Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wyspa tajemnic

Martin Scorsese należy do, z każdym rokiem coraz bardziej malejącej, grupki reżyserów, na których filmach się nigdy nie przejechałem. Może akurat ten który będzie do kitu, jest jeszcze przede mną, ale do tej chwili jeszcze na taki nie natrafiłem. I obojętnie czy były to niedoceniane "Gangi Nowego Jorku", czy oskarowy remake "Infiltracja", czy słabo znany short "Co taka miła dziewczyna jak ty robi w takim miejscu?" - podobał mi się każdy, chociaż przyznaję się, jak do niektórych wracam po latach, to trochę tracą (tym który stracił jest "Kasyno"). Facet ma dar, łeb i łapę do kręcenia filmów - wszystko mi u niego gra. Jego koncepcja pokrywa się z tym, co ja chcę widzieć. W ubiegły piątek miałem przyjemność obejrzeć w kinie jego najnowszą produkcję - "Wyspę tajemnic". I nie przejechałem się.

Na Shutter Island, odizolowaną wyspę ze szpitalem psychiatrycznym dla najgorszych przestępców, przybywa dwóch szeryfów federalnych. Mają przeprowadzić śledztwo w sprawie zniknięcia pacjentki. Kobieta rzekomo zniknęła z zamkniętej celi, wyparowała, przeszła przez ścianę. Śledztwo idzie topornie. Dyrekcja i personel pomagają, ale szeryf Teddy Daniels uważa, że to tylko pozory, że coś skrzętnie ukrywają i przy każdej możliwości daje im w kość. W momencie kiedy natrafiają na mur nie do przebicia, postanawiają wrócić na stały ląd. Z tym że potężna burza krzyżuje im jednak plany, zostawiając ich na wyspie pełnej szaleńców i nieżyczliwych im ludzi jedynie z enigmatyczną notatką o rzekomym 67 pacjencie. I tak dwójka szeryfów federalnych staje w obliczu zagrożenia i tajemnicy, która wybiega daleko poza śledztwo, z którym na wyspę trafili.

Ta część tekstu może zawierać delikatne spoilery. Film zaczyna się jak klasyczny thriller kryminalny i zapowiada grubą intrygę. Byłem zachwycony kierunkiem w którą to wszystko zmierza. Eksperymenty na ludziach, tajne jednostki rządowe, spisek na najwyższym szczeblu władzy i w tym wszystkim osamotniony, miotający się bohater, który nie może nawet ufać swojemu partnerowi. I nagle to wszystko sypie się niczym domek z kart, odsłaniając kłamstwo, w które oczywiście wszyscy grają. Łącznie z Teddym Danielsem, chociaż może raczej należałoby powiedzieć grają w kłamstwo Teddy'ego Danielsa? Z początku mnie to nie zachwyciło. Kolejny film z twistem, który miesza ostro w fabule, odwracając ją do góry nogami. Z tym, że idealnie się to wszystko poukładało w całość, a i można było sobie wcześniej to wykoncypować (mnie udało się zmylić, siedziałem w tym do chwili gdy Teddy strzela do Dr Cawley'a) i nie potrafiłbym niczego złego "Wyspie tajemnic" zarzucić, bo skonstruowali ją świetnie. A jednak, nie byłem zadowolony, do ostatniej sceny, do chwili gdy nie usłyszałem ostatniego zdania, które Daniels wypowiada do Aule'a. Wtedy to się na szczęście zmieniło. Pomyślałem: "Okej Scorsese. Znowu Ci się udało. Twój film podoba mi się od początku do końca." Ostatecznie dostałem niejednoznaczny, smutny i niepokojący obraz, który gnieździł mi się w głowie przez kilka następnych dni.


Filmy Scorsese zawsze doskonale oddają lata, o których opowiadają. I chociaż szpital psychiatryczny na odizolowanej wyspie z połowy lat 50tych z pewnością łatwiej było odwzorować niż Vegas lat 70tych, czy XIX wieczny Nowy Jork, to w żaden sposób nie umniejsza rezultatowi tej pracy. Psychiatryk jest złowrogi, pełen cieni i przywodzi na myśl wszystkie koszmary, które zaczynają się w sterylnej, okratowanej celi, a kończą w przypominającym ścieki labiryncie korytarzy. Kapitalny klimat potęgowały plenery, scenografia, charakteryzacja i efekty CGI. Jak dla mnie Shutter Island było momentami równie przerażające co Silent Hill. Bez kitu. Wyciśnięto koncept do końca. Samych strasznych momentów było kilka, ale dwa podziałały nam nie szczególnie. Pierwszy to sen z umierającą żoną Danielsa. Wizja tak sugestywna, że miałem na niej dreszcze. Druga na której się wzdrygałem to egzekucja strażników w Dachau. Podróż Teddy'ego po bloku C, również nie należał do najprzyjemniejszych. Całości dopełnia muzyka. Idealny wybór kompozytorów i utworów. Po prostu uczta dla ucha i podkręcanie śruby jednocześnie. Bo jakże można się nie bać, gdy z głośników leci Penderecki? Także od strony nastroju grozy, "Wyspa tajemnic" jest jednym z najlepszych filmów, nie będącym horrorem, jaki widziałem w ostatnimi laty.


Na słowa pochwały jak zawsze zasługuje Leonardo DiCaprio. Dla mnie jest najlepszym aktorem swojego pokolenia, i tutaj, jak zwykle zresztą, z miejsca mnie do swojej postaci przekonał. W sumie nie mogę krytycznie wypowiedzieć się o kimkolwiek z obsady. Świetne małe rólki mieli Max von Sydow, Jackie Earle Haley i Ted Levine (chociaż ich role to głównie interakcja z DiCaprio). Równie dobrzy są Ben Kingsley i Mark Ruffalo. Kingsley emanuje w każdej scenie życzliwością i troską mieszającą się z ciekawością - i chyba postać Doktora Cawleya była dla mnie przez cały seans najbardziej intrygująca. Jeżeli chodzi o postaci kobiece to tutaj jakoś bez rewelacji, ani Emily Mortimer, ani Michelle Williams nie stworzyły niezapomnianej kreacji.


"Wyspa tajemnic" jest jak najbardziej warta obejrzenia. Ja sam z pewnością jeszcze sobie go nie raz powtórzę i będę chciał mieć ten film w domowej kolekcji. Ci którzy stawiają klimat nad galopującą akcją (której w sumie też w tym filmie nie brakuje) powinni być usatysfakcjonowani. Ci drudzy, jeżeli przymkną oko na lekkie dłużyzny, też nie powinni narzekać. Jedyne co trochę boli to, że w zalewie filmów z zaskakującymi i przewrotnymi końcówkami, które wypleniły się po "6 zmyśle" ten film nie będzie miał takiego oddziaływania jakby miał dekadę wcześniej. 15 lat temu nazwano by go arcydziełem thrillera psychologicznego.

piątek, 15 stycznia 2010

Jedenaście najlepszych filmów roku 2009

W końcu udało mi się jakoś wyliczyć i zrobić sensowne podsumowanie najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć (nie tylko w kinie, ale również w domowym zaciszu). Chyba i w tym zestawieniu nie ma specjalnego zdziwienia odnośnie pierwszego miejsca. Cztery z uwzględnionych tu produkcji miały już swoją chwilę na tym blogu, także nie będę się powtarzał. Bez zbędnych ceregieli, oto jedenaście, w moim mniemaniu, najlepszych filmów 2009 roku.
  1. "Avatar"
  2. "Odlot"
  3. "Moon"
  4. "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
  5. "Kac Vegas"
  6. "Star Trek"
  7. "Watchmen Strażnicy"
  8. "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
  9. "500 dni miłości"
  10. "Koralina i tajemnicze drzwi"
  11. "Zielona Latarnia"

Pierwszy lot

Zieloną Latarnię, jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów uniwersum DC, znałem jedynie pobieżnie z występów w serialu animowanym. Wiedziałem, że facet moc czerpie z pierścienia i dzięki niemu potrafi urzeczywistniać wszystko co przyjdzie mu na myśl. Trochę jak Planetarianie. I jakoś nie ciągnęło ani do komiksów, ani nawet do czytania newsów o powstającym filmie aktorskim. Ale w łapy wpadł ten animowany film, bez żadnych większych oczekiwań włączyłem i było świetnie. Fabuła prościutka - Hal który dostał pierścień zostaje wcielony do Zielonego Korpusu (tacy zieloni strażnicy wszechświata) i mimo że żółtodziób to musi odnaleźć zdrajcę ukrywającego się w organizacji. Nie jest łatwo, bo nie dość że wszyscy bardziej doświadczeni, mają taką moc jak on, to i kosmos dla Zielonej Latarni nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Od pierwszych minut akcja, świetne postaci, zabawne dialogi i pierwszorzędny klimacik. Idealny komiksowy film animowany. Może i Marvel wygrywa na ilość sprzedanych komiksów, ale w animacjach wszelakich DC od lat jest górą.


Kukiełki lepsze niż książka

Gaiman swoją "Koraliną" mnie nie powalił. Za to weteran branży, Henry Selick trafił bezbłędnie w moje gusta. Wydobył z tej historii wszystko co dobre, podrasował i przyozdobił wytworami swojej wyobraźni. I tak "Koralina i tajemnicze drzwi" jest moim zdaniem dużo lepsza niż książka. Film zrobiony jest z olbrzymim polotem, odpowiednio straszny, momentami śmieszny i przede wszystkim wciąga jak diabli. Animacja jak zwykle świetna. Dbałość o szczegóły porażą, kukiełki mistrzowskie, a światy Koraliny, lekko podrasowane komputerem, wyglądają cudnie. Ale jeżeli miałbym porównywać trzy najbardziej znane animacje poklatkowe - "Koralinę", "Miasteczko Halloween" i "Gnijącą pannę młodą" to ta pierwsza wypada najsłabiej, chociaż słaba w żadnym wypadku nie jest. Po prostu za mało tam śpiewają.


Nieromantyczny film o miłości

Świetnie zagrany, ciepły i bardzo prawdziwy film o uczuciach, który... jak to zaznacza narrator już na wstępie, nie jest "love story". I dobrze, bo rom-komów mamy pod dostatkiem. Akurat "500 dni miłości" wstrzelił się w moje poczucie humoru idealnie. Wszystko tak niekonwencjonalnie podane, trochę z przymrużeniem oka, trochę na serio. Historia związku zwykłego chłopaka i zwykłej dziewczyny. Bez udziwnień w stylu zawodów baloniarskich. Jest za to kino, wycieczki do Ikei, kawa i spacery do parku. Bardzo przyjemny, idealny do obejrzenia z drugą połówką.


Wizualny orgazm

Jakoś ominąłem całe to zamieszanie związane z premierą "Strażników". Z braku czasu nie poszedłem do kina i obejrzałem dopiero kiedy pojawiła się wersja reżyserska. Podobał mi się, ale i też trochę zmęczył. Jednak te 187 minut to za dużo. Snyderowi udała się sztuka wkomponowania wszystkiego ładnie, wiernie, ale nadal twierdzę, że nie zawsze wierna adaptacja jest dobrą ekranizacją. Momentami mi się dłużyło, było za dużo pitolenia i dylematów, które sprawdzały się rozpisane na stronie komiksu, a nie rozciągnięte na kilka ujęć. Ale zaraz, ja miałem o najlepszych filmach pisać. No właśnie, dłużyzny nie zmienią faktu, że to co ten reżyser dokonał jest godne podziwu i należą mu się brawa. Od strony wizualnej "Strażnicy" to mistrzostwo świata. Świetne scenografie, idealne efekty CGI, kapitalne ujęcia kamery. Od strony audio też. Ścieżka i kawałki doskonałe. Pochwalić muszę dobór aktorów, dbałość o szczegóły i te wszystkie dodatki o jakie postarał się reżyser. Film zrobił na mnie wrażenie równie duże co komiks, serio. Jak dla mnie nie spłycono niczego. Co miało kopnąć kopnęło. I jedyne czego żałuję to, że nie poszedłem do kina.


Szwedzka ofensywa kryminalna

"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to jeden z najlepszych thrillerów kryminalnych jaki miałem przyjemność oglądać (ostatnio równie dobrym filmem z tego gatunku była koreańska "Zagadka zbrodni"). Świetnie poprowadzona fabuła, bardzo dobrze zarysowani i ciekawi bohaterowie, mroczna intryga i szybkie tempo. Film jest inteligentny i emocjonujący. Trzyma w napięciu. Jest mocny, dosadny i odważny. Jeżeli chodzi o fabułę to wszystko dopięto w nim na ostatni guzik (nic mi nawet nie zazgrzytało). Od strony technicznej wszystko świetnie: kapitalne plenery, pasująca muzyka, dobre zdjęcia i efekty. To naprawdę kawał solidnego kina. Wyróżnia się bardzo na tle tego wszystkiego co teraz wychodzi za oceanem.

Część druga, czyli "Dziewczyna, która igrała z ogniem" jest minimalnie słabsza. Brakowało mi takiego wątku kryminalnego jaki był w pierwszej części. Jest śledztwo, ale nie jest równie równie emocjonujące co poszukiwania mordercy Harriet. Intryga wyraźnie kręci się wokół Lisbeth, która z pomocnika zostaje głównym bohaterem. Za to plus, ale szkoda że urwano wątek handlu kobietami. Co jeszcze...? Jest dużo więcej akcji i film jest dużo bardziej dynamiczny. Fabuła pierwszej części to kilka miesięcy. Tutaj całość zamyka się chyba w tygodniu. Jest intensywniej. A to porwanie, pościg, bójka, włamanie, kolejna bójka... nie ma chwili odpoczynku. Ogląda się równie dobrze i te dwie godziny (z małym hakiem) mijają bardzo szybko. Mimo iż oba filmy stylizowane są na Hollywood to widać w nich europejską duszę. Świetne kino!


Człowiek z Księżyca

Miłośnicy kina science fiction mieli dobry rok. Niehollywoodzki "Moon" syna Bowiego, fanom gatunku na pewno przypadnie (jeżeli już nie przypadł do gustu), pozostałym myślę, że również. To cholernie dobry film. Z gęstym i ciężkim klimatem. Idealnie oddano tu izolację, wzmagającą się desperację, strach i zagubienie jakie panuje na księżycowej stacji. Czuć echa dzieła Kubricka (Anglia ma szczęście do sci-fi), a potęguje to wszystko muzyka Clinta Mansella, który jest mistrzem dołujących kompozycji. Oprócz tego, zafundowano nam pierwszej klasy scenariusz, a Rockwell stworzył kapitalną kreację - facet jest jednocześnie zabawny i przygnębiający, aż gardło ściska. Zbrodnią jest to, że Sony nie posłało tej produkcji do walki po Oscary. Sam w końcu mógłby otrzymać statuetkę, bo pracuje na nią od lat i za "Moon" spokojnie mógł ją zgarnąć.


Co jeszcze? Ogólnie oceniam rok 2009 tak sobie. Superprodukcje w dużej mierze były słabe. Dużo filmów, na które czekałem, w których pokładałem nadzieję mnie rozczarowało. Czasem bardzo mocno. Mam szczerą nadzieję, że w 2010, który zapowiada się smakowicie, będzie znacznie lepiej.

I tak, "Zielona Latarnia" podobała mi się bardziej niż "Dystrykt 9".

sobota, 31 października 2009

Jedenaście najbardziej ulubionych strasznych filmów


Prawie załapałem się na Halloween, prawie. Wrzucam z datą wczorajszą (czyli 31 października), bo wpis wybitnie pod to święto. Nie będzie to lista najlepszych, najstraszniejszych czy najbardziej przełomowych horrorów wszech czasów, chociaż część z tych pozycji spokojnie mogłaby figurować na takich listach. Będzie jedenaście filmów grozy, które po prostu uwielbiam. Bałem się na nich, czasami śmiałem (bo śmiech to nieodzowny element tego gatunku), ale przede wszystkim dobrze bawiłem.

11.) "Krwawa uczta" ("Feast", 2005). Jeżeli miałbym określić ten film trzema przymiotnikami to prawdopodobnie: krwawy, zabawny i obrzydliwy, byłby najbardziej trafne. To jeden z tych filmów, które próbują kultywować tradycje "Martwicy mózgu" czy "Martwego zła". Zdaje sobie sprawę, że te produkcje dzieli tak bardzo dużo, że akurat te klasyki to święta rzecz, i że dla wielu porównywanie ich do tej produkcji zakrawa na herezję. Ale co zrobię, lubię "Krwawą ucztę", lubię ją chyba bardziej niż dzieła Cravena i Jacksona. Oglądałem ją kilka razy i za każdym razem bawię się fantastycznie. Prosty, wulgarny humor, spora ilość wylanej juchy, potwory, Henry Rollins, ładne dziewczyny i cameo Jasona Mewesa - czego chcieć więcej od komedio-horroru? Ogląda się to świetnie. Postaci nie dość, że unikatowo i humorystycznie przedstawione, to potrafią zaskoczyć, a trudna do przewidzenia kolejność ich uśmiercania potęguje wesołą głupawkę jaka ogarnia w zasadzie od pierwszych minut. Szkoda, że pan John Gulager dał, brzydko mówiąc, dupy przy kręceniu dwóch kolejnych części i stworzył niestrawne potworki. Z pewnością zabrakło bata w postaci producentów, którzy czuwaliby nad całością. "Krwawa uczta" to jeden z najlepszych amerykańskich, oryginalnych (czyt. nie będących remakiem, rebootem albo sequelem) horrorów ostatnich lat, który wg mnie pozytywnie wyróżnia na tle całych ton chłamu.

10.) "Świt żywych trupów" ("Dawn of the Dead", 2004). Moim zdaniem to jeden z najlepszych remake'ów. Co więcej, zalicza się on do tej grupy, w której remake przebił oryginał. Za to się pewnie posypią na mnie gromy, ale Romero to nudziarz. Kręcił klimatyczne kawałki, ale używał żywe trupy jako metafory, próbował pokazywać problemy dręczące społeczeństwo, ale do mnie to do końca nie trafia. Za to Zack Snyder, gościu którego teraz się kocha albo nienawidzi za ekranizacje "Strażników" i "300", wpuścił sporo świeżości w temat zombie i stworzył kapitalnie rozrywkowy horror. Jego film jest dynamiczny, cholernie ostry i porządnie trzyma w napięciu, a świetnie zarysowane postaci dopełniają całości. Może i można wymieniać dziesiątki bardziej klimatycznych filmów z zombie, ale od czasu "Powrotu żywych trupów" nie było takiego, na którym można się było lepiej bawić. Jak dla mnie, to w filmach z żywymi trupami chodzi właśnie o zabawę, a Snyder to doskonale rozumie. Jest tam wszystko: akcja, dramat, wątek miłosny, szaleństwo, sporo humoru, wesołe korzystanie z uroków centrum handlowego, rzeźnia, a nawet zombie wyglądający jak Burt Raynolds.

9.) "O miłości i śmierci" ("Dellamorte Dellamore", 1994). Nie jestem miłośnikiem włoskich horrorów. Albo do nich nie dorosłem, albo co bardziej prawdopodobne, nigdy nie dorosnę. "O miłości i o śmierci" to wyjątek. Love story z zombie w tle. Ten film jest wybuchową mieszanką kiczu. Niejednoznaczny, przerysowany, podany momentami w bardziej artystycznej formie, może zostać spokojnie uznany przez jednych za arcydzieło, a drugich za głupkowaty bubel. To całkowicie pokręcony kawał kina. Oglądając go miałem wrażenie, że utrwalono na celuloidzie czyjś chory, pokręcony, makabryczny sen. Tutaj martwi zmartwychwstają po tygodniu, a obowiązkiem grabarza jest odsyłanie ich z powrotem. Prawdziwa miłość odradza się w coraz bardziej zaskakujących formach i z coraz bardziej zaskakującymi... dziwactwami, a Anioł Śmierci zachęca głównego bohatera do mordowania przypadkowych ludzi. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem, bo w tym filmie o to nie trudno. Kapitalną kreację stworzył Rupert Everett, ale Anna Falchi, w roli miłości jego życia powoduje, że ciężko pozbyć zapomnieć o tej produkcji. Warto ten film obejrzeć właśnie dla tego duetu. Scena objawienia to chyba najpiękniejsza i najbardziej plastyczna wizja Śmierci jaką widziałem. Szalony i mocno popierdzielony horror. Do tego wesoły, zabawny i na swój sposób... piękny. Piękny film z zombie, kto by pomyślał.

8.) "Puls" ("Kairo", 2001). Kiyoshi Kurosawa to jeden z najciekawszych japońskich twórców z tych robiących w filmach grozy. Krótki przegląd jego twórczości można przeczytać na blogu Guru, także chętnych odsyłam. "Puls" to cholernie nastrojowy i autentycznie dołujący horror. Nie tylko straszy czymś strasznym (a straszy, przynajmniej w moim przypadku dość dobrze), ale również przeraża czymś co obecnych czasach staje się powoli normą - samotnością i wyobcowaniem w tłumie. Nie jest to na pewno kino rozrywkowe. Akcja toczy się nieśpiesznie, momentami, zwalnia niesamowicie, przez co sporo ludzi, narzeka na nudę. Czarny PR zrobił również kiepski amerykański remake i jego porażająco gówniane sequele (autentycznie, jedne z najgorszych filmów jakie wydano ostatnimi laty [gorsze filmy Uwe Bolla przy nich błyszczą]). Finał, który zafundował reżyser zostawia swój ślad w sercu i pamięci na bardzo długi czas. "Kario" to film grający ostro na emocjach i uczuciach. Człowiek potrafi po seansie być zdołowany jak bohaterowie tego obrazu. Świetne, ale również wymagające kino.

7.) "Halloween" (1978). Po prostu uwielbiam, a z racji tego uwielbienia to i całą serię uważam za lepszą od wszystkich pozostałych horrorowych tasiemców. Ale tylko część pierwsza to przysłowiowy diament w stosie łajna jakim są slashery końcówki lat 70tych i 80tych. Posłużę się fragmentami posta z marca tego roku: "Atmosfera, którą udało się Carpenterowi uzyskać jest niepowtarzalna. To jeden z tych filmów, gdzie napięcie podczas pierwszego seansu mnie wręcz elektryzowało (a przy każdym następnym było jedynie niewiele słabsze). Surowy, klimatyczny, z bardzo mocno oddziałującą muzyką - uwielbiam myśleć, że nie zestarzał się w ogóle w przeciągu tych 30 lat. (...) Miał powstać slasher o mordowaniu opiekunek, a że projekt trafił w łapy Johna.... Facetowi się po prostu chciało i wyszło małe arcydzieło, chociaż w czasie gdy powstawał nikt nie czuł, że zrobią coś dobrego. Ten film to chyba marzenie każdego filmowca - zrobić przy śmiesznych środkach dzieło kultowe". Coraz bardziej dochodzi do mnie jak ważny jest to film dla gatunku i darzę go coraz większym szacunkiem.

6.) "Szczęki" ("Jaws", 1975). Kult. "Szczęki" straszyły, a jednocześnie fascynowały mnie już od dzieciństwa. Obejrzałem je chyba w wieku 8 lat i pewnie jak większość dzieciaków miałem później problem z wejściem do morza, chociaż wakacje nad Bałtykiem spędzałem dopiero następnego roku. W chwili obecnej, po niezliczonej ilości seansów na wideo i w telewizji, nadal czerpię olbrzymią przyjemność z każdej minuty tego kapitalnego animal attack. "Szczęki" od ponad 30 lat, z niezmienną siłą oddziałują na wyobraźnię i podejrzewam, że straszą tak samo mocno jak w dniu premiery. Od strony technicznej to majstersztyk. Efekty specjalne uderzają realizmem, a podobnym klimatem nie może pochwalić się już chyba żaden film z tego podgatunku. Kiedyś wyczytałem, że kultowość w pewnym stopniu mierzy się ilościom filmów nawiązujących, hołdujących czy nawet parodiujących dane dzieło. Sama motyw muzyczny, który słyszymy przed atakiem rekina był odgrywany dziesiątki, jak i nie setki razy. To samo ze sceną z pokazywaniem blizn czy ta z pojawieniem się Quinta. Ich echa możemy odnaleźć w dziesiątkach filmów. Wiele scen wyryło się na stałe w pamięci całym pokoleniom. Dla mnie taki koronny moment, to ten w którym rekin pojawia się za Brodym i połyka rzucaną przez niego przynętę. Jeżeli tworzyłbym kiedyś listę scen, na których posrałem zbroję, ta byłaby w ścisłej czołówce. Można narzekać na obecne filmy Stevena Spielberga, ale "Szczęki" to arcydzieło gatunku.

5.) "W paszczy szaleństwa" ("In the Mouth of Madness", 1995). Uwielbiam filmy Johna Carpentera, nawet te słabsze (ale nie te najsłabsze). Ten facet potrafi stworzyć niepowtarzalny klimat i prowadzić z widzem subtelną grę. Utrzymywać w niepewności, podsycać ciekawość i nagle zagrać mocną, krwawą kartą. "W paszczy szaleństwa" z fantastycznym Samem Neillem, to jego ostatni dobry film. Późniejsze jego produkcje nie były już warte wspomnienia. Wiele osób nazywa "W paszczy szaleństwa" obrazem, w którym King spotyka się z Lovecraftem i chociaż nie do końca zgadzam się z takim stwierdzeniem to trzeba przyznać, że jest w nim jakieś ziarno prawdy. Od Samotnika z Providence podebrano potężne istoty, które czyhają na przejście do naszego świata, sposób na ich przywołanie kojarzy mi się z prozą H.P.L.a i oczywiście postać Trenta. Facet prowadzi śledztwo i po pada w obłęd z powodu tego, czego był świadkiem. Szaleństwo jest znamienne dla bohaterów opowiadań Lovecrafta. Film jest straszny, a co najlepsze z biegiem lat nic z tego nie traci. Ma swój niepowtarzalny charakter, klimat i oczywiście swoje wady, ale idealnie się z tym wszystkim wstrzeliwuje w moje gusta.

4.) "Nieodebrane połączenie" ("Chakushin ari", 2003). Japonia nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, tak samo jak twórczość Takashiego Miike. Gościu jest absolutną maszynką do robienia filmów. Kręci kilka obrazów rocznie, a większość, dla osoby nie będącej fanatykiem jego twórczości, jest niestrawna. Bardziej komercyjne "Nieodebrane połączenie" to wynik jego romansu z nowoczesnym ghost story w stylistyce j-horrorów nowej fali. Idę o zakład, że wiele osób nawet nie będzie próbowało mnie zrozumieć, a obecność tej pozycji na liście będzie dla nich wielce zagadkowa. Postaram się jak tylko mogę rozjaśnić sytuację. Oglądałem go jakoś na początku mojej przygody z azjatyckim kinem grozy, czyli gdzieś tak na początku studiów, i do końca życia go nie zapomnę. Ten film mnie przeraził! Jest kilka scen, które jeżą mi włosy na głowie i przyprawiają o palpitację serca. Jednakże nie potrafię napisać niczego co oddałoby w pełni to co czuję gdy go oglądam. Na każdym seansie pocę się jak mysz i funduję sobie pełną koszmarów noc. Miike, mimo iż tworzył film rozrywkowy, nie spłycił go i dał coś od siebie. Dzięki temu dostaliśmy horror wyróżniający się dość mocno na swoim poletku (chociażby kapitalną sceną telewizyjnych egzorcyzmów i niejednoznacznym zakończeniem). Dodatkowo "One Missed Call" porusza się w tematyce, którą wyjątkowo lubię. Można powiedzieć, że zderzenie świata duchowego i technologii, jest bliska mojemu sercu. Poza tym, uwielbiam jak duchy są złe i mimo prób ich przebłagania takie pozostają. Chyba dlatego właśnie przepadam za japońskimi horrorami. Smak po tym świetnym filmie psuje część druga i trzecia oraz tragicznie słaby amerykański remake.

3.) "Obcy - decydujące starcie" ("Aliens", 1986). Jest ktoś na sali, kto nie lubi tetralogii o Xenomorphach? "Aliens" po trochu jest tutaj jako reprezentant serii, ale jest to również część do której najchętniej i najczęściej wracam. Przestałem się na nim bać już jakiś czas temu, ale wspomnienia i uczucie nostalgii pozostały. Jest niezaprzeczalnie straszny, jest arcydziełem kina "akcji łamane na science fiction" i jednocześnie należy do moich ulubionych filmów wszech czasów, to musiał się tu znaleźć. Co tu dużo pisać? Potrafi w sekundę podnieść ciśnienie, zelektryzować do tego stopnia, że człowiek nie wiadomo kiedy przepocił koszulkę, ale dzięki zabawnym postaciom jest pełen luzu. W tym wszystkim jest przede wszystkim kozacki. Cameron stworzył film, który wygląda absolutnie fantastycznie i tak też działa na widza. Sprzedaj się cały, w 100% swojej komiksowej duszy. Jest dopracowany w każdym szczególe i po 23 latach od premiery nadal zachwyca. Można się spuszczać nad efektami, dekoracjami, grą aktorską, zdjęciami, świetnie nakreślonymi postaciami. Ten film jest tego wart!

2.) "Lśnienie" ("The Shining", 1980). To film, do którego uwielbienie kosztowałoby mnie życie, nie żartuję. Był okres, że wśród fanatycznych miłośników Stephena Kinga byłem w porażającej mniejszości jeżeli chodzi o ekranizację powieści "Lśnienie". Dla sporej grupy moich przyjaciół film Kubricka jest absolutną profanacją powieści i jest przy wszystkich możliwych okazjach gnojony. Nie pozostawałem dłużny i jechałem po tej szmirze Garrisa jak na ślepej świni. Któregoś razu, po jakiejś ostrej sprzeczce, prawie się z Mando nie zabiliśmy, bijąc się o to które "Lśnienie" jest lepsze. Brakowało, olaboga, kilku centymetrów. Epitafium brzmiałoby: "Umarł za Kubricka"... (hehe). Wydaje mi się, że ta anegdota wystarczyłaby za jakąś tam oględną argumentację tego punktu, ale... Nie byłbym sobą, gdyby czegoś nie dodał. "Lśnienie" Kubricka należy do chlubnych wyjątków historii ekranizacji powieści fantastycznych. Ten film przerósł oryginał. Jest bardziej przerażający i pozostawia po sobie o wiele większe wrażenie niż powieść. Kubrick obrobił materiał wyjściowy po swojemu, oszlifował diament i wydobył z niego niepowtarzalny blask. "Lśnienie" to film przerażający, duszący swoim klimatem i mrożący krew w żyłach każdą manifestacją duchów i szałem w jaki wpada Jack. Doszło do tego, że podczas oglądania pojawiają mi się jakieś irracjonalne lęki, a od jakiegoś czasu boję się go w ogóle oglądać (i od dobrych paru lat zbieram się, żeby go sobie odświeżyć). Już na samą myśl, że go włączę mam ciarki. Sam początek, wystarczy scena, gdzie pokazana jest kuchnia, a na rękach mam gęsią skórkę. Żaden horror na mnie tak nie działa. Może nie jest to wierna ekranizacja, ale co z tego, skoro to jeden z najlepszych horrorów jakie świat widział?

1.) "Coś" ("The Thing", 1982). Po raz kolejny Carpenter, ale tym razem już ostatni. Mój numer jeden, który króluje na szczycie listy ulubionych horrorów (jak i również filmów) niepodzielnie parę ładnych lat. I nie zanosi się, żebym obejrzał coś, co spodobałoby mi się równie mocno jak "Coś". Nie jest tak wybitny jak "Lśnienie", czy tak straszny jak "Nieodebrane połączenie". Nie zachwyca też efektami na poziomie "Aliens" (chociaż też ma wspaniałe), ale posiada w sobie coś co sprawia, że nie można go nie kochać. W żadnym innym filmie nie udało się osiągnąć takiego uczucia izolacji i niepewności. Nigdzie nie zaszczuto tak bohaterów. Oglądam "Coś" i czuję panikę oraz terror, który muszą czuć mieszkańcy tej stacji. Carpenter w mistrzowski sposób poprowadził film. Zawsze, gdy sobie go odświeżam zachwycam się tym jak łatwo mylą się tropy i jak trudno dojść do tego kto jest zarażony. Osobna sprawa to wspomniane efekty. Jestem fanem takich mięsistych, prawdziwych szkarad, a te "cosiowe" po prostu uwielbiam. Potwory są upiorne i gdy oglądam np. scenę z zapadającą się klatką piersiową to odnoszę wrażenie, że wyciągnięto je żywcem z najgorszych koszmarów. W panteonie najstraszniejszych potworów w historii kina, główka na nóżkach powinna zasiadać między Pinheadem, a Michaelem Myersem. I jak nie lubię Ennio Morricone, to tutaj wypada gościa pochwalić. Odwalił kawał dobrej roboty. Świetny jest również Kurt Russell. Dla wielu to Snake Plissken, ale dla mnie do końca życia będzie MacReadym, a "The Thing" najpewniej najlepszym horrorem.

poniedziałek, 29 października 2007

Czternaście-Zero-Osiem

Z tekstami autorstwa Stephena Kinga zazwyczaj jest tak, że ich filmowe adaptacje w dziewięćdziesięciu procentach przypadków nie trafiają w mój gust. Moje wyobrażenia podczas lektury rozmijają się całkowicie z filmową wizją reżysera. Są oczywiście chlubne wyjątki, takie jak: "Zielona mila", "Misery" czy "Stand by me", które idealnie mi pasują i nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że można by inaczej to pokazać. Są też filmy, które przypadły mi do gustu dużo bardziej niż teksty na bazie których powstały ("Lśnienie" Kubrika, "Skazani na Shawshank"), ale większość tego co kręcą na podstawie powieści i opowiadań Kinga jest słaba. Najgorzej jest kiedy filmowcy próbują dodać coś od siebie i tym samym zmieniają sens czy też wypaczają przesłanie. Zrobiono to z "1408", najnowszym horrorem na podstawie opowiadania o tym samym tytule, znajdującym się w zbiorku "Wszystko jest względne".

Mamy pisarza – Mika Enslina, który po napisaniu jednej niezłej powieści zaczął pisać tanie, broszurowe przewodniki po najstraszniejszych miejscach w kraju (domach, cmentarzach), a teraz właśnie jest w trakcie kończenia kolejnego - o nawiedzonych hotelach. Nie wiadomo skąd w jego skrzynce znajduje się ulotka o nowojorskim hotelu Delfin z adnotacją, żeby nie zatrzymywać się w pokoju 1408. Pisarz postanawia sprawdzić jakież to tajemnicy skrywa hotel i po kilku trudnościach udaje mu się zarezerwować pokój. Przybywa do Nowego Jorku, odbywa rozmowę z kierownikiem i w końcu ma możliwość zamknięcia się wraz z dyktafonem i butelką w feralnym pokoju. To co go spotka za zamkniętymi drzwiami przechodzi jego najśmielsze oczekiwania.
1408 nie jest nawiedzony. Nie ma tam ducha, zjawy, upiora. 1408 jest po prostu skurwysyńsko złym pokojem, jednym z tworów Kinga, w które zwyczajnie trzeba uwierzyć. Jeżeli przełknęło się obdarzony wolą piekielny samochód, morderczy magiel czy też zabójczą lampę* to z hotelowym pokojem, który jest zły tylko dlatego że istnieje nie może być specjalnie trudno. Filmowcom ta sztuczka udała się znakomicie. Widz bez trudu zawiesza niewiarę i daje się porwać rozgrywce toczącej się na ekranie. Początkowe zabawy z Enslinem polegające włączeniu się radia czy też podkręceniu klimatyzacji przechodzą w coraz bardziej wyrafinowane tortury. Najpierw łamanie fizyczne poprzez przytrzaśnięcie ręki czy też poparzenie ukropem, a później psychiczne gnębienie. Pokój rzuca bohaterowi wyzwania, a ten próbując im sprostać musi walczyć również z własnymi lękami. Raz będzie to przeciwstawienie się lękowi wysokości i przejście po gzymsie do pokoju obok, innym znów wędrówka ciasnymi, klaustrofobicznymi przewodami wentylacyjnymi. Wszelkie próby ucieczki kończą się jednakowo, pisarz ląduje w punkcie wyjścia i bombardowany jest jeszcze bardziej przerażającymi bodźcami popada w coraz większy obłęd.
Historię wzbogacono niestety o wątek rodziny pisarza. Po pierwsze śmierć ukochanej córeczki i ucieczka bohatera od żony, po drugie trudne relacje z ojcem. Wciągnięto to do fabuły dość nachalnie. Enslinowi przypominana jest dotkliwa strata w każdy możliwy sposób. Pokój pokazuje mu rodzinne nagrania, Mike słyszy głos dziecka, w końcu po raz kolejny ją traci i jeszcze bardziej zatraca się w chorej rzeczywistości 1408. Takie trochę niepotrzebne psychologizowanie i uciekanie się do tanich zagrań rodem z obyczajówek. Relacje ojciec-syn nie zostały wykorzystane dostatecznie i wydają się zwykłą zapchajdziurą. Trudno się jednak dziwić, że rozbudowano fabułę w ten sposób. Dzięki takiemu zagraniu scenarzystów stan emocjonalny bohatera wydaje się dużo bardziej wiarygodny. Tyle że, film dużo by nie stracił gdyby tej rodziny Mika w ogóle nie było. Nietrafiona wydaje się również obsada. Mimo iż grający pisarza John Cusack daje radę i ciągnie ten film swoją grą aktorską raczej w górę niż w dół, to jednak nie jest Mikiem Enslinem. Nie jest wiarygodny i chociaż sceny mrożące krew w żyłach z jego udziałem są dobre, to nie udaje mu się chwycić widza za serce. Trochę inaczej ma się sprawa z Samuelem L. Jacksonem. Ten gra bardzo dobrze, ale ni jak się ma do Geralda Olina z kart opowiadania. Kingowy Olin był grubawym kierownikiem, momentami przestraszonym, a Jackson tworzy kolejną charyzmatyczną postać, która samym swoim piekielnym, murzyńskim głosem powoduje gęsią skórkę.
Od strony wizualnej "1408" prezentuje się bardzo dobrze. Pokój ustawicznie się zmienia, niby jedno pomieszczenie, ale dwa podobne ujęcia z pewnością nie są takie same. Dzięki temu wybrnięto z problemu jakim jest jedno pomieszczenie jako miejsce akcji. Efekty zrobione z klasą i nie są specjalnie nachalne. Jedynie na chwilowe zlodowacenie można kręcić nosem, ale to również nie jest jakiś olbrzymi mankament.
Na pewno nie jest to arcydzieło horroru czy thrillera. Jest sporo momentów, na których podskoczy się w fotelu, ale klimat, który spokojnie mógłby być bardziej psychodeliczny został zastąpiony problemami psychologicznymi Enslina. Szkoda. "1408" ogląda się dobrze, film zrobiony jest przyzwoicie i co najważniejsze, nie jest nudny. Zmiany w stosunku do pierwowzoru są znaczne. ograniczono dość mocno rozmowę Enslina z Olinem, która stanowiła w zasadzie połowę opowiadania, dodano cholernie dużo i zmieniono końcówkę. Najważniejszą dla mnie zmianą jest jednak to, że film jest o Enslinie. Czytając opowiadanie czułem, że jest ono o 1408, a pisarz to tylko osoba, która zostanie tym razem doprowadzona do szaleństwa i pchnięta w objęcia śmierci. W filmie jest odwrotnie. Tu nie zło gra pierwsze skrzypce, tu bohater jest najważniejszy. Jest aktorem, a złowrogi apartament jedynie sceną na której rozgrywa się dramat. Cóż, takie prawo filmu. Ta sama historia opowiedziana inaczej, z innej perspektywy, wydaje się od razu mieć inny charakter.
Nie jestem zadowolony. Niby dostałem fajny film, ale niestety średnią ekranizację bardzo dobrego opowiadania. Pozytywne jest jeszcze to, że porównując ten film do innych adaptacji prozy Kinga, ma się wrażenie, że scenarzyści jednak wszystkiego tak do końca nie spieprzyli.

* piszę oczywiście o tym jak sparodiowano Kinga w jednym z odcinków "Głowy rodziny".