niedziela, 10 października 2010
wtorek, 5 października 2010
O "Trzecim poziomie" na CN
Dzisiaj na CarpeNoctem ukazała się moja recenzja "Trzeciego poziomu" Ulrucha Hefnera.Pozytywnie mnie ta powieść zaskoczyła. Spodziewałem się, że rodowity Niemiec piszący o Ameryce umoczy, a jednak dał radę. Zgrabnie omijał tematy, z którymi mógłby sobie nie poradzić, koncentrując się na akcji, intrydze, opisach zmian pogody i kolejnych katastrof. A katastrofy i w skali mikro, i w makro jest sporo. A to łódź służb meteorologicznych, a to statek wycieczkowy, a to amerykańska wieś, a to Nowy Orlean. I Hefner tutaj nie zanudza, nie powtarza się i nie epatuje ckliwymi scenkami. Nie ma na to czasu, bo pędząca fabuła na to nie pozwala. Naprawdę dużo się dzieje. Co mi się podobało wymieniłem w recenzji, co mi się nie podobało zresztą też, ale i tutaj wspomnę. Maksymalnie wkurzał mnie moralizatorski wydźwięk większości rozmów na temat zmian klimatycznych i New Age'owe wtręty. Widać, że Hefner ma tutaj lekkiego bzika, ale jego redaktor powinien mu w pewnym momencie powiedzieć: "Dość!". Zainteresowanych odsyłam do recenzji. Naprawdę przyjemna powieść.
Kamila ostatnio zjechała "Uciekiniera" Kena Folleta i wychwaliła "Officium Secretum. Pies Pański" Marcina Wrońskiego. Szczególnie to ostatnie zapowiada się wybitnie smakowicie i nie mogę się doczekać, aż przebiję się przez kupkę swoich obowiązkowych lektur i się za to złapię.
Takie tango
Nadal w czeskich klimatach. Przeglądałem przy śniadaniu blog Amanita Design i trafiłem na teledysk grupy DVA, którego autorem jest Jára Plachý. Plachý odpowiada również za rysunkowe dymki w "Machinarium", które były po prostu kapitalne. Ten teledysk, "Nunovó tango" zagarnął pierwszą nagrodę na festiwalu filmów animowanych Anifilm w Treboie.
Może nie pieję z zachwytu nad wykonaniem, ale strasznie podoba mi pomysł i nawiązania do klasyków kina grozy: "Nosferatu", "Mumia", "Frankenstein", "King Kong" czy "Metropolis". No i najważniejsze - ta kabaretowa muzyka, przy której można się tylko uśmiechać - po prostu świetny avant-pop. A do tego cholernie egzotycznie brzmiący język.
Bo DVA, jak sami stwierdzają tworzą "folklor nieistniejącego narodu", a język którym się posługują to tak naprawdę międzynarodowy zlepek. Ciekawe... I koniecznie posłuchajcie!
Może nie pieję z zachwytu nad wykonaniem, ale strasznie podoba mi pomysł i nawiązania do klasyków kina grozy: "Nosferatu", "Mumia", "Frankenstein", "King Kong" czy "Metropolis". No i najważniejsze - ta kabaretowa muzyka, przy której można się tylko uśmiechać - po prostu świetny avant-pop. A do tego cholernie egzotycznie brzmiący język.
Bo DVA, jak sami stwierdzają tworzą "folklor nieistniejącego narodu", a język którym się posługują to tak naprawdę międzynarodowy zlepek. Ciekawe... I koniecznie posłuchajcie!
A i na koniec jeszcze strona autorska Jaromira Plachý.
poniedziałek, 4 października 2010
Oto Kuki
Kontynuując tematykę czeską, a konkretnie produkcji wychodzących spod ręki Jakuba Dvorský'ego, założyciela Amanita Design - twórców opisywanego przed kilku dni "Machinarium", przyklejam dzisiaj trailer do filmu "Kuki powraca".
Jest to połączenie filmu aktorskiego z animacją lalkową - fajnie się to układa, można powiedzieć, że piszę na se-ma-forowiej fali. Dvorský odpowiada właśnie za laleczki i rekwizyty (co myślę, że widać), a reżyserował to Jan Svěrák. Akurat się złożyło, że widziałem jego "Butelki zwrotne", jeden z naprawdę niewielu czeskich filmów na które się skusiłem i który uważam za bardzo dobry. Myślę, że to też jakaś zachęta, ale po obejrzeniu trailera dodatkowego kopa w tej postaci nie potrzebuję. Jeżeli "Kuki powraca" będą grali w Polsce z pewnością poczłapię i obejrzę! Byłoby genialnie gdyby puścili do nas ten film bez dubbingu, gdy się popuści wodze wyobraźni to czeski brzmi jak jakieś pradawne pogańskie zaklęcia. Zapowiada się bajecznie sympatyczne kino! A jeżeli kiedyś pojadę na wycieczkę do Pragi to przywiozę sobie na pamiątkę nie piwo, ale tą książkę. I cóż, że po czesku?
Jest to połączenie filmu aktorskiego z animacją lalkową - fajnie się to układa, można powiedzieć, że piszę na se-ma-forowiej fali. Dvorský odpowiada właśnie za laleczki i rekwizyty (co myślę, że widać), a reżyserował to Jan Svěrák. Akurat się złożyło, że widziałem jego "Butelki zwrotne", jeden z naprawdę niewielu czeskich filmów na które się skusiłem i który uważam za bardzo dobry. Myślę, że to też jakaś zachęta, ale po obejrzeniu trailera dodatkowego kopa w tej postaci nie potrzebuję. Jeżeli "Kuki powraca" będą grali w Polsce z pewnością poczłapię i obejrzę! Byłoby genialnie gdyby puścili do nas ten film bez dubbingu, gdy się popuści wodze wyobraźni to czeski brzmi jak jakieś pradawne pogańskie zaklęcia. Zapowiada się bajecznie sympatyczne kino! A jeżeli kiedyś pojadę na wycieczkę do Pragi to przywiozę sobie na pamiątkę nie piwo, ale tą książkę. I cóż, że po czesku?
sobota, 2 października 2010
Machinarium
Trafiłem na "Machinarium" zupełnym przypadkiem. Zaciekawiony ikonką i enigmatyczną nazwą odpaliłem go na komputerze siostry Kamili i doznałem olśnienia. Ta produkcja czeskiego studia Amanita Design to jedna z najładniejszych i najsympatyczniejszych rysowanych przygodówek 2D w jaką miałem przyjemność grać ostatnimi laty.Wcielamy się w postać robocika (zdrabniam, bo naszego bohatera gabarytami przewyższa nawet odkurzacz), który wyrzucony z metropolii robotów musi do niej wrócić, odzyskać swoją miłość i powstrzymać łotrów, którzy chcą, olaboga!, wysadzić najwyższy z miejskich budynków. Zaczynamy od poskładania się do kupy na wysypisku, a później wędrujemy przez kolejne poziomy miasta: kopalnie, kanały, więzienie, ulice i placyki, bary i salony gier, na luksusowym domu zarządcy kończąc. Co do zasady to bardzo klasyczny point&click, z tym, że możemy używać i podnosić tylko przedmioty w zasięgu wydłużających się ramion i nóg robota. Podobnie jest również z dostępem do pewnych rejonów planszy - możemy zobaczyć coś jedynie gdy ukucniemy lub podniesiemy się na odpowiednią wysokość. Świetny patent. Ale jeszcze lepszym jest umieszczenie solucji wewnątrz samej gry - zwyczajnie nie da się utknąć. I tak mamy dwa rodzaje podpowiedzi. Pierwszy polegający na kliknięciu prostej wskazówki, która daje nam czasem bardzo oględny obraz tego co trzeba na danej planszy zrobić. Druga jest już o wiele bardziej rozbudowaną podpowiedzią. Dostęp uda nam się uzyskać, po przejściu mini-gry i jest to pełny opis czynności, które należy wykonać, z tym że też ogranicza się do tej jednej planszy. A że na niektóre plansze trzeba wracać wielokrotnie, będziemy mieli w opisie również i przedmioty jeszcze niezdobyte.

Jeżeli ktoś, kiedyś grał w cokolwiek point&click to nie będzie miał najmniejszego problemu z odnalezieniem się w "Machinarium". Ekwipunek na górze, możliwość łączenia przedmiotów, sporo zagadek (dość trudnych, ale z pomocą przychodzą wspomniane pomoce), zręcznościowych lub logicznych mini-gier i główkowania... ale brakuje przekombinowania, które często mnie drażni w tym gatunku. Wszystko jest logiczne i można na to wpaść dostatecznie szybko, obserwując co się wokół nas dzieje. Narracja jest ograniczona do animowanych i bardzo jasnych wspomnień, a wszelkie dialogi pojawiają się w komiksowych chmurkach, także "Machinarium" nie sprawi problemu i nie będzie się można wymówić, że się czegoś nie zrozumiało.

Uważam jednak, że największym atutem nie są inteligentne zagadki, a jednak kapitalna oprawa audio-wizualna. Z tak pięknie wyglądającej gry z artystyczno-komiksową grafiką nie miałem do czynienia. Podoba mi się przede wszystkim ten kontrast, bo mamy tutaj świat robotów, który mógłby zostać przedstawiony za pomocą jakiejś wygenerowanej komputerowo animacji 3D, a zdecydowano się na ręcznie rysowaną, klatka po klatce animację i malowane tła. To daje niesamowity efekt, na "Machinarium" nie mogłem się wręcz napatrzeć! Muzyka w grze to kapitalne dopełnienie klimatu. Melancholijna, subtelna, nawet lekko hipnotyzująca. Sprawdza się doskonale, bo ani przez sekundę nie irytuje, a wręcz przyciąga do grania (czy wy też macie tak, że dość często w grach wszelakich wyciszacie muzykę?).
"Machinarium" mimo, że o blaszanych, lekko pordzewiałych albo czasem i ociekających olejem robotach jest cholernie ciepłą grą. Te roboty nie są wypranymi z emocji, technologicznymi tworami. Twórcom udało się wydobyć tutaj tylko bardzo pozytywne i ciepłe uczucia: miłość, oddanie, przyjaźń, chęć niesienia pomocy. Jest również sporo lekkiego humoru.

Podoba mi się, że takie małe, artystyczne gry ciągle powstają i ciągle znajdują obrońców. Gdy patrzę na oferty gigantów, na te wszystkie superprodukcje, skrojone pod rządnego wrażeń gracza to mi się po prostu odechciewa. Wybitnie czuję, że to nie dla mnie, że wolę sobie popykać w jakąś logiczną fleshową pierdółkę na FaceBooku. Bo proszę, jest sobie takie "Machinarium" i przyćmiewa swoim blaskiem te wszystkie wysokobudżetowe wydmuszki powstające ostatnimi czasy. Dla wszystkich miłośników przygodówek od LucasArts jest to pozycja obowiązkowa. Nie żartuję!
piątek, 1 października 2010
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





