niedziela, 14 czerwca 2015

Droga gniewu

Ostatnio nie było specjalnie o czym pisać. Doszedłem do wniosku, że nie chcę wylewać wiadra pomyj na drugich "Avengersów" czy ostatni film Wachowskich. Rozczarował "Haker" Manna i katastroficzne "Epicentrum". Były słabe, więc nici z ewentualnych notek. Chciałbym za to wystukać kilka zdań o "Kung Fury" i "WolfCop", bo temat bardzo świeży. Oba oglądałem w zeszłym tygodniu. Pierwszy jest odjechanym hołdem, pieśnią pochwalną lat 80-tych, a że dorabiają z Tomaszem Knapikiem lektora, to się trochę wstrzymam, obejrzę drugi raz i pewnie wtedy. "WolfCop" jeden z najsympatyczniejszych b-movies, jakie widziałem od czasu "Zombeavers". Przykro by go przemilczeć.

W zeszłą sobotę dotarłem na "Mad Max: Na drodze gniewu" i jestem zachwycony. I też się zastanawiałem czy wystawiać kolejną ultra pozytywną laurkę czy skupić się na czymś innym. Ale film jest tak obłędny, że nie potrafię przejść obok niego obojętnie. Nie zostawić po nim, na flcl śladu.

Zacznę może od tego, że pogrywam w serię "Borderlands". Tak z doskoku. Raz na jakiś czas odpalam, bawię się kilka godzin, by nie ruszać tytułu nawet przez kolejne kilka miesięcy. Akcję twórcy osadzili na górniczej planecie - Pandorze, gdzie wszyscy zwariowali. Jak się popatrzy na postaci, z którymi przyjdzie nam się spotkać, to ci próbujący tam normalnie mieszkać, są chyba nawet bardziej szaleni niż te bandy wykolejeńców szalejące po pustkowiach. A to właśnie ci półnadzy Psycho  byli głównym skojarzeniem jakie miałem oglądając po raz kolejny trailery do filmu Millera - a oglądałem go kilkadziesiąt razy. Przysięgam!

Ciężko mi snuć teorie na temat ewentualnych inspiracji, ale  feel i ci samobójczy psychole, którzy swoim skandowaniem, gadaniem do siebie, podnieceniem jakie ogarnęło ich w czasie pościgu, powodowali, że pod czaszką kotłowała się dość często myśl: "Przecież takie rzeczy to właśnie na Pandorze oglądałem!" Ale może umysłowo spaczonych, napędzanych adrenaliną fanatyków można przedstawić tylko w taki podobny sposób? Znowu ekipa z Gearbox Softwear złożyła niezły hołd pierwszemu Maxowi Rockatansky'emu i madmaxowej franczyźnie. W pierwszej części, po kilku godzinach grania docieramy do Kopuły, areny gdzie gracz musi walczyć ze zmotoryzowanymi przeciwnikami. Ich przywódca - Mad Mel, potrafi napsuć krwi i o ile dobrze pamiętam, nie umiałem go ubić w równej walce.

My name is Max. My world is fire and blood.

Bezkompromisowość "Mad Max: Na drodze gniewu" uderzała we mnie w każdej scenie. Fabułę uproszczono do granic tolerancji (Miller zaczynał kręcić ten film posiadając 1200 planszowy komiks), postawiono na galopującą akcję i wirtuozerię praktycznych efektów specjalnych, a jednocześnie potraktowano widza w sposób, w jaki zawsze chciałbym być w kinie traktowany. Żadnej łopatologii, żadnego ckliwego originu, retrospekcji. Udało się zarysować sylwetki i motywy popychające bohaterów właściwie już w pierwszych kilku minutach. To każdemu kto potrafi w kolorowance połączyć kolejne punkty, tak by powstał obrazek, powinno to wystarczyć. Postawienie na tradycyjne fx, które jak wiadomo, na tę chwilę nie jest opłacalne, to jak dla mnie, największy atut filmu. To jest właśnie to COŚ, za co ja kocham kino. Materiały z planu, których oglądanie zajęło mi większość zeszłej niedzieli (przez co nie napisałem tej notki wtedy i nie mogłem skończyć jej przez cały tydzień), uświadamiają mi coś, o czym chyba zapomniałem - CGI, nieważne jak dobre, nigdy nie będzie wywoływało takich emocji jak praca pirotechników i kaskaderów.

Jest taka scena, z samego początku pościgu, kiedy Cesarzowa Furiosa zjeżdża z drogi i pojawiają się pierwsi mieszkańcy pustyni. Mają taki wielki kolczasty pojazd, który ostatecznie wylatuje w powietrze. Oglądanie tego wybuchu przyprawiło mnie o gęsią skórkę. I jasne, można to było zrobić w klimatyzowanym pomieszczeniu, piętnastu chłopa na iMacach sklejałoby przez kilka dni od podstaw wybuch. Każdy pyłek, każdą lecącą nakrętkę. Generowałoby gigabajty chuj wie czego i ostatecznie ludzie byliby zadowoleni. Ale można to zrobić naprawdę. Naprawdę wysadzić półciężarówkę na pustyni, a te potężne kamery, te które pozwalają kręcić z tak olbrzymią dokładnością i z tak wysoką jakością, pozwolą uzyskać taki efekt, że ten wygenerowany w sudio wybuch może chodzić temu prawdziwemu, sfilmowanemu na pustyni, po rogale. I to koło które odpadło z tego kolczastego giganta - po prostu mega! Druga scena, która zrobiła na mnie wrażenie to ta, gdy przy jeździe w kanionie, motocyklista wbija się pod ciężarówkę i próbuje chwycić jakiejkolwiek jej części. Niby pierdółka, ale jest tam uchwycona ta desperacja i determinacja. Piękny kawał rzemiosła.

Jeżeli ktoś nie po obejrzeniu tego filmu nie rozumie dlaczego w XXI wieku spędza się pół roku na pustyni, kręcąc rzeczy które można nakręcić w studio, to prawdopodobnie nigdy nie zrozumie.

Fear the man with nothing left to lose.

Na zupełnie inną drogę gniewu wkracza Eric - bohater filmu, który przemknął chyba u nas pod zasięgiem radarów. W Polsce "Rover" był wyświetlany na Black Bear Festival, nie wiem czy gdzieś jeszcze. I pewnie nie poradziłby sobie w normalnej dystrybucji. W odróżnieniu do filmu Millera, David Michôd skręcił film trudny, wymagający, o tempie akcji wykraczającym poza możliwości komercyjnego widza.

Przez świat przeszedł nieokreślony kataklizm, chociaż oglądając odnosi się wrażenie, że to świat w którym ludziom się zwyczajnie przestało chcieć. Eric siedzi w knajpie, gdy jakieś zbiry kradną mu auto. To postapo, facet nie ma specjalnie nic do roboty, rusza za nimi w pościg. A może tylko tak to wygląda? Gdzieś na poboczu znajduje postrzelonego Reynoldsa, kompana złodziei i ratuje mu życie. Ciąg wydarzeń, w których uczestniczą, sprawia, że stają się towarzyszami broni i chociaż Eric traktuje opóźnionego w rozwoju Reynoldsa instrumentalnie, pojawia się między nimi swoista lojalność i odpowiedzialność jednego za drugiego. 

"Rover" to, tak jak w przypadku nowego "Mad Maxa", film o pościgu, gdzie chociaż fabuła również sprowadzona została do pokonywania kolejnych kilometrów i odhaczania potyczek z wkurzonymi wieśniakami czy żołnierzami, to tempo akcji i akcenty, na które położyli nacisk twórcy, są zupełnie inne. Zamiast oszałamiających efektów specjalnych, są dwie genialne kreacje aktorskie. Erica zagrał Guy Pearce, a w Reynoldsa brawurowo wcielił się Robert Pattinson. Okazuje się, że idol nastolatek i gospodyń domowych, potrafi zagrać na oscarowym poziomie, czego nie spodziewałbym się po nim nigdy. I omijane od dłuższego czasu "Cosmopolis" pojawiło się u mnie na liście do obejrzenia. 



Jeżeli chodzi o emocje, to wspominane tutaj filmy, leżą na przeciwnych biegunach. Po obejrzeniu "Mad Maxa" wychodziłem z kina naładowany adrenaliną. Chociaż obrazki, które pokazują, są smutne i przykre, to komiksowe przerysowanie, a także techniczne sztuczki - operowanie barwami i elektryzująca muzyka, nie pozwalały na łapanie dołów. To ciągłe napięcie podczas seansu, było jak podłączenie do akumulatora. "Rover" to smutna i ponura widokówka ze pogrążonego w rozpaczy kraju. Po seansie zostaje w ustach gorycz, człowiek czuje się rozbity i przygnębiony. Brakuje oczyszczenia. Zostaje się w tym brudzie z bohaterem, który stracił wszystko.

Oba warte obejrzenia i godne polecenia. Ten pierwszy jest tak doskonałym filmem, że nie ogarniam istnienia ludzi, którym się nie podobał. Ten drugi pewnie się podoba nielicznym, więc tym bardziej zachęcam!

niedziela, 19 kwietnia 2015

CantKillProgress

Wsiadasz do samochodu i wyjeżdżasz z parkingu. Na skrzyżowaniu skręcasz w lewo, w ulicę która dzieli miasto na dwie nierówne części. Prowadzą cię tory tramwajowe. Znasz drogę na pamięć. Każdą dziurę, każdą wystającą studzienkę. Asfalt oświetlają zimne, żółtawe światła latarni. Neonów jest jak na lekarstwo. Gdzieś miga z błędem napisany "kebab", zielony krzyżyk oświetla trupie twarze pod drzwiami apteki. To nie NeoTokio, niestety. Tam mimo północy pewnie stałbyś w korku. Tutaj mija cię jedynie patrol policji. Dobrze, że ściągnąłeś kaptur. Połowa drugiej dekady XXI wieku, ale twoje miasto nocą wygląda tak samo od nastu lat. Iluminacje kościoła i grodu obronnego, remontowany park, hotel w starej fabryce, w której jeszcze jako student robiłeś pierwszy urban exploring. Jeszcze zanim ktokolwiek pomyślał, że to będzie modne, ty piłeś piwo ze znajomymi na dachu, na którym teraz jest basen. To się zmieniło. I elewacje urzędów. Z głośnika leci muzyka elektroniczna. Dawniej byłby metal. Gdybyś miał dwanaście palców wytatuowałbyś na kłykciach IMFUCKINMETAL. Teraz już raczej 2HELL&BACK. Ambient sączy się do uszu, a ty wciąż nie możesz uwierzyć, w datę którą pokazuje ci wyświetlacz LED z deski rozdzielczej. 


"Powinniśmy już mieć latające samochody" myślisz, kiedy wjeżdżasz na obwodnicę. Droga prosta jak stół, do tego pusta. Możesz depnąć. Przed wyjściem czytałeś artykuł o żołnierzach, którzy powrócili z Iraku. Ktoś to podlinkował, podlajkował, wyświetliła to twoja tablica. Był nudny wieczór, z nudów kliknąłeś i nie możesz wyjść z podziwu, że gdzieś tam są sztuczne kończyny, które poruszają myślami weterani. których miny albo samochody pułapki pozbawiły ich własnych. A ty siedzisz w dwudziestoletnim oplu-szmelcaku. Co prawda wyciskasz nim nadal lekko sto czterdzieści i nigdy cię nie zawiódł. Ale to nie jest latający samochód. Coś poszło zdecydowanie nie tak jak powinno.

A gdzieś tam, w tajnych laboratoriach google, fejsbuka, a może nawet amazona prowadzone są badania na superkomputerach zrobionych z playstation 4. Piszą algorytmy i tworzą prawdziwy XXI wiek. Prawdziwą przyszłość. Science fiction które czytałeś za szczyla, i które rozbudzało twoją wyobraźnię do granic możliwości. Tworzą SI. Tworzą roboty. Tworzą wszystko o czym sobie wymarzyłeś. Tworzą też twoje koszmary. Te scenariusze, o których jest chociażby "Matrix" albo "Terminator" (w tej części dziejącej się w przyszłości). 


"Ex Machina", bo o niej teraz myślisz, to historia zdolnego programisty, który wygrywa konkurs i leci spędzić tydzień ze swoim genialnym szefem, latynoamerykańskim Zuckerbergiem. Tydzień w laboratorium w dżungli z seksowną Azjatką, która uwielbia tańczyć... można się rozmarzyć. Przechodząc do konkretów... Zuckerberg stworzył SI, a zadaniem zdolnego programisty, który jak się później okazuje, konkursu nie wygrał, jest ocenić czy to naprawdę SI. To film opierający się głównie na dialogach i chemii między postaciami. Zamknięte środowisko momentami cię przytłacza. Widzisz, że obraz jest pełen teorii, które tak naprawdę tylko fani sci-fi ogarniają. Wydawałoby się, że to może nie chwycić, a jak już chwyci to tylko ograniczone grono odbiorców. Że niby takie suche rozmowy o teście Turinga, badanie czy próbowanie się z komputerem, to tylko i wyłącznie coś co przyciągnie nerdów.


Nic bardziej mylnego. Atmosfera jest elektryzująca, napięcie, szczególnie w drugiej połowie filmu, nie opuszcza widza ani przez chwilę. Widzisz to po towarzystwie. Wszystko, w bardzo lekki sposób tłumaczone, co zaskakuje, bo spodziewasz się, że od łopatologii będzie cię bolał łeb. Jeżeli wybrałeś się na film z ludźmi, którym tematyka jest zupełnie obca, to po seansie oddychasz z ulgą, bo im się bardzo podobało. Bo "Ex Machina" to film wymagający i angażujący, jednocześnie daje satysfakcję i zmusza to refleksji. Zostajesz na literach z metalicznym posmakiem w ustach, bo z emocji przygryzłeś wargę i zastanawiasz się, czy jeszcze wszystko jest po staremu. Czy gdzieś tam, w zamkniętych laboratoriach nie ma fabryki człekokształtnych robotów, które udają głupsze niż są naprawdę? Czy Asimo, którego nam pokazują dla beki Japończycy ma nas cały czas uspokajać, że "Hej! Jeszcze przed nami daleka droga!"?

Zjeżdżasz z obwodnicy, ale to jeszcze nie koniec, bo jeszcze kawałek musisz przejechać. Bo jeszcze twoje myśli cały czas błądzą. Bo ta przyszłość o której czytasz, którą oglądasz na ekranie jest gdzie indziej. Tu masz miasto, któremu odbija się cały czas zmianami jakie zaszły w latach 90tych. Ale niedługo będzie ciąg dalszy. Czekaj.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Wsi spokojna, wsi wesoła

"Banshee (z gaelickiego beansi), najbardziej znana istota nadprzyrodzona Irlandii, to zwiastunka śmierci nawiedzająca stare rody irlandzkie czystej krwi. Banshee pojawia się nocą pod oknami rodzinnego domu człowieka, który ma umrzeć. Płacze i zawodzi głosem niewątpliwie kobiecym, ale język, jakim się posługuje, jest nikomu nieznany Czasami przychodzi przez kilka nocy z rzędu, zanim ktokolwiek umrze, a zapowiedź śmierci może dotyczyć osoby znajdującej się daleko od domu. niekiedy nawet za granicą. Znane są przypadki, kiedy członkowie starych rodzin irlandzkich umierali tysiące kilometrów od kraju, na przykład w Kanadzie lub Australii, a w tym samym czasie koło ich domu rodzinnego w Irlandii rozlegało się zawodzenie zwiastujące śmierć. 
Banshee Ukazuje się czasem pod postacią pięknej młodej kobiety ubranej w wytworny strój, na przykład w szarą narzutkę na zielonej sukni, jakie noszono w średniowieczu, kiedy indziej zaś pod postacią zgrzybiałej, przygarbionej staruchy spowitej w śmiertelny całun. I w jednym i w drugim przypadku ma jednak długie, powiewne włosy i oczy zaczerwienione od nieustannego płaczu. Jak głosi tradycja, banshee jest istotą drażliwą i płochliwą, jeśli się obrazi, może odejść i powrócić dopiero w następnym pokoleniu. Niektóre rodziny irlandzkie wierzą, że ich banshee to duch przodka sprzed kilkuset lat, który został wyznaczony na zwiastuna śmierci.
Banshee występuje także w legendach szkockich pod nazwą praczki (bean-nighe). Ukazuje się nad brzegami szkockich rzek, w których pierze zakrwawione ubrania ludzi mających niebawem umrzeć. Szkoci wierzą, że bean-nighe to duch kobiety, która zmarła w połogu. Według niektórych relacji zjawę tę cechuje wyjątkowa brzydota - brakuje jej jednego nozdrza, ma duże wystające zęby oraz obwisłe piersi. 
Szkockie i irlandzkie duchy tego gatunku przedstawia Elliott O'Donnell w książce The Banshee (1907). Obok ich wyczerpującej charakterystyki, w pracy tej można znaleźć wiele niezwykłych opowieści o ich pojawianiu się różnych częściach świata."

To tyle jeżeli chodzi o banshee w "Leksykonie duchów" nieocenionego Petera Haininga

Banshee to również drący ryja X-Men, ale jeżeli chociaż trochę mnie znacie, to wiecie że nie będę pisał o Marvelu. Pewnie jeszcze kilka rzeczy nosi taką nazwę. Na allegro są rowery, quady, karty do Magica, figurki do jakiejś gry figurkowej, model Gundama, a także płyta Kendry Morris. To tak na szybko przejrzałem, kiedy szukałem serialu na DVD.  


Bo dzisiaj będzie o serialu, który od stycznia 2013 roku niepodzielnie króluje na poletku produkcji sensacyjnych. Co ciekawe, nie sądzę by ktokolwiek się tego po "Banshee" od Cinemaxa spodziewał. Cinemax wcześniej miał tylko "Strike Back" (w Polsce "Kontra") i w zeszłym roku dorzucił do swojego portfolio "The Knick" (ale to w tej chwili się nie liczy, mówimy o stanie na styczeń 2013) - to naprawdę niewiele. A tutaj mamy potwora który nie dość, że jest prawdziwą petardą, to zjada konkurencję! Żadne CBS, ABC, żadne kablówki, żadni nowi gracze w stylu Netflix czy Amazona, przez kolejne trzy sezony nie zrobiło niczego, co chociażby da się teraz postawić obok "Banshee". A czemuż jest takie dobre? I czemu to oglądasz skoro rzuciłeś seriale?

No dobra, nie rzuciłem. Coś tam oglądam, próbuję chociaż ze dwa odcinki najciekawszych nowości też złapać. Będzie o tym notka! Co do tego pierwszego pytania... przyznaję się, nie spodziewałem się, że to tak się rozwinie, bo początki były niezłe, chociaż niemrawe. Mamy skazańca, który wychodzi po kilkunastu latach z pierdla za kradzież kamieni, szuka swojej wspólniczki, którą kocha ponad życie, a która zaraz po nieudanym skoku ucieka od swojego ojca - mafiozy i zaszywa się na zadupiu zwanym Banshee. Skazaniec ją odnajduje i dziwnym zbiegiem okoliczności przejmuje tożsamość nowego szeryfa Hooda (faceta, którego jeszcze nikt nie widział, ściągniętego z drugiego końca Stanów do Banshee przez nowego burmistrza). Za skazańcem podąża ojciec - mafiozo, bo wie, że tylko tak trafi na trop córki. Hood zaczyna wykorzystywać swoją nową pozycję i wraca do starych zajęć - okrada w okolicy wszystko co się da. I może nie brzmi to specjalnie zachęcająco, i może to wszystko wydaje się grubymi nićmi szyte, ale im dalej tym robi się naprawdę grubiej, a kilka razy powtarzane zagrania (ktoś przyjeżdża do miasteczka robić syf) znajdują może i podobne rozwiązanie, ale zawsze jest to najbardziej absorbująca i zadowalająca rzecz jaką zobaczycie! Do nowojorskiej rosyjskiej mafii dołączają kolejno: właściciel przetwórni mięsnej, ex-amisz, a przy okazji największy wytwórca metaamfetaminy, skorumpowany wódz lokalnego plemienia Indian, którego poczynania ściągają na miasteczko gniew jakiejś radykalnej indiańskiej partyzantki, harleyowcy, naziści, wieśniacy, terrorysta, mąż sadysta, zastęp dziwnych gangsterów na usługach najgrubszego lichwiarza w Ameryce Północnej, wszelkiego rodzaju agenci federalni, płatni mordercy, chińska mafia, piorący kasę żołnierze i super tajne służby. Kogoś pominąłem? A.. był jeszcze gigant albinos i gigant amisz. Kurwa! 


Jest naprawdę wszystko czego, sobie widz głodny: przemocy, walki na pięści, strzelania, seksu i jeszcze raz - bardzo mocno eksponowanej przemocy, szuka. Do tego masa świetnie napisanych nietuzinkowych postaci, błyskotliwe dialogi, masa ciekawych wątków i chyba przede wszystkim bardzo duża odwaga - nie tylko w pokazywaniu cycków i dup, krwi i flaków, ale odwaga w prowadzeniu fabuły. Odwaga w doświadczaniu bohaterów, odwaga w poddawaniu ich próbom, odwaga w pozostawianiu ich żywymi, po tym wszystkim przez co przeszli.

"Banshee" jest świetnie napisane i charakteryzuje się nieszablonową budową odcinków. Oczywiście mamy znane z "Lost", i kolejnych popularnych serial, flashbacki, ale zdarzają się odcinki, w których widzimy inne wersje tych samych wydarzeń - jak chociażby te, w których skazaniec nie przejmuje tożsamości szeryfa. Każde kolejne wątki odpalają dalsze flashbacki bohaterów, które pokazują wcześniejsze wydarzenia i zagłębiają się w ich przeszłości bez trzymania się chronologii. Prowadzenie fabuły wymaga od widza chcącego poznać całość, może nie tyle skupienia, co oglądania każdego kolejnego odcinka. Nie jest to w żadnej mierze serial proceduralny, gdzie jeden odcinek stanowi względną całość. To tocząca się historia, w której wątki przeplatają się w sposób dość nieoczywisty, a wybory jakich dokonali bohaterowie potrafią kopnąć ich w dupę konsekwencjami nawet sezon później. A są jeszcze webepizody. 

Co ciekawe... w Banshee pewnie nigdy nie było spokojnie. W końcu kwitnie tam handel narkotykami i prostytucja. Ale w momencie kiedy pojawia się tam Hood, w momencie kiedy widzi tablice wjazdową, w momencie kiedy zaczyna sypiać z tymi wszystkimi pojawiającymi się pod jego oknem kobietami, trup zaczyna ścielić się gęsto. Te kobiety to te banshee z irlandzkich legend. Jęczą w nocy i ludzie umierają. I jeżeli chodzi o to spanie z kobietami... sporo ich było, sporo odeszło, ale w czwartym sezonie będzie Eliza Dushku - to już jest powód, żeby oglądać, obojętnie co by to nie było. 

Eliza Dushku.



W tygodniu będzie coś dużego, co chciałem początkowo dać w zeszłą niedzielę, ale później kolejne rzeczy mi do głowy dochodziły i to się już teraz tak rozrosło, że zacząłem zamiast pisać to ciąć. A jeszcze wszystkiego z siebie nie wyrzygałem. W każdym razie chciałbym to puścić w tygodniu. Howgh!

niedziela, 29 marca 2015

Ten niedzielny wpis z poprzedniego tygodnia*, czyli kilka słów o Blomkampie

Jeżeli nasza przyszłość ma wyglądać jak ta z filmów Neilla Blomkampa to delikatnie mówiąc jesteśmy w dupie. Teraz mógłbym rzucić żart o jej kolorze, skoro 2/3 jego filmów dzieje się w Afryce, a pozostała część na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Skupię się jednak na tym, że oglądam te filmy z bananem na mordzie, ale gdy później wracam do nich myślami, to jestem przygnębiony. To ponure i smutne obrazki ze świata, który zatrzymał się wczoraj, a jedyny postęp jaki można zaobserwować zachodzi w zbrojeniówce. Pamiętam "Elizjum", w którym Matt Damon głównie biega i robi głupie rzeczy, i co mnie uderzyło to fakt, że za 140 lat na ulicach będą stały identyczne samochody jakie stoją teraz. Bieda, sierotki czytające bajki przy świeczkach i robotnicy pracujący na akord. Gdzieś tam w przestrzeni kosmicznej unosił się pełne luksusów i wiecznego życia Halo, ale na Ziemi przeludnienie, choroby i przestępczość. I nie oszukujmy się, ja żyję w centralnej Polsce. Szesnaście kilometrów do centrum Łodzi. Od dziecka wiem, gdzie wyląduję.

Blomkamp jak nikt potrafi pokazać parszywą mordę otaczającego nas świata. Jego Los Angeles to gniazdo szczurów. Jego Johannesburg to psychole kontra mutanci z piekła. Tam wrzuca swoich bohaterów, tam każe im egzystować, walczyć i ginąć. Zdarza mi się obejrzeć jakieś zapomniane filmy sci-fi z epoki VHS. To często, ze względu na bardzo ograniczony budżet, ubogie w scenografie, efekty specjalne, kostiumy produkcje. To co tam pokazują jest skromne, żeby nie powiedzieć ubogie, a zdecydowanie łatwiej pokazać z małym budżetem biedotę i patologię, niż wielkie bogactwa. Tamta bieda i ta u Blomkampa się mocno różnią. Ta z lat 80tych i 90tych, nawet w surowym, postnuklearnym wydaniu, bywała pocieszna. Wierzę, że za 20 lat takie "Elizjum" czy "Chappiego", na którym byłem w zeszłą sobotę w kinie, będzie się odbierać cały czas bardzo serio.

"Chappie" to dobrze skręcone sci-fi, do tego fajnie romansujące z cyberpunkiem - od którego się ostatnio odsunąłem, ale nadal zajmuje ważną część w moim sercu. Dosyć długo zastanawiałem się czy tak "Chappiego" nie klasyfikować. Gatunkowi puryści napiszą, że brakuje tu tak wielu elementów charakterystycznych i że "nie!". I pewnie będą mieli rację, bo i hackerstwo słabe, ograniczone do włożenia pendrive'a, i korporacja taka przyjazna światu, miastu i ludziom, i miasto bez wieżowców, neonów, motocykli, i nocy mało, i narkotyków, i robokończyn, i cyberwszczepów i w ogóle dzieje się teraz - za kilka miesięcy!
Ok. Powymieniałem to wszystko sobie i wychodzi, że to rzeczywiście nie jest cyberpunk.
Ale mamy ducha w pancerzu, gigantycznego mecha, gangi, strzegące porządku policyjne roboty i zamieszki na ulicach, gdy tylko te roboty przestają działać. Jest zarysowane rozwarstwienie społeczne. To takie obrazki prosto z cyberpunku. I dlatego piszę, że ten film z nim romansuje. Przynajmniej w moim odczuciu. Były momenty, w których żałowałem, że nie pokazali czegoś inaczej, że trochę zmarnowali potencjał sceny. Z tym, że Blomkamp chyba już tak ma.

Pomijając wizję świata, która nie przypasowała tak do końca moim oczekiwaniom to brakowało mi zdecydowanie akcji. Aż się prosiło, żeby pokazać więcej gangsterskiego życia. Nie zabolałoby, gdybyśmy mieli kilka minut więcej starć tłumu z policją. Ta budząca się i zyskująca świadomość SI w ciele Chappiego wystarcza, żeby pociągnąć film - jest interesująco, zabawnie, chociaż trochę za bardzo ckliwie. Sam proces nauki i poznawania świata, swoich możliwości wyszedł zaskakująco fajnie. Zaraz jak zobaczyłem scenę z gumowym kurczakiem trochę wpadłem w panikę. Przed oczami stanęły mi te wszystkie komedyjki z lat 80tych i 90tych, gdzie pokraczny robot/ zagubiony kosmita/ fajtłapowaty obcokrajowiec poznaje US&A, wszystkiemu się dziwi, wszystko jest dla niego nowym wspaniałym doświadczeniem. W "Chappie" udało się uniknąć banału, a na scenach komediowych nie czułem zażenowania. 

Taki właśnie mam problem z filmami Blomkampa. One mi się bardzo podobają. Masa rzeczy jest tam zrobiona na tip top. Ale zawsze znajduję coś na co narzekam. I to nie jest takie marudzenie dla samego marudzenia, szukanie dziury w całym. Po prostu jak coś się ociera o arcydzieło, a nie udaje mu się nim zostać, to lubię mu to wytknąć. Neill Blomkamp ma 35 lat i trzy duże filmy science fiction za sobą. Przed nim piąty Alien i wierzę, że mimo wysokich ocen, uznania krytyki i publiczności, które tymi filmami zdobył, to były one rozgrzewką i teraz dostaniemy prawdziwą petardę, kopa w ryj na którego czekamy od lat. 

I jeszcze taka pierdoła. W jego filmach lokowane są produkty Sony. W "Dystrykcie 9" było VAIO, ale w "Chappiem" PS4 zaliczyła chyba najlepszy product placement jak firma mogłaby sobie wymarzyć. 


*docelowo wpisy mają się pojawiać co niedzielę, taka regularność, ale w związku z pewnymi sprawami rodzinnymi, które trwały tydzień, ta notka nie została skończona w zeszłą niedzielę. Co da się odczuć i nie jestem z niej do końca zadowolony. Ale musiałem coś puścić. 

sobota, 28 marca 2015

Cockblocker

Pojawia się David Robert Mitchell - facet, którego nikt nie zna i robi coś. czego jak podejrzewam, się nikt nie spodziewał. A może inaczej, czego ja się nie spodziewałem. Typ skręcił horror, który nie dość, że jest inteligentną rozrywką, bawiącą się schematami kina grozy i nawiązującą do najlepszych dzieł gatunku, nie dość, że jest obrazem ładnym pod każdym względem, dobrze zagranym, i zachwycający ścieżką dźwiękową, to jest jeszcze straszny -  kiedy się go ogląda, ale "po" również, bo to tak przy okazji, zostaje w człowieku. Chodzi za nim. 

"Coś za mną chodzi" - o nim dzisiaj kilka słów. 

I   T         F   O   L   L   O   W   S

Wracałem z kina po nocnym seansie sam. Do tego jeszcze wrócę. Było grubo po północy. Pustki to w porównaniu z tym co spotkałem GRUBE słowo. W trakcie prawie piętnastominutowego spaceru do domu nie natknąłem się na żadnego przechodnia, nie minął mnie żaden samochód. Na słuchawkach elektronika z nowego, świeżego soundtracka do "Hotline Miami 2: Wrong Number", czyli czegoś w pewnym stopniu, podobnego do tego co słyszałem na sali kinowej. Dlaczego o tym piszę? Jeżeli ktoś film widział, to wie mniej więcej, jak bardzo przerażający mógł być ten powrót. Myślę, że była kwintesencją wszystkich powrotów po horrorze. Kiedyś wracaliśmy z "Obecności" i zaraz po wyjściu z kina prawie weszliśmy na jadący do nas tyłem wózek inwalidzki (z pasażerem który sobie dawał odpocząć ręką - kino jest w dołku). Tamta sytuacja, była w porównaniu z moim dzisiejszym powrotem... heheszkiem. Cały ten akapit można było pominąć, to tylko taka próba oddania mojego obecnego stanu. 


"Coś za mną chodzi" to jednocześnie obraz niepokojący i elektryzujący. Jeżeli miałbym porównać go z jakimkolwiek innym horrorem, to pierwszym jaki przychodzi na myśl jest "Halloween" Carpetnera. Nie wiem na ile jest to krzywdzące dla filmu Mitchella, na ile mu schlebia, ale jeżeli zaczynam się nad tym zastanawiać, to na myśl przychodzi tylko Gigant John. Nie ma sensu doszukiwać się tutaj podobieństw na gruncie "slasherowym" - chodzi głównie o feel, atmosferę niepewności i ciągłego zagrożenia. Jest intensywnie, bo w każdej scenie filmu - no może poza tymi dziejącymi się w samochodach - czujemy, że za chwilę może nastąpić atak. 

Film był kręcony w Detroit. Nie bez przyczyny o tym wspominam. Może wyolbrzymiam, bo przedmieścia w Stanach zawsze wyglądają tak samo, ale dosyć szybko odczułem, że wszystko w tym filmie umiera. Da się odczuć po zwykłej samochodowej przejażdżce. Panuje dziwna stagnacja. Bohaterowie są uwięzieni, próbują uciec od rzeczywistości umierającego molochu, która czai się za rogiem i zagraża ich egzystencji. Nie jest to clue programu, ale da się odczuć nastrój reżysera. Pokazuje opuszczone dzielnice (dom za domem - każdy popada w ruinę), wspomina 8 Milę, oglądamy Szpital Psychiatryczny Northville (jedna z ważniejszych scen filmu ma w nim miejsce). To funkcjonuje jako tło, ale jednocześnie przygnębiało mnie to cholernie. Nie wiem na ile było to celowe działanie, na ile dzieło przypadku, ale doda to "It Follows" znaczenia na kursach filmoznawczych, a widza łatwiej dosięgnie ponury nastrój.

Taki tytuł notki nie jest bez powodu. Chciałem iść na ten film na randkę, ale mój wybór repertuaru spotkał się z krytyką. Może i dobrze, bo ten film to taki sam cockblocker jak Tobey Maguire w "Spider-Manie". Albo może "Spider-Man" Sama Raimiego? Zabawna sprawa, bo jedna z pierwszych scen dzieje się w Redford Theatre, w tym samym, w którym odbyła się premiera "Evil Dead". 

Przesłanie filmu jest dość jednoznaczne: bądź wstrzemięźliwy, zero przypadkowego seksu - inaczej zostaniesz ukarany! To takie MOCNE rozwinięcie pierwszej zasady slasherów: SEKS=ŚMIERĆ. Tym co pokazał Mitchell odczuwałem też echa "Ringu" Kojiego Suzuki. Samego zamysłu i filozofii autora, który z każdą kolejną przeczytaną książką wydawał mi się większym mizoginem. To "coś" co chodzi za bohaterami, przechodzi z osoby na osobę, jak wirus, choroba weneryczna - podczas stosunku i tylko wtedy osoba, która ją przekazała może czuć się względnie bezpieczna. Podobnie miało się to w przypadku klątwy Sadako, która nota bene, też była swojego rodzaju wirusem, a taśma z nagraniem musiała być skopiowana i pokazana kolejnej osobie - co też zapewniało względne bezpieczeństwo, i co też było tylko częściową prawdą (ale to już temat na kolejną notkę). Także nie ma sensu iść na randkę na ten film - cock block gwarantowany, chyba że mamy do czynienia z jakąś podświadomą samobójczynią - wtedy nawet może warto uciekać gdzie pieprz rośnie.

Wierzę, że wielu ludzi bolała highschoolowa próba rozprawienia się z "upiorem". Z tym, że to też wielkie nawiązanie do tradycji zastawiania pułapek na Boogeymana. A i samo niedopowiedzenie w końcówce - umówmy się, tak nie kończą złe filmy. Nie widzę sensu rozwodzenia się nad tym "co" chodzi za bohaterami. Siła tego tkwi w byciu nienazwanym. Gdyby za tym stała większa wytwórnia, to pewnie za dwa lata moglibyśmy się spodziewać originu direct to dvd. Może to nie nastąpi. 

Podsumowując:

"It Follows" dla wyrobionego odbiorcy będzie ucztą, z której wyniesie emocje, satysfakcje i spełnienie. Wyobrażam sobie, że wielu podeszło do niego sceptycznie, a gdzieś tak w połowie filmu, zamiast wypatrywać wpadek Mitchella, szukali wyłaniającego się z drugiego planu tego który podąża.

Jeden z najlepszych horrorów tej dekady. Pozycja obowiązkowa. Warto obejrzeć w kinie, 

niedziela, 15 marca 2015

Wyrwany z kontekstu

Była niedziela, późny wieczór. Odbierałem przyjaciół z kina, bo seans kończył się na tyle późno, że nie mieli czym wrócić do domu. Niedziela wieczór to moja ulubiona pora na przejażdżkę. Jestem przeciętnym kierowcą i do tego kiepskim człowiekiem, więc jak jest duży ruch to jestem rozdrażniony. Niedziela wieczór mi pod tym względem odpowiada. Ruch jest na poziomie, który mnie nie irytuje. Mogę skupić się na mieście. Czerpać przyjemność z jazdy. Żadnej muzyki, tylko dźwięk silnika. Więc skoro miałem okazję zrobić kurs, to skorzystałem.
Odebrałem ich spod Wytwórni. Wjechałem na Włókniarzy (bo dla mnie to zawsze będzie Aleja Włókniarzy), a tam cały prawy pas, jak okiem sięgnąć zablokowany. Sznur samochodów jadących góra 20 km/h, blokujących, na każdym skrzyżowaniu, tych co chcą skręcić w prawo. Klaksony, wbijanie się na siłę, ludzie krzyczący do siebie przez okna. Burdel na kółkach. Przyglądałem się rejestracjom. To głównie zadbane auta były. Może nie nowe, chociaż duża część i tak spoza przedziału cenowego, którym bym sobie w ogóle głowę zawracał, ale rzucało się w oczy, że auta były ładnie utrzymane. Błyszczący lakier, custom paint, jakiś spoiler, dobra felga. Wzorek. Rejestracje, które widziałem były z Łodzi i okolic.

Tak sobie patrzymy na te auta, przedziwna sytuacja. Mam ich po prawej, mijam tak wlekące się fury za kilkaset tysięcy złotych i wszyscy nas patrzą. Nie wiedziałem co czuć, nie wiedziałem co myśleć. Wyrwany z kontekstu, nie na miejscu. Nie wiem jak to nazwać. Skręciliśmy w Pabianicką, na szczęście skręca się tam z dwóch pasów, a oni zablokowali tylko prawy. I mijam kolejne dziesiątki. Tutaj się trochę konwój rozpadł. Przy Porcie, kiedy wbiłem się na obwodnicę zobaczyłem ich kolejne dziesiątki, ustawione w kolejce, jadące powolutku po parkingu. Wydaje mi się, że pod wielkim, żółtym napisem Ikea stała zaparkowana naczepa, świecąca lampkami jak ciężarówka Coca-Coli. 

Był 30 listopada 2014 roku. Zastanawialiśmy się co to było. Przychodziły różne rzeczy do głowy. Najbardziej szalone scenariusze, nawet takie które ocierały się o Strefę Mroku. Muszę wyjaśnić jedno. Była noc, a ja emocjonalnie wyczerpany. Wyeksploatowany weekendem do granic możliwości. To był ten moment, kiedy wydaje się, że najlepszą rzeczą jaka może się zdarzyć, jest wjechanie na obwodnicę autem. Że poza tą ciemnością, którą rozrywają reflektory twojego samochodu nie ma nic. I natykasz się na kawalkadę sportowych (albo udających sportowe) aut. Ci wszyscy ludzie, którzy na ciebie patrzą, mają jakiś cel, którego ty nie znasz i ze swojej pozycji, z pasa szybkiego ruchu, nie jesteś w stanie pojąć. To jest samotność. 

To było na swój sposób straszne doznanie. Z kategorii tych, które potrafią zaburzyć rytm życia i plany. Z tego wszystkiego przegapiłem nasz zjazd i zrobiliśmy kilkanaście kilometrów więcej. Wracaliśmy do domu przez pokryte mgłą wioski. Jak po tym wszystkim iść spać?

Był 30 listopada 2014 roku. Rok wcześniej zginął w wypadku Paul Walker. Nie znalazłem lepszego wytłumaczenia dla tamtego wydarzenia, upewniło mnie co do tej tezy kilka wpisów w internecie. Nie znalazłem żadnej wzmianki w prasie, chociaż przyznaję się, nie przykładałem się w poszukiwaniach. Nie widziałem policji, więc podejrzewam, że była to jakaś oddolna, fanowska i raczej nielegalna inicjatywa. Takie rzeczy uzmysławiają mi jak wiele dzieje się poza sferą moich zainteresowań. Jak bardzo nasze życie nas ogranicza, jak pewne kultury są od siebie oddalone, jak niewiele o sobie wiedzą. Dla mnie początkowo było to bardziej niż niezrozumiałe. Bo to była masa samochodów, a Paul Walker, to nie Paul Newman. Ale dokonań aktorskich nie można mierzyć poziomem oddania fanów. Później, ktoś mądry mi wytłumaczył, że dla wielu ludzi filmy z serii "Szybcy i wściekli" i Brian O'Conner wpisują się w styl życia i pewnie dla nich niezrozumiałe jest, że można lecieć do Paryża i przesiedzieć kilkanaście godzin pod księgarnią tylko po to by przez trzy minuty popatrzeć na jakiegoś starego typa, który maźnie autograf na książce.

Kilka dni wcześniej zmarł Stanisław Mikulski. Cierpię na bezsenność i kilka nocy kotłowała mi się w głowie myśl: ilu ludzi poszło na pogrzeb czy mszę w jego intencji?

niedziela, 8 marca 2015

Jest tyle powiedzonek o psach, ale o negatywnym wydźwięku, zastanawiające...

W moim mieście znikają psy. Proceder trwa od kilku miesięcy, ale niespecjalnie się nad tym do tej pory zastanawiałem. Te wiszące na słupach kartki łączyłem raczej z "Małymi ludźmi w żółtych płaszczach", nowelą Kinga ze zbioru "Serca Atlantydów". Szedłem do pracy i widziałem te dziwne ogłoszenia: "Zniknął roczny, poczciwy golden w trakcie leczenia. Bardzo go kochamy chociaż jest głupiutkim grubaskiem. Nagroda". Tych ogłoszeń zaczęło pojawiać się coraz więcej, także w internecie, a gdy okazało się, że również znajomi, jakiegoś tam zaginionego psa szukają, w głowie pojawiła się inna myśl. Ostatnim był zaginiony pudelek miniaturka, za którego oferowano 5 tysięcy złotych nagrody i przy którym zrobiło się głośno o problemie. Internauci zaczęli prowadzić śledztwo, namierzono nawet ludzi rumuńskiego pochodzenia, którzy wyrabiali mu lewe papiery.

W Stanach kradzieżami psów dla okupu zajmują się przestępcy już od wielu lat. I może wydać się to śmieszne, ale nie zawsze są to cienkie bolki, które czekają na tę jedną robotę, tę po której zaczną coś znaczyć. To oportuniści, którzy znają w miarę dobrze prawo i wiedzą, że są w stanie się z tej kradzieży wykręcić sianem. Traktują to jako dodatkowe źródło łatwego zarobku. I jestem w stanie uwierzyć, że w moim powiecie istnieje podobna szajka porywaczy psów. 


Ta myśl wywołała lawinę skojarzeń i wspomnień, której nie byłem w stanie zatrzymać. Jako, że mamy w domu od 16 lat shih-tzu to pierwsze co mi przyszło do łba to "7 psychopatów" Martina McDonagha. W tym filmie Christopher Walken i Sam Rockwell, którzy parają się takimi porwaniami dla okupu, zwijają ukochanego shih-tzu gangsterowi. Postać grana przez Rockwella po godzinach para się też innym zajęciem, dlatego ta kradzież nie jest na pewno przypadkowa, ale ma dla wszystkich niesamowicie bolesne konsekwencje, których już pewnie nie przewidział. Wydaje się wybitnie nieprawdopodobnym, żeby w Pabianicach, te porwane czworonogi zwracał ktoś o kosmicznej aparycji Walkena, ale jeżeli się o tym pomyśli... taki dystyngowany, starszy pan na pewno nie wzbudzałby podejrzeń. Myślę, żeby wywinąć się od oskarżenia o kradzież, trzeba mieć właśnie takiego starszego pana, który sprzeda historyjkę o znalezieniu zbłąkanego ulubieńca swoją grzecznością i pewnością siebie. 

Warto ten film obejrzeć, dla świetnego scenariusza i bardzo dobrych kreacji aktorskich. McDonagh zachwycił mnie "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", a "7 psychopatami" utwierdził mnie w przekonaniu, że na jego następne filmy warto czekać. 



Drugie co przyszło mi do głowy to "Zabić, jak to łatwo powiedzieć", które w przeciwieństwie do filmu z Walkenem nie jest absolutnie zabawne. To gangsterska historia spod znaku noir. Jakiś stary dupek obmyśla plan na obrobienie mafijnej gry w pokera. Plan wydaje się idealny, ale oczywiście nie jest, bo Firma ściąga dobrego cyngla, który wszystko naprawia. Jednym z facetów, którzy uczestniczą w napadzie jest Russell, uzależniony od drugów Australijczyk, który wygląda w tym filmie jak mocno skacowany Neil Gaiman. Russell kradnie psy w sąsiedztwie i wywozi je furgonetką na Florydę, aby tam je sprzedać. 


Kto kupuje psy na Florydzie? To pytanie przez jakiś czas nie mogło mi wyjść z głowy. Czy psy rasowe są tam aż tak drogie? Czy nie ma na Florydzie psów w schroniskach? A może Russell jechał setki kilometrów, żeby sprzedać je jakiemuś Chińczykowi prowadzącemu knajpę dla wtajemniczonych? Co jeżeli psy, które znikają w moim sąsiedztwie trafiają na czyjś stół? Albo są sprzedawane Niemcom? Pamiętam, że w okolicy, w której się wychowywałem była fabryka torebek. Już na początku lat 90tych raczej niczego nie produkowała, ale był tam stróż i ten człowiek wyłapywał koty w okolicy. Na skórki. To prawdopodobnie spotkało syjama mojej matki. Czasami, kiedy te znikające psy nie pozwalają mi spać, myślę o kocie mojej matki. Trochę go jeszcze pamiętam.


"Zabić, jak to łatwo powiedzieć" to historia tzw. inside job, więc wszyscy, których oglądamy to przestępcy. Wiemy od samego początku jak to się skończy, w końcu naprawia sam Brad Pitt. Są winni i muszą być ukarani. Wydaje się historią bardzo prostą, nie ma tutaj zaskoczenia, ale diabeł tkwi w szczegółach. Akcja filmu zbiega się z kampanią prezydencką i wielkim kryzysem ekonomicznym, który nawiedził Stany. Interesujące jest to, że rozmowy, które prowadzą bohaterowie filmu, zdają się po pewnym czasie być o czymś zupełnie innym. Gdzieś tam w tle zazwyczaj gra telewizor i widzimy kłamiącego polityka. Gdzieś w tym wszystkim możemy znaleźć analogie do wydarzeń obserwowanych na ekranie. I nawet mniej wyrobiony kinoman, wyłapie, że film nie jest o tym sprzątaniu po napadzie na szulernie.

Film kończy monolog Pitta o tym, że Ameryka to nie jest kraj, to są interesy, i podobne odczucie można odnieść oglądając "Brudny szmal" na podstawie opowiadania Denisa Lehane'a. Te dwa ostatnie filmy łączy inside job i James Gandolfini, i jest też pies. Tym razem zwierzę, zostało poświęcone jako chory dowód miłości Erica Deedsa do Nadii. Ratuje je Bob, który jest barmanem w knajpie swojego kuzyna Marva (którego gra Gandolfini). W "Zabić, jak to łatwo powiedzieć" Gandolfini gra zabójcę Mickey'a, który jest na dobrej drodze, żeby wylecieć na stałe z branży. Przylatuje z Nowego Jorku na robotę i zaczyna ją od uchlewania się. O ile dobrze kojarzę, to jest na warunkowym i samą swoją obecnością zagraża całej akcji. W "Brudnym szmalu" Marv to też złamany przez życie facio. Przygniatają go problemy finansowe i jedynym wyjściem wydaje mu się okradzenie własnego baru, który jest punktem zrzutu brudnej forsy mafii. Swój interes stawia ponad lojalność wobec rodziny, jako pomagiera dobiera sobie psychicznie chorego Deedsa, którego poznaje gdy ten zaczyna prześladować Boba. Wyjęcie z kubła na śmieci pociętego szczeniaka to kamyczek, który porusza lawinę zdarzeń. Nie dla wszystkich kończy się szczęśliwie. Ale chyba tak jest już w życiu, że coś co dla kogoś jest wielkim szczęściem, okazuje się dla innego gwoździem do trumny. Bo Ameryka to tylko interesy, a one nie zawsze się udają.

Oglądam niedawno na ścianie, jak ktoś dzieli się zdjęciami dużego myśliwskiego psa. Pies zniknął już jakiś czas temu, trochę wcześniej, z tego samego podwórka zniknął inny pies, kundelek. Wychowywały się razem. Właściciel sugeruje, że psy są najprawdopodobniej właśnie razem i mam nadzieję, że rzeczywiście są, i że nie trafiły na psychopatę i nie są razem, ale w niebie. Bo wiecie, chociaż to słabe pocieszenie, to wszystkie psy idą do nieba.

niedziela, 25 stycznia 2015

Długo

Jedną z pierwszych rzeczy, które robię każdego ranka, zaraz po zalaniu sobie tykwy z yerbą, jest sprawdzenie stron o Batmanie. Kiedyś były to strony o Stephenie Kingu, teraz o Batmanie. Taki dość specyficzny progres. Dużo tego nie ma. Czasami tylko kilka rysunków na tumblr. Jednakże to swojego rodzaju rytuał, a sam Batman, możliwe, że jest to jedna z ostatnich rzeczy, które tak bezmyślnie uwielbiam. To uwielbienie spowodowało, że sobie go wytatuowałem i zdarza się, że jakaś dziewczyna na siłowni zagada o moje tatuaże, a że tylko ten potrafi rozpoznać...? Nawijam jak nienormalny o Batmanie... na siłowni. Bywa, szczególnie po alkoholu, że się zapomnę i temat gacka pojawia się na randce. Różnie na tym wszystkim wychodzę. Z ostatniej poalkoholowej pomroczności wybudził mnie całkowicie, fałszywy news o rzekomym podzieleniu "Batman v Superman: Dawn of Justice" na dwa filmy. I właśnie to mnie jakoś nakręciło do napisania tych kilku akapitów. Dzisiaj będzie o długości i dzieleniu na kawałki. Miało iść dużo wcześniej, ale się pochorowałem  i ostatnie 10 dni nie mogłem patrzeć na monitor.

Im jestem starszy, tym bardziej lubię jak coś nie przekracza dwóch godzin. Na filmach powyżej 120 minut zwyczajnie, jeżeli historia nie pochłonie mnie bez reszty, zaczynam spoglądać na zegarek. Przestałem być zwolennikiem wiernych ekranizacji, za to biję brawo jak scenarzysta sprawnie tnie wątki. Coraz bardziej doceniam fakt, że ktoś potrafi zamknąć spójną fabułę w tej półtorej godziny. Zdarza się, iż wybierając film patrzę na długość trwania.

W zeszłym roku był jeden taki film, który w swojej długości był totalnym nieporozumieniem i który tylko z tego powodu odpuściłem - "Transformers: Wiek zagłady". Może inaczej, ten jeden pamiętam, bo się wyłamałem i nie poszedłem. Takich wielkich robotów miało być dużo, więc i film był długi. To miało zarobić dużo pieniędzy dla wytwórni, i to zarobić podwójnie, bo przecież większa część filmu dzieje się w Chinach. I jestem w stanie taki zabieg nawet zrozumieć, wiedziałem o tym, nie wybrałem tamtego wieczoru kina ze znajomymi. Takie "Zbaw nas ode złego" Derricksona czy "Rogi" Aji, ich czas trwania, są dla mnie dużo mniej zrozumiałe. To historie, które mogły być zamknięte o te pół godziny szybciej. Dynamika w obu wypadkach widocznie siadała, niektóre sceny warto było wyciąć. Pamiętam, że wychodząc z kina, oboje z moją partnerką na to narzekaliśmy. I fakt, że trwały ile trwały, był powodem, że oceniłem je oczko niżej.

Miałem taką myśl, że to wina galopującego postępu, otaczającej nas techniki, Że to przez ciągłe stymulowanie (a może nawet atakowanie) mózgu bodźcami - statusami na fejsiku, powiadomieniami na smartfona, krótkimi treściami jakie opanowały Internet. Jednak tak nie jest. Z drugiej strony, mamy taki "Boyhood" Linklatera. Gdzie film trwa tyle co Transformersy, gdzie nie można mówić o galopującej akcji, gdzie wiele scen to senne rozmowy w plenerach. A nie ja jak zahipnotyzowany nie mogłem się oderwać. Dłuższy od niego jest "Wilk z Wall Street", prawie 3 godziny i ani chwili zwątpienia, ani chwili nudy.

Logicznym wydaje się, że jak coś jest długie to warto to podzielić. Nie da się pokazać efektownie czegoś w jednym filmie?, zawartość jest tak ważna, że nie można ciąć?, musi być zrobiony part I i part II? Gówno! Nie lubię tego bardziej niż niepotrzebnie długich filmów. To może takie głupkowate bicie piany z mojej strony, ale im jestem starszy tym bardziej cenię swój czas. Takie dzielenie ostatniej części na dwa filmy, to rozwadnianie emocji jakie towarzyszyłyby widzowi. Bo wiadomo, to skok na kasę, można dwa razy zarobić, ale jednocześnie krzywdzi się przemysł filmowy i te wszystkie serie, które mają powstać, tylko na tym ucierpią. Ludzie po prostu przestaną to oglądać. Hollywood dekadę temu przejechało się na masowych przeróbkach azjatyckiego kina, rebootowaniu i remakowaniu wszystkiego co się da, bezmyślnego ekranizowania gier i eksploatowaniu serii do etapu, że ludzie myślą o nich z niesmakiem. Teraz będzie tak z kinem young adult. Trzem największym seriom już zafundowali rozbity finał. 


Badacze z 46 krajów, dzięki finansowemu wsparciu Akademii Brytyjskiej, podjęli się zadania zbadania widowni serii "Hobbit". Do maja 2015 roku każdy może wypełnić ankietę online i pomóc im w tym zadaniu. Mam straszny problem z tą drugą trylogią Jacksona. Bo jestem wyrozumiały dla rozmachu i gigantycznej ilości pracy i zaangażowania tysięcy ludzi w produkcję. I rozumiem, że "Hobbit" jest trylogią, bo to była wielka inwestycja, i musiała się zwrócić. Ale stało się to kosztem nudy, niecharakternych bohaterów. Kosztem "mehhh..." po seansie! Podobno jakiś fan zmontował na własną rękę te trzy film w jeden, czterogodzinny. Coś co normalnie nie mogłoby powstać, bo nigdy by się nie zwróciło. 

I to jest problem chyba, z którym zmierzymy się w najbliższych latach - opłacalność. Ile już filmów stało się ofiarami kalkulacji studia i obniżenia poprzeczki wiekowej? PG-13 to chyba jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie terminów. Teraz będziemy świadkami procesu powolnego i długotrwałego eksploatowania materiału. Odrzucania dobrych scenariuszy ze względu na brak oczekiwanego komercyjnego potencjału. Nastąpi ucieczka do telewizji, gdzie te pomysły i historie, kreatywne sztaby przerobią na seriale. I to będzie jeszcze gorsze. Ale o tym już innym razem. Bo bardziej od niepotrzebnie długich filmów i niepotrzebnie rozczłonkowanych filmów nie lubię tylko niepotrzebnie długich seriali.

niedziela, 4 stycznia 2015

Tuzin czarnych worków na zwłoki

Będzie kolejny film o Johnie Rambo. Sugerowała to ostatnia scena czwartej odsłony, więc jego powstanie było zapewne tylko kwestią czasu. Średnio ją pamiętam, ale wydaje mi się, że John dociera do rodzinnego domu. Jego nazwisko jest na skrzynce na listy. Stallone zdradził podtytuł - wymowne "Last Blood". Dobrze, niech będzie! Z czwórką mam bardzo miłe wspomnienia, mam nawet o tym notkę! Poszukajcie sobie.

Tak się składa, że ostatnio obejrzałem "Gościa" Adama Wingarda. W mojej ocenie jeden z lepszych zeszłorocznych filmów, raczej niedoceniony, jeden z tych, który przeszedł niezauważony, może i trochę zlekceważony. Dlaczego te dwa filmy wspominam jeden po drugim? "Gość" to film o takim Rambo, który wraca z wojny, tylko nie wszystko w jego głowie się dobrze poukładało. Wrócił taki ktoś, kto jest naprawdę zły. Może już taki wyjechał, a black ops w których rzekomo służył, jedynie uwolniły prawdziwą naturę? A może był zupełnie niewinny, a narkotyki i pompowana w tajnych laboratoriach pentagonu chemia zmieniły go w wyrachowanego mordercę? 

Wyobraźcie sobie taki scenariusz w "Pierwszej krwi". Nie mamy skrzywdzonego Rambo posyłającego wszystkim spojrzenie spaniela. Nie mamy jednego trupa, tylko tak jak sugeruje pułkownik Trautman, tuziny. Tuziny pełnych, czarnych worków na zwłoki. Wyobraźcie sobie Jasona Bourna, który nie odzyskuje pamięci, ale zostaje w Europie i staje się bezwzględnym terrorystą. Albo tego z czwartej części, Crossa. Jedzie rozprawić się z CIA, przy okazji morduje w samobójczej misji dziesiątki cywilów. Nie sądzę żeby robił to przypadkowo. Po prostu ich morduje, bo to zwyczajnie umie robić.  


Jest taki film z Macaulayem Culkinem - "Synalek". Gra tam chłopca, który dopuszcza się jednoznacznie złych rzeczy. Robi ludziom, swoim bliskim krzywdę. Śliczny blond chłopiec, rozbrajający uśmiech, dobra gadka. Nikt nie wierzy, że jest małym potworkiem. Bohater "Gościa" to dorosła wersja synalka. David pojawia się na progu rodziny swojego poległego towarzysza broni. Zdobywa serce matki, ojca, brata, w końcu siostry. Imponuje trzeźwością umysłu, muskulaturą, zaradnością, dobrym wychowaniem. 


Wśród królujących na ekranach kin ekranizacji komiksów i powieści young adult, rodzinnym kinie przygodowym, PG-13 udającym, że jest kierowane do dorosłych, miło jest obejrzeć taki mocniejszy film rozrywkowy, który opiera się na pomyśle, że główny bohater, z którym sympatyzujemy na początku, okazuje się zły. W jednej z pierwszych scen David rozkłada na łopatki kilku jocksów w przydrożnym barze, mogłoby to z powodzeniem być filmu z Denzelem Washingtonem, z "Bez litości", o którym niedawno pisałem. "Gość" taki film - o dobrym ex-żołnierzu z oddziałów specjalnych - może nawet przez chwilę zapowiada. Kończy się jednak jak rasowy slasher, w strasznym labiryncie zbudowanym na potrzeby halloweenowej potańcówki. Nastolatka ucieka przed mordercą korytarzami gabinetu luster, widzi jak potwór wykańcza tych, którzy mają ją chronić, zastawia pułapkę, a ostateczna konfrontacja ma miejsce na dyskotekowym parkiecie, wśród migoczących świateł, w oparach sztucznej mgły.

Po seansie zacząłem podsyłać ten tytuł znajomym ciekaw ich opinii. W większości byłem osamotniony w zachwycie. Docenili zdjęcia i muzykę, które nadały mu niepowtarzalnego klimatu. Chwalili oszczędną grę Dana Stevensa. Niestety nikt nie podziwiał wprawy z jaką twórcy szybko przechodzili między konwencjami, jak bawili się humorem, jak idealnie zagęszczali atmosferę i podkręcali tempo. Nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że "Gość" to bardzo udany hołd dla kina lat 80-tych. Bardziej przez charakterystyczny feel, niż ilość akcji kojarzoną z filmami z tamtej epoki. Z ciekawości zacząłem czytać recenzje. "The Guest" za oceanem odebrano dobrze i film bardzo często trafia do zestawień w stylu "Great Films You Should See, But You Didn't". "You Didn't", bo takie skromne filmy, jak obraz Wingarda, nie dają rady w pojedynku z gigantami pokroju "Transformers" czy produkcje Marvela. One je po prostu zasłaniają swoim cieniem, wysysając hajs z portfeli potencjalnych odbiorców. Ku mojemu zaskoczeniu coś rozsądnego trafiłem na Filmwebie. 

Jedno zdanie recenzji zapadło mi mocno w pamięć, podpisuję się pod nim obiema rękami i nim dzisiaj zakończę: "David, z początku sprawiający wrażenie idealnego samca, z czasem zaczyna zbliżać się do wizerunku psychopaty, przez co widz w pewnym momencie czuje się niemalże winny, że wciąż go podziwia."

piątek, 2 stycznia 2015

52

Zaproszono mnie na fejsbuniu na wydarzenie (żadne tam prawdziwe wydarzenie, po prostu taka wirtualna akcja, wiecie o co chodzi) "Przeczytam 52 książki w 2015 roku". 
Gówno tam! 
Nie przeczytam!

Jest mi niezmiernie miło, że ktoś wierzy, że jestem jeszcze w ciągu roku w stanie tyle książek zaliczyć. W tym dociągnąłem do dziewiętnastu pozycji. Sukces okupiony wielkim trudem. To nie jest czas na czytanie, to nie jest czas na pisanie. Jedno i drugie próbuję zmienić, rzucam się na lektury i odpuszczam, wracam do konsoli z podkulonym ogonem. Odpalam film. Idę się spotkać z przyjaciółmi. Zwalam winę na internet, na smartfona. Na bycie online 24/7. Fakt faktem, to co się dzieje na mojej ścianie, te przychodzące maile (głównie reklamowe newslettery), ten, im bliżej wieczora, tym częściej odzywający coraz się telefon, mnie rozpraszają. Ale to nie do końca tak. Doszedłem do wniosku, że powinienem po ciężkim dniu odpoczywać tak jak mi jest najlepiej, najprzyjemniej. Czasami z padem w dłoni. Czasami podnosząc żelastwo, czasami kufel. Czasami przewracając kartki powieści. Czasami macając ekran czytnika. Wspomnę też o kontaktach z innymi ludźmi, bo się okazało, że w wolnym czasie też ich potrzebuję. 

Przestałem się pałować ilością przeczytanych książek*. Znam kogoś kto czyta stówkę (tak lekką ręką), czy to sprawia, że ten ktoś jest ode mnie lepszy? Czy ja ze swoimi dziewiętnastoma rozrywkowymi pozycjami jestem lepszy od kogoś kto przeczytał ich osiemnaście?


Inna sprawa, zacząłem się zastanawiać dlaczego czytanie jest lepsze od innych form wytracania czasu. Ta myśl została mi zaszczepiona, gdzieś to kiedyś przeczytałem. Ziarno utknęło, nie trafiło wtedy na podatny grunt, ale z biegiem lat nagle zaczęło nanosić tam podkładu, zaczęło z niego coś kiełkować. Teraz drażni mnie przesadne gloryfikowanie czytania. Jakby te zastępy czytających pulpę z Fabryki Słów miałyby być lepsze od kogoś, kto nie wyściubia nosa poza ekran laptopa i klikającego w potworki w Diablo. Jakby ucieczka w świat fantastyki, kryminałów czy powieści wojennych była czymś chlubnym, czymś lepszym niż spędzanie 5 dni w tygodniu na aktywności fizycznej albo graniu na gitarze. Jasne, czytanie rozwija. Stajemy się wrażliwsi, mądrzejsi o wiedzę, w książkach zawartą, a co za tym idzie, wyrażamy się i piszemy poprawniej. Słownictwo jest bogatsze. Można czymś zabłysnąć w towarzystwie. Chociaż ja preferuję robienie z siebie idioty.

Ale czytanie nie pomoże nam w osiągnięciu poprawnej sylwetki czy odtłuszczeniu organizmu. Nie rozwinie naszego mózgu w sposób w jaki rozwija go gra w pokera czy nakurwianie w LoLa lub w StarCrafta. Czytanie urasta w chwili obecnej do najwyższej formy rozrywki. Słuchanie jazzu jak czytanie książek. Tyle że jazz to straszna nuda. Wiem coś o tym. Próbowałem. Najbardziej mnie irytuje, że ludzie się wstydzą, że nie czytają. Tzn. niech się wstydzą, to ich sprawa. Chodzi mi raczej o coś innego. Dlaczego się kurwa nikt nie wstydzi, że nie gra w gry? Albo że nie chodzi do kina? Dlaczego to jest tak ważne?

Wkurza mnie niezmiernie to klakierstwo wśród blogerek książkowych. Poza jednym wyjątkiem nawet nie zaglądam, nie odpalam ich kanałów na YouTube. Akurat ta jedna jest ładna i ma wybaczone. Blogerki książkowe są w większości czytane przez... inne blogerki książkowe. Komentują sobie wzajemnie, wymieniają się książkami i mam wrażenie, że stworzyły sobie bezpieczny świat, zajęły jakiś wycinek internetu i chwaląc się stosikami i zakupami, żyją w przeświadczeniu, że są lepsze niż te ponad 60% Polaków, które rokrocznie w ogóle nie czytają.


Wyszedłem z domu gdzie się czyta. Gdzie najlepszym prezentem była książka. Gdzie najlepszym możliwie wytraceniem wolnego czasu, zaraz po filmie, było oddanie się lekturze. Ale nauczono mnie że jest to czymś tak naturalnym, tak zwyczajnym, że nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Nikt się tym kurwa nie chwalił!

Ostatnią dekadę obracam się środowisku mocno związanymi z książkami. Pisaliśmy sobie o książkach, spotykaliśmy się, piliśmy kosmiczną ilość alkoholu i o nich rozmawialiśmy. Niektórzy zostali pisarzami, inni tłumaczami, jeszcze inni prowadzą najlepsze na świecie serwisy poświęcone pisarzom, a jeszcze inni na tych książkach zarabiają, bo prowadzą wydawnictwa. Mam kolegów dziennikarzy, recenzentów, korektorów i redaktorów. W związku z czym ciężko mi to pisać, bo komuś, kto propaguje czytanie może zrobić się przykro. Pewnie gdybym wrzucił takiego posta na facebooku, na którym mnie zaproszono na to całe wydarzenie, podniosłoby się larum. I pewnie niektórych by to dotknęło. Ale nikt tego bloga nie czyta. Ten blog jest nikogo.

Czytanie to jest tylko jedna z form wytracania wolnego czasu, jeden ze sposobów na odpoczynek. Czytając wcale nie stajesz się lepszy, a jeżeli wynosisz je ponad inne formy rozrywki, to stajesz się gorszy. Jest nawet taki krąg piekielny zarezerwowany dla książkowych faszystów.

* Zakładka Wyczyt roczny cały czas wisi, ale trochę dlatego, że lubię sprawdzić w którym roku coś czytałem, trochę dlatego, że żal mi to usunąć skoro tak skrupulatnie przez lata tam wypisywałem te tytuły, wytłuszczałem je. Tak starannie trzymałem chronologię. To mój blog.

wtorek, 30 grudnia 2014

No Russian

W jednej z misji w "Call of Duty: Modern Warfare 2" gracz dostaje możliwość przespacerowania się po Terminalu D Portu Lotniczego Moskwa-Szeremietiewo z karabinem maszynowym i wystrzelania wszystkiego co żywe. Może też strzelać do walizek i patrzeć jak wylatują z nich, już nie tak starannie spakowane, ubrania. Słyszymy od towarzysza słowa "Remember - no Russian" i jazda! Strzelamy do cywili, a później, już do przybywającej na płytę lotniska, policji. Będzie to przyczynkiem III Wojny Światowej. 

Jeżeli tego nie znacie, to można spokojnie powiedzieć, że ominęło was coś, co w pewnym momencie wstrząsnęło tym medium. Jak zabijanie dziwek w GTA. Obejrzyjcie to sobie. Jest na YouTube. Na pewno ktoś to wrzucił w mocno skróconej wersji, stracicie góra 2 minuty. Tyle co na przeczytanie tej notki. 

Gra oczywiście pozostawia nam wybór. Nie trzeba strzelać do ludzi. Wystarczy maszerować i walić do szyb, znaków, tablic i wspomnianych walizek. Całą mokrą robotę wykonają nasi wirtualni towarzysze. Nie sądzę, żeby tych niestrzelających było specjalnie dużo, ale dla mnie nie jest to takie ważne. Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Po prostu wiem, że jesteśmy na tyle źli, by strzelać. Wiem też, że byli tacy, którzy później tłumaczyli się z tego strzelania. "Ja nie wiedziałem o co chodzi, myślałem że tak trzeba. Gra mi kazała zabijać tych ludzi". Tacy po prostu jesteśmy. 

Scena jest kontrowersyjna. Było o niej głośno - omówiono ją pewnie w niejednym dzienniku i programie telewizyjnym. Mnie nie daje spać jednak co innego. Jakby tę scenę odebrano dzisiaj, w dobie konfliktu krymskiego, zbrojenia się Rosji, coraz to bardziej popieprzonych wystąpień Putina i kolejnych sankcji Zachodu? Ile byłoby oburzenia w zachodnich mediach? I czy takie mocne political fiction w grze nie przyczyniłoby się do czegoś więcej? Leżę, patrzę się w sufit i myślę sobie, że ta gra wychodzi dzisiaj. Wymyślone przez scenarzystów wydarzenia, są przyczyną wybuchu wirtualnej III Wojny Światowej, ale są tym co przeważa szalę, co popycha Rosję do jakiegoś działania. Są przyczyną wybuchu III Wojny Światowej.

Oczywiście na pewno nic takiego by się nie stało. Skończyłoby się na ogólnoświatowym bojkocie gry, developera, wydawcy, cenzurą i nagonką na gry. Przecież wszystko kończy się nagonką na gry. 

Warto jednak zauważyć, że Rosjanie znowu stali się chłopcami do bicia w Hollywood. Epizod mieli Koreańczycy (ci pewnie będą przez jakiś czas jeszcze wpierdol dostawać). Na stałym etacie są mieszkańcy krajów arabskich/muzułmańskich (i nie sądzę, żeby w najbliższych dziesięcioleciach to się zmieniło). Ale był czas, że Ruskim odpuszczono. Ani nie robili inwazji na amerykańską ziemię, ani nie atakowali Białego Domu. A teraz wracają. Może nie tak otwarcie, ale... Tylko w jeden weekend udało mi się obejrzeć dwa filmy akcji, w których wybito do nogi rosyjskie mafie. Najpierw był "John Wick" i Reeves mszczący się za śmierć psa. Bardziej komiksowe podejście do tematu sensacji. I chodzi mi raczej o rzeczy w stylu hotel dla płatnych morderców, księdza-gangstera i tym podobne patenty, a niekoniecznie o głupkowatość. Głupkowatość jest głupkowata, a nie komiksowa. Poza tym --- masa efekciarstwa i strzelania zza węgła. Do tego całkiem fajna choreografia. Keanu się tarza po ziemi i okłada gangsterów na wszystkie możliwe sposoby. Podobało mi się. 

Tak samo zresztą jak drugi film - "Bez litości". Tym razem podstarzały Denzel Washington okazuje się emerytowanym... delta force/agentem jakiejś amerykańskiej agencji/G.I. JOE (niepotrzebne skreślcie)? I jemu, tak jak Johnowi Wickowi umiera żona. Obaj są smutni. Dla Denzela motorem działania jest młodziutka, śpiewającą prostytutką, którą chce uwolnić od alfonsa. Jakoś tak wychodzi, że udaje mu się nie tylko oczyścić miasto, ale zlikwidować całą wschodnią operację Ruskich w Stanach. To się nazywa rozmach! W "Bez litości" położono nacisk na zbliżenia na twarz Denzela i sceny, kiedy pokazują jak jego bohater jest sprytny, wygadany, jak bardzo potrafi się skupić i jak dobrze umie liczyć. Niby wieje nudą, ale facet potrafi uciągnąć każdy film i nawet takiego podstarzałego, fajnie jest oglądać. Poza tym wykańcza cały zespół uderzeniowy za pomocą pułapek w stylu MacGyvera. Wiesza na drucie kolczastym Dana Bilzeriana --- tego Dan na swoim Instagramie nie pokazuje!

Oba filmy to sensacje, które nie przejdą do historii kina. W przyszłym sezonie nikt o nich nie będzie pamiętał, bo były, są i będą, ich dziesiątki. Ale czy to źle? 


Coś mi się przypomniało na koniec. Po raz kolejny "Hotline Miami", które wspominałem przedwczoraj. Tam przecież cała fabuła polega na likwidowaniu rosyjskiej mafii, która opanowała Miami. Lata 80te, disco, wsiurski wystrój wnętrz i dziesiątki martwych gangsterów w białych garniturach. Myślę, że zabijamy ich tylko dlatego, że w latach 80tych, w Hollywood, zabijało się komunistów na potęgę. Równie dobrze, ci prawdziwi Amerykanie z HE, którzy biorą sprawy w swoje ręce, mogli obrać za cel kartele albo Włochów. Twórcy tej gry, swoim retro podejściem, wyprzedzili trend. 

Zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy gdyby jednak wybuchła III Wojna Światowa to powstałyby kolejne gry z serii Call of Duty? I czy w kolejnych częściach jednym z bohaterów byłby chiński komandos? Czy byłby Ukrainiec? Zastanówcie się nad tym, tak tylko hipotetycznie, bo takie rozmyślania zawsze do czegoś ciekawego prowadzą. Przecież tak właśnie rodzi się political fiction.

niedziela, 28 grudnia 2014

Muszę odebrać telefon

Istnieje jakiś wewnętrzny przymus odebrania telefonu. Gdzieś wbudowany w człowieka mechanizm, który zmusza go by, wcześniej podniósł, a teraz przycisnął na wyświetlaczu, zieloną słuchawkę. Oczywiście nie każdy odbiera telefon, i nie każdy odbiera każde połączenie. Teraz, w czasach identyfikacji numerów, to trochę inna bajka niż w latach 90tych. Często numer zastrzeżony lub podejrzanie krótki ignorujemy. Zdarza się, że gdy wracając z imprezy, dzwonisz do kogoś i jest godzina czwarta, to ta osoba nie odbierze. Sam wyłączam dźwięk i wibracje, kiedy tylko przykładam głowę do poduszki*. Ale zasada jest. Musisz odebrać telefon. Jeżeli wiesz kto dzwonił, a nie odebrałeś pojawia się w tobie coś w rodzaju wyrzutu sumienia. Chociaż tak naprawdę nic złego nie zrobiłeś. Po prostu nie odebrałeś. 

A jeżeli oglądaliście kilkanaście lat temu w telewizji amerykańskie seriale, to pamiętacie pewnie sceny, kiedy dzwoni telefon...:

- i ktoś nie podnosi słuchawki i druga osoba posyła mu pełne zdziwienia lub zniesmaczenia spojrzenie i pytanie w stylu: "Nie odbierzesz?", wskazując swoją mimiką, intonacją, czymkolwiek, że widzi w tym coś złego,
- i ktoś nie może go odebrać i posyła w jego stronę zbolałe spojrzenie,
- ludzie biegną i biją się często o pierwszeństwo,
- w budce telefonicznej i nagle nachodzi przypadkową osobę, by podejść i podnieść słuchawkę.

Telefony w budkach... Na takim pomyśle zresztą oparto o ile dobrze pamiętam film.

Ostatnio grałem w "Metro: Last Light". Główny bohater podąża kanałami ku rzece, która ma go oczyścić i wskazać mu cel, rozwiązanie... Dobra, nie jestem pewny czy dlatego tam idzie, ta podróż do rzeki ma duże znaczenie dla miałkiej fabuły. Idziemy zalanymi korytarzami i słyszymy dzwonek telefonu. Nasz towarzysz, który odbywa wędrówkę po raz kolejny, mówi "To do ciebie". I jest ta zasada. Musisz odebrać telefon. I oczywiście odbieram. I słucham wołania matki. I wiem, że tej bezsennej nocy będę o tym myślał. Nie o tym, że słyszałem lament kobiety w grze. Tylko o tym dlaczego to zrobiłem. Gra pozostawiała mi wybór. Więcej! Okazuje się, że gra nagradza za to, że nie odbierze się tego pieprzonego telefonu. Miałbym brązowe trofeum. 1510. Odebrałem.


Czasami jestem świadkiem sceny: ktoś gdzieś dzwoni i zaczyna konwersację słowami: "Przepraszam, że nie odebrałem". Czasami tą osobą jestem ja. Czasami widzę, jak ktoś widzi na wyświetlaczu numer, mówi "To chyba cyfra", a później bezskutecznie, przez pięć minut wije się, aby tę rozmowę skończyć. To nigdy nie jestem ja. Nie mam cyfry. Czasami telefon jest takim samym narzędziem opresji jakim jest bat. 

Lubię grę "Hotline Miami", w której kierowany przez gracza bohater dostaje na automatyczną sekretarkę enigmatyczne wskazówki z adresem, a później jedzie i eliminuje wszystkich których pod nim zastanie. To może śmieszny przykład, ale też fajnie się wpisuje jako pointa tego mojego poświątecznego wywodu. Mam amnezję, nie wiem kim jestem ani co robię, ale ktoś zostawia mi wiadomości przez telefon, więc ja tam pojadę i wszystkich zabiję, bo to może być ważne. 

Piszę to leżąc. Na prawym udzie mam laptopa. na lewym leży telefon. I obojętnie kto by nie zadzwonił to go odbiorę. Muszę odebrać telefon.


* tydzień temu, między 4:30, a 6:00 miałem 8 nieodebranych połączeń. Po obudzeniu się przystąpiłem do obdzwaniania przyjaciół i próbach ustaleń co się działo. Z przeświadczeniem, że wyłączając dźwięk zrobiłem coś złego.

sobota, 12 lipca 2014

Dlaczego bycie złym sprawia frajdę i dlaczego się później tego żałuje? WOLF AMONG US

Gdybym nie leżał na kanapie i nie musiałbym obsługiwać cholernego touchpada to może bym powklejał linki do starych notek, w których opisałem pierwsze tomy "Baśni" Willinghama. Jednocześnie pisząc te słowa zastanawiam się czy to prawda. Bo obsługa tego ustrojstwa, to może tylko wymówka. Czy to nie jest tak, że nie chce mi się wracać do tamtych tekstów? Mniej więcej pamiętam ich wydźwięk --- zmarnowany potencjał. Takie same odczucia mam względem całej serii. Nigdy mnie "Baśnie" nie urzekły, nigdy nie zrozumiałem do końca ich fenomenu, tych wszystkich nagród. Wydawały mi się średnio napisane. Nigdy nie było to pełne zgłębienie tematu, nigdy nie było tam czegoś co by mnie ruszyło. I w pewnym momencie, mimo kolejnych tomów w moim zasięgu, zdecydowałem się na zarzucenie tej serii.

Tym bardziej zdziwił mnie mój entuzjazm, kiedy to pojawiły się pierwsze wzmianki na temat gry od Talltale Games --- "Wolf Among Us". Poznałem ich za sprawą "The Walking Dead", na którą zresztą też tutaj trochę narzekałem, ale która ostatecznie okazała się naprawdę świetną pozycją. Takim interaktywnym komiksem (do tego jeszcze wrócę). TWD miało coś czego moim zdaniem brakuje całej masie fajnych gier, tych wykonanych za olbrzymie pieniądze, takich które mogłyby być genialne. Są to emocje. Czy może raczej mechanizmy, które potrafią w graczu uruchomić prawdziwe emocje. Nie tylko wkurwienie albo frustrację. Chodzi o to, że kończysz rozdział i zastanawiasz się nad tym co właśnie zrobiłeś, co właśnie wydarzyło się jako konsekwencje twoich działań. Ich sposób na sprzedawanie gier w częściach to potęgowało, bo jeżeli grasz poprawnie, czyli czekasz kilka tygodni na każdą kolejną część, to zostawałeś po skończonym epizodzie z dużym zgrzytem, ciężkim sercem i gonitwą myśli.

"Wolf Among Us" jest również interaktywnym komiksem. Grą polegającą na prowadzeniu dialogów i uczestniczeniu w akcjach typu QTE --- których generalnie nie lubię, ale tutaj jestem w stanie to przełknąć. Więc mamy Bigby Wolfa (nie będę używać spolszczonego imienia), który prowadząc śledztwo w sprawie morderstwa wplątuje się coś dużo większego, w co jest zamieszana część mieszkańców Fabletown. Wędrujemy po burdelach, spelunach, magazynach lewizny i spotykamy się tam z alfonsami, dilerami i złodziejami, czy kogo twórcy są gotowi tam posłać. Będziemy bić się w brudnych zaułkach, ścigać podejrzanych po czynszowych kamienicach i demolować szemrane lokale. No i mamy lata 80-te. Jak w filmach z tamtych lat - dużo można.

I styl gry, to jak poprowadzimy Bigby'ego zależy od nas. Możemy łamać ręce, rozbijać nosy i zastraszać każdego, kto na nas krzywo spojrzy. Możemy też próbować udawać ułożoną bestię i przed wymierzeniem bomby w pysk zadać pytanie. Jest jeszcze droga, gdzie pieścimy się ze wszystkimi. Przyznam się do jednego. Na początku był ze mnie kawał gnoja. Kiedy tylko mogłem to wyżywałem się na wszystkich. Wyszedłem z założenia że Bigby to twardy gliniarz, Brudny Harry swojego baśniowego społeczeństwa. Trochę to też było spowodowane tym, że postaci, z którymi się spotykamy są strasznie denerwujące. Po prostu w tamtym świecie, większość jest albo dupkami albo dupami wołowymi, i czułem potrzebę obrony przed nimi. Więc stawałem się agresywny. I te czyny był zapamiętywane, a ja później ponosiłem ich konsekwencje. I chyba to jest clue programu. Cały świat pokazuje, że nie zawsze bycie dupkiem, który najpierw bije, a później zadaje pytania jest dobrym wyjściem. Co więcej! Cały świat pokazuje, że to jest złe wyjście. W ostatnim rozdziale autentycznie czułem potrzebę rozwiązania pewnych rzeczy przez rozmowę i chciałem usłyszeć co ludzie mają do powiedzenia, i musiałem też odpowiedzieć za swoje czyny, bo wiele miano mi do zarzucenia. Chciałem też troszeczkę przypodobać się Snow, która jak wiadomo obłędnie pachnie. Bo laski, które obłędnie pachną są warte zachodu.


Przechodziłem niektóre wydarzenia jeszcze raz. Ze względu na trofea... głównie. Ale też chciałem zobaczyć jak to jest nie wyrwać komuś ręki. I chociaż było w tamtym momencie mniej satysfakcjonujące, to pod koniec się trochę wstydziłem, że w swoim głównym przejściu postąpiłem tak, a nie inaczej. Ryj, którego okaleczyłem, pod sam koniec gry pierwszy stanął po mojej stronie. I odpowiadając na pytanie zadane w temacie notki... nie mam bladego pojęcia.

To było naprawdę dobre doświadczenie. I intryga była fajna --- czerpała pełnymi garściami z filmów policyjnych z lat 70-tych i 80-tych, i te wszystkie wybory były doskonałe. Nie wiem na ile te wszystkie mechanizmy działają. Czy naprawdę to że komuś spuściłem w pierwszym epizodzie tęgie lanie, miało wpływ na to co powiedział do mnie w piątym. Ale zakładam, że część wydarzeń jest narzucona z góry, obojętnie czego bym nie zrobił to i tak do nich dojdzie. I jestem to w stanie zaakceptować. No i to co zobaczyłem i usłyszałem było świetnie. To że komiksowy feel to jedno. To że laseczki fajne to drugie. Ale to że Bigby to jeden z lepiej wykreowanych męskich bohaterów to TRZECIE i najważniejsze. Jego ruchy, mimika i styl bycia --- bije komiksowego Wolfa na głowę. Nie wiem kto to Adam Harrington, ale facet zdubbingował go bezbłędnie. Także ostateczna ocena rośnie bardzo za postać głównego bohatera.

czwartek, 19 czerwca 2014

Restart


Dawno, dawno temu napisałem tekst o serialu "Day Break", napisałem też o nim na blogu Kamila Śmiałkowskiego, za co ten przysłał w podziękowaniu płytę z serialem "Liga dżentelmenów". To był świetny serial i świetny blog. 

"Day Break" opowiadał o policjancie, który przeżywał w kółko ten sam dzień, próbował chronić swoich bliskich i jednocześnie rozwiązać zagadkę morderstwa prokuratora generalnego, w które go wrobili nieznani jegomoście. I tak sobie to, kawałek po kawałku, rozwiązywał. Takie powtarzanie (czy zapętlenie) jest doskonale znane pochłaniaczom popkultury. Był już taki odcinek "Stargate SG-1", był "Supernatural", pewnie było kilka innych, ale te dwa mogę jakoś wydobyć z mroków pamięci. Na podobnej zasadzie, odtwarzania ciągle tej samej sekwencji zdarzeń, polegał chociażby "Kod nieśmiertelności". No i "Dzień świstaka".


Dwa tygodnie temu do kin weszło "Na skraju jutra" z Tomem Cruisem i Emily Blunt, i tak się złożyło, że trafiłem wczoraj na to do IMAXa. Jest to sroga napierdalanka z elementami sci-fi. Tom Cruise gra majora biura propagandy korpusu marines, który próbując wymigać się od wycieczki na front zostaje zdegradowany do szeregowca i chociaż nie ma bladego pojęcia o walce (jest przecież tylko PRowcem), ma walczyć na pierwszej linii. Uff.... pierwsze 10 minut skrócone do jednego zdania złożonego. A co to za front? Ludzie oczywiście walczą z obcymi. Ci spadli na Ziemię wraz z meteorytem, rozbili się pod Hamburgiem i w kilka lat podbili całą Europę. Więc oglądamy lądowanie w Normandii tylko że zamiast Niemców tym razem żołnierze tłuką w potworki przypominające mątwy z "Matrixa". Co 2 - 3 lata Hollywood częstuje nas jakimś filmem o inwazji: "Skyline", "Bitwa o Los Angeles" czy "Battleship" - ogólnie chodzi o spektakularną rozpierduchę i możliwość pokazania bohaterstwa żołnierzy. Z tych wszystkich filmów "Na skraju jutra" wyróżnia się na plus tym, że mamy zapętlenie czasu - Cage, bo tak nazywa się główny bohater, w chwili śmierci ma kontakt z krwią osobnika Alpha, który potrafi manipulować czasem. Tym samym za każdym razem kiedy Cage ginie następuje restart i cała zabawa zaczyna się na nowo. Brzmi to trochę skomplikowanie, ale takie nie jest. Ludzie strzelają do obcych, tylko że cały czas mamy poniedziałek.

Najważniejszą sprawą jest jednak to z czego strzelają, a to mnie absolutnie kupiło --- cały desant to chłopcy i dziewczęta ubrani w bardzo prymitywne (ale kogo to obchodzi?) mechy! Takie toporne egzoszkielety, które mają zwiększyć ich siłę i które wyglądają dokładnie tak jak najprawdopodobniej będą wyglądały kiedyś mechy - jeżeli kiedykolwiek ludziom uda się je produkować. Żadne tam zbroje Ironmana. Siermiężne i kanciaste!



Ekran IMAXa, który jest wyższy niż mój blok, pozwala się rozkoszować tą olbrzymią bitwą i cieszyć cały czas michę, bo są żołnierze w mechach! I strzelają! Do obcych! Strona audiowizualna jest świetna. Jest kilka momentów, gdzie przesadzili ze spektakularnością i CGI wali aż za bardzo w ryja, ale da się to wytrzymać, bo ludzie w mechach kontra obcy! Fabuła ma o dziwo nawet sens --- ludzie muszą zniszczyć królową matkę, żeby wygrać wojnę. Więc Cage i Rita walczą, zabijają, giną i robią to znowu, właśnie po to, żeby w końcu dotrzeć do Omegi (ten cały mózg/królowa/król obcych jest tak nazywany) i się pocałować. Bo Cage się zakochuje. Jakby mogło być inaczej. Też bym się zakochał w kobiecie, która zabiła mnie jakieś kilkaset razy. Jak to tak opisuję to brzmi to jak naprawdę zły film.

Ale złym filmem "Na skraju jutra" nie jest. Pierwowzorem jest powieść "All You Need Is Kill" Hiroshiego Sakurazaka, więc jak już się wie, że autor to Japończyk, przestaje dziwić fakt, że zrobili film gdzie ludzie walczą w mechach. I że wizja się trzyma kupy. Bawiłem się świetnie. Jest humor, akcja, rozpierducha. Brakuje oczywiście krwi i cycków, ale takie czasy. No i Cruise --- gościu, który zawsze gra w wybitnie rozrywkowych filmach i którego zawsze chętnie oglądam, tak zupełnie w oderwaniu od tego jaki jest naprawdę.

niedziela, 15 czerwca 2014

Krew na śniegu

Z odpaleniem bloggera po przeszło roku było trochę jak z powrotem z wakacji do domu. Wszystko znajome, nawet trochę wytęsknione. Znasz każdy zapach i każdy kąt. Stare śmieci. A jednocześnie towarzyszy człowiekowi ta przyjemna ekscytacja. Czujesz odnowienie. Był restart, jest energia do pracy. A ja mam ochotę i potrzebę pisać. Mam w końcu na czym pisać. Ale, co najważniejsze, mam o czy pisać. Wyszedłem z tego marazmu, który trzymał mnie przez bardzo długi czas. Konsumuję dobra popkultury w zdrowych ilościach i to tak bardzo różnym przekroju, jak jeszcze nigdy przedtem.

Ta któraś już inauguracyjna notka będzie na dodatek tematyczna! Nie tylko takie pierdzielenie jak to będzie świetnie i oczekiwanie na poklepanie po pleckach. Myślałem, żeby napisać o nowym filmie z Godzillą, bo jest o czym, ale trochę czasu upłynęło, nie wiem czy jest sens się spinać dzisiaj z tak ważnym tematem, więc zajmę się czymś świeżym.


"Krwawa Pani Śniegu" (1973 r.) --- jakoś tak wyszło, że do tej pory nigdy nie miałem okazji obejrzeć tego klasyka Toho. Podejrzewam, że w pewnym momencie problemem mógł być "Kill Bill", za którym tak do końca nie przepadam, a który jest w dużym stopniu hołdem dla "Lady Snowblood". Na szczęście poszedłem po rozum do głowy, nadarzyła się okazja (wieczór japoński u Dawida i Agi) i ją wykorzystałem.

Nad fabułą nie ma co się specjalnie rozwodzić. Jest dziewczyna. Jest lista. Jest zemsta. Dziewczyna skreśla nazwiska z listy. Spotyka różnych ludzi, część z nich przy okazji zabija. I do tego ładnie wygląda z parasolką.
Bo co przyciąga do tego obrazu to przede wszystkim piękna i dostojna Miyoko Akaza. Jej uroda i gra aktorska jest jego siłą napędową. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałem sobie, że będzie erotyka i jak tylko zobaczyłem Miyoko na ekranie byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. Ostatecznie okazało się, że cycka tam się nie uświadczy, ale mimo wszystko --- jest dobrze. Jedynym zgrzytem jaki miałem było to co ją popychało do przodu. Żeby historia o zemście chwyciła trzeba uwierzyć w bohatera. I chociaż motywy Sayo są zrozumiałe, to ciężko mi było uwierzyć w tak wielką determinację. Nawet jeżeli weźmiemy czasy w których działa się akcja i to jak wielkie znaczenie ma honor dla Japończyków. Na szczęście opowieść matki, więc tym samym i powód zemsty poznajemy na tyle późno, że przez większość filmu nie zastanawiamy się nad tym zbyt mocno. Zresztą poplątana chronologia, komiksowe wstawki i rozdziałowa budowa filmu to jego olbrzymie atuty i wybitnie mu pasuje.
Kolejną rzeczą która przypadła mi do gustu jest ta jasnoczerwona krew, którą w latach 70tych z uwielbieniem stosowali. Mimo, że wygląda karykaturalnie, to te fontanny posoki są po prostu piękne! Żadne CGI nie podrobi tych nienaturalnych rozprysków, które przyprawiłyby o ból głowy wszystkie trzy ekipy CSI. Choreografia walk jest w porządku. Widziałem w filmach japońskich zdecydowanie lepsze pojedynki, ale tym nie sposób odmówić uroku.

Tarantino jest świetnym reżyserem, bo wykorzystuje bardzo umiejętnie znane od lat i doskonale sprawdzone techniki opowiadania historii. Wyłuskał z "Krwawej Pani Śniegu" wszystkie najlepsze elementy i sprzedał je na nowo w swoim filmie. Jeżeli ktoś się interesuje kinematografią, to polecam obejrzeć, dzięki temu naprawdę ma się szczerszy obraz na twórczość tego reżysera. Mnie się "Lady Snowblood" naprawdę podobała i szczerze was zachęcam, żebyście po nią sięgnęli. Nie tylko dlatego, że lubuję się w japońszczyźnie i ramotkach z lat 70tych. To po prostu jest dobry film o zemście, a wiadomo, że to temat dla mnie wdzięczny jak mało który. Do tego pięknie nakręcony, ze świetną muzyką --- nie pamiętam kiedy oglądałem film, z którego ścieżką dźwiękową tak bardzo chciałem się bliżej zapoznać.


Zobaczyłem również, że dzieci w beczkach były na długo przed tą całą sprawą w Łodzi. Chociaż szczerze wątpię, żeby tamci ludzie oglądali ten film.

czwartek, 6 czerwca 2013

Od jakiegoś roku flcl nie spełnia moich oczekiwań, a ja pewnie nie spełniam jego. Co więcej, ostatnio nie do końca się sprawdza. Pewnie ja też. Próby reanimacji spełzły na niczym, a to dlatego, że już praktycznie nie korzystam ze stacjonarki. Dołączyłem do XXI wieku i mam telefon komórkowy który jest smart, czasami bardziej smart niż ja, a przy okazji jest tak 5-6 razy lepszy niż blaszak, na którym wyklepałem te wszystkie teksty. Bywało, że czasem pożyczałem laptopa, żeby sprawdzić maila i facebooka. Teraz robię to za pomocą telefonu. Piszę ze znajomymi, komentuję i oceniam to kilka zdań wrzuconych na ścianę. Czasy siedzenia i grzebania w Internecie - do czego korzystałem z peceta - skończyły się raczej bezpowrotnie. Jem batona na drugie śniadanie, a drugą ręką przelecę newsy filmowe. Wystarcza mi. Na więcej szkoda na to czasu, ale do tego trzeba jednak dorosnąć. Za dużo jest ludzie, książek, filmów, komiksów, gier, żeby marnotrawić czas na Internet. Poza tym mam autentycznie dość siedzenia przy biurku i uciekam od niego kiedy tylko mogę, a tym samym mam coraz mniej okazji, żeby napisać dłuższy tekst. Zawieszam bloga - to tylko taka formalność bo zrobiłem to już bardzo dawno temu. I umówmy się, że ten piwny jest tematem zamkniętym i nie będę do niego nigdy, przenigdy wracać. 


Z flcl jednak wrócę, mam na niego jeszcze pomysł (i kupę fajnych pomysłów na teksty), z tym że do tego potrzeba mi czasu i umówmy się - nowy przenośny komputerek. Jeżeli miałbym pisać coś dłuższego na ekranie komórki to strzeliłbym sobie w łeb. To jest dobre na kilka zdań. Teraz strzelam sobie w łeb wyimaginowanym pistoletem z placów za każdym razem, gdy mam napisać coś na tym rzęchu. Niby ma klawiaturę, ale można na nim co najwyżej... w zasadzie nic już nie można. 

Coś alternatywnego dla flcl otwieram na tumblrze, gdyż:
1. jakiś przyjaźniejszy wydaje mi się na androidzie i pasuje do krótkich form,
2. od prawie roku sobie tam siedzę, od czasu do czasu lajkuję i szeruję jakieś fajne obrazki i polubiłem to miejsce.


Będzie krótko i zajebiście. O dziwnych rzeczach w popkulturze, bo ostatnio mnie dziwne rzeczy i głupoty mocno pochłaniają. 

Poza tym zawsze chciałem mieć miejsce, które nazwałbym brzuch wieloryba.

See you soon, and in case I don't see ya, good afternoon, good evening, and good night!

piątek, 5 kwietnia 2013

Grohl



"Dave Grohl: Oto moje powołanie" to nie do końca biografia, na którą się szykowałem. To taka książka w stylu: "w czasach jak Grohl żył była taka i taka muza, grały takie i takie zespoły", a dopiero później "a Grohl najbardziej lubił... i inspirował się...." Czy to wada? Po części tak, bo na stronę przypada kilka obcobrzmiących nazwisk, kilka nazw kapeli i klubów gdzie ci ludzie grali, po czym na następnej sytuacja się powtarza. Człowieka który sięgnął po tą biografię przypadkowo znudzi bardzo szybko. W zasadzie po dwóch pierwszych rozdziałach mamy taką analizę środowiska punkowego z którego wywodzi się Grohl, a o samym Grohlu tylko kilka wstawek. Po części jednak nie, bo ja np. byłem szczerze tym zainteresowany. W pewien sposób scena HC, do której nigdy w żaden sposób nie należałem i z którą nawet się nie utożsamiam, kształtowała moje gusta. Zabawna sprawa, ale te wszystkie koncerty na które za szczyla chodziłem utwierdziły mnie w przekonaniu, że ciężki metal jest śmieszny i tak mało autentyczny... nieważne. Także odnalazłem tu wiele z tego co tworzyło moje fascynacje muzyczne w liceum i na początku studiów. Drugą część książki poświęcono Nirvanie. Tutaj moje czytanie wybitnie straciło tempo, bo nigdy za tym zespołem nie przepadałem, w pewny momencie życia autentycznie go nie trawiłem. Ale przebrnąłem i utwierdziłem się tylko w tym, co wiedziałem już wcześniej. Że ta wielka kapela w pewien sposób popsuła nam wszystkim punk rocka. Resztę stron już poświęcił autor temu, co najbliższe mojemu sercu, czyli Foo Fighters i innym projektom Grohla: Probot, QOTSA i Them Crooked Vultures. 

Do treści naprawdę nie mam się o co przyczepiać. Poza kilkoma wywiadami naprawdę niewiele wiedziałem na temat Grohla. Może kiepski ze mnie fan, ale od jakiegoś czasu konsumuję muzę w bardzo mocnym oderwaniu od jej wykonawców. Także fajnie było dowiedzieć się tego co się dowiedziałem. Brakło mi tak naprawdę jedynie Tenacious D. 

Problemem tej książki jest Paul Brannigan - jej autor. Facet niby od lat zajmuje się dziennikarstwem muzycznym, wspomina dziesiątki wywiadów jakie przeprowadził z tuzami rocka, a ta biografia... no nie wiem, albo jestem za stary i się zwyczajnie nie łapię w target, albo typ powinien  odbębnić jakiś kurs pisania, bo zbierało mi się na haftowanie od tych wszystkich "ekscytujących", "wspaniałych", "wyśmienitych", "genialnych", "fantastycznych". Takie pisanie można sobie uskuteczniać na blogu, niekoniecznie iść z tym do ludzi. Ten hiperentuzjazm w epitetach wyraźnie odcina się między cytatami, których nam nie szczędzi.


Widać, że w dużej mierze opierał się w tej książce na źródłach. Brakuje smaczków. I nie chodzi mi o wypisanie jakiego zestawu czy wioseł używa Dave. Kogo to kurwa obchodzi? Chodzi mi o jakieś wyraźne wspomnienia z tras koncertowych, śmiesznych albo krępujących anegdotek. Możliwe, że nie dało się wyciągnąć więcej materiału z Dave'a, bo kilkakrotnie podkreślane tam było przywiązanie Grohla do prywatności życia rodzinnego. A może to po prostu wymówka? Poza tym jest kilka momentów, gdzie na tym obrazie kryształowego Grohla, najsympatyczniejszego rockmena Ameryki powstają skazy i to też mi się jeszcze bardziej podoba, bo nie wierzyłem, że ktoś może być tak miły.

Mimo tego co napisałem uważam, że nie jest to książka zła. Czerpałem naprawdę dużo przyjemności z tych kilku wieczorów, które spędziłem słuchając płyt Foo Fighters, koncertów Them Crooked Vultures i przerzucając kolejne strony, chłonąc tą pobieżną historię sceny punkowej czy analizę kolejnych płyt FF. Na pewno będę ją chętnie pożyczać. I czekać na kolejną biografię Dave'a.