środa, 31 grudnia 2008

Szybszy niż błyskawica

Rzutem na taśmę, w ostatni dzień roku o ostatnim filmie jaki miałem przyjemność obejrzeć w tym roku w kinie. "Piorun" - najnowsza, komputerowa animacja Disney'a. Trailer widziałem już w sierpniu, leciał przed "Kung Fu Pandą" i jakoś wtedy nie wywołał u mnie entuzjazmu. Kolejny film o zagubionym zwierzątku, które podróżuje w towarzystwie innego zwierzątka. Futrzaki, rybki i owady mi się z lekka przejadły, ale na film pojechałem ze względu na 3D i kurde nie żałuję, bo było super.

Piorun to psi aktor. Gra superpsa w niezwykle popularnym serialu akcji i jest święcie przekonany, że super moce którymi tam dysponuje są prawdziwe. Cała produkcja jest robiona pod Pioruna, każdy robi wszystko, żeby pies nie zorientował się, że to mistyfikacja. Gdy przypadkowo trafia do Nowego Jorku dochodzi do bolesnego kontaktu z rzeczywistością. Dowiaduje się co to ból, głód i że super szczek nie robi na nikim najmniejszego wrażenia. Pewien, że moce wrócą rusza w wielce niebezpieczną podróż do Hollywood, by uratować swoją właścicielkę Penny. W wyprawę wciąga wiecznie narzekającą kotkę Marlenę, którą bierze za szpiega swojego największego wroga. Przyłącza się do nich również chomik Atylla - fanatyczny maniak Pioruna. Masa przygód, kupa śmiechu i niesamowicie duży faktor rozrywkowy. Piorun nie potrafi ani chwili usiedzieć w miejscu i ciągle pakuje się w tarapaty. Włamuje się do schroniska dla zwierząt, a zeskakuje na wagon pędzącego pociągu lub pędzi ratować swoją młodą panią z płonącego hangaru. Po prostu czysta komedia akcji. A otwierająca scena pościgu, pełna strzelania i wybuchów wygląda jak wyciągnięta z filmów Bonda. Zresztą muzykę zrobił John Powell, więc dostajemy coś dynamicznego, na miarę kilku kawałków z trylogii Bourne'a.

Najważniejszą dla mnie zaletą był obraz! Pierwszy raz wybrałem się na film w 3D i zakochałem się. Animacja jest naprawdę dobra, chociaż to raczej standard - zresztą Disney nie wypuściłby czegoś niedorobionego. Zwierzątka wyglądają ładnie, fajnie prezentują się tła i efekty. Jednak to, że ten film robi wrażenie, to w dużej mierze zasługa technologii 3D. Różnica jest diametralna i nawet nie potrafię ubrać w słowa mojego zachwytu. Wszystko nabiera kształtu i wyrazu, nawet pieprzony dym wydaje się prawdziwy. Podejrzewam, że ocena byłaby niższa, gdybym oglądał go w zwyczajnym kinie. Mimo iż technologia ma kilka wad (np. okulary zakładane na okulary, lekko migający i momentami okropnie ciemny obraz) to jestem pewny, że będę częstym gościem na trójwymiarowych seansach.

Drugim czynnikiem, który działa na korzyść filmu jest humor. "Piorun" po prostu rozkłada na łopatki. Po pierwsze chomikiem Atyllą, po drugie dobrym polskim dubbingiem, a po trzecie zdubbingowanym chomikiem Atyllą. Tomasz Karolak który podkłada głos gryzoniowi zabija tekstami z "Pana Wołodyjowskiego" zmiksowanymi z takimi z reklam i seriali. Świetnie wypada również Sonia Bohosiewicz jako cyniczna i sarkastyczna Marlena i cholernie śmieszne stadka miejskich gołębi. Po za tym jest kilka naprawdę zabawnych patentów: pozbawiający mocy różowy styropian czy kula w której porusza się chomik.
Bawiłem się świetnie, z czystym sumieniem polecam. Szczególnie w kinie w 3D - może jeszcze grają, więc można sobie zafundować podwójny pokaz z "Madagaskarem 2".

czwartek, 25 grudnia 2008

Wprowadzam się w świąteczny nastrój #2

Oglądania mniej lub bardziej świątecznych filmów ciąg dalszy i nadal będą to filmy animowane, bo tak jak Keviny czy poczynania Johna McClane'a są ponadczasowe. Piję więc herbatę za herbatą, obżeram się czekoladowymi mikołajami, raczę się wiśniową nalewką i zabieram się za spisywanie tego co zobaczyłem w dzisiejszy, świąteczny poranek.

"Grinch: świąt nie będzie" z Carrey'em w roli głównej, podczas któregoś ze świątecznych obiadów, kilka lat temu, wymęczył mnie i moją rodzinę niemiłosiernie. Sądziłem, że moja znajomość z zielonym Ktosiem skończyła się na zawsze. A jednak. Skusiłem się na pierwowzór - "Grinch: Świąt nie będzie" z 1966 roku i jestem zadowolony. To zaledwie 25 minutowa rozśpiewana krótkometrażówka. Wszystkie cholernie zabawne teksty napisał sam Dr. Seuss - autor książeczki na podstawie której powstał film. Jest lekka, przyjemna i człowiek aż rwie się do śpiewania. Zawiera ogromny ładunek humoru i dostarcza naprawdę dobrej zabawy. Dla mnie dodatkową atrakcją jest Boris Karloff, który nie tylko jest narratorem, ale i również użyczył głosu Grinchowi. A morał: "He puzzled and puzzled till his puzzler was sore. Then the Grinch thought of something he hadn't before! Maybe Christmas, he thought, doesn't come from a store. Maybe Christmas... perhaps... means a little bit more!" można spokojnie sprzedać każdemu christmas haterowi. Jutro o 12:30 na TVP1 leci remake i tak pozytywnie nastawiony do tego zielonego zrzędy, postaram się rzucić okiem. Może tym razem mi podejdzie.


Drugi film to mój klasyk z dzieciństwa, chociaż chcąc być dokładnym powinienem zaznaczyć, że świątecznym klasykiem była książeczka, którą zrobiona na jego podstawie. Chodzi o "Opowieść wigilijna Myszki Miki" - disney'owską wersję "Opowieści wigilijnej" Dickensa. Książeczkę czytałem jako dzieciak spokojnie kilkanaście razy. Zdarzyło mi się zrysowywać postaci na świąteczne kartki dla rodziny i naprawdę zrobiłem sobie tym dzisiejszym seansem olbrzymią przyjemność. Nie tylko jest to "Opowieść wigilijna" - historia, która w doskonały sposób wykłada na ławę to co najważniejsze w Świętach (chyba najbardziej świąteczna ze wszystkich świątecznych historii), ale również humorystyczna kreskówka Disney'a. Ciamajdowaty Goofy jako Jacob Marley, były wspólnik Ebenezera Scrooge'a czy sepleniący Donald czy właśnie liczący złote monety Sknerus wywoływali u mnie uśmiech dziesięć lat temu i robiły to również dzisiaj. Wersji tej opowieści są pewnie dziesiątki, ale właśnie ta (i może ta z Patrickiem Stewartem) jest to moją ulubioną - pewnie przez olbrzymi ładunek nostalgii i przez fakt, że była pierwsza.

I trzecia pozycja to znowu Disney, tym razem chyba niespecjalnie znany - sam dowiedziałem się o nim trzy dni temu. Jest to "The Small One" z 1978 roku, i tak jak "Dziewczynka z zapałkami" o której pisałem przedwczoraj, tak i "The Small One" jest jedną z najbardziej wzruszających disney'owskich produkcji jakie miałem przyjemność obejrzeć. Jest to historia starego, małego osiołka (Small One), który nie ma siły pracować w gospodarstwie i musi zostać sprzedany. Wraz ze swoim młodym panem rusza do miasta w poszukiwaniu nowego domu, ale słabego zwierzątka nikt nie chce kupić. Ta poruszająca historia przyjaźni chłopca i osła o olbrzymim sercu łapie za serce od pierwszej chwili i trzyma aż do samego końca. Jesteśmy świadkami ostatniego dnia spędzanego wspólnie i chociaż jest tam kilka radosnych i charakterystycznych dla tego studia momentów - poranna zabawa czy chociażby śpiewający kupcy to wcale nie jest do śmiechu. Jednak jest happy end i chociaż nic przez cały film na to nie wskazuje to jednak jest to świąteczna pozycja. Dla miłośników Disney'a, dobrych filmów krótkometrażowych i wyciskaczy łez pozycja obowiązkowa (i do znalezienia na YT).

Polecam poświęcić trochę ponad godzinę i obejrzeć wszystkie trzy. Póki jeszcze są Święta.

środa, 24 grudnia 2008

Dziewięć


W 2005 roku Shane Acker stworzył "9" - ponad 10 minutowy, animowany szort o szmacianej lalce. Nie brzmi to zajebiście, ale zajebiste jest w każdym calu - zaręczam. Post-apokaliptyczna sceneria, wysysające duszę mechaniczne potwory i szmaciana lalka, która od razu zaskarbia sobie sympatię widza. "9" było jednym z pierwszych filmów jakie obejrzałem w Internecie (jeszcze w czasie kiedy mój komputer nie mógł uciągnąć YT i korzystałem z tej strony tylko "u kogoś" albo "gdzieś") i pamiętam towarzyszące mi uczucie, że Acker pokazał tylko fragment większej historii. Że te 10 minut powinny mieć ciąg dalszy. Wydawało mi się, że ta krótkometrażówka ma olbrzymi potencjał. "9" zostało nominowane do Oskara i okazało się, że nie tylko ja tak myślałem.


Dzisiaj trafiłem na newsa, że Tim Burton i Timur Bekmambetov produkują pełnometrażowe "9", które reżyseruje Acker. Od razu obejrzałem je jeszcze raz, a później trailer i wiem, że to jest jedna z najbardziej przeze mnie oczekiwanych premier 2009 roku. Patrzę na gwiazdorską obsadę (Elijah Wood, Jennifer Connelly, John C. Reilly, Crispin Glover, Christopher Plummer i Martin Landau) i myślę holy shit! Mam nadzieję, że oryginalna produkcja zdobędzie sympatyków i otworzy drogę do kin kolejnym ambitnym projektom, a nie tylko setkom zwierzątek, które ostatnimi czasy zdominowały srebrny ekran (chociaż może trochę generalizuję, bo przecież jest "Gnijąca panna młoda" i będzie "Koralina i tajemnicze drzwi").


wtorek, 23 grudnia 2008

Wprowadzam się w świąteczny nastrój #1


Już się obrobiłem ze wszystkim. Co jakiś czas wędruję tylko pomagać do kuchni, rozbić zrazy czy sięgnąć coś mamie z wyższej półki. Tak to cały wolny czas poświęcam na wprowadzanie się w świąteczny nastrój. Na pierwszy ogień poszedł tekst o horrorach świątecznych Guru, później "Top 12 Greatest Christmas Specials" zrobione przez Douga Walkera (który bardziej jest znany jako Nostalgia Critic). Doug umieścił w zestawieniu kilka pozycji, których nigdy nie miałem okazji obejrzeć, w tym krótkometrażówkę Disney'a "The Little Matchgirl". Film z 2006 roku, był nominowany do Oskara, a całkowicie umknął mojej uwadze. Więc nadrobiłem.
Opowieść Hansa Christiana Andersena zna chyba każdy, ale Disney jest kochany właśnie za to, że bierze się za rzeczy powszechnie znane i robi z nich perełki kinematografii. Ten sześciu minutowy szorcik jest jednym z najbardziej wzruszających w ich dorobku. Animatorzy odwalili kawał dobrej roboty. Nie tylko narysowali to pięknie, ale udało im się tchnąć w taśmę celuloidową coś ponad ładną kreskę. Bije chłodem rosyjskiej zimy, czuć ciepło ognia zapałek. Całość robi cholernie pozytywne wrażenie. Pewne jest to, że niejedna osoba uroni łzę i nie poczuje się tutaj tych radosnych Świąt. "Dziewczynka z zapałkami" przypomni jednak o czymś znacznie ważniejszym, o czym powinniśmy w Święta pamiętać. Może i pieprze jak potłuczony Kaziu, ale jeżeli obejrzycie animację zrozumiecie dlaczego. Wzruszyłem się po prostu. Polecam.



piątek, 19 grudnia 2008

Resident Evil 5

Miałem przyjemność sprawdzić w środę grę na japońskim demie, które pojawiło się w sieci (trzeba było spalić na płytę i odpalić na XO z na wszelki wypadek z odłączonym netem). I kurde bele maks, podobało mi się. Demko zawiera dwie dość trudne (jak dla mnie trudne) misje i przyznam się szczerze, nie udało mi się skończyć żadnej. Ta pierwsza dzieje się chwilę po egzekucji, którą obserwujemy z ukrycia. Zostajemy spostrzeżeniu i atakuje nas horda zombiaków z gigantem-katem na czele, który potrafi rozpłatać Chrisa i jego partnerkę jednym celnym ciosem topora. Zainfekowani wpieprzają się przez okna, drzwi, w końcu przez ścianę. Trzeba wytrzymać na placu do momentu, aż przyleci niejaki Kirk i nas uratuje (albo spieprzyć... nie jestem pewny, cały czas próbowałem wybić tam wszystkich i za każdym razem kończyłem z flakami na piachu). Zanim doczekamy się ratunku to wystrzelamy kilogramy pocisków - sieka jest bardzo konkretna. Druga część dema dzieje się chyba zaraz po, trzeba dobiec do miejsca katastrofy helikoptera Kirka. Tym razem atakują nas latające mutanty, musimy się rozdzielić z naszą partnerką i osłaniać ją z drugiego budynku przed falami atakujących zombie. Wisienką na torcie jest pojedynek z czarną wersją Leatherface'a, który swoją piłą z łatwością przechodzi przez Chrisa.

Nie grałem w tą super innowacyjną część czwartą, którą wielu uważa za najlepsze co wyszło w serii, więc, gdy po odpaleniu "Resident Evil 5" złapałem za pada zostałem bardzo mile zaskoczony. Sterowanie jest łatwe i przyjemne, pod jednym przyciskiem giwera, pod drugim kosa. Szybki dostęp do mapy i proste rozwiązanie ekwipunku (który olaboga! obsługuje się w czasie rzeczywistym!). Dobrze się celuje, ale co najważniejsze... jest cholernie dynamicznie i w końcu to przypomina prawdziwą epidemię! Od razu jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Atakujących są dziesiątki, a między kolejnymi headshotami trzeba jeszcze osłonić Shevę (partnerkę Chrisa), przeładować, podnieść amunicję, apteczkę i najlepiej spieprzyć gdzieś gdzie nie można nas osaczyć. Właśnie patrząc na to co działo się w demo sądzę, że dużo będzie się tam uciekać. Bardzo szybko dochodzi do tego, że wystrzelamy się ze wszystkiego, a czasu na machanie kosą jest za mało. Kolejnym plusem są te kontrowersyjne, czarne zombie i lokacje - afrykański trzeci świat jest po prostu idealną lokacją i bije na głowę ziejące nudą Raccoon City. Jest brudno, obskurnie i co chwilę można natrafić na coś obrzydliwego (np. na miejscową rzeźnię). Inteligencja Shevy stoi na niezłym poziomie. Babeczka celnie strzela, kiedy trzeba to sprzeda kopniaka uwieszonemu na szyi Chrisa zombiakowi, ale nie ma to jak drugi gracz. Świetnym więc dodatkiem wydaje się być tryb co-operacji i gdyby tylko był drugi pad, przechodzilibyśmy to demo z Grindem na split screenie. Jedynym mankamentem, który zauważyłem przy pierwszym spotkaniu są wyparowujące ciała. Trochę to cuchnie. No i ingerencja w otoczenie mogłaby być większa.
Grało się super, a filmiki z gameplay'a, które pojawiają się od jakiegoś czasu jak grzyby po deszczu, pokazują, że czekają jeszcze tony atrakcji. Demo piątki przywróciło u mnie sympatię do tej serii. "Resident Evil 5" na pewno gra zostaniem hitem, ale już totalną bajką byłoby gdyby twórcy urozmaicili sensownie tryby rozgrywki i dorzucili jakieś bonusy.

wtorek, 9 grudnia 2008

Godzilla vs. Destoroyah

I przyszedł czas na ostatni film z lat 90tych. Zwieńczeniem serii Heisei jest "Godzilla kontra Destruktor" - świetny obraz, który ma w sobie masę odniesień do oryginału z 1954 roku, jest niesamowicie emocjonujący, efektowny i zawiera fantastyczny finał.

Najważniejsza wiadomość: Godzilla umiera! Jest chodzącą bombą nuklearną. Walka z nim to praktycznie samobójstwo całej ludzkości. Potwór dokona żywota w wielkim wybuchu, który zniszczy świat! Tyle apokalipsy. Fakty są takie, że wyspa na której żył razem z Juniorem została zniszczona w wyniku podziemnego wybuchu. Serce Godzilli które w istocie jest reaktorem atomowym, przyjęło olbrzymią dawkę promieniowania i teraz się przegrzewa. Dni dzielą ludzkość od największej katastrofy, większej niż sam Godzilla.

W tym samym czasie w Zatoce Tokijskiej, miejscu gdzie umarł oryginalny Godzilla, prowadzone są badania geologiczne. Odkryto w ziemi formę życia, którą zmutowała przez działanie Oxygen Destroyera - broń wykorzystaną w 1954 roku. Początkowo producenci zakładali, że mógłby to być duch pierwszej Godzilli, ale doszli jednak do wniosku, że lepszym pomysłem będzie nowy, jeszcze nieznany przeciwnik. I tak otrzymaliśmy Destruktora, który zaczyna wielkości łebka od szpilki, a kończy żywot będą większym od Godzilli. Żyjątek jest kilka i są wyjątkowo żarłoczne. Dość szybko zwiększają swoje rozmiary i oczywiście atakują ludzi. W tym momencie film zaczyna przypominać kino klasy B, coś a'la produkcje science fiction z wielkimi robalami. Destruktor to takie skrzyżowanie pająka, skorpiona. Mordy mają trochę podobne do Predatorów, a język z drugą szczęką to znowu zrzynka z Obcy. Robią konkretną rozpierduchę. Wybijają do nogi oddział żołnierzy, rzucają się na cywilów. Jasnym staje się, że tylko G. może coś zdziałać.

Po raz kolejny wykorzystano Juniora (który w końcu doczekał się dobrego wyglądu) jako przynętę. O dziwo ten nawet powalczył i wygrał pierwszą rundę. Gdy dochodzi do spotkania syna z ojcem pojawia się Destruktor w ostatecznej postaci (kilka mniejszych połączyło się w jednego wielkiego skurczybyka) i zaczyna się świetna walka. Potwory radośnie demolują Tokio. Destruktor rozdziela się na kilka mniejszych, to znowu łączy w jednego bydlaka. Udaje mu się śmiertelnie ranić młodego. W końcowej fazie walki Godzilla zaczyna się topić. Jego przeciwnika ostatecznie zabijają ludzie - Super-X III + cała armia Japonii. Big G. wysyła swoją energię martwemu synowi (tak ja to wcześniej zrobił Rodan). Dzięki temu transferowi i olbrzymiej dawce chłodzenia, jakie fundują ludzie udaje się uniknąć wybuchu. Junior zmienia się w normalnego Godzillę, umarł Król, niech żyje Król.

Co tu dużo mówić, końcówka jest naprawdę fantastyczna. Nie dość, że walka jest jedną z najlepiej zrobionych w całej serii, to jeszcze jesteśmy świadkami dwóch bardzo wzruszających momentów: śmierci Juniora, która okazuje się odwracalna i permanentnego wyparowania Godzilli. Efekty są pierwsza klasa (pierwsza klasa jak na kaiju) i zrobiono to wręcz artystycznie. Chyba żadne monstrum w historii nie miało tak świetnej sceny śmierci. "Godzilla vs. Destoroyah" pięknie łączy się z pierwszym filmem postaciami i niespodziewanymi konsekwencjami, no i świetnie zamyka cykl. Chociaż mam wrażenie, że twórcy zapomnieli o paradoksie jaki spowodował "Godzilla kontra Król Ghidorah" albo po prostu wolą go ignorować. Polecam, ale oglądać trzeba koniecznie jako któryś z kolei.