wtorek, 11 stycznia 2011

Pięć najlepszych książek roku 2010

W ilości przeczytanych książek przeszedłem swoje najśmielsze oczekiwania. 42 pozycje (które można obejrzeć w zakładce "Wyczyt roczny"). Ale zrobię tak jak przed rokiem, lista będzie krótka i uzupełnię ją ewentualne o wyróżnienia.

5.) "Anno Dracula", autor: Kim Newman. Zaskoczył mnie ten tytuł. Wiedziałem, że: po pierwsze: autor ma łeb na karku, po drugie: jest to powieść zaliczana do kanonu horroru postmodernistycznego, po trzecie: podoba się ona moim nielicznym znajomym, którzy ją czytali, ale w najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłem, że będzie TAK DOBRA! Oto mamy wiktoriańską Anglię, Anglię, z której nie udało się Van Helsingowi i spółce wygnać Draculi, Anglię pełną wampirów! Hrabia postanawia znowu rządzić. Zostaje oblubieńcem królowej, a jego krwawe rządy stają się problemem dla wszystkich (i tych krew posiadających, i tych krew pijących). Mamy całą plejadę literackich i filmowych bohaterów, którzy chyba nigdy wcześniej (a pewnie i nigdy później) się na kartach książki nie spotkali. Znajdziemy w "Anno Dracula" dr Jekylla i pana Hyde'a, Kubę Rozpruwacza wokół którego kręci się poniekąd cała historia. Wyłapiemy z pewnością postać Sherlocka Holmesa zamkniętego w obozie pracy, Kurta Barlowa, który później zawędruje do Salem, Martina z filmu Romero i Hrabiego Orloka z filmu Murnaua. Jest Allan Quatermain, dr Moreau i Fu Manchu rządzący podziemnym półświatkiem do spółki z profesorem Moriartym. Do tego dochodzi cała gama postaci historycznych. Powieść Newmana może i nie jest literackim arcydziełem, ale autor żongluje tutaj postaciami i wątkami z olbrzymią precyzją i wprawą. Powala rozmachem i pomysłami, które później doszlifował Alan Moore w swojej "Lidze Niezwykłych Dżentelmenów". Bez kitu! Gdy ktoś kto zna bardzo dobrze Moora i weźmie się za książkę Newmana odkryje, że Brodacz z Northampton nie zrobił nic oryginalnego (chociaż to i tak rzecz wyśmienita).

4.) "Poziom śmierci", autor: Lee Child. Do miłośników książek tego Childa zalicza się całkiem sporo znanych osób. I ja także dołączam do tego zacnego grona fanów Jacka Reachera i Lee Childa. Pierwsza rzecz, która mnie facet kupił jest bohater. Reacher jest kapitalny! Inteligentny, enigmatyczny, zrównoważony i zabójczy. A przede wszystkim strasznie równy. Nie sposób gościa nie lubić. Drugą rzeczą, która szalenie mi się podobała, a która poniekąd łączy się z pierwszą, jest bezbłędna pierwszoosobowa narracja. Reacher jest naprawdę fajną postacią, z ciekawymi przemyśleniami. To w jaki sposób rozpracowuje intrygę, jak główkuje i kombinuje, łączy fakty jest po prostu dobre. Kilka tygodni wcześniej narzekaliśmy z Kamilą na narrację w pierwszej osobie. Że to zazwyczaj nie wychodzi. Że brzmi sztucznie albo źle. Tutaj tak nie jest! No i intryga - bardzo ciekawa i przemyślana. Odkrywa się przed Reacherem i przed nami powoli, a jednocześnie tempo książki jest niesamowite. Przecież tam co chwilę ktoś ginie! "Poziom śmierci" niesamowicie trzyma w napięciu... nie mogłem się autentycznie od niego oderwać. Do tego Child zrobił zrobił dobry research i świetnie to napisał. Chyba nie czytałem lepszej powieści sensacyjnej niż ta.

3.) "The Living Dead", autorów: jak psów. Mam trochę wyrzuty sumienia względem tej antologii. W czasie gdy ją czytałem, nie znalazłem ani żadnej polskiej recenzji, ani żadnego porządnego opisu polsku tej pozycji (i pewnie nadal nie ma). Chciałem ją ładnie opisać... dać kilka słów o każdym autorze i opowiadaniu. I jakoś w połowie przystopowałem, nie miałem czasu. Magisterka, sranie w banie. Później próbowałem wrócić, ale się poddałem. Może kiedyś jeszcze się za to wezmę. Chciałbym bardzo, bo wybitnie fajny to wybór. Nierówny, jak to w 90% antologii bywa, ale nawet najsłabsze teksty (jak chociażby ten Laurell Hamilton albo Barkera) były intrygujące. Przelot przez najróżniejsze gatunki, style i konwencje. Mamy tekst Joe Hilla, w którym na planie "Świtu Żywych Trupów" Romero spotyka się para z lat szkolnych. Dan Simmons napisał o nauczycielce która mimo apokalipsy nadal uczy w szkole, należałby dodać że zombie-dzieci. Trzyma je przykute w ławkach i próbuje w jakiś sposób dotrzeć do ich zainfekowanych mózgów. Jest świetny tekst Gaimana o voodoo i zombie prosto z Nowego Orleanu i opowiadanie, które było podwaliną do jednego z odcinków "Mistrzów Horroru" - "Homecoming". Plus jeszcze kilkanaście innych wspaniałych tekstów. Sądzę, że każdy fan horroru powinien raz na jakiś czas wziąć w łapy taką cegiełkę zza oceanu i zobaczyć, że to co do nas dociera to śmieszny ułamek ciekawych i wartościowych autorów horrorów i dark fantasy.

2.) "Wroniec", autor: Jacek Dukaj. Siedziałem, słuchałem i byłem zauroczony. Kapitalna książka w kapitalnej interpretacji. To pierwsze moje spotkanie z Dukajem. Spodziewałem się wiele, chociaż zdawałem sobie sprawę, że w książce dla, bądź co bądź, młodszego czytelnika, na pewno facet nie rozwinie skrzydeł. Srogo się pomyliłem. A może nie? I może "Wroniec" to tylko część talentu Dukaja? I w kolejnych książkach będę jeszcze bardziej rozkładany na łopatki. Wizja, którą przedstawił, język w jakim to napisał mnie urzekły i jednocześnie poruszyła. To taka książka, która zachwyca na poziomie fabuły i pod względem zabaw z językiem. W moim wypadku zachwyciła również interpretacja. Peszek był najlepszym męskim lektorem jakiego miałem przyjemność słuchać, a jak już sobie kupię kiedyś książkę to pewnie i zachwycą mnie ilustracje.

1.) "Dolores Claiborne" autor: Stephen King. Znowu audiobook. Znowu genialna interpretacja, z tym że kobieca. Dolores była Elżbieta Kijowska - świetnie babeczka to przeczytała. To jest tak, że zostawiłem sobie kilka "kingów" do przeczytania. Po tym jak na początku przygody, w ciągu roku, przeczytałem ok. 40. Zacząłem sobie jego książki dawkować albo powtarzać. W 2010 doszedł jeden, ale ubyły dwa. I historia Dolores, którą wybrałem trochę niechętnie, była jedną z tych, które ubyły i do których na pewno nie jeden raz wrócę. To niezmiernie dobra historia z bardzo fajną i zapadającą w pamięć bohaterką. Gdybym miał się zastanowić nad najfajnieszymi postaciami, jakie stworzył King, a stworzył ich setki, to Dolores pewnie byłaby w pierwszej piątce. Bije z tej książki prawda o amerykańskiej prowincji, która poniekąd jest uniwersalna i znajduje zastosowanie również u nas. Stefan jest wybitnym obserwatorem. Genialnie prześwietla małe społeczności i rodziny. Nie wiem czy istnieje ktoś, kto tak dobrze potrafi wyciągnąć brudy.

Wyróżnienia:
  • "Spiral", autor: Koji Suzuki. O "Spiral" pisałem, więc tylko rzucę linkiem. Za to jak Suzuki tam namieszał i jak wszystko poplątał grzechem byłoby tej książki tutaj nie umieścić.
  • "Droga", autor: Cormac McCarthy. Powiem szczerze, nie lubię tej książki. Jest świetna, ale tak dołująca, momentami tak ściskająca gardło, że autentycznie mnie odrzucało. Muszę wychwalić minimalistyczno-hipnotyczny styl McCarthy'ego. Jakby pisane pode mnie - chociaż czuję pewien dysonans, bo uwielbiam i taki minimalizm, i rozbuchane opisy, i długaśne dialogi. Paradoksalnie, nie czytałem od dawna powieść przez którą z taką łatwością bym się przedzierał i jednocześnie której czytanie by mnie tak bolało. Wizja jest maksymalnie dołująca i porażająca. Nic mnie chyba tak mnie nie potargało w ubiegłym roku jak właśnie "Droga". To świetna powieść i daje mocno do myślenia (nawet chwilami za bardzo). Sądzę, że już nigdy po nią nie sięgnę. Zbyt dużo mnie kosztowało towarzyszenie Mężczyźnie i Chłopcu w ich wędrówce. Niepotrzebne mi są w życiu tak negatywne emocje, nie potrzeba mi nieprzespanych nocy i kłębiących się, jak te spalone węże ze wspomnień Ojca, myśli o apokalipsie i "Drodze".
  • "Kill Grill. Restauracja od kuchni", autor: Anthony Bourdain. O tej książce też pisałem, więc odsyłam do wpisu z sierpnia.
Crap roku:
  • "Metro 2033" Dmitrij Głuchowski. Boże! Jaka żenada! Książka jest przede wszystkim nużąca i schematyczna. Główny, bohater (imienia nie pamiętam) jest bezbarwną, nudną i nader wkurzającą osobą, która smęci i nudzi. Wkurza taką dziwną biernością, która towarzyszy całemu jego działaniu. Idzie, tam gdzie go popchną, bo w sumie nie ma nic lepszego do roboty, bo niby wierzy że ma coś ocalić. Miota się między myślami filozoficznymi, a doktrynami politycznymi, i daje się nieść "fali" metra. Samo metro mogłoby być fajne, gdyby nie był to twór tak sztuczny i tak odległy. Wizja świata nie zachwyca. Jakaś uproszczona, niewiarygodna i jednocześnie nijaka. Bardzo kiepski zlepek postapokaliptycznych pomsyłów (pewnie w dużej mierze zerżnięty od Strugackich), które autor w zasadzie niewiadomo po co okrasił taką ilością bezsensownego filozofowania. Uderza całkowity brak koncepcji.
  • "Kodeks 632", autor: Jose Rodriguez dos Santos. Zrecenzowałem go dla CarpeNoctem i jeżeli ktoś jest ciekawy to tam odsyłam.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

niedziela, 2 stycznia 2011

czwartek, 30 grudnia 2010

K-pok Podcast

Przegapiłem moment kiedy godai wystartował ze swoim nowym podcastem pewnie dlatego, że B180 słuchałem i czytałem (na wyrywki) przez czytnik RSS, a motywowe niedziele omijam. Więc teraz nadrabiam. Od 3 miesięcy można słuchać K-pok, w którym godai gada o komiksach, Batmanie, a w styczniu będzie gadać też o Star Wars. Przesłuchałem 4 odcinki na wyrywki i śmiało mogę napisać, że ma we mnie wiernego słuchacza. Czemu? Po pierwsze gada mądrze. Po drugie gada fajnie, a tematycznie też bardzo mi podchodzi. Długości odcinków są rozsądne. Fajno!

niedziela, 19 grudnia 2010

O "Kodeksie 632" na CN

Na CarpeNoctem pojawiła się recenzja "Kodeksu 632" Jose Rodrigueza dos Santosa mojego autorstwa. Myślę, że to jedna z najsłabszych książek jakie czytałem w tym roku. Zastanawiające, bo wśród opinii, które przeglądałem, większość była huraoptymistyczna, a nie trafiłem na żadną negatywną. A przecież czytelnik sięgając po "Kodeks 632" jest oszukiwany przez wydawcę, który zapewnia, że będziemy mieć do czynienia z thrillerem. W tej powieści nie ma ani jednego momentu, kiedy serce mogłoby z ekscytacji zabić choć odrobinę szybciej. Albo główny bohater z wielką pasją opowiada co odkrył w starych dokumentach, albo ktoś jemu z wielką pasją opowiada o tym czego jeszcze odkryć mu się nie udało. Suche klepanie faktów historycznych. Wątki obyczajowe wepchnięte na siłę. Dan Brown "zjada" swoimi książkami (i naciąganiem faktów) "Kodeks 632" na śniadanie, bez popitki.

Jeżeli to co napisałem was nie przekonuje to polecam lekturę recenzji.

czwartek, 16 grudnia 2010

O "Granatowej krwi" na CN

Na CarpeNoctem pojawiła się moja recenzja "Granatowej krwi" Wiktora Hagena. Jest to kryminał z wątkami obyczajowymi. Książka mi się podobała, ale umiarkowanie. W recenzji w zasadzie napisałem wszystko co chciałem. Nie polubiłem kryształowego głównego bohatera, nie spodobała mi się stereotypowa do bólu policja - można odnieść wrażenie, że poza Nemhauserem (gł bohater) pracują tam tylko osiłki i cwaniaki, a nie fachowi śledczy. Ale fabuła jest interesująca, a intryga jest na tyle dobra, że człowiek przymyka oko na wady. Widać, że Hagen lubi południowo europejską szkołę kryminalną - sporo u niego jedzenia i gotowania, jeden przepis podaje z taką dokładnością, że można by zabrać "Granatową krew" do kuchni i to danie upichcić.

Po więcej odsyłam do recenzji.

I jeszcze jedno... Kim jest postać z pierwszego rozdziały do cholery? Hagen o niej zapomniał? A może ja jestem jakiś niekumaty.

A jakby kogoś interesował jeszcze jakiś polski kryminał, to Kamila zrecenzowała pozytywnie "Morderstwo w Alei Róż" Tadeusza Cegielskiego.