek. Świat przedstawiony w obu tomach jest przytłaczający, przerażający i jednocześnie zachwycający w swojej historii i złożoności. Urzekł mnie rozmach technologiczny i społeczny. Dan Simmons stworzył tutaj coś niesamowitego. Ten obraz cywilizacji ciągle odtwarzającej znajome obiekty: domy z kamienia, uniwersytety z czerwonej cegły, rowery jako prezenty urodzinowe - jest w jakiś sposób kojący. Jedna z postaci dość negatywnie się pod koniec na ten temat wyraża, ale osobiście myślę, że to jedna z niewielu pozytywnych rzeczy, którą ludzie robią po hegirze. I chyba najważniejsze - to strasznie dobrze przemyślana, dopięta na ostatni guzik, nie obrażająca inteligencji i wrażliwości czytelnika historia.


1. "Kronika ptaka nakręcacza", autor: Haruki Murakami. Odkryty w tym roku Murakami to dla mnie fenomen. Bezbłędnie odnajduję się w jego stylu, można powiedzieć, że zgrywa się on idealnie z moją wrażliwością. W przypadku "Kronik ptaka nakręcacza", tym co najbardziej mi zagrało jest postać głównego bohatera. Jego postrzeganie świata w jakiś niesamowity sposób pokrywa się z moim. Sytuacja życiowa może i inna, ale cała reszta, jego poglądy, antypatie, upodobania, wydają mi się bliskie. Druga sprawa to świat, w którym się czytelnik zagłębia. Mnożące się w niesamowitym tempie niesamowite wydarzenia i pojawiające się coraz to bardziej zwyczajne, ale jednocześnie fantastyczne postaci. Urzekła mnie żonglerka tematami. Przeskakiwanie między miejscami i czasem akcji. Ucieczki w świat snu. Brutalny realizm mieszający się z onirycznymi, poetyckimi fragmentami. Murakami z pewnością ma styl, który większości ludzi nie podejdzie. Ja się w nim zakochałem. W tym roku przeżyłem kilka naprawdę fantastycznych momentów z literaturą i sporą część z nich zapewnił mi właśnie on.


Co jeszcze?
  • Książki Marthy Grimes o Emmie Graham. Dowcipne, pełne ciepła podróże do Ameryki lat 60tych. Pasjonująca obyczajowa lektura wakacyjna z elementami kryminału, a może to przede wszystkim kryminały? Dla mnie te trzy książki to było prawdziwe ukojenie.
  • Antologia "Jest legendą: Antologia w hołdzie Richardowi Mathesonowi". Jak to każda antologia, zawiera kilka słabych tekstów, ale zawiera też kilka dobrych, bardzo dobrych i co najbardziej cieszy również i świetnych. "Gaz do dechy" Kinga i Hilla to jeden z nich. Drugi to "Powrót do Piekielnego domu" Collins - naprawdę straszny dom. Miałem ciary jak to czytałem, serio. Bawiłem się przy tym zbiorku świetnie. 
  • Inne książki Murakamiego: "Kafka nad morzem", "Po zmierzchu", "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta". Facet jest dla mnie niemałym odkryciem. Wiem, że teraz jest modny, ale nie wszystko co jest modne musi być kiepskie. Jego książki są dla mnie często pewnego rodzaju wyzwaniem intelektualnym. Trzeba umieć zawiesić niewiarę, wspiąć się na wyżyny abstrakcyjnego myślenia i często też trzeba bardziej czuć co ten facet pisze niż rozumieć. Tak myślę.  
W tym roku słabych książek było zdecydowanie mniej niż wcześniej. Mniej też było rozczarowań. 
Bezapelacyjnie największym gównem jakie przeczytałem były dwa tomy Wrot Baldura, które popełnił Philip Athans. W jakimś amoku, kierowany zakorzenionym gdzieś głęboko we mnie sentymentem, wziąłem je z biblioteki i straciłem bezpowrotnie całe pięć godzin życia. Powiem szczerze, że po pierwszych dziesięciu stronach można spokojnie rzucić te książki w kąt, dalej jest tylko gorzej. Ale czytałem powodowany chorą fascynacją i umiłowaniem do rzeczy obrzydliwych. Chciałem wiedzieć czym jeszcze autor mnie zaskoczy. A to co on wyczynia to prawdziwy obłęd. Zapomnijcie o ciągu przyczynowo-skutkowym, zapomnijcie o logice, nawet takiej która towarzyszy najsłabszej rozgrywce rpg. Zapomnijcie o wszystkim co było dobre w grach, bo tutaj tego nie ma. Tak słabo napisanej, beznadziejnie głupiej historii jeszcze nie czytałem. Koszmar. Słabą książką okazała się również "Mafia. Pełna historia" autorstwa Jo Durden Smitha. Największe grzechy tej pozycji to: potraktowanie tematu po łebkach, język - jakby prosto ze słabego artykułu na wikipedii, zarzucanie czytelnika dziesiątkami nazwisk, ogólnie słaby styl - miałem wrażenie, że autor nie do końca wie co to literatura popularnonaukowa i jakie rządzą nią prawa. No i na koniec... potworek duetu Jenna Jameson i Neil Strauss "Jak... kochać się jak gwiazda porno. Opowieść ku przestrodze". Kto by pomyślał że życie gwiazdy porno może dostarczyć materiału na tak nudną książkę? Kto by pomyślał, że jej bohaterka jest taką idiotką? Kto by pomyślał, że można tak nieciekawie opowiadać o tej branży. Po serialu HBO miałem jakoś nieziemsko wyśrubowane wymagania. Nie warta czasu i pieniędzy.

Dziękuję wszystkim, którzy mi w tym roku książki pożyczali i wypożyczali. Kamila, Agnieszka, Marek, Paweł, Radek - jesteście super! 

niedziela, 18 września 2011

Miasto celuloidu


Skończyłem dosłownie przed godziną "Spacerownik: Łódź FilmowaJoanny Podolskiej i Jakuba Wiewiórskiego. Podchodziłem do tej książki sceptycznie. Wydawało mi się, że nie będzie o wartościowa pozycja... po części nie wiedziałem też za bardzo czego się spodziewać. Mam złe skojarzenia z takimi publikacjami - czysto komercyjne produkty z bardzo kiepskiej jakości materiałem. Ten przewodnik okazał się inny. Od pierwszych stron się wciągnąłem. Setki anegdot o miejscach, które znam, w których byłem, które widziałem dziesiątki razy. Do tego piękne opowieści o filmowej Łodzi, o ludziach którzy tam się uczyli, pili i bawili się, mieszkali, tworzyli, a których filmy od lat oglądam i uwielbiam. To podwójna podróż w czasie: do lat świetności  przemysłowej Łodzi, kiedy powstawały kolejne fabryki i pałace oraz do lat kiedy to miasto było stolicą polskiej kinematografii. Określenie HollyŁódź nie jest nadużyciem. 


Jako, że horror w moim sercu na miejscu pierwszym postanowiłem wypisać króciutkie fragmenty o horrorach, które tam kręcono: 

(o pałacu Scheiblera - filmowym pałacu, w którym obecnie znajduje się muzeum kinematografii) "Wszystkie pomieszczenia na parterze łącznie z klatką schodową, a zwłaszcza jadalnia, występują też w filie "Powrót wilczycy" w reżyserii Marka Piestraka (1990). To jak dotąd jedyny film, gdzie grają także pomieszczenia pierwszego piętra. Pałac łódzkiego przemysłowca zagrał tu wnętrze XIX-wiecznego pałacu Ziembalskich w Krakowie, który odwiedza malarz Kamil Orzelski (Jerzy Zelnik) ze swoją młodą żoną Krystyną (Grażyna Trela). Spędzają noc w pokoju, w którym mieszkała niegdyś hrabina Julia, tytułowa wilczyca, zastrzelona świętą kulą. Krystyna ginie zabita przez wilkołaka. Splot kolejnych wydarzeń powoduje, że Kamil strzela do wilkołaka, a cały dom płonie. Większość scen została wyczarowana w przestrzeniach pałacu przy pl. Zwycięstwa."

"Cudowne dziecko" (nie horror, a film dla dzieci, ale trochę w takich podpalaczkowych klimatach, więc daję)
(o ośrodku "Prząśniczka" w Arturówku) "Ten sam ośrodek nad Bzurą zagrał amerykański szpital w "Cudownym dziecku" (Waldemar Dziki,1987), gdzie badane są psychokinetyczne zdolności Piotra Mellera (Rusty Jedwab). Chłopiec może siłą umysłu sprawić, że pękają szklanki, przewracają się półki, a puszki same się otwierają i oblewają gości. W końcu zdolności chłopca zapobiegają gigantycznej katastrofie. Gdy Chłopiec trafia do szpitala ("Prząśniczki") budynek oglądamy zza ogrodzenia, widać na nim napis w języku angielskim, że obiekt zamknięty i wstęp wzbroniony."

"Listopad" ("Novembre")
(o Lublinku) "W 1992 r. na Lublinku kręcona była finałowa scena polsko-francuskiego horroru pt "Novembre" w reżyserii Łukasza Karwowskiego. Główna bohaterka - Sara - idzie przez pustą, wielką równinę, starając się dogonić małą dziewczynkę niosącą lalkę. Kiedy chce już do niej podejść, niewidzialna dłoń dotyka jej ramienia. Sara odwraca się do widzów twarzą, na której pojawia się uśmiech. To sen który zawsze ją prześladował."

"Thr3e" (o tym filmie autorzy wspominają dość często)
(o Grand Hotelu) "Hotel spodobał się także międzynarodowej ekipie kręconego w Łodzi dreszczowca "Three". Widać go zarówno z zewnątrz, jak i jedne z pokoi." (o Piotrkowskiej 102 i pubie Łódź Kaliska) "A przed znajdującą się w tym samym podwórku dyskoteką Port West (West Side) porywają Kevina Downes we "Thr3e"." (wspomniane przy okazji skansenu z Piotrkowskiej 282) "W 2005 r. ta sama ekipa zrealizowała w łódzkiej scenerii dreszczowiec "Thr3e" (to również adaptacja prozy Dekkera. Obraz także reżyserował Robby Henson, autor filmów dokumentalnych oraz takich hollywoodzkich produkcji, jak: "The Badge" z Patricią Arquette i Billem Bobem Thorton'em czy "The Visitation"." (o placu Reymonta) "Warto też wspomnieć wybuch autobusu w "Thr3e" Robby'ego Hensona. Najpierw w miejscu eksplozji stał amerykański autokar, wykorzystywany w filmie. Później zastąpił go wysłużony pekaesowski jelcz i to on spłonął." (o ulicy Roosevelta) "A mieszkanie głównego bohatera "Thr3e" Robbyego Hensona (2006) znajdowało się w pofabrycznej hali przy ul. Roosevelta (w dawnej fabryce Ramischa). Podobnie jak cała scenografia było ono dziełem łodzianina Wojciecha Żogały. Amerykanom podobała się nie tylko aranżacja wnętrza, ale także widok z okna. Zwłaszcza na zbudowany w latach 70. biurowiec BRE, który wydawał się im znacznie starszy."

"House
(o domu z ul. Scaleniowej) "Zanim dom z ul. Scaleniowej trafił do skansenu, stał przez dłuższy czas opuszczony. Administracja wykwaterowała lokatorów z uwagi na zły stan techniczny obiektu i zagrożenie katastrofą budowlaną. W 2006 r. wyrażono zgodę, by kręcić w nim amerykański thriller "House" w reżyserii Robbiego Hensona na podstawie książki Teda Dekkera i Franka Perettiego. Rzecz się dzieje w stanie Alabama, na zupełnym odludziu. Młodzi ludzie, którym na leśnej drodze psuje się samochód, trafiają do opuszczonego pensjonatu Wayside Inn. Tam okazuje się, że czyha na nich psychopatyczny morderca. W filmie zagrał m.in. jeden z ulubionych aktorów Quentina Tarantino Michael Madsen ("Kill Bill", "Sin City", "Wściekłe psy")."
Gorąco polecam wszystkim łodzianom i miłośnikom filmu. Myślę, że to pozycja, którą warto mieć w domu.

czwartek, 15 września 2011

W poszu­ki­wa­niu zabój­czego grzyba

Jeżeli ktoś lubi techno-thrillery to "Spirala" McEuena jest pozycją obowiązkową. To również dobra pozycja dla miłośników Japonii, białych jeleni, robotyki, letterboxingu, grzybów i Tolkiena. Chociaż tego ostatniego jest naprawdę niewiele. I nie oceniajcie książki po okładce. McEuen jest świetny, mam szczerą nadzieję, że napisze kolejne powieści. 

Więcej na temat "Spirali" w recenzji na Carpe Noctem.

wtorek, 13 września 2011

Dobry Dzikus nie jest zły

"Dzikusa" pokazał mi Pavel. Wydaje się, że przeszła ta książka totalnie bez echa. Mimo ilustracji popełnionych przez ulubionego rysownika Neila Gaimana - Dave'a McKeana, przez dwa lata od premiery nawet na wzmianki na jej temat nie trafiłem. Dziwna sprawa, bo ta króciutka książeczka Davida Almonda, chociaż skierowana raczej do młodszego czytelnika, dorosłym również może przynieść sporo satysfakcji. To historia dzieciaka, który zaczął sobie radzić z problemami. Stało się to dzięki pisaniu. Uciekając w świat fantazji znalazł sposób na radzenie sobie ze śmiercią ojca i szkolnym bullingiem. Jest to książeczka trochę makabryczna, ale też w pewien sposób kojąca. I całkiem mądra trzeba dodać. Można powiedzieć, że dedykowano ją wszystkim chłopcom i dziewczynkom, które w wieku dziecięcym spotykają na swojej drodze kogoś, kto uprzykrza im życie. Każdy z nas ma w sobie pewnie coś z dzikusa i dobrze to Amond ukazał. Specyficzne ilustracje McKeana są idealnym dopełnieniem. Jego niespokojna, koślawa kreska oddaje charakter tej historii.

Książeczkę można znaleźć jeszcze w księgarniach, przeceniono ją na 5 złotych. Pięć! Warto zakupić. Ja już się za nią rozglądam.

niedziela, 4 września 2011

RockMann

Od dłuższego już czasu słucham Trójki. Zaraziła mnie Kamila i jestem jej za to dozgonnie wdzięczny. Jedynym z największych atutów tego radia jest Wojtek Mann. I nie chodzi mi tutaj o jego gabaryty. Jego specyficzne poczucie humoru lubiłem od zawsze. Już jako szczyl, gdy w niedzielę o 16 rodzina przełączała na "Szansę na sukces", czułem że facet jest niesamowity. Już wtedy jego dowcip, chociaż skierowany do wiele bardziej dojrzałych ludzi, mnie cieszył. Poza tym od tego człowieka, od jego głosu, bije niesamowite ciepło... nie umiem tego nawet ubrać w słowa. Jak z przed wyjściem do pracy włączam Trójkę i tak się składa, że audycję prowadzi właśnie pan Wojtek i mówi o ptaszkach, to automatycznie idę do pracy z o wiele lepszym humorem.

Miałem szczęście i trafiłem w bibliotece na jego autobiografię "RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą". Jest to jego pierwsza, miejmy nadzieję, nie ostatnia książka. Przedstawiona jest historia człowieka, dla którego muzyka jest pasją i to właśnie ona jest rdzeniem wokół której snute są opowieści z życia autora. Cóż więcej  mogę napisać? Te trzy godziny czytania są bardzo nostalgiczną podróżą w czasie. Cofamy się z autorem do lat, których nie jestem w stanie pamiętać, jedynie sobie wyobrazić. Muszę przyznać, że mimo tej całej peerelowskiej szarości jawią mi się one bardzo kolorowo (bez jakiegokolwiek gloryfikowania). W samym obcowaniu z muzyką jest jakaś magia. Jestem z pokolenia, dla którego internet jawił się jako puste i obce miejsce, a kaseta magnetofonowa była głównym nośnikiem muzyki. Podczas lektury  czułem, że to moje wspólne słuchanie muzyki, jeżdżenie na koncerty, polowanie na piosenkę i zgrywanie kawałków z radia, wpisuje się w to o czym Mann pisze. 

Świetna autobiografia świetnego człowieka. Nie polecam jedynie tym, którzy nie lubią muzyki. Są tacy?

środa, 16 marca 2011

O "Mistyfikacji" na CN

Kilka dni temu na CarpeNoctem pojawiła się moja mocno zaległa recenzja "Mistyfikacji" Harlana Cobena. Zaległa z mojej winy.

Jeżeli ostał się jakiś fan Cobena, który zakupu tej książki jeszcze nie dokonał, a rozważa, to niech uważnie przeczyta. Może zaoszczędzi kilkadziesiąt złotych. Według mnie to najsłabsza rzecz jaką popełnił Harlan. Więcej w recenzji.

środa, 23 lutego 2011

O "Poziomie śmierci" i trzecim numerze "Śledczego" na CN

"Poziom śmierci" Lee Childa wspomniałem przy okazji książkowego podsumowania ubiegłego roku. To mocna, trzymająca od początku do końca w nielichym napięciu sensacja. Dodatkowe atuty: bardzo ciekawy główny bohater, interesująca intryga, świetna narracja. Zresztą ja już to pisałem. W każdym razie jakiś czas temu na CarpeNoctem ukazała się mojego autorstwa owej książki. Jeżeli ktoś jest zainteresowany prozą Lee Childa, chce rozpocząć przygodę z jego pisarstwem to do niej odsyłam.

Od dłuższego czasu na Carpe wisi również moja recenzja trzeciego numeru magazynu "Śledczy". Fani thrillera czy kryminałów to z pewnością czas spędzony na jego lekturze uznają za ciekawy. Praktycznie nie ma słowa na temat gangów czy mafii - artykuły z tego numeru oscylują przede wszystkim wokół tematyki seryjnych morderców. Można sobie uzupełnić obraz tych osobników, który ukształtowała nam literatura i kino, o informacje z pierwszej ręki. Więcej pod linkiem i oczywiście w kioskach. A 4 kwietnia kolejny numer!

czwartek, 3 lutego 2011

15 lat polskiej polityki w pigułce

Czytam "Słówka historyczne czyli III Rzeczpospolita w cytatach" Agnieszki Laskowskiej. Muszę przyznać, że to świetna pozycja. Warto ją mieć w domu. To takie 15 lat (1989-2004) polskiej polityki w pigułce. Czytam o rzeczach, których nie pamiętam albo pamiętam przez mgłę. Niektóre wydarzenia znowu znam doskonale. Są wypowiedzi, których kontekst często nie był mi znany. Czytam i śmieje się, prawie się kulam od tego śmiechu, chociaż nie wiem czy nie powinienem płakać.

Przeczytajcie zresztą sami:

"Bóg dał nam numer jeden." Jarosław Kaczyński o numerze listy wyborczej PC.
I komentarz autorki: "Wszyscy pozostali politycy byli przekonani, że dla nich numery losuje przedstawiciel Państwowej Komisji Wyborczej."


Ten i wiele śmieszniejszych, a zarazem smutniejszych cytatów szukajcie tu:


niedziela, 30 stycznia 2011

Fizyki rzeczy niemożliwych

Jestem w trakcie lektury "Fizyki rzeczy niemożliwych. Fazery, pola siłowe, teleportacja i podróże w czasie" Michio Kaku.

Kaku to dziekan katedry fizyki teoretycznej Uniwersytetu Nowojorskiego. Jeden z najbardziej wybitnych fizyków-teoretyków Lista jego publikacji jest imponująca - przy czym facet jest naprawdę sympatyczny i medialny, nie ucieka też od łączenia nauki z fantastyką. Jednakże z pewnymi obawami zabrałem się za tą pozycję. Z fizyką nie miałem do czynienia od czasu liceum. Ale jest dobrze. Kaku pisze bardzo przystępnie, każde zagadnienie wykłada od podstaw (przypominając wszystkie zasady) i bardzo łatwo sobie poradzić z taką podstawową wiedzą, na poziomie liceum (z tym, że ja miałem bardzo wymagającego nauczyciela, który niemiłosiernie nas piłował i może też dlatego, że po prostu lubiłem ten przedmiot). A o czym w ogóle jest ta książka? Jest to rzeczowa analiza rozwiązań technicznych znanych z produkcji science fiction. Kaku bierze na warsztat pojęcia: teleportacji, telekinezy, psychokinezy. Rozważa na temat podróży w czasie, lotów kosmicznych, obcych cywilizacji i wszechświatów równoległych. Olbrzymi plus za to, że nie jest to sucha praca naukowa. Autor okrasza ją niezliczoną ilością przykładów z literatury fantastycznej, seriali i filmów, a także hojnie sypie anegdotami o fizykach, astronomach i pisarzach.
Dwa fragmenty. Pierwszy dotyczy Alana Turinga, twórcy informatyki, człowieka, który przyczynił się w znaczącym stopniu do rozszyfrowania Enigmy:
"Turing nie został jednak uhonorowany jako bohater, który przyczynił się do zmiany biegu II wojny światowej, zamiast tego padł ofiarą nagonki. Pewnego dnia w jego domu doszło do włamania i uczony wezwał policję. Niestety w czasie tej wizyty policjanci znaleźli dowody na jego homoseksualizm i Turinga aresztowano. Wyrokiem sądu został skazany na zastrzyki z hormonów płciowych, co miało katastrofalny efekt - urosły mu piersi i cierpiał psychiczne katusze. W 1954 roku popełnił samobójstwo, zjadając jabłko polane cyjankiem. (Według jednej z plotek, logo filmy Apple, ugryzione z jednej strony jabłko jest hołdem dla Turinga)."
Następny fragment dotyczy budowy miecza świetlnego, którego w wersji prezentowanej w Star Wars nie można zbudować, bo niemożliwym jest zestalenie światła:
"W rzeczywistości istnieje sposób na skonstruowanie czegoś przypominającego miecz świetlny - w tym celu należy posłużyć się plazmą, czyli zjonizowanym gazem. Plazmę można rozgrzać do tego stopnia, że będzie się żarzyć w ciemności i przecinać stal. Plazmowy miecz świetlny składałby się z cienkiego, pustego w środku pręta wysuwającego się z rękojeści niczym wędka teleskopowa. Do wnętrza takiego pręta uwalniałoby się gorącą plazmę, która wydostawałaby się na zewnątrz niego przez umieszczone regularnie na całej jego długości niewielkie otwory. Wypływająca z rękojeści plazma, przemieszczając się wzdłuż pręta i wydostając się przez otwory na zewnątrz utworzyłaby długą, żarzącą się rurę niezwykle gorącego gazu, pozwalając stopić nawet stal. Urządzenie takie nazywa się również czasem palnikiem plazmowym."
Podejrzewam, że Lucas będzie się próbować procesować z każdym kto chciałby taki miecz plazmowy, chociaż częściowo podobny do broni Jedi, produkować.

Polecam szczerze wszystkim lubiącym fantastykę (science fiction w szczególności). Kaku w przystępny sposób tłumaczy co, kiedy i na jakich zasadach będzie możliwe, i w czym się futuryści pomylili. Myślę, że to świetna pozycja dla każdego, kto chce poszerzyć swoją wiedzę i mieć jako takie podstawy w obcowaniu z fantastyką naukową.