piątek, 9 października 2009

Baśnie miłosne

Przyszedł wreszcie czas na zrecenzowanie trzeciego tomu, jednego z sztandarowych produktów Vertigo - "Baśni". W porównaniu z dwoma wcześniejszymi albumami (które recenzowałem w lutym [#1 #2]) "Kroniki miłosne" wypadają dobrze i chyba pierwszy raz, w przypadku tej serii, jestem w pełni usatysfakcjonowany lekturą - chociaż na naprawdę dobry tom (w pełnym tego słowa znaczeniu) musimy jeszcze poczekać.

"Baśnie. Kroniki miłosne" są, w przeciwieństwie do "Na wygnaniu" i "Folwarku zwierzęcego", nie jedną dużą historią, a zbiorem czterech krótszych, z czego tylko ta tytułowa wydaje się być istotna z punktu widzenia całej fabuły. Album rozpoczyna, dziejąca się w czasie wojny secesyjnej, bardzo fajna pierdółka z Jackiem w roli głównej. Łapie on w magiczny worek (który wygrał z diabłem w karty) Śmierć i tym samym uniemożliwia odejście w zaświaty swojej nowej ukochanej. Czyn ten powoduje zabawne implikacje, a scena z martwym inwentarzem i żołnierzami zombie jest jak dla mnie jedną z najśmieszniejszych (w swojej makabrze) scen, jakie widziałem do tej pory w "Baśniach". Kolejna historia, tym razem już dziejąca się współcześnie, jest już na serio. Baśniogród staje w obliczu nowego zagrożenia. Dociekliwy reporter wpada na ślad sekretnej społeczności, tylko myli Baśniowców z wampirami. Wilk i spółka biorą sprawy w swoje ręce. Dziennikarz zostaje złapany, porwany, odpowiednio potraktowany i sprawa umiera śmiercią naturalną. Album zamyka krótka historyjka, wyjaśniająca czemu liliputy z Farmy próbują skraść ziarna jęczmienia ukryte w biurze dyrekcji Woodlandu. Dość zabawne i sympatyczne, w pewien sposób dodaje kawałeczek do układanki jaką jest przeszłość Baśniowców, ale to tak naprawdę, jest chyba całkowicie niepotrzebna bzdurka, która ciągnie poziom tomu trzeciego w dół.

Najmocniejszym punktem są tytułowe, czteroczęściowe "Kroniki miłosne". Popychają historie zgrabnie do przodu i dają "Baśniom" pazura i baśniowego klimatu, którego przez ostatnie dwa tomy nie czułem. Sporo akcji, domknięte wątki, przemyślane posunięcia i w końcu pozwolenie postacią wyjścia z poza ram narzuconych im pewną konwencją. Mysia Policja trafia na spisek Sinobrodego i Złotowłosej mający na celu zabicie Wilka i Śnieżki. Ci, pod wpływem uroku, wyjeżdżają do lasu na biwak, gdzie po kilku dniach życia w głuszy, zostają napadnięci przez niedoszłą zabójczynię Śnieżki. Cieszy mnie fakt, że jest to w końcu spektakularny pojedynek. Po tych wszystkich gonitwach w "Folwarku zwierzęcym", właśnie takie napieprzanki mi brakowało. Wynik pojedynku łatwo przewidzieć, gdyż nie było możliwości uśmiercenia pozytywnych bohaterów, finał jest satysfakcjonujący. Natomiast konsekwencje samego wyjazdu były dla mnie sporym zaskoczeniem i jestem bardzo na tak dla takiego obrotu sprawy. W Nowym Jorku Sinobrody zostaje zabity przez Księcia Uroczego. Co jest preludium do późniejszej walki o władzę. Jednak na tą chwilę, wszyscy żyją długo i szczęśliwie, no ale to tylko cisza przez burzą.


Od strony graficznej ten tom ma dobre i złe momenty. "Kostucha" narysowana jest średnio i były kadry, przy których kręciłem nosem. Później uświadomiłem sobie, że przecież kreska pasuje wręcz idealnie do klimatu tego komiksu. Przywodzi na myśl "Opowieści z krypty", a to właśnie jest taka makabryczna historyjka (tyle, że finał w trochę innym stylu), której można byłoby się akurat tam spodziewać. W opowieści z reporterem wraca z rysunkami Lan Medina. Cholernie lubię tego rysownika. Stawiałbym go na równi z Markiem Buckinghamem, gdyby nie pewna rzecz. Jedynym mankamentem w komiksach Lana jest jak dla mnie postać Wilka. Jest zbyt ugładzony z wyglądu i brak mu elementu zwierzęcego. Znowu Mark rysuje tego bohatera świetnie - w stylu Wolverina, co według mnie pasuje lepiej do charakteru. Jak można się domyślić, Mark odpowiada za "Kroniki miłosne". Odwalił tam kawał dobrej roboty. Nie ma ani jednego słabszego obrazka, żadnej wpadki. Poza tym ma świetne pomysły na układ kadrów. Nie zwróciłem na to uwagi w "Folwarku zwierzęcym", ale tutaj rzuca się to w oczy. Jeżeli mamy pojedynek szlachetnie urodzonego Księcia i Sinobrodego, to ilustracje przybierają kształty herbów, jeżeli jest szaleńcza ucieczka przez to wszystko wydaje się być porozrzucane i chaotyczne. U Mediny wygląda to bardziej klasycznie. Taki sześciokadrowy, dość statyczny układ. "Jęczmienne panny" - ostatnią historię narysowała Linda Medley. Wiem, że to taka leciutka, bajkowa opowiastka, ale ta pani chyba wcześniej rysowała "Kaczory Donaldy" (wyjdę na totalnego ignoranta, ale nawet kobitki nie sprawdziłem), bo jej rysunki właśnie przypominają historię z tego magazynu (absolutnie nie mam nic do "KD", ale jak się widzi gołe kobiety rysowane w ten sposób to człowiek ma prawo kręcić nosem). Ta historia w ogóle nie powala i niestety strona graficzna nie przyczynia się do tego, żeby ocenić ją chociaż odrobinę wyżej. Okładki, jak zawsze autorstwa Jamesa Jeana i po raz kolejny cieszą niesamowicie oko. Są po prostu piękne.


"Baśnie. Kroniki miłosne" to dobra lektura. Widać, że Willingham zrozumiał potencjał drzemiący w pomyśle i zaczął na większą skalę go używać. A to Pinokio pozuje do zdjęć, mających służyć jako szantaż, a to klątwa Śpiącej Królewny wykorzystywana jest do włamania się do budynku, czy w końcu Wilk, przestaje się bawić w detektywa z filmów noir i pokazuje na co go tak naprawdę stać. To mi się podoba. Poziom rośnie i tytuł w końcu stał się dla mnie na tyle atrakcyjny, że z chęcią sięgnąłem po tom czwarty, a ten jest prawdziwą ucztą.

piątek, 2 października 2009

Wojna według Tarantino

W końcu nadszedł ten dzień. Minęły dwa tygodnie, od czasu jak obejrzałem "Bękarty wojny" i zabieram się za spisanie swoich przemyśleń, które przez ten czas powędrowały od neutralnych, w stronę negatywnych. Może to i dobrze, bo jakoś sobie konkretnie ten film przetrawiłem, poukładałem i wszyscy, których moja negatywna opinia zdziwiła dowiedzą się o co mi tak naprawdę chodzi. Gro osób, które były zdziwione, że "Bękarty wojny" mi się nie podobały, rzucała tekst: "Może czego innego się spodziewałeś?". No tak, to na pewno! Spodziewałem się przede wszystkim dobrego filmu! Najlepszego Tarantino do czasu "Pulp Fiction" (bo to wynika z recenzji i wszelkich opinii, które czytałem przed seansem). Dostałem..., no cóż, dzieło bardzo średniej klasy, który odbieram jedynie jako, że zacytuję Gonzo "kolejny mokry sen" Quentina (i odsyłam również do przeczytania jego, bardzo trafnej, opinii).

"Bękarty wojny" przez pierwszą godzinę wymęczyły mnie okrutnie. Zaznaczyć muszę, że później było lepiej, zacząłem pod koniec się nawet dobrze bawić, ale ten gorzki początek, zawiązywanie akcji, przedstawienie postaci... to był dla mnie koszmar. Jeszcze nigdy nie byłem tak bliski wyjścia z seansu. I nawet nie chodzi o nudę (chociaż Tarantino w tej kwestii przebił samego siebie), która bije z ekranu nawet w scenie, gdzie Niedźwiedź rozbija baseballem głowę niemieckiemu żołnierzowi. Tarantino postanowił co akt rzucać widza w inną konwencję. Zaczyna się od spaghetti westernu, a później skaczemy przez epoki i gatunki. Ukłony, pokłony, hołdy, nawiązania, mrugnięcia okiem, ale gdzie w tym wszystkim spójność? Taki brak zdecydowania nie jest cechą dobrych filmów. Scena z muzyką Davida Bowie, była przednia, uważam ją za jedną z fajniejszych, ale pasowała do całości jak pięść do oka. Odniosłem wrażenie, że film urodził się od wizji kilku scen, w okół których reżyser zbudował cały film. Pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ta zbudowana otoczka była totalnie mdła. Za takie bezpłciowe uważam chociażby, te wszystkie sceny z okupowanego Paryża z Shoshanną i Zollerem w roli głównej. Wkurzało mnie, że tak łatwo ten film "wypompował" się z napięcia. Że gęsta atmosfera, którą udało się Tarantino budować przez pierwsze 20 minut jest przerywana wesołymi mordami Bękartów. Najpierw koszmar mordowanej rodziny, później radosna eksterminacja nazistów, zaraz później pełna bólu egzystencja i w tym wszystkim idiotyczne zaloty szeregowca.


Kolejna rzecz, która jest konsekwencją tego skakania od konwencji do konwencji i wielowątkowej fabuły, jest fakt, że mamy kilkoro bohaterów, ale (prawie) żaden dostatecznie dobrze rozwinięty, żaden nie dający się lubić i żaden, któremu tak naprawdę bym kibicował. Niektórzy wprowadzeni tylko po to, żeby po 20 minutach umrzeć. Samych Bękartów prawie nie ma. Niektórzy nawet nie wypowiadają żadnej kwestii, chyba nie wiemy nawet jak część z nich kończy. Odniosłem wrażenie, że na pierwszym planie jest Hans Landa, zagrany bezbłędnie przez Christopha Waltza, a którego chyba nawet nie było na plakatach promocyjnych. Później długo, długo nic i jest Shoshanna Dreyfus. Natomiast Pitt, Roth, Schweiger, których poszedłem oglądać mają epizodziki. Gestapowiec Hellstrom czy Angol - Archie Hicox zaprezentowali się lepiej, niż tytułowi bohaterowie. Kolejną rzeczą, która mi się nie podobała, było to, że Bękarty to straszne tłuki. Głupi, bezmyślni, żadni krwi i na dodatek całkowicie antypatyczni. Jasne, śmiałem się z gadki i akcentu Aldo Raine'a, a Stiglitz miał fajny moment w piwnicy, ale nie było szans, żebym z nimi sympatyzował czy trzymał kciuki. Wydaje mi się, że Tarantino zawsze łatwiej odnajdywał się w naprawdę czarnych charakterach, ale tutaj przesadził. Jego protagoniści są płascy, jałowi, nieciekawi. "Bękarty wojny" można wychwalać za kapitalne aktorstwo, bo wszyscy są w swoich rolach naprawdę przekonujący, niektórzy nawet odrobinę straszni, ale osobiście sto razy bardziej wolałbym te świetne kreacje oglądać w kinie wojennym typu: "Tylko dla orłów" czy "Złoto dla zuchwałych".

Rozpalajcie stos, ale nie lubię Ennio Morricone. Wybór rozumiem, ale niekoniecznie się z nim godzę. Wcześniejsze produkcje Tarantino wyróżniały naprawdę świetne i przemyślane ścieżki dźwiękowe, w tym wypadku tak nie jest. Wiem, że nie da się tutaj skompletować listy piosenek, ale w tej materii można było ugrać coś lepszego. Nie zachwyciły mnie dialogi, a przecież dzieła Quentina w dużej mierze opierają się właśnie na nich. Przyznaję, te z Landą czy Hellstromem były błyskotliwe, te z Reinem zabawne. Brakuje jednak perełek, takich które można byłoby zapamiętać i pośmiać się z kumplami przy piwie. Nie podobała mi się przesadna przemoc i jej gloryfikacja. Możecie mnie nazwać hipokrytą, gdyż boleję nad tymi wszystkimi PG-13, wkurzam się niejednokrotnie na brak krwi czy usuwanie części materiału tylko po to by ugłaskać cenzurę. Tutaj mnie to zdzieranie skalpów, strzelanie do trupa czy wycinanie swastyki, nie tyle odpychało czy brzydziło, co raczej drażniło. Głosy, jakoby zaspokajało to naszą ukrytą potrzebę odwrócenia ról, wzięcia rewanżu i odpłacenia się za krzywdy IIWŚ jest kiepskim usprawiedliwieniem. Dla mnie to po prostu wynik tej nieudanej tarantinowskiej zabawy konwencją. W ogóle tego, co tak szczerze mógłbym pochwalić, jest niewiele. Na pewno wspomniany wcześniej Pułkownik Landa. Świeci na tle reszty, jego postać jest przemyślana, ciekawa i dobrze napisana. Raz bawi, raz przeraża i jest w tym cholernie autentyczny. Reszta aktorów daje radę, Pitt jest świetny, mimo iż ten którego gra jest prosty jak konstrukcja cepa, podobały mi się Diane Kruger i Mélanie Laurent, Til Schweiger odnalazł się w roli małomównego psychola, a z Eli Rotha jest niezła małpa, znaczy się Niedźwiedź. Trafił do mnie humor, podobał mi się pomysł na takie alternatywne zakończenia wojny. Jest poza tym kilka scen, które wg mnie były świetne i zasługują na brawa. Zelektryzowała mnie ta w knajpie, kiedy do grupki konspiratorów dosiada się major gestapo. Udało się tutaj mistrzowsko zbudować napięcie i dosłownie siedziałem jak na szpilkach, dla mnie, normalnie, arcydzieło. Świetnie wyszła scena poprzedzająca uśmiercenie Bridget, a projekcja podczas pożaru kina mnie wgniotła w fotel. Było w tym coś piekielnego.


Jeszcze kilka uwag końcowych.
  1. Materiały prasowe były pełne kłamstw. Zawsze są, ale tutaj przesadzili. Zdanie: "AkcjaBękartów” jest szybka, ekscytująca, trzymająca w napięciu." świeciło się podczas seansu w mojej głowie niczym neon. Przecież najnudniejszego filmu ten facet nie zrobił! Spodziewałem się powiewu świeżości, ale tutaj, nawet jak na tarantinowskie "gadanie i strzelanie" było strasznie mało tego "strzelania".
  2. W ciągu ostatnich trzech tygodni, podczas rozmów o tym filmie, wielokrotnie odpowiadałem na pytanie, czy w ogóle lubię filmy Tarantino. Zrobię to i teraz. Lubię jego filmy. "Wściekłe psy" i "Pulp Fiction" są w moich ulubionych i uważam je za jedne z najlepszych filmów powstałych w ubiegłej dekadzie. Szanuję kolesia za jego olbrzymią wiedzę, za styl, ale nie rozumiem ludzi, którzy łykają wszystkie jego filmy niczym wieloryb plankton i wynoszą go na piedestał.
  3. Nie uważam "Bękartów wojny" za zły film. Oglądało mi się go do pewnego momentu źle, to na pewno, ale później było lepiej i skłamałbym, gdybym napisał, że nic mi się nie podobało. Tą moja pisaniną miałem na celu pokazanie, że film żadnym arcydziełem nie jest. Wybitnie nie zasługuje na tak wysokie oceny i pozycje w rankingach (FilmWeb: 37, IMDb: 43).
Szkoda, bo mogło być lepiej.

środa, 9 września 2009

Kac gigant

Podtrzymuję tradycję pisania o każdym filmie, który obejrzałem w kinie. Dzisiaj tylko bardzo krótka notka. Pewnie, gdybym napisał ją zaraz po seansie to byłaby jakaś bardziej konkretna, tyle że wyjechałem i już taka nie będzie. Jeżeli jeszcze gdzieś ten film w waszej okolicy grają, a nie mieliście przyjemności go obejrzeć to wybierzcie się. Jest zajebisty.

W ciągu ostatnich dwóch lat zacząłem oglądać więcej komedii i robię to chyba z coraz większą ochotą. Jeszcze kilka lat temu nie wybrałbym się na komedię do kina, a w tym jakby nie patrzeć poszedłem dwa raz - zimą na "Opowieści na dobranoc" i niedawno na "Kac Vegas". Do niedawna nie uwierzyłbym, że jakaś komedia może okazać się dla mnie najlepszym filmem lata, zmiatając konkurencję (w tym takich pewniaków [z PG-13] jak "Transformers: Zemsta upadłych", "Terminator: Ocalenie" czy "Wolverine"). A jednak.

Czwórka przyjaciół (a raczej trójka i jeden na doczepkę) jedzie do Las Vegas na wieczór kawalerski. Następnego dnia budzą się w swoim pokoju hotelowym, totalnie skacowani i nie mający bladego pojęcia co się działo. W łazience jest zamknięty tygrys, w szafie znajdują niemowlaka, a co najgorsze zginął im przyszły pan młody, który powinien wracać i przygotowywać się do ślubu. Początkowo traktują to z niemałym lekceważeniem, gdy zaczynają odkrywać co przytrafiło im się w nocy przestaje im być już tak wesoło.


Za to cholernie wesoło jest widzowi. "Kac Vegas" to dla mnie normalnie orgia śmiechu. Gag goni gag, kolejne śmieszne sytuacje wynikają jedna z drugiej. Do tego dochodzą prześmieszne dialogi, a zwięczeniem wszystkiego jest obecność komika Zacha Galifianakisa, który od pierwszej sceny ze swoim udziałem rozbawiał mnie do łez. Stężenie absurdalnych sytuacji jest wysokie. A to kradzież policyjnego radiowozu, a to ślub z prostytutką (w tej roli Heather Graham, która tym razem się nie rozbiera... nie całkowicie), a to wkurzeni skośnoocy gangsterzy, a to Mike Tyson. I ze wszystkiego udaje się im wyplątać - no może nie ze wszystkiego. Humor jest ostry, balansujący na granicy dobrego smaku i momentami chyba ją przekraczający, ale to jest właśnie najlepsze.

Mimo, iż w "Kac Vegas" nie ma tak naprawdę niczego nowego, podobny motyw był chociażby w "Stary, gdzie moja bryka?" mam wrażenie, że wprowadza w gatunek jakiś powiew świeżości. Taki paradoks. Może to dlatego, że nie ma tutaj wyświechtanych twarzy, które atakują nas swoimi dowcipami z co drugiej komedii, a może po prostu dlatego, że reżyser ze scenarzystami pozwolił sobie na zdrową głupawkę? Na pewno wyszło to wszystkim na zdrowie. Na tą chwilę "Kac Vegas" to jeden z najlepszych, tegorocznych filmów, jakie miałem okazję zobaczyć.

piątek, 14 sierpnia 2009

Robo Glina

Trochę ponad rok temu przypomniano sobie w Hollywood o RoboCopie. MGM ogłosiło że robi reboot, wyznaczyło datę premiery na 2011 rok, a do projektu bardzo szybko przyklejono nazwisko Darrena Aronofsky'ego. I dla fanów reżysera, i dla fanów RoboCopa był to spory szok. Jak się jednak okazało Aronofsky najprawdopodobniej filmu robić nie będzie, co zresztą teraz nie jest ważne. Ważne jest, że odświeżyłem sobie trzy pierwsze filmy, żeby przypomnieć sobie trochę tę postać i uświadomić sobie jak wspomnienia i odczucia potrafią zakłamać prawdziwy obraz filmu.

"RoboCop" Paula Verhoevena, nagrałem potajemnie przed matką, kiedy leciał na początku lat 90tych w telewizji i obejrzałem po kryjomu. Później w ręce wpadła mi kaseta z częścią drugą, a w wypożyczalni zdaje się znalazłem trzecią. Oczywiście wtedy byłem zachwycony, podszedłem do tych produkcji całkowicie bezkrytycznie i nawet kupiłem sobie dwie figurki, które katowałem w zabawach. Później Polsat puszczał kanadyjski serial z Robo Gliniarzem i chociaż oglądałem każdy odcinek to coś mi zaczynało zgrzytać. Nastały czasy liceum i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, mając w pamięci prawdopodobnie tylko serial, przestałem RoboCopa lubić. Wydawał mi się głupi, tani i skierowany do dzieci. Jego sztywność, sposób poruszania się czy mówienia uważałem za straszny idiotyzm. Wtedy jedynymi słusznymi filmami z robotami były oba Terminatory, całą resztę miałem gdzieś. I taki stosunek do tej postaci utrzymywał się w zasadzie do tegorocznych wakacji. Pamiętam, że na newsa o wyborze Darrena na reżysera pomyślałem coś w stylu: "No, w końcu on zrobi z tym coś porządnego!" Jednak powtórny seans obrazu z '87 wszystko zmienił.

Film Verhoevena jest absolutnie fantastyczny. Mroczny, ciężki, surowy, cholernie brutalny - zupełnie odmienny od obrazu, który miałem w głowie na myśl o RoboCopie. Do tego dość dołujący i przygnębiający, chociaż niepozbawiony dozy specyficznego humoru. Historię Alexa Murphy'ego jest powszechnie znana i chyba nie ma sensu jej jakoś dokładnie rozpisywać. Młody policjant zostaje zabity na służbie, a że policja należy do prywatnej firmy (OCP) jego ciało zostaje zabrane i użyte w programie budowy policjanta robota. Przerobiony na super gliniarza Murphy wraca na swój stary komisariat, gdzie zaczyna odzyskiwać fragmenty skasowanej pamięci i postanawia zemścić się na swoich mordercach. Scena gdzie banda Boddicker łapie Alexa i urządza sobie zabawę, w której służy on za tarczę strzelniczą, jest jedną z najbardziej brutalnych jakie widziałem w filmie science fiction. W czołgającego się policjanta, grupka śmiejących się przestępców, przez ponad minutę ładują całe kilogramy ołowiu. Odrywają mu rękę, dziurawią go na wylot, rozrywają ciało, by na koniec łaskawie dobić go strzałem w głowę. To wszystko pokazane bardzo dokładnie, z krzykami i miotaniem się umierającego człowieka. Uderzony intensywnością i bezkompromisowością tej sceny wcisnąłem 'stop' i powiedziałem na głos "O kurwa!" Cały "RoboCop" jest bardzo brutalny, ale reżyser umieścił w nim jeszcze jedną scenę o podobnej sile. Po tym jak Murphy próbuje aresztować Dick Jonesa, stacza krótki pojedynek z ED-209 i ucieka do podziemnego garażu, staje oko w oko z całym szwadronem oddziałów specjalnych. Nie ma szans poddać się, bo ci z miejsca otwierają do niego ogień. I w tym momencie po raz kolejny zapalił mi się nad głową wielki, jaskrawy neon "WTF?!" Idący szeregiem policjanci walą wszystkim co mają w słaniającego się na nogach RoboCopa, który ostatecznie zostaje uratowany, ale ta scena trwa i trwa! Kończy się chyba dopiero w momencie kiedy pirotechnicy powiedzieli, że już nie mają czego odpalić. Chyba nigdzie, w żadnym innym filmie science fiction nie potraktowano gorzej głównego bohatera.


Gdy teraz czytam kogo brano pod uwagę do roli Alexa nie jestem w stanie sobie wyobrazić żadnego z tych aktorów pod stalowym pancerzem. Obojętnie czy byłby to Rutger Hauer, Michael Ironside, czy sam Arnold Schwarzenegger (tych dwóch ostatnich zresztą zagrało w następnym filmie Verhoeven), żadnemu z nich nie udałoby się osiągnąć takiego mechanicznego chłodu, a przy tak szpecącej charakteryzacji takiej dostojności, co Peterowi Wallerowi. W ogóle dobór aktorów można tylko pochwalić. Kurtwood Smith i Ronny Cox w roli czarnych charakterów wypadli genialnie. Dziwie się, że postać kreowana przez Smitha jest pomijana w przypadku wszelkiego rodzaju zestawień bad guy'ów robionych przez czasopisma i portale. Na tle postaci męskich trochę słabo wypada Lewis grana przez Nancy Allen. Odniosłem wrażenie, że była kluczowa dla scenariusza, popychała akcję tam gdzie trzeba było, ale jej "charakter" ograniczono do kopania przestępców w krocze.

Pomysł na postać RoboCopa (który wg twórców ma być wypadkową Sędziego Dredda i Iron Mana) kiełkował równocześnie z powstawaniem mangi "Appleseed". Nie wiem czy była ona znana Edwardowi Neumeierowi i Michaelowi Minerowi (scenarzyści), ale wydaje mi się, że nie. Za to ślady tego co stworzyli można później odnaleźć w chociażby uwielbianym i wychwalanym "Ghost in the Shell". Bo tak naprawdę RoboCop to właśnie "duch w pancerzu" i w porównaniu z takim Briareosem wypada pod wieloma względami lepiej i bardziej autentycznie. Jego twórcom idealnie udało się pokazać "przebudzenie" Murphy'ego i radzenie sobie z tym czym się stał. Sceny w opuszczonym domu plus te kilka urywków, czy raczej "nagrań" pamięci, tworzą smutny obraz i pokazują tragizm (piszę to jak najbardziej serio) tej postaci. Tego nie uświadczymy w mangach Shirowa. Dla mnie "RoboCop" nie ma słabych stron. Mimo swojej komiksowości i przesadnej brutalności, to cholernie dojrzały obraz pokazujący czym tak naprawdę jest człowieczeństwo.


Verhoeven stworzył w "RoboCopie" coś co kolejne filmy i serial, z lepszym lub gorszym skutkiem, kontynuowały, a jemu samemu udało się to tak naprawdę dobrze rozwinąć dopiero dekadę później w "Żołnierzach kosmosu" - chodzi mi o przerywniki w postaci wiadomości telewizyjnych i reklam Omni Consumer Products. Naprawdę świetnie w ten sposób nakreślono filmowy świat i obraz przyszłości - bardzo cyberpunkowy trzeba dodać. Elementy, które teraz uważa się w tym gatunku za mus, można odnaleźć w Detroit stworzonym przez Neumeiera i Minera. Mamy utopijne miasto, które ma powstać na zdeprawowanych slumsach rządzonych przez gangi (Delta City to amerykański odpowiednik Neo Tokio), mamy bezwzględną korporację OCP kontrolującą większość aspektów życia, jest cybernetyka i robotyka (która może w porównaniu z japońskimi wymysłami tutaj na razie raczkuje), a życie normalnego człowieka, jak praktycznie w każdym cyberpunkowym filmie, nie jawi się w różowych barwach.

Przy kolejnych częściach mamy niestety tendencję spadkową. Po "RoboCop 2" obiecywałem sobie wiele. Ta sama obsada, odpowiadający częściowo za scenariusz Frank Miller i Irvin Kershner na reżyserskim stołku. Niestety nie podołano. Jest sporo akcji, ale raczej w stylu kina klasy B, a mimo to jest nudno. Wepchnięto tutaj ze sto "oczywistych oczywistości" jakie kino sensacyjne funduje nam latami. Próbowano stworzyć przeciwnika na miarę Robo Gliny, ale Kain jest tak naprawdę kalką i zarazem cieniem wszystkich pieprzących o Bogu psychopatów. "Robocop 3" jest już naprawdę bardzo słaby. Pojawia się kolejny zarzut - fatalne aktorstwo. Strasznie nędzny scenariusz, nieumiejętne wykorzystanie dobrodziejstwa jakim był Otomo i PG-13 spowodowało, że po seansie chciało mi się krzyczeć. To przykład zmarnowanego potencjału i źle nakręconego filmu, który dodatkowo dość mocno ośmiesza świetnie rozpoczętą serię. Trójkę lepiej ominąć niż obejrzeć. Oprócz trzech filmów i aktorskiego serialu jest jeszcze druga kanadyjska produkcja, czteroodcinkowy "RoboCop: Prime Directives" i dwie animowane serie: "RoboCop: The Series" i "RoboCop: Alpha Commando". Oceny tej trójki jednak mnie skutecznie odstraszyły od samego rozpoczęcia poszukiwań.

To tyle moich rozważań na temat Robo Gliny. Podejrzewam, że wśród wielu ludzi pokutuje obraz "RoboCopa" jako "lightowej" produkcji dla dzieciaków, którą sprzedał nam ostatni film i polsatowski serial. Jeżeli kogoś zachęciłem do obejrzenia pierwszej części i przekonania się na własnej skórze, że temat jest jak najbardziej poważny to super. "RoboCop" to jak dla mnie jeden z najlepszych obrazów lat 80tych.

Ten ładny, rysowany plakat jest autorstwa Tylera Stouta, jakby ktoś pytał.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Vanguard Princess

Nigdy nie byłem dobry w bijatykach, ale kilka tytułów w podstawówce katowałem do tego stopnia, że śniły mi się po nocach. W liceum i na studiach jakoś nigdy nie mnie już nie ciągnęło, no może poza sporadycznym odpaleniem MUGENa i skasowaniu go z dysku kilka dni później. Raczej uczenie się kombinacji klawiszy, wkuwanie sekwencji do odpalenia combo i gapienie się godzinami na te same postaci przestało mi się kojarzyć z dobrą rozrywką. Także w dziedzinie takich klasycznych naparzanek jestem daleko w tyle. Co innego wrestling.

Ostatnio trafiłem jednak na "Vanguard Princess" i po obejrzeniu kilku screenów zdecydowałem się ją ściągnąć i odpalić. "Vanguard Princess" jest grą freeware - klasyczną bijatyką 2D w stylu starego, dobrego "Street Fightera" tyle, że jak na moje oko zdecydowanie bardziej dynamiczną. Pod grą podpisuje się Sugeno Tomoaki, jak internetowa plotka głosi, były pracownik Capcomu. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Muszę jednak przyznać, że wyszła mu ta gra świetnie! Do wyboru mamy tylko postaci kobiece, i niby tylko osiem, ale każda ma w zanadrzu trzy rodzaje stroju. Zresztą naprawdę więcej nie potrzeba. Tyle ile jest i tak gwarantuje kilka godzin dobrej zabawy. Dobieramy jeszcze jedną z czterech postaci wspomagających i możemy zacząć grać. Są dwa tryby rozgrywki - (szumnie nazwane) story i versus oraz ukryty trening (o czym później), ale w każdym chodzi o to samo - jedna pani okłada na wszystkie sposoby drugą panią, aż jej pasek życia spadnie do zera. Jak można się domyślić, bohaterki nie różnią się tylko wyglądem i wielkością biustu, ale posługują się również innym stylem walki i w większości przypadków również inną bronią. Jedne atakują z dystansu, inne stosują chwyty i miażdżą w zwarciu, a jeszcze inne potrafią znienacka atakować pośladkami.

Wszystko jest tutaj bardzo komiksowe, przerysowane na japońską, mangową modłę i troszkę komediowe. Na dodatek wygląda to tak, jakby te postaci, chociaż rysowane jednym stylem, wyszły z różnych gatunków anime - cyber punk obok komediowej haremówki i poważnej obyczajowej historii. Zabawna kombinacja. Graficznie jest miodzio. Tła są zróżnicowane i w swojej kolorystyce miłe dla oka. Animacja postaci jest cholernie płynna, a dziewczyny pełne wdzięku i seksu (część z nich do tego lubi chwalić się bielizną lub jej brakiem). W porównaniu z takim "Marvel vs. Capcom" wszelkiego rodzaju ciosy specjalne czy combo mogą wyglądać nieciekawie, ale jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że nie jest to gra z wielomilionowym budżetem robiona przez największego giganta na rynku, to zaraz się o tym zapomina. Zresztą, w "Vanguard Princess" te specjale i tak wygląda niczego sobie. Od strony wizualnej to jedynym problemem. jak dla mnie. jest chaos powodowany przez postaci wspomagające (specjalnie wybrałem takie screeny, żeby właśnie to zobrazować), które cały czas kręcą się na drugim planie. Jeżeli w jednym momencie wszystkie cztery postaci odpalą jakiś atak to nie ma szans, człowiek na tą sekundę czy dwie musi się pogubić. Sporym minusem jest również "wygląd pauzy". Zamiast stop klatki pojawia nam się plansza z krzaczkami (taka sama jak w folderze z instrukcją). A ta gra aż prosi się o zwykłe zatrzymanie czasu (i malutkie menu gdzieś tam z boku). Muzycznie i dźwiękowo jest świetnie. Chyba każda plansza ma swoją przyjemną muzyczkę, a odgłosy jakie wydają walczące wojowniczki przywodzą na myśl dźwięki jakie rozbrzmiewały w salonach gier, w połowie lat 90tych.


Na koniec jeszcze kilka słów o sterowaniu i AI. Są trzy poziomy trudności. O ile łatwy jest łatwy, o tyle medium przysparza mi trochę problemów i story na nim jeszcze nie przeszedłem (ale znowu nie grałem za długo). Tego najtrudniejszego jeszcze nie odpalałem. Sterowanie jest banalne. Trzy guziki [A], [B], [C] służą do wyprowadzanie ataków (chyba bez specjalnego podziału na ciosy i kopnięcia) i jeden [D] za postać wspomagającą (ten w zależności z kierunkiem będzie odpowiadał za atak wspomagający albo dodatkową obronę). Listy ciosów można znaleźć na ekranie wyboru postaci, w folderze z grą (dokładnie folder: マニュアル) lub też tutaj - chociaż napieprzanie na ślepo w klawisze sprawdza się równie dobrze i nie raz udało mi się puścić jakiś spektakularny atak zwyczajnie waląc w co popadnie.


"Vanguard Princess" można ściągnąć tutaj bądź tutaj. W razie problemów z odpaleniem umieszczę wskazówki, które najprawdopodobniej rozwiążą wszystkie problemy.
Po zainstalowaniu zwyczajne klikanie na plik .exe mija się z celem, bo od razu wychodzi się z gry.
  1. Należy otworzyć folder vanpri.
  2. Otworzyć folder ヴァンガードプリンセス (Vanguard Princess).
  3. Znaleźć pliki ヴァンガードプリンセス.exe i ヴァンガードプリンセス.kgt
  4. Zwyczajnie zmienić im nazwy, np. na vanguardprincess.exe i vanguardprincess.kgt (byle były takie same).
Jeżeli nadal nie działa, a prawdopodobnie tak będzie, to jeszcze trzeba:
  1. Ściągnąć i zainstalować Microsoft AppLocale Utility.
  2. Otworzyć AppLocale.
  3. Wybrać "Launch an application" i wybrać plik vanguardprincess.exe (chyba, że plikom przemieniliście nazwy na inne).
  4. Zmienić język aplikacji na "Japanese (日本語)".
  5. AppLocale zapyta czy stworzyć skrót, który będzie automatycznie zmieniał język aplikacji. Skrót pojawia się domyślnie w folderze programu.
Teraz już można spokojnie grać.
Jeszcze rzucę garścią "sekretów", które udało mi się wyszperać w necie (i samem trochę też):
  • Opcja treningu jest dostępna w Versusie. Wybieramy postać, która nas interesuje, a gdy ładuje się walka wpisujemy "p" i "e". Zmianę trybu zakomunikować powinien dźwięk, od tej pory pasek życia przeciwniczki będzie służył tylko do pomiarów siły ciosów.
  • Można wyjść z walki przechodząc do pauzy i wciskając razem klawisze odpowiadające za atak [A+B+C].
  • W trybie story są dostępne jedynie cztery postaci wspomagające, jednak w versusie można wylosować piątą, Hildę - bossa (czy tam bossową) gry.
  • [A+B] tworzy coś w rodzaju tarczy, można ten blok również zaprogramować pod konkretny przycisk. Jednak nie mam bladego pojęcia na jakich zasadach to działa, nigdy nie udało mi się dobrze zastosować. Na pewno pozwala na wyprowadzenie szybkiej kontry.
  • Postaci wspomagające może rzeczywiście wkurzają, ale jeżeli dobrze się ją opanuje bywa bardzo pomocna. Ma ona cztery ataki: samo [D], [przód] + [D], [dół] + [D] i [dół-przód]+[D] i obronę [tył]+[D].

To tyle, mam nadzieję, że tym opisem zachęcę kogoś to ściągnięcia i pobawienia się "Vanguard Princess". To naprawdę bardzo fajna bijatyka i chyba jedna z najlepszych gier freeware z jakimi miałem okazję się spotkać. Na pewno zapewni kilka godzin zabawy w te wakacje.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Lord Mandus atakuje!

Jako, że flcl nadal nie dorobiło się linkowni, gdzie mógłbym dodawać adresy blogów znajomych, to postanowiłem tym krótkim wpisem podzielić się nowiną o pojawieniu się Mando w blogosferze. A kim jest Mando?

Jest ojcem serwisu StephenKing.pl, zapalonym kolekcjonerem książek, komiksów, filmów i gadżetów z Kingiem związanych, miłośnikiem brzmień disco, horrorów, "Z Archiwum X", "Przystanku Alaska" i jednym z najzabawniejszych ludzi jakich znam. Jeżeli wierzyć jego słowom to w zeszłym roku rozbudziłem w nim, swoim wpisem o starej trylogii, ukrytą miłość do Gwiezdnych Wojen. Zaowocowało to nie tylko rosnącą w niezłym tempie kolekcją powieści i komiksów ze świata Star Wars, ale przede wszystkim gwiezdnowojennym blogiem, który powstał przedwczoraj, gdzie będzie przelewał swoje luźne przemyślenia po lekturze (i jak podejrzewam również po seansach wszelakich).

Także, wszystkich naszych wspólnych znajomych, jak i osoby które go nie znają, wysyłam na blog Lorda Mandusa, a jemu życzę wytrwałości i chęci w blogowaniu. So Say We All!