wtorek, 9 grudnia 2008

Godzilla vs. SpaceGodzilla

Chciałbym jak najszybciej opisać to co zostało do opisania w serii Heisei, bo powoli wszystkie części zlewają mi się w jeden wielki obraz (część oglądałem ponad miesiąc temu). Korzystając więc z chwili wolnego postaram się dziś opisać pozostałe dwa filmy i trzasnąć jakieś krótkie podsumowanie. Niestety, "Godzilla kontra Kosmogodzilla" to spadek formy w stosunku do poprzedniej odsłony z Mechagodzillą i Rodanem. Nadal można się na niej nieźle bawić, więc nie było wielkiego zawodu, ale mogło być zdecydowanie lepiej.

Ku Ziemi leci... potwór. Wysyłają przeciw niemu Moguerę, fatalnie wyglądającego robota, który powstał ze złomu po Mechagodzilli i jak można się domyśleć, jako złom skończy. Moguera dostaje baty, a potwór zostanie później ochrzczony Kosmogodzillą. Monstrum powstało z rozwijających się w czarnej dziurze komórek Godzilli. Wygląda w zasadzie bardzo podobnie do niego, tyle że przyozdobiono mu plecy gigantycznymi kryształami w których magazynuje energię. W samym filmie zafundowano dwa wyjaśnienia skąd ów komórki wzięły się w kosmosie. Pierwsze, według którego komórki trafiły w przestrzeń na Mothrze i drugie, które tłumaczy ich obecność, wyparowaniem Biollante w atmosferę. Teoretycznie to drugie jest zupełnie niemożliwe, bo przybysze z przyszłości w "Godzilla vs. King Ghidorah" wymazali tą linię czasową. Nieważne. Kosmogodzilla trafia na wyspę, na której żyje sobie Godzilla z Juniorem. Malec podrósł, ale zafundowali mu taki wygląd, że nie wiadomo czy śmiać się (a raczej wyć ze śmiechu) czy płakać. Na plakacie po lewej widać jaki jest okropnie słodziutki. Wygląda jak zabaweczka z jajka z niespodzianką. Na wyspie znajdują się również ludzie, którzy przeprowadzają próby z wszczepieniem urządzenia umożliwiającego kontrolę na Godzillą. Oczywiście to nie zdziałało.

Wracając do najważniejszego - potwory walczą. Godzilla początkowo jakoś sobie radzi, ale chroniąc syna przed jednym z ataków Kosmogodzilli zostaje w końcu powalony. Temu drugiemu udaj się uwięzić Juniora i uciec. Ląduje w mieście Fukuoka i buduje sobie, tak jak Superman, kryształową fortecę. Muszę przyznać, że wśród tych wszystkich filmów z napieprzającymi się wśród wieżowców potworami w tym sceneria wypada naprawdę oryginalnie. Ludziom jednak taka dekoracja się chyba nie podoba i wysyłają do walki Moguerę. Ta próbuje trochę zająć przeciwnika, ale ponosi klęskę. Godzilla też raczej nie ma łatwo. Wszystkie kryształy, które wyrosły z ziemi potrafią robić również jako samonaprowadzające się rakiety, z czego Kosmogodzilla skrzętnie korzysta i wali nimi ile wlezie. Gdy udaje się odciąć jej dopływ energii, niszcząc jeden z wieżowców i kryształy z jej pleców robi się cienka jak sik komara i ginie od Red Spiral Atomic Breath.

Dostajemy film dość przeciętny. Przede wszystkim Moguera nie jest ciekawym przeciwnikiem. Wygląda żałośnie i we wszystkich swoich scenach jedyne co robi to śmieszy (na pierwszym plakacie można zobaczyć jak wygląda podczas lotu, jak nie lata wygląda gorzej). Drugim mankamentem jest Junior. Jego położyli niesamowicie. Na dokładkę mamy niezbyt interesująco wyglądającą walkę z Kosmogodzillą. Kryształy są oryginalne, miło zobaczyć coś nowego, ale mam wrażenie, że zrobiono w tym wypadku krok w wstecz. Sam scenariusz jest zjadliwy. Oprócz "potwornego" i "ludzki" wątek mają coś do zaoferowania. Telepatka Miki, która ma kontrolować umysłem Godzillię, zostaje porwana przez Yakuzę, by dla nich terroryzować Japonię (i pewnie cały świat) Królem. Fajny twist i mogłoby być całkiem ciekawie, tyle że planu nie udaje się zrealizować, a Miki zostaje odbita przez ukochanego. Ogólnie film ma sporo akcji, jakichś wielkich tragedii nie ma i można spędzić całkiem nieźle te sto minut z hakiem. Tak jak wspomniałem na początku akapitu - to po prostu przeciętniak.

Godzilla vs. Mechagodzilla

Po trzech słabszych (słabszych od "Powrotu Godzilli") filmach byłem pewny, że seria nie wzbije się ponad ten poziom. "Godzilla kontra Mechagodzilla 2" mnie jednak bardzo pozytywnie zaskoczył. To dwudziesty film z serii, który mimo dwójki w tytule, jest tak naprawdę trzecim opowiadającym o potyczce tych dwóch gigantów. Ma przejrzysty scenariusz, świetne sceny walk i dzięki niemu pozbyłem się niesmaku jaki pozostał po poprzedniej części.

Skąd się wzięła Mechagodzilla? Ludzie postanowili wyciągnąć mechaniczną głowę Mecha-King Ghidorhy i na podstawie jej zbudować maszynę będącą w stanie zabić Godzillę. Ale zanim doszło do pierwszej walki działo się trochę. W tym samym czasie, w którym budowano robota, na jednej z wysp Pacyfiku odkryto jajo (po raz kolejny). Ludzie muszą je zdobyć, zbadać i chociaż oszczędzono nam gadek o robieniu z niego atrakcji turystycznych). Ekipa, która ma je przetransportować dowiaduje się, że pilnuje go Rodan - wielki pterodaktyl. Oczywiście pojawia się Big G i po krótkiej walce kasuje ptaszysko. Ludzie korzystając z zamieszania zabierają jajo, z którego później wykluje się Junior, syn Godzilli. Dziwna sprawa z tym Rodanem, bo ciężko dojść co on na tej wyspie robił. Chyba inaczej próbują to wyjaśnić w wersji oryginalnej i inaczej w dubbingowanej. Natrafiłem na trzy wersje i jak dla mnie każda jest tak samo logiczna i prawdopodobna. Pierwsza, z japońskiej wersji, w której tłumaczą, że Godzilla podrzucił jajo do gniazda Rodana. Druga, która chyba funkcjonuje w tej zdubbingowanej, gdzie Pterodaktyl był głodny i chciał sobie je zjeść (czytałem kilka recenzji, gdzie Amerykanie tak to wyjaśniali) . No i jest trzecia na którą gdzieś tam szperając również natrafiłem, według której wylęgał się obok jaja, na co wskazywać mogą jakieś pozostałości po skorupie. Ja chciałbym dodać od siebie jeszcze jedną - Junior to syn Godzilli i Rodana, a walka, która ma miejsce na wyspie to kłótnia kochanków. Uznajmy jednak na potrzebę tego wpisu, że Godzilla zabawił się w kukułkę. Głupie jak cholera, ale przecież on nie ma czasu wysiedzieć jaja, musi niszczyć miasta. W serii takich nie do końca jasnych zagrań jest kilka. Cóż, to Godzilla, tu nic nie jest proste.

Z jajka w jakichś przedziwnych okolicznościach wykluwa się Junior (o dziwo syn Króla Potworów wygląda słodziutko), którego szuka tato (który ma oczy mniejsze niż jego potomek). Wpada po niego do Kioto i pzry okazji zaczyna je demolować. Do walki zostaje wysłana Mechagodzilla i wydawać by się mogło, że będzie w stanie skopać mu dupę, ale jak to bywa z technologią, przestaje działać w najbardziej nieodpowiednim momencie. Ludzie orientują się, że Godzilla wyczuwa fale mózgowe Juniora, izolują go w specjalnym pomieszczeniu i Senior daje się zrobić w konia. Idzie szukać syna w oceanie. Naukowcy korzystając z danego im czasu robią dwie rzeczy. Część analizuje malca i odkrywają słaby punkt, który znajduje się w okolicach ogona (totalnym przegięciem jest to, że największe umysły Japonii stwierdzają, że jest do drugi mózg). Druga ekipa sprawuje się lepiej i modernizuje robota. Używają do tego zawieszonego projektu - mechanicznego pterodaktyla nazwanego Garuda i tworzą Super-Mechagodzillę. Postanawiają zrobić z Juniora przynętę, ale sprawy się komplikują, gdy zwabiony zostaje również Rodan (dzięki temu, że wcześniej G. praktycznie go ugotował swoim oddechem udało mu się zmutować i teraz potrafi strzelać z dzioba laserem) . Pojawia się Godzilla, pojawiają się roboty i dostajemy fantastyczną walkę, która wynagradza ten mózg w dupie, na który zafundowali nam chyba w jakimś amoku. Dzieje się naprawdę dużo. Twórcy popadli w bardzo wesoły nastrój niszczenia, zafundowali całkiem niezłe efekty. Super-Mechagodzilla robi konkretną rozpierduchę. Godzilla pokonana, sparaliżowana, leży i czeka na śmierć. Jednak okazuje się, że istnieje coś takiego jak ponad gatunkowa solidarność potworów. Rodan oddaje swoją energię Godzilli (i umiera), ta mutuje i rozwala blaszaka czymś co nazywa się wesoło Red Spiral Atomic Breath. Zabiera dzieciaka do oceanu i odpływają w siną dal.

"Godzilla vs. Mechagodzilla" to naprawdę solidne kaiju. Dużo science fiction, mało komedii. Solidna porcja akcji i walk. Fabuła nie jest specjalnie poplątana, bo tak naprawdę wszystko dzieje się wokół Juniora i prób jego odzyskania. Pojawia się po raz kolejny Miki Saegusa i dzieciaki z szkoły dla umysłowo uzdolnionych i tym razem trochę lepiej je wykorzystano. Przez ostatnie półtora miesiąca widziałem dziesięć filmów z Godzillą i w tym wątki z ludźmi nie są chyba najmniej irytujące. Zazwyczaj są albo strasznie wkurzające, albo nudne, albo zwyczajnie nijakie. Tutaj nawet mimo żałosnego pterodaktylowego geeka, który staje się później pilotem Garudy jest wszystko jak najbardziej strawne. I byłoby wszystko pięknie gdyby tylko nie ten mózg w dupie...

czwartek, 4 grudnia 2008

Krucjata

Wczoraj obejrzałem "Królestwo niebieskie" i muszę przyznać, podobało mi się. Lubię takie wizualne fajerwerki. Ta naiwna i prosta fabuła dała się przełknąć bez problemów, patos był w dawce, którą można wytrzymać, no a wierność z historią... jakaś tam była. Ale przecież to nie był dokument, prawda? Film podobał mi się na tyle, że kiedyś sięgnę po tego ponad trzy godzinnego Director's Cuta i obejrzę bez bólu. Dzieło Scotta przypomniało mi jednak o "Crusade", które będzie tematem tej krótkiej noty.


Pamiętacie taką wytwórnię jak Carolco Pictures? Było to studio, które wyprodukowało trylogię z Rambo, "Harry Angela", drugiego Terminatora. Ich znaczek można oglądać przed kilkoma, innymi hitami. W latach 80tych i na początku 90tych Carolco naprawdę się liczyło. Rok w rok wypuszczali hit. W 1995 roku przymierzali się do kręcenia epickiego filmu o krucjatach. Takiego z gwiazdami, rozmachem i jak na tamte czasy sporawym budżetem (około 120 milionów dolarów), który wykładał Mario Kassar. "Crusade" miała opowiadać historię rycerza Hagena, który bierze udział w pierwszej wyprawie krzyżowej do Jerozolimy. Do głównej roli wybrano Arnolda Schwarzeneggera, a reżyserować miał Paul Verhoeven. Według informacji, które wyszperałem, bardzo krwawy scenariusz napisał Walon Green. Podpisano już kontrakt z Arnoldem, ale produkcję wstrzymano z powodu innego wysokobudżetowca, który dostał pierwszeństwo. Verhoeven, żeby miał zajęcie, dostał do zrobienia mniejszy film - "Showgirls". Tą drugą produkcją, którą Carolco postanowiło zrobić jako pierwszą, była "Wyspy piratów". Widział ktoś ten film? Kiedyś leciał w święta, ale usnąłem w trakcie. Wtedy jeszcze nie wiedziano, że filmy z piratami nie mają szans na sukces jeżeli w obsadzie nie ma Deppa, a w każdej scenie nie atakuje nas tona efektów CGI. Film zarobił trochę ponad 10 milionów dolarów, co przy budżecie 92 milionów zielonych było żenująco śmieszną kwotą. "Showgirls" dostało najwyższą kategorię wiekową. To był praktycznie wyrok. Nikt poniżej 17 roku życia nie miał szans go obejrzeć, ale mimo tego udało mu się uzbierać 20 milionów, co stanowiło połowę budżetu. Carolco straciło w ciągu roku ponad 100 milionów dolarów i tym samym zbankrutowało. Arnold zamiast honorarium dostał od Kassara prawa do filmu. Projekt "Crusade" przepadł.

Jeszcze parę lat temu pojawiały się newsy, że ktoś bierze się z projektem za bary, że przerabia się scenariusz, ale chyba niezbyt efektowne wyniki "Królestwa niebieskiego" przekreśliły całkowicie szanse na powstanie tego filmu. Szkoda. Uwielbiam Arnolda, bardzo chciałbym zobaczyć go w jakimś filmie machającego mieczem, jeżdżącego na koniu i krzyczącego "AAaaarr!". Myślę, że mimo wieku i choroby dałby radę. Może więc, kiedy skończy zabawę w gubernatora, postanowi włożyć strój starego krzyżowca albo Conana Króla?

wtorek, 2 grudnia 2008

Żółty listopad

Listopad był takim dość żółtym miesiącem, i nie chodzi mi tu o kolor liści, a raczej o kolor filmów, które oglądałem. Seanse z Godzillą spowodowały, że poczułem głód azjatyckich produkcji i łyknąłem kilka pozycji, które czekały na swoją kolej od dłuższego czasu. Olbrzymi procent tego co oglądam i tak nie doczeka się jakiejś konkretnej recenzji, więc teraz będę podsumowywał kolejne miesiące (takie luźne, blogowe przemyślenia).

Zacznę od kina kopanego. Na rozgrzewkę "Draka w Bronksie", przez wielu uważana za produkcję, która otworzyła wrota Hollywoodu Jackie Chanowi. Jackie gra Keunga, policjanta z Hong Kongu, który przyjeżdża do Nowego Jorku na ślub wujka. Facet bardzo szybko wplątuje się w kłopoty. Najpierw naraża się członkom lokalnego gangu, później w jego ręce wpadają diamenty z napadu i oprócz miejscowych obwiesi ścigają go także prawdziwi gangsterzy. Pomaga kalekiemu chłopcu, zakochuje się w seksownej tancerce, robi z siebie głupka i oczywiście kopie tyłki wszystkim, którzy próbują skopać tyłek jemu. Sceny walki jak to w filmach z Chanem są zróżnicowane i na ogół bardzo śmieszne. Raz pierze na kwaśne jabłko złodziei w spożywczaku, innym razem demoluje przeciwnikami ich własną melinę. Dla mnie jednak największą zaletą tego filmu jest ilość świetnych scen kaskaderskich. Nie żeby walki były złe, są ekstra, ale co kaskaderka to kaskaderka. Wszystkie popisy Jackie wykonuje oczywiście sam, bez dublerów, linek, green screenów, asekuracji. I tak po pogoni na wielopoziomowym parkingu mamy ucieczkę z ciężarówki pełnej gumowych piłek, która zaraz po tym jak Keung z niej wyskakuje rozbija się kilka pięter niżej. Zwięczającą sceną tego pościgu jest efektowny przeskok nad zaułkiem do sąsiedniego budynku. W dość długim finale Jackie ściga poduszkowiec trzymając się jedynie trapezu. Wygląda to jakby jechał na nartach wodnych tyle, że bez nart. Jedzie na nogach, tyłu, brzuchu, twarzy. Robi fikołki i wywroty, wszystko przy naprawdę dużej szybkości. Później daje się poduszkowcowi przejechać i zaczyna gonić go pieszo. W końcu unieruchamia go i przy okazji kasuje Lamborghini Countach. Film kończy biegając i skacząc z gipsem na nodze, ale gdyby nie duble z napisów końcowych, nigdy nie byłbym w stanie tego zauważyć.

Drugim filmem z Jackiem był "Przyjemniaczek", trochę nowsza i słabsza od "Draki w Bronksie" produkcja. Jackie jest kucharzem i kręci programy kulinarne. Pewnego razu, wracając ze studia wpada na kobietę gonioną przez gangsterów. Jest to dziennikarka, której udało się nagrać transakcję narkotykową, co nie specjalnie podoba się jej uczestnikom. Jackie pomaga jej i przez przypadek staje się posiadaczem kasety. Gangsterzy dowiadują się o tym znacznie wcześniej, porywają mu dziewczynę no i reszty można się domyśleć. Jest sporo klepania się po pyskach, sporo gonitw, ale chyba tylko jedna wyróżnia się spośród pozostałych. Chodzi mi o tą na placu budowy, gdzie walczą nad włączoną krajzegą, z użyciem betoniarek i szukają się między niebieskimi drzwiami. Wyszło to bardzo zabawnie i oczywiście jest cholernie emocjonujące. Podsumowując, oba filmy trochę głupawe i banalne. Taka niewymagająca rozrywka z kung-fu i sporą dawką śmiechu. Jackie Chan jest szalony, lubi grać ciałem i nie boi się obić sobie tyłka. Te dwie produkcje są idealnym tego przykładem. Głupie miny, potknięcia, śmieszne pozy, masa upadków, ten jego zabawny chód i komiczny bieg. Momentami bardziej przypomina Charlie Chaplina niż faceta, który jest mistrzem sztuk walki.

Z kopania krótka droga do walk na miecze. Którejś niedzieli zebrałem się i obejrzałem "Azumi" i "Azumi 2: Miłość albo śmierć", wydane już jakiś czas temu Anime Gate. Miałem ochotę właśnie na coś samurajskiego i zamiast rzucić się na klasyki Kurosawy wybrałem to. Niby takie sobie, ale muszę przyznać, że oglądając bawiłem się całkiem nieźle. Jest to historia dziewczyny, wychowanej wraz z kilkoma innymi dzieciakami na super skutecznych zabójców (wszystkie ninja Japonii się chowają). Razem mają za zadanie przeszkodzić w wybuchu kolejnej, wyniszczającej kraj wojny, likwidując trzech przeciwników cesarza (w pierwszej części likwiduje dwóch, w drugiej tego który się ostał). Twórcy zaserwowali sporą liczbę głupot, jak chociażby na dzień dobry oddział zabójców musi stać się silniejszy przez likwidację połowy swoich członków. Posłuszne dzieciaki zabijają swoich towarzyszy, z którymi się wychowywały, a później ruszają karnie za swoim mistrzem. Inny przykład to np. spadająca lektyka, która wybucha jakiś metr nad ziemią. Takich fabularnych bubli i technicznych wpadek jest sporo. Efekty jakoś nie powalają, choreografia walk nie zachwyca. Aktorstwo raczej słabe, a główna bohaterka grana przez Aya Ueto jest bezpłciowa do granic możliwości. A jednak ogląda się to z jakąś dziwną przyjemnością. Śmiałem się do łez z naiwności posunięć bohaterów, niedociągnięć twórców, hektolitrów wylanej krwi i kiepskiej szermierki. Jest sporo kuriozalnych postaci wyrwanych żywcem z anime. Sadystyczny, zniewieściały psychopata lubujący się w mordowaniu, banda niedorozwiniętych braci, którzy żyją z rabowania, gwałcenia i mordowania, człowiek-małpa, klan ninja do złudzenia przypominający ten z "Ninja Scroll". Wszyscy na maksa komiksowi, w odjechanych strojach i makijażach. Całość to właśnie taka pokręcona bajka z aktorami, skierowana dla wyrobionego widza, który nie weźmie tego na serio. Widać, że kręcąc bawiono się świetnie, cameo zaliczył Hideo Kojima i sporo tutaj różnych smaczków dla fanów azjatyckiego kina i anime. Szkoda jednak trochę, że nie przełożyło się to jakość filmu. Oba stoją na bardzo podobnym poziomie, dwójka ma lepszy początek, ale znacznie mniej efektowny finał, kręcony chyba na jakiejś opuszczonej żwirowni. Na plus na pewno jeszcze przyjemna muzyczka. Pewnie za dwadzieścia lat będą pojawiały się na listach dobrych crapów. Zdaniem podsumowania: warto poświęcić cztery godziny i obejrzeć, ale lepiej wypożyczyć niż kupić.

Za to shitem pierwszej wody są "Zabójcze i bezlitosne", które włączyłem w jakimś totalnym zaćmieniu umysłu i nie wyłączyłem do końca (pewnie będąc nadal pod jego wpływem). Mogę sobie wyobrazić, że faceci znajdą tą płytę w jakimś koszu z przecenionymi DVD bądź w wypożyczalni i pomyślą: "To musi być zajebisty film!". Zaręczam, nie jest. Mamy trzy zabójcze i bezlitosne, które są zabójczyniami. Jedna jest główną bohaterką, druga jest jędzą, a trzecia jest specjalistką od komputerów, która jest tylko po to, żeby było kogo zabić. Dostają zadanie i już prawie udaje im się je wykonać, ale jędza zdradza koleżanki (zabija tą trzecią, której prawie nie widać, ale w jej miejsce przyprowadza cztery inne zabójcze i bezlitosne, więc nie jest źle) i główna bohaterka musi się mści. (V) na IMDb w tym wypadku oznacza półamatorską produkcję, gdzie wszystko stoi na żałosnym poziomie. O aktorstwie nie ma w ogóle mowy. Dziewczynom niewiele brakuje do patrzenia się w kamerę. Choreografia walk nie istnieje, fabuła praktycznie również. Film ma siedemdziesiąt pięć minut, ale spokojnie mógłby trwać kwadrans albo pozostać tylko trailerem. Nie warto ruszać nawet dla zabójczych i bezlitosnych.

No i na koniec trzy filmy grozy. Na pierwszy ogień "Forbidden Siren", ekranizacja, podobno bardzo kultowej gry, w którą niestety nie miałem przyjemności pograć. Wychodzę z założenia, że film ma dostarczać rozrywki, a horror przy tym jeszcze dodatkowo straszyć. "Forbidden Siren" spełnił oba warunki. Była tajemnica, była dość szybka akcja i był gęsty klimat. Czułem niepokój i strach, a i krzyknąłem sobie nawet na jednej scenie, co mi się zdarza, ale raczej rzadko. To w sumie całkiem niezła rekomendacja dla horroru. Fabuła wydaje się z początku standardowa. Ojciec, rodzeństwo, nowy dom, tajemnicze wydarzenia, duchy. Fajnie nawiązano do historii Roanoke i Mary Celeste dobrze wplątując w scenariusz wątki mitologiczne i historyczne. (a swoją drogą, ciekawi mnie w ilu filmach, serialach, książkach, piosenkach i komiksach nawiązywano do tych wydarzeń?). Oczywiście nie jest to żadne olśnienie jeżeli chodzi o gatunek. Końcowe sceny na syrenie były dość słabe, ale znowu nie na tyle, żeby negatywnie wpłynęły na ocenę. Jeżeli ktoś lubi j-horrory i lubi oglądać je samemu to sądzę, że może nawet być przyjemnie zaskoczony tym filmem.

"Infekcja" wydana w Polsce w kolekcji Asian Terror. Tutaj również wrażenia jak najbardziej na plus, chociaż do czołówki moich ulubionych j-horrorów sporo tytułowi brakuje. Jest chylący się ku upadkowi szpital i seria niezbyt fortunnych dla jego pracowników zdarzeń. Najpierw śmiertelna pomyłka jednego z lekarzy podczas reanimacji pacjenta, a później pozostawione przez sanitariuszy zainfekowane zwłoki, które stają się gwoździem do trumny. Dość trudno mi zakwalifikować jednoznacznie "Infekcję". Jest tam wszystko. Po części to historia o duchach, po części z lekka obrzydliwa komedia ze z niesmacznym gore i sporą ilością przeróżnych obrzydliwości, ale jest również panika i paranoja w stylu "Królestwa" Von Triera. Rozwiązanie może nie jakieś wielce oryginalne, ale zaskoczyło mnie, więc plus. Niestety sporą wadą jest żółwie tempo. Film momentami nużący i to niepotrzebnie przeciągane niektórych scen wybijało z klimatu. Braki w aktorstwie i robiona mąką charakteryzacja też raczej nie potraktuje się jako zaletę. Jednak "Infekcja" to jedna z najoryginalniejszych produkcji jeżeli chodzi o azjatycki horror, jaką miałem przyjemność oglądać, więc warto poświęć półtorej godzinki.

Trzecim filmem będzie koreańska "Cinderella" z 2006 roku. Miała to być horrorowa wersja "Kopciuszka", ale "Kopciuszka" tam tyle co kot napłakał. Cenię sobie koreańskie horrory (czyli głównie dramaty z elementami grozy) głównie za warstwę techniczną. Zawsze świetne zdjęcia, jakaś myśl artystyczna przejawiająca się w kompozycji kolejnych scen i scenografii. Czuć w nich finezję i naprawdę przyjemnie się to ogląda, słucha i wspomina. "Cinderella" jest właśnie taka dość nietypowa, bo nie ma tutaj czym się zachwycać. Jest bardzo przeciętna, przy tym nudna i scenariusz poplątano o kilka razy za dużo. Atmosfera grozy momentami się trafia, ale tych momentów jej zdecydowanie za mało. Fabuły przyznam się szczerze już do końca nie pamiętam. Była bardzo popieprzona matka, która poparzoną córkę trzymała w piwnicy, a porwaną dziewczynkę, od której miała przeszczepić twarz pokochała. W każdym razie nie ma balu, księcia ani dobrej wróżki. Tragedii nie ma, ale raczej nie warto.

Następnym razem thrillery i horrory (amerykańskie), oraz komedie, a także kolejne filmy z Godzillą, samurajskie anime i wiaderko komiksów z Polski i zza granicy (na które opisywanie nigdy nie mam siły). Naprawdę sporo tego.

wtorek, 18 listopada 2008

Godzilla vs. Mothra

W dzieciństwie zdarzyło mi się wypożyczyć na VHSie kilka filmów z Godzillą. Pamiętam tytuły trzech z nich, ale moja mama twierdzi, że było tego więcej. Były to głównie części z serii shōwa (czyli tej pierwszej), ale "Godzilla kontra Mothra" z 1992 roku stanowił wyjątek. Wtedy film bardzo mi się nie podobał, ale odpalając go ostatnio byłem przekonany, iż niemiłe wspomnienia mam po oryginale z 1964. Okazuje się jednak, że nie. W dużym stopniu to właśnie "Godzilla kontra Mothra" spowodował, że przez ponad dekadę uważałem te filmy za niewarte funta kłaków. Zaraz jak zorientowałem się, że już kiedyś oglądałem to "cudo" dopadło mnie lekkie przygnębienie i opadłem z entuzjazmu, ale zmusiłem się i oglądałem dalej. Nie było tragedii, przeżyłem, ale ten film to najgorsza japońska Godzilla jaką widziałem do tej pory.

Wszystko zaczyna się od meteorytu, który spadł na Ziemię i spowodował liczne klęski żywiołowe. Oczywiście obudził wiadomo kogo, ale jak się później okazuje Godzilla nie był jedynym potworem, któremu przeszkodzono w drzemce. W wyniku tajfunów na jednej z wysp Pacyfiku znalezione zostaje olbrzymie jajo, a firma do której wyspa należy postanawia je przetransportować i zrobić z niego atrakcję turystyczną (kto do cholery płaciłby za oglądanie wielkiego jaja?). Rusza więc ekspedycja składająca się z rabusia grobów, jego byłej żony i ciamajdowatego pracownika firmy mającego zabezpieczyć znalezisko. Na wyspie znajdują również dwie, mieszkające w kwiatku Calineczki, które w filmie nazwane są Kosmoskami (ale ja doskonale wiem, że to Calineczki). Te tłumaczą im, że w jajo należy do Mothry i we trójkę zapewniają planecie równowagę. Wspominają też o Battrze, którą również ma strzec równowagi, ale robi to w znacznie mniej pokojowy sposób i wpada w złość, gdy ludzie nie szanują środowiska naturalnego. Wesoła ekspedycja przekonuje Kosmoski, że jajo nie jest bezpieczne na wyspie i należy je zabrać do Japonii. Gdy wesoło płyną sobie do domu pojawia się Godzilla, który chyba ma ochotę zjeść cokolwiek jest w środku jaja. Podczas tego ataku wylęga się Mothra. Przypomina ona larwę jedwabnika (jak niby taki robaczek ma walczyć z gigantycznym gadem?) i próbuje powstrzymać Godzillę niczym innym jak jedwabną nicią - ubaw po pachy. W międzyczasie przypływa Battra (wcześniej zdemolowała dla rozgrzewki jakieś japońskie miasto) i jesteśmy świadkiem całkiem fajnej podwodnej bitwy.

Wszyscy myślą, że Godzilla z Battrą się pozabijali i są najszczęśliwsi na świecie. Jednak Mothra rozdzielona od Kosmosek wpada w szał, demoluje miasto i w końcu owija się w kokon. O ile podwodna walka wyglądała całkiem nieźle o tyle sceny, gdy gąsienica urządza demolkę wypadają bardzo słabo. Larwa Mothry przypomina jeżdżącą na kółkach plastikową kupę z dwiema żaróweczkami zamiast oczu. Oglądanie jej poczynani nie jest to w żaden sposób emocjonujące. Na szczęście Miki, telepatka znana z poprzednich części odkrywa, że Godzilla żyje. Big G. przepłynął podziemną rzeką lawy i wyszedł z góry Fuji (to dopiero coś!). Ten fakt całkowicie ignoruje Mothra, która wychodzi z kokonu i rusza do walki z Battrą, która również przeistoczyła się w ćmę (motyla?). Walczą nad gigantycznym wesołym miasteczkiem... i po raz kolejny jest tak sobie. Nie ma nic ciekawego w walce dwóch zrobionych z dywanu motyli, a co jest w tym najgorsze trwa to zbyt długo. Kiedy już Wielki-Łeb-Mothra leży na plecach i ma się żegnać z życiem pojawia się wkurzony Godzilla, któremu chyba nie podoba się fakt, że został delikatnie mówiąc olany. Ma fatalne wyczucie czasu, bo gdyby zjawił się chwilę później miałby jednego przeciwnika mniej. Mothra i Battra łączą siły. O dziwo wygrywają i mają zrzucić nieprzytomnego Godzillę do morza. Ten ostatkiem sił jednak wgryza się w Battrę i razem lądują w oceanie.

Ostatnia walka jest najlepsza w całym filmie, a wniosek z niej płynący nasuwa się sam. Ćmy bez Godzilli są do kitu. Można je jednak przełknąć, bo są dość zabawne, w ten niezamierzony sposób. Najgorsze w tym filmie jest to, że zrobiono z niego kiepską komedię. Wszystko zaczyna się jak parodia "Poszukiwaczy zaginionej Arki", prastara świątynia zbudowana jest jak piwnice krakowskich kamienic - z czerwonej cegły, a od tego co wyprawia główny bohater od razu robi się smutno. Później mamy jeszcze kolejne nawiązanie do Indiany Jonesa, a także: głupawe kłótnie między byłymi małżonkami, firmę, która z misją wysyła największego fajtłapę jakiego mają w swoich szeregach i te gadające równocześnie Calineczki, którym kupiono domek Barbie i które podróżują w klatce dla kota. To wszystko razem wręcz irytuje i wypada naprawdę żałośnie. Film ratuje Big G. i wyglądająca groźnie w swojej ostatniej formie Battra. Na plus liczyć jak zawsze można efekty pirotechniczne i demolowaną miniaturową Jokohamę. Nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy potwory używają diabelski młyn do napieprzania. Niezrozumiała dla mnie popularność "Godzilla vs. Mothra" zaowocowała serią filmów z Mothrą w roli głównej, a Battra po tym jednym występie została niesprawiedliwie zapomniany. Przyznam szczerze, ciężko mi się tą część oglądało, ale od początku byłem dość mocno uprzedzony i pewnie te doświadczenia sprzed lat mocno wpłynęły na odbiór. Nie sądzę jednak żeby ktoś piał z zachwytów nad tym filmem, bo po prostu ćmy to kiepski przeciwnik.

niedziela, 16 listopada 2008

Godzilla vs. King Ghidorah

Nie wiem o co chodzi Japończykom z tymi królami. Ten przydomek dostał Ghidorah, Ceasar (możliwe, że nie byli jedyni), a przecież wiadomo, że król jest tylko jeden i nie nosi złota, ale zionie atomowym oddechem. "Godzilla kontra Król Ghidorah" z 1991 roku to trzeci film z serii Heisei i muszę przyznać, że mimo pokręconego scenariusza i kilku z lekka kwaśnych efektów specjalnych jest to całkiem fajne science fiction.

Fabuła rozpoczyna się w roku 1992. Młody pisarz fantastyki ogłasza, że jego następną książką będzie historia dinozaura (Godzillasaurusa), który ponoć zamieszkiwał podczas II Wojny Światowej jedną z wysp na Pacyfiku i pomagał Japończykom walczyć z Amerykanami. W tym samym czasie pojawia się nad Japonią UFO, które jednym ze swoich przelotów budzi Godzillę. UFO okazuje się wehikułem czasu przybyłym z roku 2204. Zostaje zorganizowane spotkanie przybyszów z przyszłości z japońskim rządem, na którym streszczone zostaje to co czeka Kraj Kwitnącej Wiśni. Rozwój technologii nuklearnej i ponowne pojawienie się Godzilli spowodują olbrzymi kataklizm, który zdziesiątkuje populacje i uniemożliwi powtórne zamieszkanie wysp. Przedstawiają jednak pomysł na uratowanie milionów. No bo po co by przybyli? Chcą cofnąć się w czasie i uniemożliwić powstanie potwora. Na poparcie swoich teorii przedstawiają ów książkę młodego fantasty. Tak, więc zostaje zorganizowana wyprawa w przeszłość. Wraz z Emmy, dziewczyną z przyszłości i pomagającym jej androidem, zabiera się pisarz i profesor, który współpracował z nim przy stworzeniu teorii, a także telepatka Miki, która wystąpiła w poprzedniej części (i która pojawi się w kilku następnych). Teleportują dinozaura (przyszłą Godzillę) z wyspy Lagos, na której później odbywały się amerykańskie próby jądrowe, w okolice Morze Beringa. Emmy jednak zostawia na wyspie trzy urocze Doraty, które zamienią się w Króla Ghidorę i w roku 1992 jako jego trzy głowy będą terroryzowały Japończyków.

Okazuje się, że Król Ghidorah kontrolowany jest przez przybyszów z przyszłości chcących zniszczyć Japonię, bo ta uzyska zbyt dużą przewagę ekonomiczną nad resztą świata. Jedyne co może pokonać trójgłowe, latające monstrum to nieistniejący Godzilla, o którym o dziwo wszyscy pamiętają. Wysyłają na poszukiwanie Godzillasaurusa okręt atomowy. W kolejnym wybuchu tworzą nowego, jeszcze większego Godzillę (tym razem użyto potężniejszej bomby), który jednak okazuje się za słabym przeciwnikiem dla sterowanej Ghidory i dostaje baty. Zrządzeniem losu Emmy, która gdzieś po drodze czuje się oszukana i zdradzona, postanawia pokrzyżować swoim dawnym kompanom plany. Psuje statek, a Big G. korzystając z okazji rozrywa Ghidorę na strzępy. Sprowadza ja do parteru podpalając jej skrzydła, później urywa jeden z łbów i topi. Następnie w radosnym uniesieniu postanawia trochę podemolować. Jedyne co może powstrzymać Godzillę to Król Ghidorah, ale ten leży martwy na dnie morza. Więc Emmy szybko reaguje, zabiera jego zwłoki w przyszłość i wraca z Mecha-King Ghidorą. Wow! W połowie potwór, w połowie robot, czy może być coś lepszego?

Walki między Godzillą, a obiema wersjami Ghidory są fantastyczne (oczywiście jak na walkę kolesia w gumowym kostiumie przeciwko kolesiowi w gumowym kostiumie wiszącym na sznurkach). Dużo się dzieje, makiety wyglądają naprawdę dobrze, a i pirotechnika nie zawodzi. Czuć wesołość towarzyszącą tej totalnej rozwałce. Były chwile, gdy myślałem "ten budynek mógłby się jakoś efektownie zawalić", a chwilę później, któryś z potworów w nim lądował. W całym filmie jest też kilka bardzo fajnych momentów, które potrafią porządnie rozbawić. W jednej scenie Godzilla spotyka się oko w oko z człowiekiem, którego uratował będąc jeszcze na wyspie Lagos. Tym razem puszcza go jednak z dymem. w 1944 roku ma miejsce również scena z dwoma amerykańskimi marynarzami, którzy zauważają UFO, ale postanawiają nie meldować o nim, jeden z nich nazywa się Spielberg (chociaż Steven urodził się po wojnie). Oczywiście film ma swoje wady. Dość fajny scenariusz drażni sporą niedbałością o szczegóły. Pomijając fakt, że pojawienie się wehikułu w 1992 roku jest bezsensowne, to samo podejście do podróży w czasie jest na poziomie szkoły podstawowej. Film traci również sporo przez fatalne w niektórych przypadkach aktorstwo i te niezwiązane z walkami potworów efekty specjalne, które są zwyczajnie kiepskie, kwaśne i śmierdzą hollywoodzkimi filmami fantastycznymi z lat 60tych. Jeżeli ktoś ma takie predyspozycje to na każdej scenie z żałosnym androidem M-11 może się zwyczajnie posikać ze śmiechu.


"Godzilla kontra Król Ghidorah" wypada całkiem przyzwoicie. Dość kompleksowo podchodzi do tematu originu Godzilli (nawet podwójnego) i zapewnia prawie dwie godziny dobrej rozrywki. Zabawne jest to, że film uznano w USA za antyamerykański. W telewizji pokazywano sceny, gdzie Godzillasaurus morduje wrzeszczących wniebogłosy żołnierzy, a przybyszy z przyszłości chcących niszczyć Japonię z powodu poziomu przemysłowego jaki osiągnęła uznano za propagandę. Czy słusznie, czy może to czysta głupota - warto sprawdzić samemu. Dla mnie "Godzilla kontra Król Ghidorah" po prostu dobra zabawa. Niedługo skrobnę coś o kolejnych filmach ze starymi znajomymi G. - Mothrą i Mechagodzillą.