niedziela, 22 stycznia 2012

Ukulele with Obama sticker on it

Dzisiejsze ukulele znalazł ingo, za co mu dziękuję, bo sam do niego nie dokopał. Jakoś się nie dałem, do tej pory przekonać do tego całego "Rockefeller Plaza 30". W najnowszym odcinku "Idiots Are People Two!" trafiło się dwukrotnie ukulele z naklejką Obamy. Widzimy je w scenie kiedy James Marsden i Tina Fey jedzą obiad, a duch Aleca Baldwina (nie mam pojęcia czy ta postać żyje i jest jakąś wizualizacją czy jest to prawdziwy duch) dyskredytuje faceta w oczach Tiny. W pewnym momencie bierze leżące na kanapie  ukulele i kpiarsko mówi: "Oh look, a ukulele with an Obama sticker on it!", by później uderzając w cztery struny zaśpiewać ♪ This guy might suuuuck ♫ Instrument podobno dostał od dzieciak z drużyny. 

 


Drugi raz widzimy ukulele podczas wideorozmowy pod koniec odcinka. kiedy Mardsen grając jakąś melodię na trzy chwyty śpiewa:  ♪ I'm taaaking yoooou oooout.... to dinner 

wtorek, 17 stycznia 2012

Ukulele on The Rock

Dzisiaj wypatrzyłem ukulele w jednym z pudeł, które zostało po więźniach w Alcatraz. Chyba nie muszę dodawać, że w nowym "Alcatraz" (nie żeby było jakieś stare).

Najnowszy serial J. J. Abramsa nie jest, przynajmniej po dwóch pierwszych odcinkach, fajerwerkiem na miarę "Zagubionych", ale muszę przyznać, że ma to coś co mnie kupiło. Seriale Abramsa mają pewien element, którego szczerze mówiąc nie potrafię znaleźć w innych produkcjach - olbrzymie pokłady tajemnic do zgłębiania. Podobnie jak we "Fringe" i "Loście" namnożyła się całkiem spora ilość pytań w ciągu tej pierwszej półtorej godziny. Osobiście jestem za tym, żeby było ich jeszcze więcej. Lubię główkować i sądzę, że mamy do czynienia właśnie z taką produkcją. 

Miejmy nadzieję, że poznamy historię człowieka, który zostawił po sobie ukulele. Na razie nikt na nim nie grał, tylko główna bohaterka trzymała je przez chwilę w dłoni, ale sądzę, że na retrospekcjach możemy je jeszcze zobaczyć - jakoś nie chce mi się wierzyć, że pierwszy przedmiot po jaki sięgnęła w tym schowków był totalnie przypadkowy.


Serial, podobnie jak "Fringe" (sądzę, że powoli można nazywać go jego następcą), oparty jest na schemacie "nowy odcinek = nowa sprawa = każdy odcinek mitologiczny", także będziemy mieli dochodzenia pani detektyw, która łapie powracających skądś przestępców i rozwiązywanie łamigłówki zniknięcia mieszkańców więzienia z 1963 roku. Kto? Jak? Dlaczego? Niezdecydowanych zachęcam - może się z tego wykluć całkiem niezła historia.

W trailerze ukulele widać przez jakąś dziesiątą część sekundy.

czwartek, 12 stycznia 2012

Ukulele w Atlantic City

Akurat rozpoczęcie moich poszukiwań ukulele zbiegło się w czasie z nadrabianiem całego drugiego sezonu "Zakazanego imperium" (tak na marginesie, ten sezon wydał mi się lepszy niż pierwszy, chyba spora zasługa tego, że oglądałem całość właśnie hurtowo). Ukulele z ósmego epizodu "Two Boats and a Lifeguard" było pierwszym które wypatrzyłem. Scena dzieje się podczas imprezy artystów w domku na plaży, na którą poszła żona Jimmy'ego z poznaną wcześniej pisarką. Jeden z gości gra właśnie na małej gitarce jakąś nieznaną mi melodię.



Zaraz po tym przypomniałem sobie o jeszcze jednej scenie, tyle że nie byłem pewien jaki instrument tam występował. Poszukiwania okazały się owocne. W szóstym odcinku pierwszego sezonu "Family Limitation" możemy oglądać wieczorne spotkanie Nucky'ego z Haugiem. Panowie piją szampana, jedzą ostrygi, a towarzysząca im dziewczyna, ubrana w same podwiązki, umila im czas grając "Japanese Sandman". Na gryfie ma prawdopodobnie naklejkę tańczącej kobiety, niestety nie widać tego na tym zdjęciu. Poniżej możecie wysłuchać tej piosenki właśnie w wersji ukulele.


wtorek, 10 stycznia 2012

Cut the Rope!

Jestem fanem tych wszystkich mały gier logicznych, które pozwalają wytracać czas. Czasami po prostu trzeba stracić pół godziny przy jakiejś flashowej miniaturce inaczej Wszechświat może implodować. Wszyscy, którzy lubią odrobinę pokombinować powinni sprawdzić Cut the Rope! Bardzo miła dla oka i ucha zabawa. Taki logiczno-zręcznościowy koncept  zawsze na myśl przywodzi mi serię Incredible Machine. Jeżeli macie chwilę do wytracenia to polecam!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Ukulele - mały wielki instrument

Kamila od miesiąca jest szczęśliwą posiadaczką wspaniałego, czerwonego ukulele (dokładnie takiego jak na zdjęciu). Nie będę jej tutaj specjalnie słodził, ale muszę przyznać, że widać efekty ćwiczeń i muzyka, którą wydobywa z tego małego pudełka ma w sobie coś kojącego. 



Od miesiąca, co jakiś czas piszę jej, gdzie wyłapałem ukulele. Czytam bądź oglądam coś, widzę instrument i łapię za telefon. Okazuje się, że pojawia się częściej niż chociażby perkusja albo wiolonczela i wcale nie jest to taki mało popularny instrument jak wydawało mi się jeszcze tej jesieni. Dlatego też zaczynając od dzisiaj postanowiłem dokumentować te wszystkie moje znaleziska.

Zaczniemy od ostatnio znalezionego fragmentu, który pochodzi z "Tańcz, tańcz, tańcz" Haruki Murakamiego. Cytowany fragment to wyobrażenia głównego bohatera na temat kolegi z gimnazjum, który został aktorem:
"Nauczyciel pływania nie pochodzi z biednej rodziny. Jest synem królewskim z Izraela, Asyrii, tamtych okolic, lecz z powodu przegranej wojny został przywieziony do Egiptu jako niewolnik. Nawet jako niewolnik nie stracił ani krztyny uroku. Tym różni się od Charltona Hestona czy Kirka Douglasa. Uśmiecha się, pokazując białe zęby i elegancko siusia. Gdyby mu dać ukulele, stanąłby nad brzegiem Nilu i zaśpiewał "Rock-a-Hula Baby". Tylko on mógłby zagrać tę rolę."

Jakoś mi się się ta wersja najbardziej spodobała. :)

niedziela, 8 stycznia 2012

Czytelnicze podsumowanie roku 2011


Ubiegły rok to był w pewien sposób dla mnie przełomowy. Sporo się pozmieniało na korzyść, w tym między innym to, że powoli wracam do poziomu czytelniczego sprzed studiów. Skończyłem 60 książek, z czego kilka było ponad sześćset stronicowymi klockami, więc sądzę że to dobry wynik, na pewno satysfakcjonujący.

Kilka zdań podsumowania 2011 roku napisałem dla Carpe. Są to raczej takie luźne myśli, najważniejsze wydarzenia, a nie najlepsze książki jakie przeczytałem, ale można rzucić okiem. Szczególnie, że koledzy mają dużo ciekawsze spostrzeżenia.

Poległem dwukrotnie z wyzwaniem czytelniczym. Po prostu nie jestem w stanie tego ogarnąć i nie chodzi tutaj o bycie skrupulatnym czy solidnym. Nie potrafię się zmuszać do rzeczy, które z założenia maja sprawiać mi przyjemność. Bo pisanie bloga i czytanie książek to nie jest praca, którą muszę wykonać. To nie jest mój obowiązek. Jeżeli tak by się stało, gdybym dostawał za to pieniądze, podejrzewam że spokojnie bez obsuw dobijałbym do osiemdziesiątego opowiadania. Na razie cieszę się, że mogłem jebnąć ten projekt w kąt, gdy tylko nie miałem ochoty brać książki do ręki. Może wrócę.

Tradycyjnie teraz wymienię kilka najlepszych książek z zeszłego roku i skrobnę kilka słów na temat tych najsłabszych - tych było zdecydowanie najmniej.

5. Trylogia Millennium, autor: Stieg Larsson. Nie do końca jestem w stanie stwierdzić na czym polega fenomen tych książek. Czy chodzi o historie czy postaci? Na pewno nie o styl, bo ten nie jest za dobry, uwidacznia się bardzo warsztat dziennikarski Larssona. Brakowało dobrej redakcji. Co mi się niezmiernie podobało to tło polityczno-społecznie. Jest wątek kryminalny, ale również sporo tutaj wtrąceń obyczajowych. Larsson dopuszcza się w konwencji kryminału dokładnej analizy wielu sfer życiowych i krytykuje szwedzkie społeczeństwo, klasę rządzącą, a także i prasę. Inna sprawa, że przez te kilka dni (połknąłem książki w trochę ponad tydzień) strasznie zżyłem się z postaciami, które wydawały mi się cholernie prawdziwe. Czuć że targały nimi emocje, Larsson napisał je tak, że bardzo łatwo zrozumieć motywy ich postępowania, chociaż nie są one na pierwszy rzut oka takie oczywiste. Salander to jedna z najbardziej wyrazistych i oryginalnych kobiecych postaci w literaturze popularnej. Wiele się mówi, że przejdzie do historii i ja się z tym zgadzam. Nie było takiej drugiej.

4. "Rozgwiazda", autor: Peter Watts. To opowieść o ludziach - jak to ładnie określają na blurze - wyrzutkach, którzy zostali wybrani, właśnie przez swoje "upośledzenia" i brak przystosowania społecznego do pracy w elektrowniach, w bardzo trudnych warunkach, 3000 metrów pod wodą. Ale nie o codziennej ciężkiej pracy na stacji podwodnej jest "Rozgwiazda", chociaż to nieodłączny element, który gdzieś tam się przewija. Bezapelacyjnie postaci stanowią największą zaletę "Rozgwiazdy", ale co dziwne... mamy do czynienia z samymi antypatycznymi postaciami. I nie chodzi nawet o to, że Watts zaserwował nam koktajl tylko z oprawców i psychopatów. Tak nie jest, chociaż oczywiście mamy facetów znęcających się nad kobietami czy pedofila, ale też "ofiary" (molestowane i bite kobiety, niedoszli samobójcy) i nawet oni swoim zachowaniem, dziwną pasywności tej sympatii nie wzbudzają. Za to jest w nich coś magnetycznego. Nie sposób ich polubić, nie sposób im nie kibicować. Watts jest biologiem morskim i od tej strony technicznej mamy naprawdę wszystko dopięte na ostatni guzik. Niedostępne głębiny oceanu są niesamowicie przedstawione i opisane w taki sposób, że niejednokrotnie się po jakimś fragmencie otrząsałem. To science fiction, ale spokojnie można odnaleźć kilka elementów typowych dla horroru, "Rozgwiazda" czerpie pełnymi garściami z jego dobrodziejstw. Świat przyszłości o którym przyszło nam czytać również ciekawy, chociaż początkowo dostajemy bardzo niewiele informacji. Wizja nawet nie wydaje się tak bardzo odległa, akcja dzieje się chyba w 2050 roku, a wiele z rozwiązań które prezentuje Watts są na wyciągnięcie ręki - kwestia kilku dekad. "Rozgwiazda" jest trochę nierówna jeżeli chodzi o tempo. Po mocnym początku autor wyraźnie za połową zwalnia i wydawało mi się, że wszystko dzieje się raczej leniwie. Na szczęście końcówka jest naprawdę wystrzałowa. Pozamiatała mnie. Jestem urzeczony. 


3. "Długa dolina", autor: John Steinbeck. Zbiór opowiadań, a w nim masa perełek. Steinbeck pisze prawdziwie i szczerze o zwykłych ludziach i ich troskach. Nad żadnym tekstem, który zawarto w tym zbiorze nie mogłem przejść obojętnie. W każdym udaje się autorowi zawszeć uniwersalną prawdę lub mądrość życiową, ale jest to tak naturalne, bezpretensjonalne. Nie powoduje zmieszania ani frustracji. Większość tekstów ma drugie dno. Każdy zostawił we mnie po sobie ślad. To naprawdę nie są puste słowa. Nie raz się zdarza, że podczas rozmów z Kamilą odwołujemy się do któregoś opowiadania. Nie raz myślami wracam do wydarzeń opisanych przez Steinbecka i ogarnia mnie smutek. Opowiadania z "Długiej doliny" to obraz zwykłych, często biednych, ale pracowitych ludzi, którym przyszło żyć na zachodzi Stanów Zjednoczonych. Czuć w tym zbiorze fascynacje autora. Cieszy mnie to, że ktoś tak prosto potrafi wyrazić zachwyt nad pięknem poranka i nie powoduje to we mnie zgrzytania zębów. 


2. "Hyperion", "Upadek Hyperiona", autor: Dan Simmons. Tutaj znowu nie jestem w stanie oddzielnie potraktować tych powieści. "Hyperion" jest jedną z najlepiej napisanych książek z jakimi się spotkałem. Kończąc opowieść ostatniego pielgrzyma czułem podobną ekscytację jak w chwili kiedy skończyłem parę lat wcześniej dwa pierwsze tomy "Mrocznej Wieży" Kinga. Czułem też porażający smutek, chyba nigdy kiedy książka i wizja autora w niej zawarta, nie podziałała na mnie tak mocno. Były "Folwark zwierzęcy" i "Władca much", ale z nim się mogłem pogodzić, przeszedłem w końcu do porządku. Tutaj tego nie ma... co myślę "Hyperionie" czuję smutek. Świat przedstawiony w obu tomach jest przytłaczający, przerażający i jednocześnie zachwycający w swojej historii i złożoności. Urzekł mnie rozmach technologiczny i społeczny. Dan Simmons stworzył tutaj coś niesamowitego. Ten obraz cywilizacji ciągle odtwarzającej znajome obiekty: domy z kamienia, uniwersytety z czerwonej cegły, rowery jako prezenty urodzinowe - jest w jakiś sposób kojący. Jedna z postaci dość negatywnie się pod koniec na ten temat wyraża, ale osobiście myślę, że to jedna z niewielu pozytywnych rzeczy, którą ludzie robią po hegirze. I chyba najważniejsze - to strasznie dobrze przemyślana, dopięta na ostatni guzik, nie obrażająca inteligencji i wrażliwości czytelnika historia.


1. "Kronika ptaka nakręcacza", autor: Haruki Murakami. Odkryty w tym roku Murakami to dla mnie fenomen. Bezbłędnie odnajduję się w jego stylu, można powiedzieć, że zgrywa się on idealnie z moją wrażliwością. W przypadku "Kronik ptaka nakręcacza", tym co najbardziej mi zagrało jest postać głównego bohatera. Jego postrzeganie świata w jakiś niesamowity sposób pokrywa się z moim. Sytuacja życiowa może i inna, ale cała reszta, jego poglądy, antypatie, upodobania, wydają mi się bliskie. Druga sprawa to świat, w którym się czytelnik zagłębia. Mnożące się w niesamowitym tempie niesamowite wydarzenia i pojawiające się coraz to bardziej zwyczajne, ale jednocześnie fantastyczne postaci. Urzekła mnie żonglerka tematami. Przeskakiwanie między miejscami i czasem akcji. Ucieczki w świat snu. Brutalny realizm mieszający się z onirycznymi, poetyckimi fragmentami. Murakami z pewnością ma styl, który większości ludzi nie podejdzie. Ja się w nim zakochałem. W tym roku przeżyłem kilka naprawdę fantastycznych momentów z literaturą i sporą część z nich zapewnił mi właśnie on.


Co jeszcze?
  • Książki Marthy Grimes o Emmie Graham. Dowcipne, pełne ciepła podróże do Ameryki lat 60tych. Pasjonująca obyczajowa lektura wakacyjna z elementami kryminału, a może to przede wszystkim kryminały? Dla mnie te trzy książki to było prawdziwe ukojenie.
  • Antologia "Jest legendą: Antologia w hołdzie Richardowi Mathesonowi". Jak to każda antologia, zawiera kilka słabych tekstów, ale zawiera też kilka dobrych, bardzo dobrych i co najbardziej cieszy również i świetnych. "Gaz do dechy" Kinga i Hilla to jeden z nich. Drugi to "Powrót do Piekielnego domu" Collins - naprawdę straszny dom. Miałem ciary jak to czytałem, serio. Bawiłem się przy tym zbiorku świetnie. 
  • Inne książki Murakamiego: "Kafka nad morzem", "Po zmierzchu", "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta". Facet jest dla mnie niemałym odkryciem. Wiem, że teraz jest modny, ale nie wszystko co jest modne musi być kiepskie. Jego książki są dla mnie często pewnego rodzaju wyzwaniem intelektualnym. Trzeba umieć zawiesić niewiarę, wspiąć się na wyżyny abstrakcyjnego myślenia i często też trzeba bardziej czuć co ten facet pisze niż rozumieć. Tak myślę.  
W tym roku słabych książek było zdecydowanie mniej niż wcześniej. Mniej też było rozczarowań. 
Bezapelacyjnie największym gównem jakie przeczytałem były dwa tomy Wrot Baldura, które popełnił Philip Athans. W jakimś amoku, kierowany zakorzenionym gdzieś głęboko we mnie sentymentem, wziąłem je z biblioteki i straciłem bezpowrotnie całe pięć godzin życia. Powiem szczerze, że po pierwszych dziesięciu stronach można spokojnie rzucić te książki w kąt, dalej jest tylko gorzej. Ale czytałem powodowany chorą fascynacją i umiłowaniem do rzeczy obrzydliwych. Chciałem wiedzieć czym jeszcze autor mnie zaskoczy. A to co on wyczynia to prawdziwy obłęd. Zapomnijcie o ciągu przyczynowo-skutkowym, zapomnijcie o logice, nawet takiej która towarzyszy najsłabszej rozgrywce rpg. Zapomnijcie o wszystkim co było dobre w grach, bo tutaj tego nie ma. Tak słabo napisanej, beznadziejnie głupiej historii jeszcze nie czytałem. Koszmar. Słabą książką okazała się również "Mafia. Pełna historia" autorstwa Jo Durden Smitha. Największe grzechy tej pozycji to: potraktowanie tematu po łebkach, język - jakby prosto ze słabego artykułu na wikipedii, zarzucanie czytelnika dziesiątkami nazwisk, ogólnie słaby styl - miałem wrażenie, że autor nie do końca wie co to literatura popularnonaukowa i jakie rządzą nią prawa. No i na koniec... potworek duetu Jenna Jameson i Neil Strauss "Jak... kochać się jak gwiazda porno. Opowieść ku przestrodze". Kto by pomyślał że życie gwiazdy porno może dostarczyć materiału na tak nudną książkę? Kto by pomyślał, że jej bohaterka jest taką idiotką? Kto by pomyślał, że można tak nieciekawie opowiadać o tej branży. Po serialu HBO miałem jakoś nieziemsko wyśrubowane wymagania. Nie warta czasu i pieniędzy.

Dziękuję wszystkim, którzy mi w tym roku książki pożyczali i wypożyczali. Kamila, Agnieszka, Marek, Paweł, Radek - jesteście super!