Wyłapałem dziś w filmografii Kevina Smitha coś, o czym wcześniej nawet nie słyszałem - krótkometrażówkę z Randalem i Dante - "The Flying Car". Jak tytuł zdradza, Sprzedawcy będą rozmawiali o latającym samochodzie. Oczywiście znalazłem to na YouTubie i uśmiałem się setnie. Wrzucam ku uciesze, może oprócz mnie jest jeszcze ktoś, kto tego nie widział. Aha. Nawiązania do Gwiezdnych Wojen nie wyłapałem.
wtorek, 16 września 2008
czwartek, 11 września 2008
Retro short #1
Już jakiś czas temu wpadłem na pomysł, żeby przypominać te wszystkie fajne seriale animowane, które puszczano w Polsce na początku ubiegłego dziesięciolecia, a o których obecnie całkowicie w telewizji zapomniano. Przygotowałem wstępną listę moich osobistych faworytów i wygląda to całkiem nieźle. Dominują produkcje amerykańskie, ale i jakieś starawe anime się trafi. Można się raczej spodziewać rzeczy podobnych do tej z dzisiejszego wpisu - dużo strzelania, akcji i tego co przyciągnęłoby małego chłopca do telewizora. Zrobi się z tego taka dość nieregularna seria wpisów. Będę starał się to wrzucać w momencie kiedy brakować będzie czasu na coś dłuższego. Dzisiaj będzie...

"Starcom: The U.S. Space Force" 13-odcinkowa seria z roku 1987, w Polsce znane pod nazwą "Starcom – Kosmiczne Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych". Emitowała to w 1992 roku dwójka w paśmie popołudniowych kreskówek, w tym samym, w którym puszczano "Batmana" czy "Wojownicze Żółwie Ninja". "Starcom" zaczynał jako linia zabawek. Powstał w 1986 roku w firmie Coleco. W tym przypadku serialu nie tworzono na fali popularności pojazdów i figurek, miał raczej służyć jako dodatkowa promocja, zachęta do ich zakupu. Co ciekawe powstawał on pod okiem i z pomocą urzędu Young Astronaut Council (nie mam pojęcia jak to się tłumaczy na polski) i miał zainteresować młode umysły programem kosmicznym NASA. "Starcom" w Stanach nie chwycił i produkcję zakończono po pierwszym, w zasadzie próbnym sezonie. Później serial trafił do Europy i Azji, a zabawki od upadającego Coleco przejął Mattel. Tyle historii.
Fabuła jest standardowa. Dobrzy walczą ze złymi. W kosmosie. Koniec. Tymi dobrymi jest oczywiście ekipa Starcomu (Amerykanie). Złymi Siły Ciemności (prawdopodobnie Rosjanie i Chińczycy) pod dowództwem faceta, który nazywa się Emperor Dark (Imperator Ciemności - bardzo odkrywcze). Źli próbują przejąć władzę nad znanymi obszarami kosmosu. W każdym odcinku mają nowy plan, który próbują wprowadzić w życie. A to coś wysadzić, a to wprowadzić wirus w system komputerowy stacji kosmicznej, a to zrobić małą inwazję. Trójka głównych bohaterów w lśniących pojazdach, ze lśniącą bronią i lśniącymi uśmiechem krzyżuje im te plany. Wrażenie robiły pojazdy, które rozpadały się na dwa mniejsze albo gdzieś tam miały ukryte w podwoziach super szybkie łaziki. Cały sprzęt był dość futurystyczny i mimo tego, że przypominał prawdziwe wachadłowce i pojazdy księżcyowe, wydawał się czymś na miarę tego z Gwizdnych Wojen. Oczywiście wszystkie myśliwce, które wybuchły były pilotowane przez roboty i jestem pewien że Ci źli atakowali tylko puste obiekty. Wysadzano tam dużo i często. Jak na tamte czasy animacja była fantastyczna. Dwójka wiodła prym jeżeli chodzi o puszczanie dobrze wyglądających kreskówek, a "Starcom" był w czołówce. Dopracowany pod względem szczegółów, postaci i efektów wyróżniał się dość mocno (oczywiście dopiero później dowiedziałem się, że ciągi liter to cyfry rzymskie i o takim He-Manie już na zachodzie dawno zapomnieli). Całość dopełniały zabawne dialogi, które strasznie mi się w roku 1992 wydawały dorosłe. Po latach serial poleciał na FoxKids i odświeżało się go bardzo miło, chociaż już nie byłem tym tak bardzo zafascynowany. (to były czasy kiedy leciały w telewizji już aktorskie seriale science fiction). Jeżeli ktoś nie zna albo nie pamięta "Starcomu" to niech uderza na YouTube. Z tego co widziałem są tam pojedyncze odcinki podzielone na części. Może i cały serial się da obejrzeć. Na to że polska wersja językowa ujrzy jeszcze światło dzienne nie ma już co liczyć, a szkoda bo głos podkładał tam Cezary Pazura i właśnie głównie dlatego pamiętam "Starcom".

"Starcom: The U.S. Space Force" 13-odcinkowa seria z roku 1987, w Polsce znane pod nazwą "Starcom – Kosmiczne Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych". Emitowała to w 1992 roku dwójka w paśmie popołudniowych kreskówek, w tym samym, w którym puszczano "Batmana" czy "Wojownicze Żółwie Ninja". "Starcom" zaczynał jako linia zabawek. Powstał w 1986 roku w firmie Coleco. W tym przypadku serialu nie tworzono na fali popularności pojazdów i figurek, miał raczej służyć jako dodatkowa promocja, zachęta do ich zakupu. Co ciekawe powstawał on pod okiem i z pomocą urzędu Young Astronaut Council (nie mam pojęcia jak to się tłumaczy na polski) i miał zainteresować młode umysły programem kosmicznym NASA. "Starcom" w Stanach nie chwycił i produkcję zakończono po pierwszym, w zasadzie próbnym sezonie. Później serial trafił do Europy i Azji, a zabawki od upadającego Coleco przejął Mattel. Tyle historii.
Fabuła jest standardowa. Dobrzy walczą ze złymi. W kosmosie. Koniec. Tymi dobrymi jest oczywiście ekipa Starcomu (Amerykanie). Złymi Siły Ciemności (prawdopodobnie Rosjanie i Chińczycy) pod dowództwem faceta, który nazywa się Emperor Dark (Imperator Ciemności - bardzo odkrywcze). Źli próbują przejąć władzę nad znanymi obszarami kosmosu. W każdym odcinku mają nowy plan, który próbują wprowadzić w życie. A to coś wysadzić, a to wprowadzić wirus w system komputerowy stacji kosmicznej, a to zrobić małą inwazję. Trójka głównych bohaterów w lśniących pojazdach, ze lśniącą bronią i lśniącymi uśmiechem krzyżuje im te plany. Wrażenie robiły pojazdy, które rozpadały się na dwa mniejsze albo gdzieś tam miały ukryte w podwoziach super szybkie łaziki. Cały sprzęt był dość futurystyczny i mimo tego, że przypominał prawdziwe wachadłowce i pojazdy księżcyowe, wydawał się czymś na miarę tego z Gwizdnych Wojen. Oczywiście wszystkie myśliwce, które wybuchły były pilotowane przez roboty i jestem pewien że Ci źli atakowali tylko puste obiekty. Wysadzano tam dużo i często. Jak na tamte czasy animacja była fantastyczna. Dwójka wiodła prym jeżeli chodzi o puszczanie dobrze wyglądających kreskówek, a "Starcom" był w czołówce. Dopracowany pod względem szczegółów, postaci i efektów wyróżniał się dość mocno (oczywiście dopiero później dowiedziałem się, że ciągi liter to cyfry rzymskie i o takim He-Manie już na zachodzie dawno zapomnieli). Całość dopełniały zabawne dialogi, które strasznie mi się w roku 1992 wydawały dorosłe. Po latach serial poleciał na FoxKids i odświeżało się go bardzo miło, chociaż już nie byłem tym tak bardzo zafascynowany. (to były czasy kiedy leciały w telewizji już aktorskie seriale science fiction). Jeżeli ktoś nie zna albo nie pamięta "Starcomu" to niech uderza na YouTube. Z tego co widziałem są tam pojedyncze odcinki podzielone na części. Może i cały serial się da obejrzeć. Na to że polska wersja językowa ujrzy jeszcze światło dzienne nie ma już co liczyć, a szkoda bo głos podkładał tam Cezary Pazura i właśnie głównie dlatego pamiętam "Starcom".poniedziałek, 8 września 2008
Wytężanie mięśnia popkulturowego
Była na Halloween horrorowa zabawa od M&M's.
Było wytężanie mięśnia muzycznego z zabawą od Virgin Digital.
Było ćwiczenie mięśnia popkulturowego, które zaserwował Konrad z Motywu Drogi.
Dziś wrzucam do zabawy plakat autorstwa Scotta Campbella, który ma promować kolejną edycję imprezy Crazy4Cult. Jest to wystawa fantastycznych fanartów z kultowych filmów, animacji, kreskówek i seriali (chociaż ich kultowość bywa dyskusyjna). Organizuje ją nineteeneightyeight.com, stronka specjalizująca się w sprzedaży tego typu prac. Można tam znaleźć naprawdę śliczne rzeczy, które chciałoby się mieć od razu na ścianie. W moim przypadku są one całkowicie poza zasięgiem. Ale można pooglądać ich bloga, od czasu do czasu chociaż - warto.
No i obiecany plakat. Nie mam pojęcia jakie są prawidłowe odpowiedzi, nie mam pojęcia ile tych nawiązań jest. Pobawić się i wytężyć szarą masę jednak można. Powodzenia!

Było wytężanie mięśnia muzycznego z zabawą od Virgin Digital.
Było ćwiczenie mięśnia popkulturowego, które zaserwował Konrad z Motywu Drogi.
Dziś wrzucam do zabawy plakat autorstwa Scotta Campbella, który ma promować kolejną edycję imprezy Crazy4Cult. Jest to wystawa fantastycznych fanartów z kultowych filmów, animacji, kreskówek i seriali (chociaż ich kultowość bywa dyskusyjna). Organizuje ją nineteeneightyeight.com, stronka specjalizująca się w sprzedaży tego typu prac. Można tam znaleźć naprawdę śliczne rzeczy, które chciałoby się mieć od razu na ścianie. W moim przypadku są one całkowicie poza zasięgiem. Ale można pooglądać ich bloga, od czasu do czasu chociaż - warto.
No i obiecany plakat. Nie mam pojęcia jakie są prawidłowe odpowiedzi, nie mam pojęcia ile tych nawiązań jest. Pobawić się i wytężyć szarą masę jednak można. Powodzenia!

środa, 3 września 2008
Daft Bodies
Przeszło rok temu Kamila dała mi do posłuchania "Discovery" Daft Punka i bardzo szybko płytkę polubiłem. Jakoś nie przepadam za elektroniką, ale w tym przypadku nie było mowy o niechęci. Kawałki wpadły mi bardzo szybko w ucho, a w połączeniu z wizualizacjami Winampa wypadały wręcz bombowo. Z pewnością duża zasługa w tym tego, że słuchaliśmy płyty razem przy różnych okazjach, ale zdarzało się jednak, że odpaliłem ją sobie samemu, siedząc wieczorem przed monitorem.
W poniedziałek trafilem na Tubie na filmik gdzie dwie dziewczyny w pudełkach na głowie tańczą zajebisty układ do kawałka "Harder, Better, Faster, Stronger" - jednego z moich ulubionych z płyty. Wymiękłem, odpalam sobie co jakiś czas, no i muszę się podzielić, mimo iż pewnie wszyscy poza mną znają to już od dawna.
W poniedziałek trafilem na Tubie na filmik gdzie dwie dziewczyny w pudełkach na głowie tańczą zajebisty układ do kawałka "Harder, Better, Faster, Stronger" - jednego z moich ulubionych z płyty. Wymiękłem, odpalam sobie co jakiś czas, no i muszę się podzielić, mimo iż pewnie wszyscy poza mną znają to już od dawna.
Komiksowo
Prawie miesiąc minął od faktu, ale jak to powiedziano w jednym filmie na widok przybijającego do Nowego Jorku Titanica - lepiej późno niż wcale. Na początku sierpnia miałem okazję obejrzeć dwie rozrywkowe produkcje, które pełnymi garściami czerpią z dobrodziejstw jakie wniosły komiksy do kultury popularnej. Pierwszy film bardziej bezpośrednio, bo jest dość luźną adaptacją świetnego komiksu Marka Millara, mowa będzie o "Wanted – Ścigani". Drugi już tak pośrednio, bo "Hancock" opowiada historię obdarzonego, znanymi z komiksów super mocami, człowieka, który taki super nie jest.
"Wanted" to świetny komiks z bardzo oryginalną i zabawną fabułą. Dowiedziałem się oczywiście o nim dopiero jak w sieci zaczęło huczeć od fragmentów, trailerów i pierwszych recenzji. Przeczytałem go, byłem wielce zadowolony i nagle gdzieś wyczytałem, że film tylko ociera się o fabułę komiksu, a reszta jest całkowicie zmieniona. Poczułem lekkie ukłucie niepokoju, ale entuzjastyczne głosy napływające ze wszystkich stron nastrajały raczej pozytywnie. Przyszło do oglądania i rzeczywiście... został sam Wesley Gibson ze swoją kiepską pracą, zdradzającą go dziewczyną, depresyjnym nastawieniem do życia i świat bez super-bohaterów. Tych nigdy nie było. Nie ma również Bractwa super-złoczyńców. Dostajemy bractwo tkaczy, przy okazji bawiących się w super-morderców, którym cele wskazuje wielkie krosno. Wesley dowiaduje się, że ojca, którego nigdy nie widział, a po którym odziedziczył niesamowite umiejętności ukatrupił niejaki Cross, były członek, który zbuntował się przeciwko Bractwu. I tak napędzany gniewem i żądzą zemsty zaczyna trening. Fabularnie wszystko zostało bardzo spłycone, ale nie ma się co dziwić. Wierna ekranizacja zostałaby niedoceniona przez szerszą widownię, bo jakoś nie widzę zachwytów nad filmem gdzie występują postacie stworzone z ekskrementów. Jak dla mnie zmiana nie tyle korzystna co nie rzutująca źle w żaden sposób. Bo film mimo daleko idących zmian jest równie dobry co komiks, na którym się mometnami opiera.
Od strony wizualnej mamy fajerwerk, prawdziwą petardę. Film reżyseruje Kazach Timur Bekmambetow, gość odpowiadający za dwa duże sukcesy rosyjskiej kinematografia – "Straży nocnej" i "Straży dziennej". I czuć jego rękę w "Wanted". Dziesiątki drobnych szczegółów, dopracowane efekty specjalne, łamanie praw fizyki. Do tego masa dynamicznych ujęć i popisów ze strony choreografów walk. Zwolnienia, zbliżenia, kosmiczna praca kamer z obrotami, saltami i przytupem. Jest sporo atrakcji dla fanów kina akcji i ogląda się to naprawdę dobrze. Do strony technicznej mam zero zastrzeżeń. Wszystko jest na najwyższym poziomie i jeżeli tylko ktoś potrafi przełknąć bandę morderców potrafiących podkręcać kule i przyspieszający swoje serce do 400 uderzeń na sekundę, która słucha się tajemniczego kodu z tkaniny to niech koniecznie uda się do wypożyczalni albo kupi DVD.
Są świetne filmy jak "Mroczny rycerz", są bardzo dobre filmy jak "Wanted - Ścigani" i jest "Hancock", którego nie polecam. Pokładałem olbrzymie nadzieje w tym tytule już od pierwszego zwiastuna, który był cholernie śmieszny i liczyłem na film, który będzie się naśmiewał z trykociarstwa w sposób bardziej wyszukany niż robią to w "Superhero Movie". Pomyliłem się. Początek "Hancock" ma dobry, ale później to już tylko równia pochyła. Naśmiewania się ze sterotypów i kolesi w spandeksie starczyło na kwadrans. Po dwudziestu minutach widzimy tylko kulejący scenariusz, wymuszony humor, idiotyczne pomysły, wepchnięty na siłę wątek miłosny i nudę, której w ogóle nie powinno być. Boli że mamy trójkę bardzo dobrych aktorów, którzy grają na odwal się. I Will Smith, i Charlize Theron, i Jason Bateman niczym się szczególnym nie wyróżnili, no chyba że weźmiemy pod uwagę kwaśne miny. Ich role toną w nijakości tego filmu. Dodatkowo od strony wizualnej "Hancock" pozostawia wiele do życzenia. Jak na film trwający półtorej godziny i mający budżet 150 milionów dolarów ma bardzo średnie efekty specjalne i w ogóle mało jako takiego efekciarstwa. Finał to już zupełna kpina i olbrzymi zawód. O ile podczas seansu towarzyszy uczucie irytacji, ale i pewna nadzieja, że finał da kopa to gdy już poleci lista płac jedynce co się czuje to złość. Jak można było spieprzyć tak fantastyczny materiał na zabawny film!?
"Wanted" to świetny komiks z bardzo oryginalną i zabawną fabułą. Dowiedziałem się oczywiście o nim dopiero jak w sieci zaczęło huczeć od fragmentów, trailerów i pierwszych recenzji. Przeczytałem go, byłem wielce zadowolony i nagle gdzieś wyczytałem, że film tylko ociera się o fabułę komiksu, a reszta jest całkowicie zmieniona. Poczułem lekkie ukłucie niepokoju, ale entuzjastyczne głosy napływające ze wszystkich stron nastrajały raczej pozytywnie. Przyszło do oglądania i rzeczywiście... został sam Wesley Gibson ze swoją kiepską pracą, zdradzającą go dziewczyną, depresyjnym nastawieniem do życia i świat bez super-bohaterów. Tych nigdy nie było. Nie ma również Bractwa super-złoczyńców. Dostajemy bractwo tkaczy, przy okazji bawiących się w super-morderców, którym cele wskazuje wielkie krosno. Wesley dowiaduje się, że ojca, którego nigdy nie widział, a po którym odziedziczył niesamowite umiejętności ukatrupił niejaki Cross, były członek, który zbuntował się przeciwko Bractwu. I tak napędzany gniewem i żądzą zemsty zaczyna trening. Fabularnie wszystko zostało bardzo spłycone, ale nie ma się co dziwić. Wierna ekranizacja zostałaby niedoceniona przez szerszą widownię, bo jakoś nie widzę zachwytów nad filmem gdzie występują postacie stworzone z ekskrementów. Jak dla mnie zmiana nie tyle korzystna co nie rzutująca źle w żaden sposób. Bo film mimo daleko idących zmian jest równie dobry co komiks, na którym się mometnami opiera.Od strony wizualnej mamy fajerwerk, prawdziwą petardę. Film reżyseruje Kazach Timur Bekmambetow, gość odpowiadający za dwa duże sukcesy rosyjskiej kinematografia – "Straży nocnej" i "Straży dziennej". I czuć jego rękę w "Wanted". Dziesiątki drobnych szczegółów, dopracowane efekty specjalne, łamanie praw fizyki. Do tego masa dynamicznych ujęć i popisów ze strony choreografów walk. Zwolnienia, zbliżenia, kosmiczna praca kamer z obrotami, saltami i przytupem. Jest sporo atrakcji dla fanów kina akcji i ogląda się to naprawdę dobrze. Do strony technicznej mam zero zastrzeżeń. Wszystko jest na najwyższym poziomie i jeżeli tylko ktoś potrafi przełknąć bandę morderców potrafiących podkręcać kule i przyspieszający swoje serce do 400 uderzeń na sekundę, która słucha się tajemniczego kodu z tkaniny to niech koniecznie uda się do wypożyczalni albo kupi DVD.
Są świetne filmy jak "Mroczny rycerz", są bardzo dobre filmy jak "Wanted - Ścigani" i jest "Hancock", którego nie polecam. Pokładałem olbrzymie nadzieje w tym tytule już od pierwszego zwiastuna, który był cholernie śmieszny i liczyłem na film, który będzie się naśmiewał z trykociarstwa w sposób bardziej wyszukany niż robią to w "Superhero Movie". Pomyliłem się. Początek "Hancock" ma dobry, ale później to już tylko równia pochyła. Naśmiewania się ze sterotypów i kolesi w spandeksie starczyło na kwadrans. Po dwudziestu minutach widzimy tylko kulejący scenariusz, wymuszony humor, idiotyczne pomysły, wepchnięty na siłę wątek miłosny i nudę, której w ogóle nie powinno być. Boli że mamy trójkę bardzo dobrych aktorów, którzy grają na odwal się. I Will Smith, i Charlize Theron, i Jason Bateman niczym się szczególnym nie wyróżnili, no chyba że weźmiemy pod uwagę kwaśne miny. Ich role toną w nijakości tego filmu. Dodatkowo od strony wizualnej "Hancock" pozostawia wiele do życzenia. Jak na film trwający półtorej godziny i mający budżet 150 milionów dolarów ma bardzo średnie efekty specjalne i w ogóle mało jako takiego efekciarstwa. Finał to już zupełna kpina i olbrzymi zawód. O ile podczas seansu towarzyszy uczucie irytacji, ale i pewna nadzieja, że finał da kopa to gdy już poleci lista płac jedynce co się czuje to złość. Jak można było spieprzyć tak fantastyczny materiał na zabawny film!?
Etykiety:
akcja,
ekranizacja komiksu,
film,
komedia,
supermoce
wtorek, 2 września 2008
A deep voice, that sounds like a seven foot tall man who has been smoking cigarettes since childhood

Robienie dobrych trailerów to trudna sztuka. Nie tylko należy zrobić to tak by zaciekawił człowieka do wybrania się do kina, ale przy okazji nie należy mu przypadkowo zdradzić całkowicie fabuły (jak to było chociażby w przypadku "21" i "Przebudzenia"). Oprócz pokazania kilku akcji (w trailerze powinny znaleźć się jedne z najlepszych) i przedstawienia bohatera/ów, należałoby zrobić lekki wstęp w fabułę. Tutaj są dwie, a w zasadzie trzy szkoły. Można nie robić. Można dać napisy. Alternatywą do nich jest odpowiedni Głos. Takim odpowiednim głosem był Don LaFontaine. To głos z ponad 5000 trialerów i prawie 350000 reklam. Głos który potrafił przeszyć człowieka, Głos który się kojarzyło i pamiętało, i którego będzie brakować. Don umarł wczoraj w wieku 68 lat. Rzadko zdarza mi się wspominać takie przykre wydarzenia, ale to jest szczególny przypadek. Dona świetnie parodiuje mój ulubiony komik Pablo Francisco. I kilka dni temu odświeżałem sobie skecz "Little Tortilla Boy" i uśmiałem się jak zawsze, a dziś z samego rana przeczytałem, że Don nie żyje. Wielka szkoda.
Little Tortilla Boy
The Voice (krótki dokument o Donie)
Little Tortilla Boy
The Voice (krótki dokument o Donie)
Subskrybuj:
Posty (Atom)