niedziela, 8 marca 2015

Jest tyle powiedzonek o psach, ale o negatywnym wydźwięku, zastanawiające...

W moim mieście znikają psy. Proceder trwa od kilku miesięcy, ale niespecjalnie się nad tym do tej pory zastanawiałem. Te wiszące na słupach kartki łączyłem raczej z "Małymi ludźmi w żółtych płaszczach", nowelą Kinga ze zbioru "Serca Atlantydów". Szedłem do pracy i widziałem te dziwne ogłoszenia: "Zniknął roczny, poczciwy golden w trakcie leczenia. Bardzo go kochamy chociaż jest głupiutkim grubaskiem. Nagroda". Tych ogłoszeń zaczęło pojawiać się coraz więcej, także w internecie, a gdy okazało się, że również znajomi, jakiegoś tam zaginionego psa szukają, w głowie pojawiła się inna myśl. Ostatnim był zaginiony pudelek miniaturka, za którego oferowano 5 tysięcy złotych nagrody i przy którym zrobiło się głośno o problemie. Internauci zaczęli prowadzić śledztwo, namierzono nawet ludzi rumuńskiego pochodzenia, którzy wyrabiali mu lewe papiery.

W Stanach kradzieżami psów dla okupu zajmują się przestępcy już od wielu lat. I może wydać się to śmieszne, ale nie zawsze są to cienkie bolki, które czekają na tę jedną robotę, tę po której zaczną coś znaczyć. To oportuniści, którzy znają w miarę dobrze prawo i wiedzą, że są w stanie się z tej kradzieży wykręcić sianem. Traktują to jako dodatkowe źródło łatwego zarobku. I jestem w stanie uwierzyć, że w moim powiecie istnieje podobna szajka porywaczy psów. 


Ta myśl wywołała lawinę skojarzeń i wspomnień, której nie byłem w stanie zatrzymać. Jako, że mamy w domu od 16 lat shih-tzu to pierwsze co mi przyszło do łba to "7 psychopatów" Martina McDonagha. W tym filmie Christopher Walken i Sam Rockwell, którzy parają się takimi porwaniami dla okupu, zwijają ukochanego shih-tzu gangsterowi. Postać grana przez Rockwella po godzinach para się też innym zajęciem, dlatego ta kradzież nie jest na pewno przypadkowa, ale ma dla wszystkich niesamowicie bolesne konsekwencje, których już pewnie nie przewidział. Wydaje się wybitnie nieprawdopodobnym, żeby w Pabianicach, te porwane czworonogi zwracał ktoś o kosmicznej aparycji Walkena, ale jeżeli się o tym pomyśli... taki dystyngowany, starszy pan na pewno nie wzbudzałby podejrzeń. Myślę, żeby wywinąć się od oskarżenia o kradzież, trzeba mieć właśnie takiego starszego pana, który sprzeda historyjkę o znalezieniu zbłąkanego ulubieńca swoją grzecznością i pewnością siebie. 

Warto ten film obejrzeć, dla świetnego scenariusza i bardzo dobrych kreacji aktorskich. McDonagh zachwycił mnie "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", a "7 psychopatami" utwierdził mnie w przekonaniu, że na jego następne filmy warto czekać. 



Drugie co przyszło mi do głowy to "Zabić, jak to łatwo powiedzieć", które w przeciwieństwie do filmu z Walkenem nie jest absolutnie zabawne. To gangsterska historia spod znaku noir. Jakiś stary dupek obmyśla plan na obrobienie mafijnej gry w pokera. Plan wydaje się idealny, ale oczywiście nie jest, bo Firma ściąga dobrego cyngla, który wszystko naprawia. Jednym z facetów, którzy uczestniczą w napadzie jest Russell, uzależniony od drugów Australijczyk, który wygląda w tym filmie jak mocno skacowany Neil Gaiman. Russell kradnie psy w sąsiedztwie i wywozi je furgonetką na Florydę, aby tam je sprzedać. 


Kto kupuje psy na Florydzie? To pytanie przez jakiś czas nie mogło mi wyjść z głowy. Czy psy rasowe są tam aż tak drogie? Czy nie ma na Florydzie psów w schroniskach? A może Russell jechał setki kilometrów, żeby sprzedać je jakiemuś Chińczykowi prowadzącemu knajpę dla wtajemniczonych? Co jeżeli psy, które znikają w moim sąsiedztwie trafiają na czyjś stół? Albo są sprzedawane Niemcom? Pamiętam, że w okolicy, w której się wychowywałem była fabryka torebek. Już na początku lat 90tych raczej niczego nie produkowała, ale był tam stróż i ten człowiek wyłapywał koty w okolicy. Na skórki. To prawdopodobnie spotkało syjama mojej matki. Czasami, kiedy te znikające psy nie pozwalają mi spać, myślę o kocie mojej matki. Trochę go jeszcze pamiętam.


"Zabić, jak to łatwo powiedzieć" to historia tzw. inside job, więc wszyscy, których oglądamy to przestępcy. Wiemy od samego początku jak to się skończy, w końcu naprawia sam Brad Pitt. Są winni i muszą być ukarani. Wydaje się historią bardzo prostą, nie ma tutaj zaskoczenia, ale diabeł tkwi w szczegółach. Akcja filmu zbiega się z kampanią prezydencką i wielkim kryzysem ekonomicznym, który nawiedził Stany. Interesujące jest to, że rozmowy, które prowadzą bohaterowie filmu, zdają się po pewnym czasie być o czymś zupełnie innym. Gdzieś tam w tle zazwyczaj gra telewizor i widzimy kłamiącego polityka. Gdzieś w tym wszystkim możemy znaleźć analogie do wydarzeń obserwowanych na ekranie. I nawet mniej wyrobiony kinoman, wyłapie, że film nie jest o tym sprzątaniu po napadzie na szulernie.

Film kończy monolog Pitta o tym, że Ameryka to nie jest kraj, to są interesy, i podobne odczucie można odnieść oglądając "Brudny szmal" na podstawie opowiadania Denisa Lehane'a. Te dwa ostatnie filmy łączy inside job i James Gandolfini, i jest też pies. Tym razem zwierzę, zostało poświęcone jako chory dowód miłości Erica Deedsa do Nadii. Ratuje je Bob, który jest barmanem w knajpie swojego kuzyna Marva (którego gra Gandolfini). W "Zabić, jak to łatwo powiedzieć" Gandolfini gra zabójcę Mickey'a, który jest na dobrej drodze, żeby wylecieć na stałe z branży. Przylatuje z Nowego Jorku na robotę i zaczyna ją od uchlewania się. O ile dobrze kojarzę, to jest na warunkowym i samą swoją obecnością zagraża całej akcji. W "Brudnym szmalu" Marv to też złamany przez życie facio. Przygniatają go problemy finansowe i jedynym wyjściem wydaje mu się okradzenie własnego baru, który jest punktem zrzutu brudnej forsy mafii. Swój interes stawia ponad lojalność wobec rodziny, jako pomagiera dobiera sobie psychicznie chorego Deedsa, którego poznaje gdy ten zaczyna prześladować Boba. Wyjęcie z kubła na śmieci pociętego szczeniaka to kamyczek, który porusza lawinę zdarzeń. Nie dla wszystkich kończy się szczęśliwie. Ale chyba tak jest już w życiu, że coś co dla kogoś jest wielkim szczęściem, okazuje się dla innego gwoździem do trumny. Bo Ameryka to tylko interesy, a one nie zawsze się udają.

Oglądam niedawno na ścianie, jak ktoś dzieli się zdjęciami dużego myśliwskiego psa. Pies zniknął już jakiś czas temu, trochę wcześniej, z tego samego podwórka zniknął inny pies, kundelek. Wychowywały się razem. Właściciel sugeruje, że psy są najprawdopodobniej właśnie razem i mam nadzieję, że rzeczywiście są, i że nie trafiły na psychopatę i nie są razem, ale w niebie. Bo wiecie, chociaż to słabe pocieszenie, to wszystkie psy idą do nieba.

niedziela, 25 stycznia 2015

Długo

Jedną z pierwszych rzeczy, które robię każdego ranka, zaraz po zalaniu sobie tykwy z yerbą, jest sprawdzenie stron o Batmanie. Kiedyś były to strony o Stephenie Kingu, teraz o Batmanie. Taki dość specyficzny progres. Dużo tego nie ma. Czasami tylko kilka rysunków na tumblr. Jednakże to swojego rodzaju rytuał, a sam Batman, możliwe, że jest to jedna z ostatnich rzeczy, które tak bezmyślnie uwielbiam. To uwielbienie spowodowało, że sobie go wytatuowałem i zdarza się, że jakaś dziewczyna na siłowni zagada o moje tatuaże, a że tylko ten potrafi rozpoznać...? Nawijam jak nienormalny o Batmanie... na siłowni. Bywa, szczególnie po alkoholu, że się zapomnę i temat gacka pojawia się na randce. Różnie na tym wszystkim wychodzę. Z ostatniej poalkoholowej pomroczności wybudził mnie całkowicie, fałszywy news o rzekomym podzieleniu "Batman v Superman: Dawn of Justice" na dwa filmy. I właśnie to mnie jakoś nakręciło do napisania tych kilku akapitów. Dzisiaj będzie o długości i dzieleniu na kawałki. Miało iść dużo wcześniej, ale się pochorowałem  i ostatnie 10 dni nie mogłem patrzeć na monitor.

Im jestem starszy, tym bardziej lubię jak coś nie przekracza dwóch godzin. Na filmach powyżej 120 minut zwyczajnie, jeżeli historia nie pochłonie mnie bez reszty, zaczynam spoglądać na zegarek. Przestałem być zwolennikiem wiernych ekranizacji, za to biję brawo jak scenarzysta sprawnie tnie wątki. Coraz bardziej doceniam fakt, że ktoś potrafi zamknąć spójną fabułę w tej półtorej godziny. Zdarza się, iż wybierając film patrzę na długość trwania.

W zeszłym roku był jeden taki film, który w swojej długości był totalnym nieporozumieniem i który tylko z tego powodu odpuściłem - "Transformers: Wiek zagłady". Może inaczej, ten jeden pamiętam, bo się wyłamałem i nie poszedłem. Takich wielkich robotów miało być dużo, więc i film był długi. To miało zarobić dużo pieniędzy dla wytwórni, i to zarobić podwójnie, bo przecież większa część filmu dzieje się w Chinach. I jestem w stanie taki zabieg nawet zrozumieć, wiedziałem o tym, nie wybrałem tamtego wieczoru kina ze znajomymi. Takie "Zbaw nas ode złego" Derricksona czy "Rogi" Aji, ich czas trwania, są dla mnie dużo mniej zrozumiałe. To historie, które mogły być zamknięte o te pół godziny szybciej. Dynamika w obu wypadkach widocznie siadała, niektóre sceny warto było wyciąć. Pamiętam, że wychodząc z kina, oboje z moją partnerką na to narzekaliśmy. I fakt, że trwały ile trwały, był powodem, że oceniłem je oczko niżej.

Miałem taką myśl, że to wina galopującego postępu, otaczającej nas techniki, Że to przez ciągłe stymulowanie (a może nawet atakowanie) mózgu bodźcami - statusami na fejsiku, powiadomieniami na smartfona, krótkimi treściami jakie opanowały Internet. Jednak tak nie jest. Z drugiej strony, mamy taki "Boyhood" Linklatera. Gdzie film trwa tyle co Transformersy, gdzie nie można mówić o galopującej akcji, gdzie wiele scen to senne rozmowy w plenerach. A nie ja jak zahipnotyzowany nie mogłem się oderwać. Dłuższy od niego jest "Wilk z Wall Street", prawie 3 godziny i ani chwili zwątpienia, ani chwili nudy.

Logicznym wydaje się, że jak coś jest długie to warto to podzielić. Nie da się pokazać efektownie czegoś w jednym filmie?, zawartość jest tak ważna, że nie można ciąć?, musi być zrobiony part I i part II? Gówno! Nie lubię tego bardziej niż niepotrzebnie długich filmów. To może takie głupkowate bicie piany z mojej strony, ale im jestem starszy tym bardziej cenię swój czas. Takie dzielenie ostatniej części na dwa filmy, to rozwadnianie emocji jakie towarzyszyłyby widzowi. Bo wiadomo, to skok na kasę, można dwa razy zarobić, ale jednocześnie krzywdzi się przemysł filmowy i te wszystkie serie, które mają powstać, tylko na tym ucierpią. Ludzie po prostu przestaną to oglądać. Hollywood dekadę temu przejechało się na masowych przeróbkach azjatyckiego kina, rebootowaniu i remakowaniu wszystkiego co się da, bezmyślnego ekranizowania gier i eksploatowaniu serii do etapu, że ludzie myślą o nich z niesmakiem. Teraz będzie tak z kinem young adult. Trzem największym seriom już zafundowali rozbity finał. 


Badacze z 46 krajów, dzięki finansowemu wsparciu Akademii Brytyjskiej, podjęli się zadania zbadania widowni serii "Hobbit". Do maja 2015 roku każdy może wypełnić ankietę online i pomóc im w tym zadaniu. Mam straszny problem z tą drugą trylogią Jacksona. Bo jestem wyrozumiały dla rozmachu i gigantycznej ilości pracy i zaangażowania tysięcy ludzi w produkcję. I rozumiem, że "Hobbit" jest trylogią, bo to była wielka inwestycja, i musiała się zwrócić. Ale stało się to kosztem nudy, niecharakternych bohaterów. Kosztem "mehhh..." po seansie! Podobno jakiś fan zmontował na własną rękę te trzy film w jeden, czterogodzinny. Coś co normalnie nie mogłoby powstać, bo nigdy by się nie zwróciło. 

I to jest problem chyba, z którym zmierzymy się w najbliższych latach - opłacalność. Ile już filmów stało się ofiarami kalkulacji studia i obniżenia poprzeczki wiekowej? PG-13 to chyba jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie terminów. Teraz będziemy świadkami procesu powolnego i długotrwałego eksploatowania materiału. Odrzucania dobrych scenariuszy ze względu na brak oczekiwanego komercyjnego potencjału. Nastąpi ucieczka do telewizji, gdzie te pomysły i historie, kreatywne sztaby przerobią na seriale. I to będzie jeszcze gorsze. Ale o tym już innym razem. Bo bardziej od niepotrzebnie długich filmów i niepotrzebnie rozczłonkowanych filmów nie lubię tylko niepotrzebnie długich seriali.

niedziela, 4 stycznia 2015

Tuzin czarnych worków na zwłoki

Będzie kolejny film o Johnie Rambo. Sugerowała to ostatnia scena czwartej odsłony, więc jego powstanie było zapewne tylko kwestią czasu. Średnio ją pamiętam, ale wydaje mi się, że John dociera do rodzinnego domu. Jego nazwisko jest na skrzynce na listy. Stallone zdradził podtytuł - wymowne "Last Blood". Dobrze, niech będzie! Z czwórką mam bardzo miłe wspomnienia, mam nawet o tym notkę! Poszukajcie sobie.

Tak się składa, że ostatnio obejrzałem "Gościa" Adama Wingarda. W mojej ocenie jeden z lepszych zeszłorocznych filmów, raczej niedoceniony, jeden z tych, który przeszedł niezauważony, może i trochę zlekceważony. Dlaczego te dwa filmy wspominam jeden po drugim? "Gość" to film o takim Rambo, który wraca z wojny, tylko nie wszystko w jego głowie się dobrze poukładało. Wrócił taki ktoś, kto jest naprawdę zły. Może już taki wyjechał, a black ops w których rzekomo służył, jedynie uwolniły prawdziwą naturę? A może był zupełnie niewinny, a narkotyki i pompowana w tajnych laboratoriach pentagonu chemia zmieniły go w wyrachowanego mordercę? 

Wyobraźcie sobie taki scenariusz w "Pierwszej krwi". Nie mamy skrzywdzonego Rambo posyłającego wszystkim spojrzenie spaniela. Nie mamy jednego trupa, tylko tak jak sugeruje pułkownik Trautman, tuziny. Tuziny pełnych, czarnych worków na zwłoki. Wyobraźcie sobie Jasona Bourna, który nie odzyskuje pamięci, ale zostaje w Europie i staje się bezwzględnym terrorystą. Albo tego z czwartej części, Crossa. Jedzie rozprawić się z CIA, przy okazji morduje w samobójczej misji dziesiątki cywilów. Nie sądzę żeby robił to przypadkowo. Po prostu ich morduje, bo to zwyczajnie umie robić.  


Jest taki film z Macaulayem Culkinem - "Synalek". Gra tam chłopca, który dopuszcza się jednoznacznie złych rzeczy. Robi ludziom, swoim bliskim krzywdę. Śliczny blond chłopiec, rozbrajający uśmiech, dobra gadka. Nikt nie wierzy, że jest małym potworkiem. Bohater "Gościa" to dorosła wersja synalka. David pojawia się na progu rodziny swojego poległego towarzysza broni. Zdobywa serce matki, ojca, brata, w końcu siostry. Imponuje trzeźwością umysłu, muskulaturą, zaradnością, dobrym wychowaniem. 


Wśród królujących na ekranach kin ekranizacji komiksów i powieści young adult, rodzinnym kinie przygodowym, PG-13 udającym, że jest kierowane do dorosłych, miło jest obejrzeć taki mocniejszy film rozrywkowy, który opiera się na pomyśle, że główny bohater, z którym sympatyzujemy na początku, okazuje się zły. W jednej z pierwszych scen David rozkłada na łopatki kilku jocksów w przydrożnym barze, mogłoby to z powodzeniem być filmu z Denzelem Washingtonem, z "Bez litości", o którym niedawno pisałem. "Gość" taki film - o dobrym ex-żołnierzu z oddziałów specjalnych - może nawet przez chwilę zapowiada. Kończy się jednak jak rasowy slasher, w strasznym labiryncie zbudowanym na potrzeby halloweenowej potańcówki. Nastolatka ucieka przed mordercą korytarzami gabinetu luster, widzi jak potwór wykańcza tych, którzy mają ją chronić, zastawia pułapkę, a ostateczna konfrontacja ma miejsce na dyskotekowym parkiecie, wśród migoczących świateł, w oparach sztucznej mgły.

Po seansie zacząłem podsyłać ten tytuł znajomym ciekaw ich opinii. W większości byłem osamotniony w zachwycie. Docenili zdjęcia i muzykę, które nadały mu niepowtarzalnego klimatu. Chwalili oszczędną grę Dana Stevensa. Niestety nikt nie podziwiał wprawy z jaką twórcy szybko przechodzili między konwencjami, jak bawili się humorem, jak idealnie zagęszczali atmosferę i podkręcali tempo. Nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że "Gość" to bardzo udany hołd dla kina lat 80-tych. Bardziej przez charakterystyczny feel, niż ilość akcji kojarzoną z filmami z tamtej epoki. Z ciekawości zacząłem czytać recenzje. "The Guest" za oceanem odebrano dobrze i film bardzo często trafia do zestawień w stylu "Great Films You Should See, But You Didn't". "You Didn't", bo takie skromne filmy, jak obraz Wingarda, nie dają rady w pojedynku z gigantami pokroju "Transformers" czy produkcje Marvela. One je po prostu zasłaniają swoim cieniem, wysysając hajs z portfeli potencjalnych odbiorców. Ku mojemu zaskoczeniu coś rozsądnego trafiłem na Filmwebie. 

Jedno zdanie recenzji zapadło mi mocno w pamięć, podpisuję się pod nim obiema rękami i nim dzisiaj zakończę: "David, z początku sprawiający wrażenie idealnego samca, z czasem zaczyna zbliżać się do wizerunku psychopaty, przez co widz w pewnym momencie czuje się niemalże winny, że wciąż go podziwia."

piątek, 2 stycznia 2015

52

Zaproszono mnie na fejsbuniu na wydarzenie (żadne tam prawdziwe wydarzenie, po prostu taka wirtualna akcja, wiecie o co chodzi) "Przeczytam 52 książki w 2015 roku". 
Gówno tam! 
Nie przeczytam!

Jest mi niezmiernie miło, że ktoś wierzy, że jestem jeszcze w ciągu roku w stanie tyle książek zaliczyć. W tym dociągnąłem do dziewiętnastu pozycji. Sukces okupiony wielkim trudem. To nie jest czas na czytanie, to nie jest czas na pisanie. Jedno i drugie próbuję zmienić, rzucam się na lektury i odpuszczam, wracam do konsoli z podkulonym ogonem. Odpalam film. Idę się spotkać z przyjaciółmi. Zwalam winę na internet, na smartfona. Na bycie online 24/7. Fakt faktem, to co się dzieje na mojej ścianie, te przychodzące maile (głównie reklamowe newslettery), ten, im bliżej wieczora, tym częściej odzywający coraz się telefon, mnie rozpraszają. Ale to nie do końca tak. Doszedłem do wniosku, że powinienem po ciężkim dniu odpoczywać tak jak mi jest najlepiej, najprzyjemniej. Czasami z padem w dłoni. Czasami podnosząc żelastwo, czasami kufel. Czasami przewracając kartki powieści. Czasami macając ekran czytnika. Wspomnę też o kontaktach z innymi ludźmi, bo się okazało, że w wolnym czasie też ich potrzebuję. 

Przestałem się pałować ilością przeczytanych książek*. Znam kogoś kto czyta stówkę (tak lekką ręką), czy to sprawia, że ten ktoś jest ode mnie lepszy? Czy ja ze swoimi dziewiętnastoma rozrywkowymi pozycjami jestem lepszy od kogoś kto przeczytał ich osiemnaście?


Inna sprawa, zacząłem się zastanawiać dlaczego czytanie jest lepsze od innych form wytracania czasu. Ta myśl została mi zaszczepiona, gdzieś to kiedyś przeczytałem. Ziarno utknęło, nie trafiło wtedy na podatny grunt, ale z biegiem lat nagle zaczęło nanosić tam podkładu, zaczęło z niego coś kiełkować. Teraz drażni mnie przesadne gloryfikowanie czytania. Jakby te zastępy czytających pulpę z Fabryki Słów miałyby być lepsze od kogoś, kto nie wyściubia nosa poza ekran laptopa i klikającego w potworki w Diablo. Jakby ucieczka w świat fantastyki, kryminałów czy powieści wojennych była czymś chlubnym, czymś lepszym niż spędzanie 5 dni w tygodniu na aktywności fizycznej albo graniu na gitarze. Jasne, czytanie rozwija. Stajemy się wrażliwsi, mądrzejsi o wiedzę, w książkach zawartą, a co za tym idzie, wyrażamy się i piszemy poprawniej. Słownictwo jest bogatsze. Można czymś zabłysnąć w towarzystwie. Chociaż ja preferuję robienie z siebie idioty.

Ale czytanie nie pomoże nam w osiągnięciu poprawnej sylwetki czy odtłuszczeniu organizmu. Nie rozwinie naszego mózgu w sposób w jaki rozwija go gra w pokera czy nakurwianie w LoLa lub w StarCrafta. Czytanie urasta w chwili obecnej do najwyższej formy rozrywki. Słuchanie jazzu jak czytanie książek. Tyle że jazz to straszna nuda. Wiem coś o tym. Próbowałem. Najbardziej mnie irytuje, że ludzie się wstydzą, że nie czytają. Tzn. niech się wstydzą, to ich sprawa. Chodzi mi raczej o coś innego. Dlaczego się kurwa nikt nie wstydzi, że nie gra w gry? Albo że nie chodzi do kina? Dlaczego to jest tak ważne?

Wkurza mnie niezmiernie to klakierstwo wśród blogerek książkowych. Poza jednym wyjątkiem nawet nie zaglądam, nie odpalam ich kanałów na YouTube. Akurat ta jedna jest ładna i ma wybaczone. Blogerki książkowe są w większości czytane przez... inne blogerki książkowe. Komentują sobie wzajemnie, wymieniają się książkami i mam wrażenie, że stworzyły sobie bezpieczny świat, zajęły jakiś wycinek internetu i chwaląc się stosikami i zakupami, żyją w przeświadczeniu, że są lepsze niż te ponad 60% Polaków, które rokrocznie w ogóle nie czytają.


Wyszedłem z domu gdzie się czyta. Gdzie najlepszym prezentem była książka. Gdzie najlepszym możliwie wytraceniem wolnego czasu, zaraz po filmie, było oddanie się lekturze. Ale nauczono mnie że jest to czymś tak naturalnym, tak zwyczajnym, że nie ma sensu się nad tym rozwodzić. Nikt się tym kurwa nie chwalił!

Ostatnią dekadę obracam się środowisku mocno związanymi z książkami. Pisaliśmy sobie o książkach, spotykaliśmy się, piliśmy kosmiczną ilość alkoholu i o nich rozmawialiśmy. Niektórzy zostali pisarzami, inni tłumaczami, jeszcze inni prowadzą najlepsze na świecie serwisy poświęcone pisarzom, a jeszcze inni na tych książkach zarabiają, bo prowadzą wydawnictwa. Mam kolegów dziennikarzy, recenzentów, korektorów i redaktorów. W związku z czym ciężko mi to pisać, bo komuś, kto propaguje czytanie może zrobić się przykro. Pewnie gdybym wrzucił takiego posta na facebooku, na którym mnie zaproszono na to całe wydarzenie, podniosłoby się larum. I pewnie niektórych by to dotknęło. Ale nikt tego bloga nie czyta. Ten blog jest nikogo.

Czytanie to jest tylko jedna z form wytracania wolnego czasu, jeden ze sposobów na odpoczynek. Czytając wcale nie stajesz się lepszy, a jeżeli wynosisz je ponad inne formy rozrywki, to stajesz się gorszy. Jest nawet taki krąg piekielny zarezerwowany dla książkowych faszystów.

* Zakładka Wyczyt roczny cały czas wisi, ale trochę dlatego, że lubię sprawdzić w którym roku coś czytałem, trochę dlatego, że żal mi to usunąć skoro tak skrupulatnie przez lata tam wypisywałem te tytuły, wytłuszczałem je. Tak starannie trzymałem chronologię. To mój blog.

wtorek, 30 grudnia 2014

No Russian

W jednej z misji w "Call of Duty: Modern Warfare 2" gracz dostaje możliwość przespacerowania się po Terminalu D Portu Lotniczego Moskwa-Szeremietiewo z karabinem maszynowym i wystrzelania wszystkiego co żywe. Może też strzelać do walizek i patrzeć jak wylatują z nich, już nie tak starannie spakowane, ubrania. Słyszymy od towarzysza słowa "Remember - no Russian" i jazda! Strzelamy do cywili, a później, już do przybywającej na płytę lotniska, policji. Będzie to przyczynkiem III Wojny Światowej. 

Jeżeli tego nie znacie, to można spokojnie powiedzieć, że ominęło was coś, co w pewnym momencie wstrząsnęło tym medium. Jak zabijanie dziwek w GTA. Obejrzyjcie to sobie. Jest na YouTube. Na pewno ktoś to wrzucił w mocno skróconej wersji, stracicie góra 2 minuty. Tyle co na przeczytanie tej notki. 

Gra oczywiście pozostawia nam wybór. Nie trzeba strzelać do ludzi. Wystarczy maszerować i walić do szyb, znaków, tablic i wspomnianych walizek. Całą mokrą robotę wykonają nasi wirtualni towarzysze. Nie sądzę, żeby tych niestrzelających było specjalnie dużo, ale dla mnie nie jest to takie ważne. Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Po prostu wiem, że jesteśmy na tyle źli, by strzelać. Wiem też, że byli tacy, którzy później tłumaczyli się z tego strzelania. "Ja nie wiedziałem o co chodzi, myślałem że tak trzeba. Gra mi kazała zabijać tych ludzi". Tacy po prostu jesteśmy. 

Scena jest kontrowersyjna. Było o niej głośno - omówiono ją pewnie w niejednym dzienniku i programie telewizyjnym. Mnie nie daje spać jednak co innego. Jakby tę scenę odebrano dzisiaj, w dobie konfliktu krymskiego, zbrojenia się Rosji, coraz to bardziej popieprzonych wystąpień Putina i kolejnych sankcji Zachodu? Ile byłoby oburzenia w zachodnich mediach? I czy takie mocne political fiction w grze nie przyczyniłoby się do czegoś więcej? Leżę, patrzę się w sufit i myślę sobie, że ta gra wychodzi dzisiaj. Wymyślone przez scenarzystów wydarzenia, są przyczyną wybuchu wirtualnej III Wojny Światowej, ale są tym co przeważa szalę, co popycha Rosję do jakiegoś działania. Są przyczyną wybuchu III Wojny Światowej.

Oczywiście na pewno nic takiego by się nie stało. Skończyłoby się na ogólnoświatowym bojkocie gry, developera, wydawcy, cenzurą i nagonką na gry. Przecież wszystko kończy się nagonką na gry. 

Warto jednak zauważyć, że Rosjanie znowu stali się chłopcami do bicia w Hollywood. Epizod mieli Koreańczycy (ci pewnie będą przez jakiś czas jeszcze wpierdol dostawać). Na stałym etacie są mieszkańcy krajów arabskich/muzułmańskich (i nie sądzę, żeby w najbliższych dziesięcioleciach to się zmieniło). Ale był czas, że Ruskim odpuszczono. Ani nie robili inwazji na amerykańską ziemię, ani nie atakowali Białego Domu. A teraz wracają. Może nie tak otwarcie, ale... Tylko w jeden weekend udało mi się obejrzeć dwa filmy akcji, w których wybito do nogi rosyjskie mafie. Najpierw był "John Wick" i Reeves mszczący się za śmierć psa. Bardziej komiksowe podejście do tematu sensacji. I chodzi mi raczej o rzeczy w stylu hotel dla płatnych morderców, księdza-gangstera i tym podobne patenty, a niekoniecznie o głupkowatość. Głupkowatość jest głupkowata, a nie komiksowa. Poza tym --- masa efekciarstwa i strzelania zza węgła. Do tego całkiem fajna choreografia. Keanu się tarza po ziemi i okłada gangsterów na wszystkie możliwe sposoby. Podobało mi się. 

Tak samo zresztą jak drugi film - "Bez litości". Tym razem podstarzały Denzel Washington okazuje się emerytowanym... delta force/agentem jakiejś amerykańskiej agencji/G.I. JOE (niepotrzebne skreślcie)? I jemu, tak jak Johnowi Wickowi umiera żona. Obaj są smutni. Dla Denzela motorem działania jest młodziutka, śpiewającą prostytutką, którą chce uwolnić od alfonsa. Jakoś tak wychodzi, że udaje mu się nie tylko oczyścić miasto, ale zlikwidować całą wschodnią operację Ruskich w Stanach. To się nazywa rozmach! W "Bez litości" położono nacisk na zbliżenia na twarz Denzela i sceny, kiedy pokazują jak jego bohater jest sprytny, wygadany, jak bardzo potrafi się skupić i jak dobrze umie liczyć. Niby wieje nudą, ale facet potrafi uciągnąć każdy film i nawet takiego podstarzałego, fajnie jest oglądać. Poza tym wykańcza cały zespół uderzeniowy za pomocą pułapek w stylu MacGyvera. Wiesza na drucie kolczastym Dana Bilzeriana --- tego Dan na swoim Instagramie nie pokazuje!

Oba filmy to sensacje, które nie przejdą do historii kina. W przyszłym sezonie nikt o nich nie będzie pamiętał, bo były, są i będą, ich dziesiątki. Ale czy to źle? 


Coś mi się przypomniało na koniec. Po raz kolejny "Hotline Miami", które wspominałem przedwczoraj. Tam przecież cała fabuła polega na likwidowaniu rosyjskiej mafii, która opanowała Miami. Lata 80te, disco, wsiurski wystrój wnętrz i dziesiątki martwych gangsterów w białych garniturach. Myślę, że zabijamy ich tylko dlatego, że w latach 80tych, w Hollywood, zabijało się komunistów na potęgę. Równie dobrze, ci prawdziwi Amerykanie z HE, którzy biorą sprawy w swoje ręce, mogli obrać za cel kartele albo Włochów. Twórcy tej gry, swoim retro podejściem, wyprzedzili trend. 

Zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy gdyby jednak wybuchła III Wojna Światowa to powstałyby kolejne gry z serii Call of Duty? I czy w kolejnych częściach jednym z bohaterów byłby chiński komandos? Czy byłby Ukrainiec? Zastanówcie się nad tym, tak tylko hipotetycznie, bo takie rozmyślania zawsze do czegoś ciekawego prowadzą. Przecież tak właśnie rodzi się political fiction.

niedziela, 28 grudnia 2014

Muszę odebrać telefon

Istnieje jakiś wewnętrzny przymus odebrania telefonu. Gdzieś wbudowany w człowieka mechanizm, który zmusza go by, wcześniej podniósł, a teraz przycisnął na wyświetlaczu, zieloną słuchawkę. Oczywiście nie każdy odbiera telefon, i nie każdy odbiera każde połączenie. Teraz, w czasach identyfikacji numerów, to trochę inna bajka niż w latach 90tych. Często numer zastrzeżony lub podejrzanie krótki ignorujemy. Zdarza się, że gdy wracając z imprezy, dzwonisz do kogoś i jest godzina czwarta, to ta osoba nie odbierze. Sam wyłączam dźwięk i wibracje, kiedy tylko przykładam głowę do poduszki*. Ale zasada jest. Musisz odebrać telefon. Jeżeli wiesz kto dzwonił, a nie odebrałeś pojawia się w tobie coś w rodzaju wyrzutu sumienia. Chociaż tak naprawdę nic złego nie zrobiłeś. Po prostu nie odebrałeś. 

A jeżeli oglądaliście kilkanaście lat temu w telewizji amerykańskie seriale, to pamiętacie pewnie sceny, kiedy dzwoni telefon...:

- i ktoś nie podnosi słuchawki i druga osoba posyła mu pełne zdziwienia lub zniesmaczenia spojrzenie i pytanie w stylu: "Nie odbierzesz?", wskazując swoją mimiką, intonacją, czymkolwiek, że widzi w tym coś złego,
- i ktoś nie może go odebrać i posyła w jego stronę zbolałe spojrzenie,
- ludzie biegną i biją się często o pierwszeństwo,
- w budce telefonicznej i nagle nachodzi przypadkową osobę, by podejść i podnieść słuchawkę.

Telefony w budkach... Na takim pomyśle zresztą oparto o ile dobrze pamiętam film.

Ostatnio grałem w "Metro: Last Light". Główny bohater podąża kanałami ku rzece, która ma go oczyścić i wskazać mu cel, rozwiązanie... Dobra, nie jestem pewny czy dlatego tam idzie, ta podróż do rzeki ma duże znaczenie dla miałkiej fabuły. Idziemy zalanymi korytarzami i słyszymy dzwonek telefonu. Nasz towarzysz, który odbywa wędrówkę po raz kolejny, mówi "To do ciebie". I jest ta zasada. Musisz odebrać telefon. I oczywiście odbieram. I słucham wołania matki. I wiem, że tej bezsennej nocy będę o tym myślał. Nie o tym, że słyszałem lament kobiety w grze. Tylko o tym dlaczego to zrobiłem. Gra pozostawiała mi wybór. Więcej! Okazuje się, że gra nagradza za to, że nie odbierze się tego pieprzonego telefonu. Miałbym brązowe trofeum. 1510. Odebrałem.


Czasami jestem świadkiem sceny: ktoś gdzieś dzwoni i zaczyna konwersację słowami: "Przepraszam, że nie odebrałem". Czasami tą osobą jestem ja. Czasami widzę, jak ktoś widzi na wyświetlaczu numer, mówi "To chyba cyfra", a później bezskutecznie, przez pięć minut wije się, aby tę rozmowę skończyć. To nigdy nie jestem ja. Nie mam cyfry. Czasami telefon jest takim samym narzędziem opresji jakim jest bat. 

Lubię grę "Hotline Miami", w której kierowany przez gracza bohater dostaje na automatyczną sekretarkę enigmatyczne wskazówki z adresem, a później jedzie i eliminuje wszystkich których pod nim zastanie. To może śmieszny przykład, ale też fajnie się wpisuje jako pointa tego mojego poświątecznego wywodu. Mam amnezję, nie wiem kim jestem ani co robię, ale ktoś zostawia mi wiadomości przez telefon, więc ja tam pojadę i wszystkich zabiję, bo to może być ważne. 

Piszę to leżąc. Na prawym udzie mam laptopa. na lewym leży telefon. I obojętnie kto by nie zadzwonił to go odbiorę. Muszę odebrać telefon.


* tydzień temu, między 4:30, a 6:00 miałem 8 nieodebranych połączeń. Po obudzeniu się przystąpiłem do obdzwaniania przyjaciół i próbach ustaleń co się działo. Z przeświadczeniem, że wyłączając dźwięk zrobiłem coś złego.