niedziela, 20 czerwca 2010

Bajki Rat Finka i życie Big Daddy Rotha

Mówi się, że sukces ma wielu ojców. Ed "Big Daddy" Roth natomiast jest ojcem wielu sukcesów. Facet zaczął od bawienia się w tuningowanie starych samochodów, które po wojnie Amerykanie stadnie zaczęli zastępować nowymi modelami. Trochę się ścigał, trochę je składał, później wymyślił fantazyjne malowanie i zaczął się tym zajmować prawie na pełen etat. Tak oto jest uważany za ojca custom paintingu. Ed mieszkał w pobliżu Disneylandu i miał powyżej uszu uśmiechniętej Myszki Miki, której podobiznę widział codziennie. Stworzył jej przeciwieństwo - Szczura Finka - odrażającego, powykrzywianego, zielonego gryzonia i zaczął go malować na swoim podkoszulku. Sukcesywnie się to rozchodziło po okolicy i nagle ludzie przychodzili do niego, by im namalował coś podobnego. I tak Roth jako jedne z pierwszych zaczął robić t-shirity z z własnym kolorowym wzorem, a później i nawet ozdabiał kurtki przeróżnym klubom. W latach 50tych i 60tych Rat Fink stał się symbolem całej kultury skupionej wokół tworzenia hot-rodów, a później powrócił w latach 80tych, prosto na "salony" punkowców zachodniego wybrzeża. "Big Daddy" Rotha uznaje się za głównego popularyzatora stylu "Monster Hot Rod". Stworzył on dziesiątki kreatur, które pojawiały się na wszystkim co przychodzi wam na myśl i żyły, a może i nadal żyją, w świadomości dziesiątek tysięcy Amerykanów. Roth z prostego mechanika tuningującego w garażu kolejne zezłomowane gruchoty urósł w kilka lat na guru w tej dziedzinie. Był pionierem i propagatorem używania tworzywa sztucznego do budowy karoserii i dzięki temu nadawał swoim pojazdom fantazyjne kształty. Uznaniem dla jego pracy i wkładu w kulturę były serie kolejnych wymyślonych przez modeli pojawiające się na sklepowych półkach, a także jego auta w filmach, a teraz muzeach motoryzacji.


Facet nie tylko był mechanikiem, ale i konstruktorem, inżynierem, muzykiem i przede wszystkim artystą i pozytywnym gościem. Człowiekiem renesans prosto z Ameryki. Ucieleśnieniem amerykańskiego snu. Tak naprawdę nie wiadomo ile rzeczy zawdzięczamy Edowi Rothowi. Jego dzieła nie tylko były odbiciem czasów w których żył, ale także wyznaczały trendy i mody. Można spokojnie uznać go za ojca wszelkiego custom - od aut, po winylowe zabawki. I nie dziwi mnie fakt, że o tej ikonie kultury amerykańskiej nie miałem bladego pojęcia. Bo niby skąd?

Mam tak, że gdy coś czytam i trafiam na wzmiankę o jakimś zespole, filmie bądź postaci, to sprawdzam to, chociażby w wiki. Czasami taka ciekawość prowadzi tylko do rozczarowania, ale czasami trafiam na perły. I tak w opowiadaniu "Malthusian’s Zombie" Jeffrey'a Forda ze zbioru "The Living Dead" przewinęło się porównanie do Rat Finka, a dzięki Greebo trafiłem na kolejny bardzo udany dokument Rona Manna (tego od "Prywatnej księgi komiksu"). "Bajki szczura Finka" to świetnie zrealizowana i ciekawie opowiedziana historia "Big Daddy" Rotha. Można dowiedzieć się nie tylko wielu rzeczy o pracy i dokonaniach Eda, ale też o czasach w których żył (chyba, że Ameryka lat 50tych i 60tych to tylko dla mnie okres praktycznie niezbadany) i nastrojach jakie towarzyszyły wtedy ludziom.

Jeżeli chodź trochę kogoś zainteresowałem to odsyłam na YouTube'a.

sobota, 5 czerwca 2010

O "Nieśmiertelnym" na CN

Na CarpeNoctem ukazała się moja recenzja "Nieśmiertelnego" Gillian Shields - romansu z elementami horroru, dla nastolatek. Nie do końca mieści się to w granicach moich zainteresowań, ale nie zjechałem. Trochę nadprzyrodzonego było, także nie była to aż taka droga przez mękę jakiej się spodziewałem. No i to prawdopodobnie pierwsze romansidło jakie w życiu przeczytałem. Warto to odnotować. Poza tym gdybym miał oceniać książkę po okładce to bym jej do ręki nie wziął - jest straszna! Zainteresowanych odsyłam do recenzji.

Informuję o tym, bo w sumie, rzadko się ostatnio cokolwiek pojawia na moich blogach. A przecież nie próżnuję aż tak bardzo, hehe. A i pewnie co jakiś czas będzie się coś mojego na CN pojawiało. Kamili zresztą też. Można przeczytać jej opinie o: "Bramie zdrajców" Anne Perry i promowanym tu i ówdzie "Kochanym Jimie" Christiana Moerka.

piątek, 4 czerwca 2010

Trochę Alladyna, trochę Prince of Persia

Na "Księcia Persji: Piaski Czasu" nawet specjalnie nie czekałem. Jak zresztą na większość tegorocznych blockbusterów. Grę przeszedłem kilka razy. Uważam, że jest to jedna z najlepszych produkcji zręcznościowo-przygodowych wszech czasów. Zawsze wracam do niej z taką samą przyjemnością i chęcią, i to powinno wystarczyć, żeby mnie nakręcić na najnowszy film Mike'a Newella. W przeszłości niestety, już mnie wystarczająco dużo ekranizacji gier nauczyło, żeby nie napalać się na żadną następną. Ładne obrazki i sprawny trailer ma w tej chwili prawie każda wysokobudżetowa produkcja, więc to nie argument. Pozytywne recenzje i entuzjastyczne głosy zza oceanu już bardziej, ale pewnie gdyby nie propozycja Rycha, to skończyłoby się na tym, że film obejrzałbym na ekranie monitora. Także już na wstępie chciałbym mu podziękować, za to że mnie do kina wyciągnął. Bo "Książę Persji: Piaski Czasu" jest cholernie przyjemnym filmem i bawiłem się świetnie.

Z fabułą uciekli od gry najdalej jak się tylko dało, pozostawiając tylko kilka wspólnych elementów: księcia, księżniczkę, sztylet, klepsydrę i tytułowy piasek czasu dzięki któremu można cofać czas. Nie ma co się dziwić, bo przecież gra oferowała historię bardzo szczątkową, raczej bez sensu byłoby ja przenosić do filmu. I myślę, że scenarzyści wyszli z tego obronną ręką. Zamiast opuszczonego zamku, nieskończonych walk, ciągłego skakania i rozwiązywania akrobatyczno-czasowych zagadek dostaliśmy niezłą intrygę, która mimo iż z początku lekko chaotyczna, przypominająca inną disnejowską produkcję (animowanego "Aladyna") to ostatecznie wypadła bardzo dobrze. Nie chcę się w nią specjalnie zagłębiać i spoilerować, tym co jeszcze nie oglądali. Jednym zdaniem: mamy księcia Dastana, który zostaje wrobiony w morderstwo i wraz z Taminą, księżniczką z miasta, które zdobył musi uratować świat i oczyścić swoje imię. Jest zdrada, jest miłość, są pościgi, walki, zasadzki i karkołomny plan pokonania łotra, stojącego za wszystkim. Są oczywiście podróże, częste zmiany lokacji, orientalne miasta i przepiękne widoki. Także jest to bardzo typowe kino przygodowe, ze wszystkim znamiennymi dla tego gatunku elementami.

Co się ostatnio bardzo rzadko zdarza, nie ma w "Księciu Persji" ani jednej rzeczy na którą chciałbym ponarzekać. Wszystko co dodali wyszło produkcji na zdrowie. Komediowe hasła Szejka Amara, zresztą jak sama postać, są śmieszne, i chociaż sam pomysł podatkowego raju z główną atrakcją, którą ma być wyścig strusiów, wydaje się głupi, to autentycznie się z tego śmiałem. Chociaż to pewnie dlatego, że Kamila mi ostatnio powiedziała, że takie jeżdżenie na strusiu to tylko w kreskówkach... a tu proszę, w filmie też się trafia. Element grozy w postaci zakonu asasynów okazał się strzałem w dziesiątkę i godnie zastąpił hordy zmienionych przez piasek, demonicznych gwardzistów, z którymi w grze trzeba było wiecznie krzyżować miecze. To co natomiast żywcem wyciągnęli z gry, czyli akrobatyczne popisy Dastana, wypadają naprawdę dobrze. Parkour po starożytnym mieście, wspinaczki po murach, pełne sprytu i zwinności pojedynki... wszystko to oglądałem z prawdziwym bananem na twarzy. Widać, że przyłożyli się w tym miejscu, by jak najlepiej oddać ducha gry. Nawet postarali się skopiować pewne charakterystyczne ruchy i ujęcia kamery.


Od strony wizualnej film jest bardziej niż przyjemny. Dekoracje, wnętrza, stroje wyglądają pięknie. Bogate, cieszące oczy swoją misternością i egzotyką. Pejzaże trochę mniej, bo przecież głównym motywem jest tam pustynia, ale już taka panorama miasta, czy w nocy, czy w dzień, zapiera dech w piersiach. Bardzo dobrym wyborem okazała się Gemma Arterton na pyskatą, krnąbrną i zaradną księżniczkę Taminę. Też ciężko wzrok oderwać. I nie chodzi tylko o to, że dziewczyna jest ładna i atrakcyjna, ale głównie o to, że czuć w tej postaci pewność siebie i charyzmę. Każdą scenę kradła swoim wdziękiem (co ciekawe, ta aktorka mignęła mi wcześniej w innych produkcjach i niczym specjalnym się nie wyróżniła - no może poza fatalnym strojem w "007 Quantum of Solace "). Trochę słabiej wypada książę Dastan. Jake'owi Gyllenhaalowi trafił się sympatyczny bohater i chyba trochę za poczciwy. Nie jest oczywiście ciapowaty, ale brakowało mi tu trochę pazura... lekkiego draństwa jakie widać chociażby u Jacka Sparrowa. Reszta obsady wypadła bardzo okej. Ben Kingsley odpokutował tutaj nawet w moich oczach, te kilka wpadek, które zaliczył ostatnimi laty. A jeszcze słowo o muzyce. O ile kawałek śpiewany przez Alanis Morrisette nie przypadł mi do gustu - piosenki do filmów od lat mi nie podchodzą - o tyle ścieżka skomponowana przez Harry'ego Gregsona-Williamsa jest bardzo dobra. I w filmie, i poza nim słucha się jej świetnie. Oddaje idealnie klimat, napięcie, akcję - dla mnie bomba. W moim odczuciu Harry skomponował chyba tylko jedną lepszą rzecz - muzykę do "Sindbada: Legendy siedmiu mórz".


"Książę Persji: Piaski Czasu" podobały mi się bardzo i pewnie jeszcze nie raz sobie go obejrzę (tak jak nie raz odpalę jeszcze grę, chociaż znam ją już doskonale). Chyba porównywalnie dobrze bawiłem się na pierwszych "Piratach z Karaibów"... i szczerze mówiąc, nie sądziłem, że jeszcze na czymś będę się bawił równie fajnie. Byłbym w siódmym niebie, gdyby producenci zdecydowali się na kręcenie trylogii. Albo nawet tetralogii! - przecież "Zapomniane piaski" już za chwilę.

niedziela, 2 maja 2010

Światu na ratunek pod znakiem parasola

Gerard Way jest wokalistą nieznanej mi bliżej grupy My Chemical Romance, ale jego nazwisko poznałem przez medium zupełnie niezwiązane z muzyką. Okazuje się że Way jest scenarzystą serii komiksowej "The Umbrella Academy", która od przeszło dwóch lat wychodzi pod szyldem Dark Horse. Mam takie szczęście, że łódzka biblioteka American Corner sprowadza również komiksy. Wśród takich komiksów Moore'a, Eisnera czy Millera wypatrzyłem właśnie ten tytuł. I mimo obaw, że "The Umbrella Academy: Apocalypse Suite" jest tylko odcinaniem kuponów Way'a od swoich muzycznych dokonań, okazało się, że jest to solidna i ciekawa pozycja.

Zaczyna się trochę jak w "Rising Stars" Straczynskiego. Pewnego dnia, o 9:38 rodzi się jednocześnie na całym świecie 43 dzieci. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że kobiety nie wykazywały chwilę wcześniej żadnych oznak, że są w ciąży. Jedzie kobieta metrem, wskazówka z przesuwa się z 37 na 38 po, pstryk i mamy dziecko na podłodze wagonu. Niemowlęta które przeżyły, zostały adoptowane przez Sir Reginalda Hargreevesa (nazywanego również Monoklem), naukowca-wynalazcę, noblistę i złotego medalistę olimpijskiego, który ma jeszcze mały sekret - jest kosmitą. Ta siódemka szczęśliwców, tak jak w "Rising Stars" Straczynskiego, posiada nadprzyrodzone zdolności. Jedno dziecko potrafi urzeczywistnić kłamstwo, inne umie latać, a jeszcze innemu wyrastają macki z brzucha. Tytułowa akademia jest miejscem, gdzie siódemka wraz z Hargreevesem i z superinteligentnym szympansem przygotowuje się do uratowania świata.

Bohaterów poznajemy w latach szkolnych. Wesołe dziesięciolatki ratują Paryż przed zombie-robotem Gustawa Eiffela. Wieża leci w kosmos, a one zajadają lody po zwycięstwie. Później mamy dwudziestoletni przeskok i pogrzeb ich przybranego ojca. I widać, że w ciągu tych dwóch dekad nie najlepiej się działo między przybranym rodzeństwem. Są odmienieni, skłóceni, wrodzy wobec siebie i chyba przede wszystkim niezadowoleni z faktu że się spotkali. Otwierają się stare rany, ale zaistniała sytuacja pozwala im znowu walczyć ramię w ramię z nowym przeciwnikiem.

Way prowadzi tą historię nieliniowo, nie skupiając się specjalnie ani na chwili obecnej, ani też nie zagłębiając się specjalnie w przeszłość. Taka skacząca narracja jest trochę męcząca. Wrzuca nas w sam środek niedokończonej kłótni, akcję przerywają kolejne retrospekcje, a w pojedynczych kadrach czy krótkich dialogach przemyca tyle, by czytelnik mógł sobie wykoncypować co się stało, że się wcześniej między nimi... popsuło. Wychodzi mu to w dużej mierze dobrze, na pewno czyni lekturę "The Umbrella Academy" trochę irytującą. Nie chcę wyjść na kogoś kto narzeka na poziom skomplikowania scenariusza, ale pewnym rzeczą należałoby się lżejsze ujęcie. Mimo iż to komiks superbohaterski, to wydaje się on być, przynajmniej na moment pierwszego trade'a, bardzo świeży. Nie jest to pastisz, nie jest to kalka. Gdzieś tam osobiście czułem echa twórczości Mignoli - takiego wesołego szaleństwa jak w "Zadziwiającej Głowie Do Wkręcania" i zróżnicowanej ekipy z umiejętnościami paranormalnymi, przywodzącej na myśl "B.B.P.O". Ale to całkowicie oryginalna rzecz.


Za stronę graficzną komiksu odpowiada Gabriel Bá. Od pierwszego rzucenia okiem mi się podobało. Nie będę owijał w bawełnę, jego kreska przypomina mi... kreskę Mike'a Mignoli, a jakoś przez lata zacząłem za tym facetem po prostu przepadać. Porównuję już nie pierwszy raz czyjś styl do Mignoli, ale co poradzę, zawsze takie rysunki kojarzą mi się z Ojcem Hellboy'a. Jest jednak coś co odróżnia Gabriela od chociażby Matthew Dow Smitha, którego wspominałem przy okazji komiksu "Supernatural: Origins", ciężko go nazwać naśladowcą Mignoli. Widać u niego subtelność i lekkość, ucieka też przed surowością i ponurymi barwami... jego plansze są bardziej kolorowe, postaci sympatyczniejsze i tym samym komiks jest naprawdę przyjemny w obcowaniu. Bá rysuje naprawdę dobrze i rysunki ciągną ocenę "The Umbrella Academy" w górę. Wydają się najbardziej dopracowanym elementem. Do ostatecznej, dobrej oceny dołożył się okładkami James Jean (ten od "Baśni").


Nie miałem specjalnych oczekiwań kiedy wypożyczałem ten komiks. "The Umbrella Academy: Apocalypse Suite" się milutką historią przygodową z superbohaterami - w stylu odchodzącym od standardów utartych przez Marvel i DC. Mogę się trochę przyczepić do tego, jak ten komiks jest napisany. Wydaje się, że Way'owi brakuje wprawy, ale jest coś przyjemnego w takim sposobie prowadzenia opowieści. Ostatecznie nie mogę tej pozycji nie polecić. I znowu z Mike'iem wyskoczę na sam koniec, ale wydaje mi się, że ta historia przypadnie do gustu miłośnikom Piekielnego Chłopca.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Wyspa tajemnic

Martin Scorsese należy do, z każdym rokiem coraz bardziej malejącej, grupki reżyserów, na których filmach się nigdy nie przejechałem. Może akurat ten który będzie do kitu, jest jeszcze przede mną, ale do tej chwili jeszcze na taki nie natrafiłem. I obojętnie czy były to niedoceniane "Gangi Nowego Jorku", czy oskarowy remake "Infiltracja", czy słabo znany short "Co taka miła dziewczyna jak ty robi w takim miejscu?" - podobał mi się każdy, chociaż przyznaję się, jak do niektórych wracam po latach, to trochę tracą (tym który stracił jest "Kasyno"). Facet ma dar, łeb i łapę do kręcenia filmów - wszystko mi u niego gra. Jego koncepcja pokrywa się z tym, co ja chcę widzieć. W ubiegły piątek miałem przyjemność obejrzeć w kinie jego najnowszą produkcję - "Wyspę tajemnic". I nie przejechałem się.

Na Shutter Island, odizolowaną wyspę ze szpitalem psychiatrycznym dla najgorszych przestępców, przybywa dwóch szeryfów federalnych. Mają przeprowadzić śledztwo w sprawie zniknięcia pacjentki. Kobieta rzekomo zniknęła z zamkniętej celi, wyparowała, przeszła przez ścianę. Śledztwo idzie topornie. Dyrekcja i personel pomagają, ale szeryf Teddy Daniels uważa, że to tylko pozory, że coś skrzętnie ukrywają i przy każdej możliwości daje im w kość. W momencie kiedy natrafiają na mur nie do przebicia, postanawiają wrócić na stały ląd. Z tym że potężna burza krzyżuje im jednak plany, zostawiając ich na wyspie pełnej szaleńców i nieżyczliwych im ludzi jedynie z enigmatyczną notatką o rzekomym 67 pacjencie. I tak dwójka szeryfów federalnych staje w obliczu zagrożenia i tajemnicy, która wybiega daleko poza śledztwo, z którym na wyspę trafili.

Ta część tekstu może zawierać delikatne spoilery. Film zaczyna się jak klasyczny thriller kryminalny i zapowiada grubą intrygę. Byłem zachwycony kierunkiem w którą to wszystko zmierza. Eksperymenty na ludziach, tajne jednostki rządowe, spisek na najwyższym szczeblu władzy i w tym wszystkim osamotniony, miotający się bohater, który nie może nawet ufać swojemu partnerowi. I nagle to wszystko sypie się niczym domek z kart, odsłaniając kłamstwo, w które oczywiście wszyscy grają. Łącznie z Teddym Danielsem, chociaż może raczej należałoby powiedzieć grają w kłamstwo Teddy'ego Danielsa? Z początku mnie to nie zachwyciło. Kolejny film z twistem, który miesza ostro w fabule, odwracając ją do góry nogami. Z tym, że idealnie się to wszystko poukładało w całość, a i można było sobie wcześniej to wykoncypować (mnie udało się zmylić, siedziałem w tym do chwili gdy Teddy strzela do Dr Cawley'a) i nie potrafiłbym niczego złego "Wyspie tajemnic" zarzucić, bo skonstruowali ją świetnie. A jednak, nie byłem zadowolony, do ostatniej sceny, do chwili gdy nie usłyszałem ostatniego zdania, które Daniels wypowiada do Aule'a. Wtedy to się na szczęście zmieniło. Pomyślałem: "Okej Scorsese. Znowu Ci się udało. Twój film podoba mi się od początku do końca." Ostatecznie dostałem niejednoznaczny, smutny i niepokojący obraz, który gnieździł mi się w głowie przez kilka następnych dni.


Filmy Scorsese zawsze doskonale oddają lata, o których opowiadają. I chociaż szpital psychiatryczny na odizolowanej wyspie z połowy lat 50tych z pewnością łatwiej było odwzorować niż Vegas lat 70tych, czy XIX wieczny Nowy Jork, to w żaden sposób nie umniejsza rezultatowi tej pracy. Psychiatryk jest złowrogi, pełen cieni i przywodzi na myśl wszystkie koszmary, które zaczynają się w sterylnej, okratowanej celi, a kończą w przypominającym ścieki labiryncie korytarzy. Kapitalny klimat potęgowały plenery, scenografia, charakteryzacja i efekty CGI. Jak dla mnie Shutter Island było momentami równie przerażające co Silent Hill. Bez kitu. Wyciśnięto koncept do końca. Samych strasznych momentów było kilka, ale dwa podziałały nam nie szczególnie. Pierwszy to sen z umierającą żoną Danielsa. Wizja tak sugestywna, że miałem na niej dreszcze. Druga na której się wzdrygałem to egzekucja strażników w Dachau. Podróż Teddy'ego po bloku C, również nie należał do najprzyjemniejszych. Całości dopełnia muzyka. Idealny wybór kompozytorów i utworów. Po prostu uczta dla ucha i podkręcanie śruby jednocześnie. Bo jakże można się nie bać, gdy z głośników leci Penderecki? Także od strony nastroju grozy, "Wyspa tajemnic" jest jednym z najlepszych filmów, nie będącym horrorem, jaki widziałem w ostatnimi laty.


Na słowa pochwały jak zawsze zasługuje Leonardo DiCaprio. Dla mnie jest najlepszym aktorem swojego pokolenia, i tutaj, jak zwykle zresztą, z miejsca mnie do swojej postaci przekonał. W sumie nie mogę krytycznie wypowiedzieć się o kimkolwiek z obsady. Świetne małe rólki mieli Max von Sydow, Jackie Earle Haley i Ted Levine (chociaż ich role to głównie interakcja z DiCaprio). Równie dobrzy są Ben Kingsley i Mark Ruffalo. Kingsley emanuje w każdej scenie życzliwością i troską mieszającą się z ciekawością - i chyba postać Doktora Cawleya była dla mnie przez cały seans najbardziej intrygująca. Jeżeli chodzi o postaci kobiece to tutaj jakoś bez rewelacji, ani Emily Mortimer, ani Michelle Williams nie stworzyły niezapomnianej kreacji.


"Wyspa tajemnic" jest jak najbardziej warta obejrzenia. Ja sam z pewnością jeszcze sobie go nie raz powtórzę i będę chciał mieć ten film w domowej kolekcji. Ci którzy stawiają klimat nad galopującą akcją (której w sumie też w tym filmie nie brakuje) powinni być usatysfakcjonowani. Ci drudzy, jeżeli przymkną oko na lekkie dłużyzny, też nie powinni narzekać. Jedyne co trochę boli to, że w zalewie filmów z zaskakującymi i przewrotnymi końcówkami, które wypleniły się po "6 zmyśle" ten film nie będzie miał takiego oddziaływania jakby miał dekadę wcześniej. 15 lat temu nazwano by go arcydziełem thrillera psychologicznego.

środa, 14 kwietnia 2010

Spirala

Prawie miesiąc mojego kolejnego braku aktywności. Stosik zaległości książkowych, filmowych i komiksowych, które chciałbym opisać robi się coraz większy, rozpoczętych tekstów przybywa, a czasu, chęci albo jednego i drugiego ciągle brakuje. Trochę to straszne, bo codziennie spędzam przed komputerem jakaś tam część dnia. Jako że jestem w trakcie pisania pracy magisterskiej, to postaram się znaleźć kilkadziesiąt minut na przerwę... dokończenie bądź spisanie tego co już dawno powinno być na flcl.

"Ring" znany jest w Polsce dość dobrze i nie ma co się oszukiwać, zawdzięcza to głównie filmom. Ludzie kojarzą morderczą kasetę, która w ciągu tygodnia powodowała zgon, dzięki amerykańskiemu remake'owi Verbinskiego, który pokazywało TVN i japońskiemu oryginałowi Nakaty, który puszczała telewizja publiczna. A zresztą oba grano w kinach i są dostępne na DVD oraz w sieci p2p. Powieść Kojiego Suzuki, na podstawie której zostały nakręcone, znana już jest trochę słabiej, ale wierzę, że Wydawnictwo Znak nie zaliczyło na niej wpadki. O ile mnie pamięć nie myli, doczekała się ona dodruku i była popularna nie tylko w kręgach miłośników horrorów. Zebrała też bardzo dobre recenzje. Tym bardziej dziwi fakt, że wydawca nie poszedł za ciosem i nie wydał kolejnych części, bo japońskiej powieści grozy u nas tyle co kot napłakał. Od wydania "Ringu" minęło już 6 lat, wystarczająco długo, aby stracić nadzieję. I tak jak w przypadku "Dark Water", przestałem się oglądać i zakupiłem brytyjski egzemplarz "Spiral" - drugiej powieści o historii morderczej kasety.


Mimo, że i Japończycy, i Amerykanie, nakręcili swoje kontynuacje "Ringu" to "Spiral" Suzukiego jest całkowicie "świeżą" rzeczą. Podejmuje historię zaraz po wydarzeniach, które kończyły pierwszą powieść. Ciało Ryuji'ego Takayamy, profesora filozofii, któremu ostatecznie nie udało się uciec przed klątwą Sadako, trafia do kostnicy. Sekcję ma przeprowadzać Mitsuo Ando, jego dawny kolega ze szkoły medycznej, obecnie główny patolog szpitala uniwersyteckiego i przy okazji główny bohater książki. Znajduje on na ciele Ryuji'ego skrawek papieru z ciągiem liczb, które bierze za kod - wiadomość od swojego zmarłego kolegi. Rozszyfrowuje to... i jak można się domyśleć pakuje się w sam środek zemsty Sadako na rodzaju ludzkim.

Ando zaczyna prowadzić własne dochodzeni. Dostaje w ręce raporty Kazuyukiego Asakawy (głównego bohatera "Ringu") i wraz z kolegą lekarzem, odkrywa przerażającą prawdę o tym czym jest ów Ring i co tak naprawdę spotykało ludzi, którzy obejrzeli kasetę. Tytułowa spirala odnosi się do łańcucha DNA, i chociaż Suzuki nadal straszy nas złowrogim połączeniem świata duchów i technologii, to więcej w książce elementów naukowych, znanych chociażby z powieści Michaela Crichtona. Mamy sporo genetyki, wirusologii, medycyny, a także kryptologii. Bohaterowie sporo dywagują i niestety, jak dla mnie, momentami w tym aspekcie Koji przesadził. Za dużo naukowej paplaniny i budowania kolejnych teorii. I to kosztem mniejszej ilości trzymającego w napięciu śledztwa. Nie oznacza to jednak, że książka jest słabym horrorem. Momentów wywołujących dreszcze czy gęsią skórkę jest sporo, a Suzuki buduje w kilku scenach klimat tak gęsty, że autentycznie można się bać. Ale najważniejsze... "Spiral" przewraca znaną nam mitologię (o ile można o takiej mówić) do góry nogami i nie są to rozwiązania, które wszystkim przypadną do gustu. Co więcej, jestem pewien, że większość zacznie uważać to za zniszczenie legendy i nawet zarżnięcie klimatycznej opowieść o wkurzonym i nie dającym się przebłagać duszysku. Przyznam się, że pewne zabiegi i zwroty akcji mnie drażniły, ale wynik końcowy wydaje mi się na tyle ciekawy i satysfakcjonujący, że jestem to w stanie wybaczyć. Aczkolwiek, każdy musi przeczytać i ocenić to samemu.


Koji Suzuki wchodzi w "Spiral" na zupełnie inny poziom przedstawienia historii. Sprzedaje czytelnikowi coś, z czym osobiście się jeszcze nie spotkałem - umieszcza powieść "Ring" w fabule "Spiral" tworząc tym samym dziwny, ale jakże ciekawy pomost między fikcją literacką, a rzeczywistością. "Spirala" mimo, iż napisana później i opowiadająca o wydarzeniach późniejszych, równie dobrze można czytać jako pierwszą (chociaż w takim przypadku popsujemy sobie całkowicie przyjemność z lektury "Ringu"). Od strony językowej nie potrafię Kojiemu niczego zarzucić. Pisze cholernie sugestywnie i obrazowo, świetnie kreśli postaci i ma bogaty język. Nazywanie go japońskim Kingiem może jednak wprowadzić w błąd - jego pisarstwo jest całkowicie różne od Króla Horroru, chociaż równie przyjemne w obcowaniu. Zresztą tych kolejnych Stephenów Kingów, na świecie, jak i w samej Polsce, jest zdecydowanie za dużo.

"Spiral" polecam wszystkim, którym "Ring" przypadł do gustu. Teraz zaczynam polowanie na kolejne powieści Suzukiego. Umieram z ciekawości czym mnie ten facet zaskoczy w "Loop".