poniedziałek, 8 marca 2010

Oscary 2010

Jeszcze kilka lat temu zarywałem noce, by oglądać rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Moja mama wstawała do pracy, a ja, ledwo przytomny kładłem się spać. Później mi przeszło, obejrzałem skrót albo przeczytałem listę nominowanych w Internecie i wystarczyło. Im byłem starszy tym bardziej Oscar zaczął tracić w moich oczach. Im więcej przegranych filmów oglądałem (głównie tych starszych) tym trudniej było mi rozumieć wybory Akademii. Z roku na roku, kolejne jej wybory wydawały mi się coraz bardziej chybione. Przestałem się nawet starać oglądać nominowane filmy. Ale koniec wylewania żali.

Zawsze lubiłem zabawę w prognozowanie wygranych. Jak byłem młodszy rysowałem pisakiem czerwone kółka w programie telewizyjny (dla jasności dodam że na oscarowych zestawieniach), a gdy podrosłem i poznałem ludzi interesujących się filmem, zacząłem o nich z nimi rozmawiać i zawsze kupa zabawy przy tym była. W tym roku jakoś czasu i okazji do rozmów nie miałem. Nawet z najbliższymi. Także postanowiłem jak dziecko z onetu, które udaje że zna się na filmach te moje prognozy umieścić na blogu. Zobaczymy ile się z tego sprawdzi.

Nie będę linkował, bo by się nie wyrobił do końca gali. Przewidywanych wygranych dam na końcu każdej kategorii i pogrubioną czcionką, czasem z jakimś krótkim komentarzem. Lecimy!

Najlepszy film
  • "Bękarty wojny"
  • "Precious: Based on the Novel Push by Sapphire"
  • "Odlot"
  • "Dystrykt 9"
  • "A Serious Man"
  • "The Blind Side"
  • "The Hurt Locker. W pułapce wojny"
  • "W chmurach"
  • "Była sobie dziewczyna"
  • "Avatar" - co tu pisać... game changer w kinie rozrywkowym. Wszyscy teraz na gwałt chcą robić w 3D, nawet Scorsese, który upatruje w tym przyszłości kina. Poza tym zdarzają się te skręty w efekciarstwo i wydaje mi się, że w tym roku będzie taki właśnie skręt. No i film porusza porusza w przystępny sposób ważkie tematy, nie tracąc na rozrywkowości i jest momentami ckliwy, a oni takie lubią. Ale i tak, sercem jestem z "Odlotem".
A swoją drogą co to kurde za pomysł żeby dać 10 filmów? Nie chcieli komuś wyraźnie zrobić przykrości. Te 5 dodatkowych nominacji zmniejszyło im rangę.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy
  • Morgan Freeman
  • Jeremy Renner
  • Colin Firth
  • George Clooney
  • Jeff Bridges - "Szalonego serca" nie widziałem, ale zdobycie Złotego Globu, nagrody od BAFTA i Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych czyni go najbardziej prawdopodobnym zwycięzcą. Poza tym już pracuje sobie na tą nagrodę już jakiś czas.
Najlepszy aktor drugoplanowy
  • Woody Harrelson
  • Stanley Tucci
  • Christopher Plummer
  • Matt Damon
  • Christoph Waltz - nie wiem czy zasługuje na nagrodę bardziej niż inni, bo żadnego filmu z tych, za które byli nominowani nie widziałem. Kibicuję z całego serca Harrelsonowi. Wydaje mi się, że jednak docenią Waltza, bo Landa jest najbardziej zapadającą w pamięć postacią z tego filmu.
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
  • Meryl Streep
  • Sandra Bullock
  • Helen Mirren
  • Carey Mulligan
  • Gabourey Sidibe
Najlepsza aktorka drugoplanowa
  • Maggie Gyllenhaal
  • Penélope Cruz
  • Anna Kendrick
  • Vera Farmiga
  • Mo'Nique - w przypadku pierwszoplanowej, jak i drugoplanowej roli kobiecej wygrają czarnoskóre panie z "Precious". Może nie tyle ze względu na poprawność polityczną, ale dlatego, że są to nowe twarze, a "Precious" wydaje mi filmem, za który w tych kategoriach właśnie nagrodzą.
Najlepszy reżyser
  • Quentin Tarantino
  • Kathryn Bigelow
  • Jason Reitman
  • Lee Daniels
  • James Cameron - chciałbym chyba, że to Reitman zgarnął statuetkę w tej kategorii, bo "W chmurach" cholernie mi się podobało, ale to chyba jeszcze nie jego czas. Cameron chociaż jest dupkiem to wydaje mi się faworytem i dostanie za tego "game changera".
Najlepszy scenariusz oryginalny
  • "Odlot"
  • "Bękarty wojny"
  • "The Hurt Locker. W pułapce wojny"
  • "The Messenger"
  • "A Serious Man" - coś czuję, że po raz kolejny Akademia da upust swoim uczuciom względem Ethana i Joela Coenów. Chyba, że będzie niespodzianka i wygrają Oren Moverman i Alessandro Camo za "The Messengera".
Najlepszy scenariusz adaptowany
  • "In the Loop"
  • "Dystrykt 9"
  • "W chmurach"
  • "Była sobie dziewczyna"
  • "Precious: Based on the Novel Push by Sapphire"
Najlepszy film nieanglojęzyczny
  • "Ajami"
  • "El Secreto de sus ojos"
  • "Gorzkie mleko"
  • "Prorok"
  • "Biała wstążka" - wydaje mi się, że Złota Palma i Złoty Glob czynią z tego filmu pewniaka.
Najlepszy długometrażowy film animowany
  • "Księżniczka i żaba"
  • "Fantastyczny Pan Lis"
  • "Koralina i tajemnicze drzwi"
  • "Sekret księgi z Kells"
  • "Odlot" - Pixar zrobił po raz kolejny kawał świetnego kina i nie wyobrażam sobie, żeby którykolwiek z reszty nominowanych mógł mu zaszkodzić. Chociaż nie będę płakać jeżeli wygra Pan Lis z rodziną i przyjaciółmi.
Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny
  • "Człowiek, który pokonał Pentagon"
  • "Which Way Home"
  • "Food, Inc."
  • "The Cove"
  • "Birma VJ" - słowo Pentagon może być tutaj kluczowe, jednak wydaje mi się, że z racji tematu to właśnie i sytuacji jaka tam panuje wygra Birma.
Najlepsza charakteryzacja
  • "Star Trek"
  • "Boski"
  • "Młoda Wiktoria" - film o angielskiej królowej i nie zgarnąłby nagrody? Nie ma takiej możliwości (a przynajmniej tak mi się wydaje).
Najlepsza muzyka oryginalna
  • "Avatar"
  • "Sherlock Holmes"
  • "Odlot"
  • "The Hurt Locker. W pułapce wojny"
  • "Fantastyczny Pan Lis" - mimo mojego całego uwielbienia dla Hornera, to jednak jego ścieżka do "Avatara" nie była niczym specjalnym. Z tej piątki najbardziej przypadło mi do gustu to co zrobił Alexandre Desplat. Idealna harmonia muzyki z filmem (chociaż pewnie i tak zgarnie Horner).
Najlepsza piosenka
  • "Paryż 36"
  • "Szalone serce"
  • "Księżniczka i żaba" x2
  • "Nine - Dziewięć" - nie znam się na piosenkach, ale skoro to z musicalu, to właśnie wg mnie ma największe szanse.
Najlepsza scenografia
  • "Avatar"
  • "Młoda Wiktoria"
  • "Nine - Dziewięć"
  • "Parnassus"
  • "Sherlock Holmes" - raz, że dostał nagrodę od Amerykańskiej Gildii Scenografów, a dwa - rzeczywiście było świetnie.
Najlepsze efekty specjalne
  • "Star Trek"
  • "Dystrykt 9"
  • "Avatar" - tutaj CGI i 3D deklasuje z miejsca obu przeciwników, mimo iż efekty komputerowe były w obu bardzo dobre.
Najlepsze kostiumy
  • "Jaśniejsza od gwiazd"
  • "Parnassus"
  • "Nine - Dziewięć"
  • "Coco Chanel"
  • "Młoda Wiktoria" - tak na czuja.
Najlepsze zdjęcia
  • "Bękarty wojny"
  • "Biała wstążka"
  • "The Hurt Locker. W pułapce wojny"
  • "Harry Potter i Książę Półkrwi"
  • "Avatar"
Najlepszy dźwięk
  • "The Hurt Locker. W pułapce wojny"
  • "Bękarty wojny"
  • "Star Trek"
  • "Transformers: Zemsta upadłych"
  • "Avatar"
Najlepszy krótkometrażowy film aktorski
  • "Zamiast Abrakadabra"
  • "Kavi"
  • "The Door"
  • "The New Tenants"
  • "Miracle Fish" - nie wiem nic na temat żadnej z tych krótkometrażówek, także tutaj strzelam
Najlepszy krótkometrażowy film animowany
  • "Wallace i Gromit: Kwestia tycia i śmierci"
  • "Granny O'Grimm's Sleeping Beauty"
  • "La Dama y la muerte"
  • "French Roast"
  • "Logorama" - i tak wiemy, że wygra Nick Park, ale "Logorama" ze swoim ciekawym pomysłem, aż się prosi o to wyróżnienie.
Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny
  • "The Last Campaign of Governor Booth Gardner"
  • "The Last Truck: Closing of a GM Plant"
  • "Music by Prudence"
  • "Królik po berlińsku" - widziałem i uważam że jest świetny. Poza tym byłoby miło, gdyby jakiś polski akcent wśród nagrodzonych był.
Najlepszy montaż
  • "Bękarty wojny"
  • "The Hurt Locker. W pułapce wojny"
  • "Precious: Based on the Novel Push by Sapphire"
  • "Dystrykt 9"
  • "Avatar"
Najlepszy montaż dźwięku
  • "Bękarty wojny"
  • "The Hurt Locker. W pułapce wojny"
  • "Odlot"
  • "Star Trek"
  • "Avatar" - myślę, że w kategoriach technicznych, na których się nie znam będzie świecił triumfy Cameron i jego "Avatar".
Ufff... koniec. To rano zobaczymy ile w tych moich przewidywaniach było błędnej logiki, kiepskiego strzelania i małej wiedzy o gustach Akademii.

środa, 3 marca 2010

Gunhed, kolejny zapomniany klasyk cyberpunku

Powracam tym wpisem do produkcji z kultowej wytwórni Toho. Wreszcie! Od czasu ostatniego wpisu o Godzilli nie napisałem ani słowa o ich filmach. Nie żebym nie oglądał. Po prostu zostałem przekonany, że mało kogo obchodzą kolejne przygody Big G. i wszystkie inne kaijūny. Ale tym razem mam coś innego. Dzięki konkursowi na scenariusz do kontynuacji "Godzilli" z 1984 roku pojawił się pomysł by przeciwnikiem Króla Potworów był potężny super komputer. Zwyciężyła jednak Bioroślina, a skrypt Jamesa Bannona został na trochę odłożony na półkę. Musiał się spodobać, bo Masato Harada dość ostro wziął się do przerabiania scenariusza i po kilku miesiącach wziął się za kręcenie niesławnego "Gunheda" - cyberpunkowego sci-fi z wielkim mechem w roli głównej!

Niestety nie przyłożył się do tych przeróbek. Fabularnie ten film jest cienki niczym sik komara. A szkoda, bo historia, mimo iż jest mocno niejasna i momentami absolutnie głupia, ma interesujące podwaliny i wydaje się z początku że drzemie w niej jakiś potencjał.

W 2038 roku super komputer Kryon5 wypowiada ludzkości wojnę uznając ją za przestarzałą. By go powstrzymać na wyspę, gdzie został zbudowany, zostaje wysłana elitarna jednostka Gunhedów (od: Gun UNit Heavy Elimination Device) - gigantycznych robotów bojowych, ale zostaje ona całkowicie zniszczona przez system ochrony Kryona. Mamy 30letni przeskok. Grupa złodziei, nazywająca siebie poszukiwaczami skarbów (którymi w roku 2068 są procesory i części komputerowe) ląduje na wyspie Kryona5. Zostają w kilka minut wybici do nogi (dosłownie) - przeżywa jedynie mechanik Brooklyn i spotkana na miejscu Sierżant Nim (rangerka z Teksasu, której akurat zdarzyło się przybyć z jakąś tajemniczą misją). Muszą uciekać przed morderczym Biodroidem, któremu po drodze coś ukradli, a który wcześniej w jakiś dziwny sposób zasymilował koleżankę mechanika. W końcu spotykają dwójkę dzieci: 7 i 11 (z tym że nie jestem do końca pewny, czy to były dzieci czy może jakieś dziwne androidy, bo 11 pod koniec filmu zaczyna się świecić z ust). Muszą powstrzymać odliczanie, które obudzi i w konsekwencji uzbroi Kryon5, ale czemu przez 30 lat był on wyłączony nie wyłapałem. W czasie przeprawy przez kolejne poziomy Brooklyn znajduje cmentarzysko Gunhedów i uruchamia jednego, który oczywiście swoimi tłumaczeniami komplikuje wszystko jeszcze bardziej.


Scenariusz ma niezliczoną ilość dziur, ale tym samym pozostawia widzowi niesamowite możliwości do interpretacji tego co się właśnie obejrzało... albo raczej czego się nie zobaczyło. A wszystko przez fatalny montaż, który popełnił Yoshitami Kuroiwa. Facet zarżnął ten film na stole montażowym, bez kitu. Niektóre sceny są tak idiotycznie pocięte, że nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego do czego strzelają i przed czym uciekają bohaterowie. Nawet na japońskie standardy nie jestem w stanie pojąć jak taki paszkwil przeszedł proces postprodukcji i został zaakceptowany do puszczenia widowni.

Postaci i gra aktorska też nie są najmocniejszą stroną filmu. Skupię się na Nim i Brooklynie, pomijając wzięte nie wiadomo skąd dzieciaki. Zabawna sprawa. Ona mówi po angielsku, on po japońsku i w czymś co od biedy można uznać za engrish, a rozumieją się doskonale i prowadzą przez cały film w ten sposób konwersacje. Brenda Bakke, którą obsadzono w roli Pani Sierżant nawet nie próbuje udawać, że się stara. Gra fatalnie, rusza się fatalnie i nawet tak strzela. Brooklyna gra Masahiro Takashima, który później zagrał w dwóch częściach Godzilli ciapowatego pilota. Tutaj zresztą również jego postać też jest momentami aż nazbyt komiczna. W oddziale służy za podającego ognia, zamiast papierosów nosi przy sobie marchewki, które je w najdziwniejszych momentach i czasem używa do wciskania guzików, a siadając za sterami jakiegokolwiek pojazdu dostaje choroby lokomocyjnej. I akurat jemu, człowiekowi z tytułem "Największej gapy 2068 roku" trafia się pilotowanie jednego z najbardziej kozackich pojazdów jakie widziało kino. Najlepiej wypada majestatyczny Gunhed, który swoimi enigmatycznymi wypowiedziami (bo oczywiście mówi, prawie tak fajnie jak KITT) nie narobił sobie zbyt wielkiego obciachu. Poza tym ma plusa za sam fakt, że może jeździć i walczyć na whisky, którego dziwnym trafem całe pokłady składowane są na wyspie (tak, ten mech jeździł przez pół filmu na ponad 30letnim, składowanym w drewnianych beczkach whiskaczu).

Jeszcze słowo na temat muzyki, którą muszę niestety zaliczyć do minusów. Toshiyuki Honda skomponował dość fajną ścieżkę dźwiękową, którą również zarżnięto wykorzystując na potęgę jedynie główny motyw. Te kilka miejsc, w których słychać inne melodie, wypada dobrze i oddaje klimat scen, ale jest ich tyle co kot napłakał. Niemniej jednak słychać wyraźnie, że mogło być i pod tym względem lepiej. Mam wrażenie, że w gunhed-teamie zabrakło jakiegoś trzeźwo myślącego osobnika, który pokierowałby tą produkcją jak należy.

Czytacie te moje wywody i zastanawiacie się po co opisuję takie gówno? Nie przeczę, to bardzo kiepski film, ale tym samym jest cudowną perełką kina klasy B i miłośnicy tego typu produkcji będą go oglądać z fascynacją i uśmiechem na ustach. A co najważniejsze... Efekty specjalne, scenografia, miniaturki, a przede wszystkim gigantyczne modele, które powstały specjalnie na potrzeby tej produkcji są IMPONUJĄCE. Nawet teraz. Stworzono dwa, praktycznie pełnowymiarowe pojazdy: Gunheda i sterowanego przez system obrony Aerobota (kształtem przypominał trochę skorpiona) i walka między tymi hydraulicznie sterowanymi gigantami robi wrażenie. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie jaką ilość pracy pochłonęły te wszystkie olbrzymie plany zdjęciowe, skoro miniaturowe miasto demolowane przez Godzillę było budowane w halach Toho tygodniami. Sceny akcji z mechem w roli głównej zostały świetnie sfilmowane. Pirotechnika również pierwsza klasa, pełno w filmie spektakularnych wybuchów. O dziwo ani jedno, ani drugie nie zostało skrzywdzone podczas montażu. Względnie dużo taśmy poświęcono samemu doprowadzaniu wielkiego robota do stanu używalności i podróży przez labirynt korytarzy kompleksów wyspy, chociaż pokonywanie kolejnych kondygnacji można było spokojnie ograniczyć, a w zamian za to rozbudować niektóre wątki. Widać, że Gunhed miał być gwiazdą i również jemu zarezerwowano najlepsze momenty. Szkoda tylko, że ten popis rzemieślników, speców od scenografii, efektów specjalnych i komputerowych Harada tak kiepsko wykorzystał.

Przy premierze "Gunheda" pojawiła się oczywiście cała masa okołofilmowych gadżetów. Był model tytułowego robota, którego niepomalowaną wersję możecie oglądać wyżej możecie (i którego właścicielom strasznie zazdroszczę), komiksy, albumy z concept artami i zdjęciami z planu, a także i gra na PC, którą w USA przechrzczono na "Blazing Lazers". Jest oczywiście i soundtrack, więc można się przekonać ile z kompozycji Hondy trafiło ostatecznie do filmu. Jak podaje Wikipedia w powieści "Światło wirtualne" Williama Gibsona jest jednostka bojowa nazwana Gunhed, a fanem filmu jest nie kto inny, jak sam James Cameron.

"Gunhed", mimo swoich olbrzymich wad, zaprzepaszczonego potencjału i nakładu pracy, który został zmarnowany, jest jak najbardziej warty obejrzenia. Czysty camp lat 80tych z przesadzonymi postaciami, kiepskimi one linerami i niewyszukanym humorem. Poza tym to uczta dla miłośników klimatów cyberpunkowych, które tutaj biją zewsząd. Jest nawet "duch w pancerzu" (wspomniana przeze mnie towarzyszka Brooklyna, która trafiła do wirtualnej rzeczywistości wnętrza Biodroida)! Jeżeli istnieje jeszcze surowy materiał to wypuszczenie odrestaurowanej i przemontowanej wersji filmu byłoby cudownym rozwiązaniem, ale dobrze wiem, że "takich rzeczy na świcie to ni ma".

Zamiast trailera wrzucam teledysk do kawałka "Mindphaser" grupy Front Line Assembly. Wykorzystują w nim spore fragmenty filmu.

wtorek, 2 marca 2010

Wszystko, co kocham

Od lat nie chodzę do kina na polskie filmy. Ostatnim na jaki się wybrałem była "Operacja Samum" Pasikowskiego i było to przed prawie 11 laty. Nie jest to spowodowane ani jakimś urazem, ani niechęcią do polskiej kinematografii. Pod koniec podstawówki na dużym ekranie oglądałem praktycznie każdą polską produkcję. Cały czas oglądam je na DVD i w telewizji, wypożyczałem je również przez lata w wypożyczalni. Wygląda na to, że po prostu, jakoś mi się nie składało i przy kasie zawsze wybierałem coś zagranicznego. Najważniejsze jednak, udało mi się to w końcu zmienić! Przed trzema tygodniami (znowu mega opóźnienie, ale teraz mogę zwalić je na karb sesji) zawędrowałem z Kamilą do pabianickiego kina Tomi i mieliśmy olbrzymią przyjemność obejrzeć "Wszystko, co kocham".

Najnowszy film Jacka Borcucha to historia czwórki licealistów, którym przyszło żyć i grać punka w komunistycznej Polsce, na początku lat 80tych. Papierosy, piwo, granie muzy, pierwsza miłość i seks, a daleko w tle stan wojenny i małe, ludzkie dramaty. Nie zrozumcie mnie źle. Jest Jaruzelski, żołnierze na ulicach i konwój wojskowy, ale nie poświęcono im zbyt wiele czasu. Nie jest to film historyczny, a przynajmniej dla mnie nie był. Odebrałem go raczej jako opowieść o młodości, o pewnym stanie ducha, uczuciach towarzyszących chłopakom (szczególnie Jankowi, głównemu bohaterowi) u progu dorosłości, niż fabularyzowaną relację z tych wydarzeń. Poza tym reżyserowi (i scenarzyście w jednej osobie) udało się uciec od pewnego tendencyjnego podejścia do tematu wydarzeń z grudnia 1981 roku. Mam wrażenie, że współcześnie zapomina się, że to były tragedie "po obu stronach barykady". Żołnierze, którzy stoją na punkcie kontrolnym są gołowąsami, niewiele starszymi od bohaterów. Wszystkim towarzyszy taka sama niepewność i strach. W pierwszym momencie, gdy dowiedziałem się, że ojciec głównego bohatera jest w partii i do tego jest wojskowym myślałem, że Chyra (bo on grał tą postać) będzie niezłym skurwielem przeciwko któremu syn będzie się buntował. Borcuch poszedł w inną stronę. Pokazał pistolet, który ostatecznie nie wystrzelił. Ojciec ma legitymacje partyjną, ale mieszka pod jednym dachem z kochającą go żoną, która wstępuje do Solidarności i nie jest zatwardziałym komuchem i partyjną szują. Dobrze obrazują to sceny z rodzinnego domu, gdy umiera mu matka. Pomaga synom, którzy grają "wywrotową" muzykę pozwalając im przeprowadzać próby w jednostce i wstawia się za nimi, by mogli zagrać na balu na zakończenie roku szkolnego.


Co mi się bardzo podobało to brak martyrologi, pozytywistycznej myśli i wałkowania ogranych kawałków. Brak tutaj nauczycieli pomagającym biednej i uciskanej młodzieży wyjść na ludzi (co było chociażby obecne w takim, skądinąd bardzo fajnym "Rezerwacie"). Nie ma również takiego przesadnego demonizowania tamtego okresu. Są kartki, ale nie pokazano pustych sklepowych półek. Jest co robić, nawet w takiej małej miejscowości jak Hel. Gonzo u siebie idealnie to ubrał w słowa: "Nie jest to historia o szarym PRLu, ani tym bardziej czarno-białym. Tu są kolory. I optymizm, choć nie wszystko kończy się dobrze. Tak jak w życiu." Napisałem na początku, że "Wszystko, co kocham" jest o uczuciach i młodości. Chłopaki może i się buntują, ale co przede wszystkim z nich bije, to ta młodzieńcza beztroska. Chodzą na piwo i tanie wino, popalają kiepskie fajki i cieszą się małymi rzeczami: kąpielą w morzu, hokejem za garażami czy jeżdżeniem motorynką. Wszystko to wygląda naprawdę bardzo naturalnie i prawdziwie. Kolejną rzeczą, którą osobiście bardzo się podobała jest pominięcie wątków kościelnych oraz ten ich... przypadkowy (powiedzmy) patriotyzm. Wszystko wynikło ze zwyczajnej chęci grania i utarcia nosa komisarzowi. Konsekwencji tego koncertu, czy to rozmawiając w szkolnym kiblu, czy już słysząc skandujących kolegów, z pewnością żaden z nich nie przewidział.

Właśnie tym ten film ostatecznie mnie kupił. Taką totalnie naturalną koleją rzeczy. Pokazaniem, że tak naprawdę te duże rzeczy, mają często początek w impulsie albo nawet przypadku. "Wszystko, co kocham" pod względem sposobu opowiadania historii, naturalnej gry aktorów i emocji jakie towarzyszyły mi podczas seansu, w ogóle nie przypominał mi kina polskiego, z jakim do tej pory miałem styczność.


Wychwalić muszę pod niebiosa młodych aktorów (chociaż i ci starsi zagrali bez zarzutów). Takiego luzu, takiej gamy uczuć i takiego czucia roli nie widziałem dawno. Zagrali brawurowo i cholernie wiarygodnie. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie również niesamowicie naturalna scena miłosna między Mateuszem Kościukiewiczem a Olgą Frycz. Dawno nie oglądałem tak odważnego seksu w filmie (ale można to zrzucić na karb tego jakie kino preferuję i na 10 filmów, które oglądam tylko 1 jest europejski o najprawdopodobniej jest to horror). Kapitalna jest również muzyka, cholernie podobały mi się zdjęcia. Osoba odpowiedzialna za scenografię i przeniesienie Helu o te 28 lat wstecz, zasługuje również na oklaski. Od strony technicznej muszę się jednak przypieprzyć do jednej rzeczy - dźwięku. Mam wrażenie, że polskich filmach obowiązują zupełnie inne standardy niż na Zachodzie, bo zbyt często się zdarza, że nie rozumiem kwestii i normalne jest, że coś mi umyka. Tutaj oczywiście nie było inaczej i kilkanaście razy miałem trudności z dosłyszeniem dialogów, szczególnie tych, które działy się w mieszkaniu Janka.

Szczerze polecam z całego serca. To bezpretensjonalne, dobrze zagrane i inteligentne kino.

piątek, 12 lutego 2010

Lavatory - Lovestory

Zbliża się 14. luty - Walentynki. Z racji tego dzisiaj coś w takich romantycznych klimatach. Rosyjska "Lavatory - Lovestory" to dość specyficzna opowieść o tym, że miłość można znaleźć wszędzie, dosłownie, bo nawet w miejskim szalecie. Ta niespełna 10 minutowa krótkometrażówka była w zeszłym roku nominowana do Oscara. Nie spodziewajcie się ochów i achów, gdyż animacja została wykonana bardzo oszczędną, rysowaną techniką. Nie jest to żadna rewelacja, tym, dla których strona wizualna jest ważna, pewnie będzie wydawać bardzo uboga, ale mnie się podoba. Prosto i czytelnie (kojarzy mi się trochę z tą serialową nauką angielskiego - "Muzzy") . Z "Lavatory Lovestory" bije optymizmem i szczerością. No i jest zabawna. Jeżeli macie 10 wolnych minut to poświęćcie je i pośmiejcie się z babci klozetowej robiącej jazdę figurową na szczocie.

wtorek, 9 lutego 2010

Jedenaście ulubionych gier dla dwóch graczy

Ostatnio przypomniało mi się coś czego od dawna nie miałem przyjemności doświadczyć, a za czym mi się tam gdzieś w głębi duszy tęskni. I mogę sobie wmawiać, że coraz mniej ciągnie mnie do nowych gier, kupno konsoli, mimo iż jeszcze dwa lata temu prawie pewne, jest raczej nieprawdopodobne, ale i tak tęsknie do idei wspólnego grania. Ramię w ramię przechodzenia co-opa lub wyciskania siódmych potów podczas katowania wszelkiego rodzaju versusów. I nie chodzi mi tutaj o multiplayer po sieci, ale siedzenie obok siebie z padami w łapach i szturchaniu siebie łokciami. Wspólne granie stanowi część mojej młodości i mimo tego, że kojarzy mi się z męczeniem oczu do łez, wybroczynami i pęcherzami na kciukach od pada czy nawet biciem się o podglądanie przy trybie gorące krzesła, to wspominam to zawsze dobrze. Mam nadzieję, że ta lista obudzi w Was uczucie nostalgii, tak jak we mnie obudziło jej komponowanie.


11.) "The Punisher" (platforma: automaty, emulator na PC). Listę otwiera pożeracz monet, który w latach '94-'96 pochłonął sporą część mojego kieszonkowego. To cudeńko od Capcomu po raz pierwszy zobaczony na wakacjach w Dźwirzynie, gdzie grałem w salonie, głównie z przypadkowymi ludźmi (wtedy żeton kosztował tam 20 groszy), a później w pabianickim samie "Edbol", do którego przychodziłem już z kolegami z osiedla. Był to klasyczny, chodzony beat'm'up, których w połowie lat 90tych pojawiło się sporo. Szło się w prawo (lub czasami dla odmiany w lewo) i nawalało ze wszystkiego we wszystko. Na końcu poziomu było zawsze wyzwanie w postaci bossa. I nic nie sprawiało 10latkowi więcej frajdy niż zabicie Scullego na końcu pierwszego levelu (wykończenie robota na końcu drugiego to w ogóle ekstaza). Wyścigi do karabinu, granatu, podbieranie broni czy wyjadanie posiłków często kończyło się tym, że ktoś się na kogoś obraził i nie chciał dorzucać monet (czasami była kłótnia jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywki o to kto gra Frankiem, a kto Nickiem. W rezultacie grało się samemu, a przejście tej gry w pojedynkę, było ze względu na brak skilla i funduszy praktycznie niemożliwe). "The Punisher" udało mi się skończyć dopiero kilka lat temu, z Grindem, podczas jednej z bibek, na której postanowiliśmy uruchomić emulator automatów. Frajdy było co niemiara, a zobaczenie po latach ostatnich poziomów (do których dochodzili tylko salonowi wymiatacze) i pokonanie Kingpina było nie lada przeżyciem. Poza tym to po prostu świetna adaptacja komiksu - klimatyczna, ze sporą ilością znanych postaci i kapitalnymi przeciwnikami. Moje ulubienice to oczywiście skąpo ubrane kobiety ninja.


10.) "Mario Bros." (platforma: NES zwany również Pegasusem). Kolejny klasyk, który zna prawie każdy (przynajmniej każdy kto miał styczność z tą konsolą). Myślę, że nie zdobył sobie on popularności równie dużej co "zwykłe Mario" (Super Mario Bros.), ale mnie osobiście dostarczał zawsze olbrzymiej frajdy i zapewnił dziesiątki godzin wspaniałej rozgrywki. I chyba, z racji nie posiadania Pegasusa (na komunię dostałem Amigę), będąc "w gościach" lub u kolegów z klasy grałem w to gorsze Mario. Rozgrywka polegała na wykańczaniu kolejnych grzybów, żółwi (czasem latających, czasem kolczastych) poprzez uderzanie w podłogę bądź klasycznym deptaniu. Można było współpracować, można było sobie przeszkadzać. Gra z kimś niewprawionym była pełną frustracji drogą przez mękę, ale jak się dobrze dobrało to można było zebrać ładną ilość punktów i później zapisać je z uśmiechem w specjalnym zeszycie.


9.) "Twisted Metal 2" i "Vigilante 8" (platforma: PSX). Tutaj pozwoliłem sobie na małe oszustwo, co mam nadzieję, że będzie mi wybaczone. Obie produkcje są z gatunku vehicular combat, w obie przegrałem olbrzymią ilość czasu i obie lubię jednakowo - także nie potrafiłbym umieścić tutaj tylko jednej. Poza tym są one do siebie podobne i można powiedzieć, że przez lata zlały mi się w jedno. Cała zabawa polegała na tym, że wybierało się pojazd (zazwyczaj różniły się oprócz wygląd także osiągami, i zawsze stawiało się na siłę, a nie na szybkość), kilku przeciwników-przeszkadzaczy, arenę i młóciło do momentu kiedy skończył się czas lub osiągnęło jakąś tam ilość fragów. Właśnie w "TM2" i "V8" rozegrałem pierwsze deathmatche w życiu. Split-screen zawsze był dużym ułatwieniem dla przeciwnika, dlatego gra uczyła kombinowania, planowania i korzystania z możliwości niszczenia otoczenia. Jeżeli można było przechodzić w co-opie to raczej na pewno nigdy z tego nie skorzystaliśmy. W "Twisted Metal 2" grałem u Grinda, na "Vigilante 8" do salonu gier.

8.) "Tekken 3" (platforma: PSX, PSOne). Tytuł, którego nie trzeba specjalnie przedstawiać. Kto pod koniec lat 90tych uważał się za gracza musiał chociaż raz skopać komuś tyłek w Tekkena. To niekwestionowany Król Bijatyk tamtego okresu, łoiliśmy sobie w nim skórę jeszcze w połowie liceum (kiedy to weszła już na rynek PS2 z "TTT"). Prostota i przystępność, oraz dość dobre wyważenie postaci sprawiało, że bardzo dużo moich znajomych chętnie łapało za drugiego pada. I radzili sobie nawet pecetowcy, którzy za konsolami nie przepadali. Co sprawiało mi najwięcej satysfakcji, to nawalanie się w zwykłym versusie. Opracowaliśmy taki specjalny tryb "na 23" (o ile dobrze policzyłem to tyle było zawodników), gdzie rozpoczynało się dowolnie wybraną przez siebie postacią, a po przegraniu pojedynku (zazwyczaj trwał 3 rundy) trzeba było zmienić ją na kolejną. Przegrywał ten, któremu skończyli się fighterzy. Akurat w tej grze ich różnorodność pozwalała na znalezienie sposobu nawet na takiego wkurzającego Gona czy Bosconovitcha paralitę, ale wymagało to również dobrego rozplanowania (tak żeby na koniec nie zostać z drewniakiem albo jakąś cienką lasią). Byłem przekonany, że swoją złotą piątką (Bryan, Lei, Jin, Law i King) jestem w stanie pokonać każdego i zawsze znalazł się ktoś kto uczył mnie pokory. "Tekken 3" to idealna gra na szybki, półgodzinny wypad do salonu, jak i na całonocne siedzenie na kanapie i szukanie sposobów na rozkraczonego Eddiego lub jakiś straszny chain Paula.


7.) "Contra" (platforma: Pegasus). Skoro wspomniałem, że grałem na pierwszej konsoli Nintendo, to można się było tego killera od Konami tutaj spodziewać. Jako, że ta gra jest do tej pory uważana za ultra trudną, także przejście jej na standardowych 4 życiach było niewykonalne (doszedłem najdalej do bossa 5 levelu). Na szczęście na cartridge'u "168 in 1" dołączano zmodyfikowaną wersję, gdzie można było ustawić ilość żyć nawet na 99. Także ostatniego "gigerowskiego" bossa widziałem i zabiłem dziesiątki razy. Co w "Contrze" było takiego wspaniałego? Już odpowiadam... wszystko! Począwszy od grafiki, która wydawała mi się jak na tamte czasy najlepsza na domowej konsoli, kapitalnego designu przeciwników i plansz (wspomniane potwory przypominające Xenomorfy zaprojektowane przez Gigera), kapitalnej muzyki, którą do tej pory sobie nucę po fenomenalną grywalność. Ta gra stworzona była specjalnie dla dwóch graczy i zabieranie się za nią w pojedynkę było głupotą. Tutaj trzeba było kogoś kto będzie osłaniał plecy, gdy będzie się wskakiwać po power upa lub zdejmie działko które uniemożliwia przejście. Po wielu godzinach wspólnego strzelania nie trzeba było nawet mówić co kto ma robić, wszystkie skoki i padnięcia były wyuczone na pamięć. W liceum (tak odpalałem Pegasusa w tym samym czasie co bawiłem się PS2 u Grinda - hehe) przeszliśmy ze Smutnym grę na chyba 25 życiach (czyli tak jakby na słynnym Konami Code, którego wtedy nie znaliśmy).

6.) "SoulCalibur" (platforma: DreamCast). Chyba jedyny przedstawiciel makaronu Segi (swoją drogą kapitalnej konsoli) na tej liście. Jak dla mnie to najlepsza, klasyczna bijatyka 3D (taka z paskiem życia) w jaką grałem. Świetna grafika i muzyka, a przede wszystkim bardzo urozmaicone postaci posługujące się kapitalnymi stylami walki białą bronią. Do tego dziecinnie prosta, tak że nawet moja mama mogła złapać za pada i zagrać. Mój pokój odwiedzały pielgrzymki kumpli, z którymi robiłem turnieje i grupowo traciliśmy poczucie czasu. To także pierwsza gra, przez którą nabawiłem się pęcherzy na rękach, próbując pokonać ciecia stosującego przez pół dnia jeden perfidny cios Kilikiem (a było to już lata po erze nałogowego siekania deathmatchy na PSX - chyba najbardziej intensywnego okresu pod względem elektronicznej rozrywki w moim życiu). DreamCast gościł u mnie w domu dwukrotnie, łącznie kilka miesięcy, ale wydaje mi się, że ilość stoczonych pojedynków przebiła "Tekkena 3". Były jedne wakacje, gdzie krzyżowaliśmy miecze jakiś tydzień non stop. Pamiętam, że gdy po 12 godzinnych sesjach wychodziłem na dwór z psem czułem się jak zombie. A nocami śniła mi się Ivy i okrzyki Siegfrieda.

5.) "Heroes of Might and Magic III" (platforma: PC). Tytuł który jednoczył całe pokolenia posiadaczy blaszaków i wywoływał zazdrość lub całkowite niezrozumienie ze strony konsolowców (mieli w bibliotece tytuły zdecydowanie bardziej zaawansowane, a część i tak chciała grać w HoMMa). Nie potrafię wytłumaczyć w żaden sposób fenomenu tej gry. Przez wiele lat Herosi (wraz ze wszystkimi dodatkami) umilali mnie i moim kumplom (głównie Tormentowi, trochę też Grindowi, ale koleżanki również namiętnie klikały) powszednie wieczory jak i weekendowe, alkoholowe imprezy w mniejszym gronie, na których gra była zaraz po winie atrakcją numer jeden. Diabelnie sprytny system gorących krzeseł pozwalał na przeprowadzanie niesamowitych potyczek - chyba żadna turówka nie wyzwalała tylu emocji, nie budziła takiej złości i nie prowadziła do takich awantur, szczególnie z tymi co śmieli podejrzeć czyjąś turę (bo zasada była taka, że nie pokazujemy i nie patrzymy na swoje ruchy, a oszukiwało się często). Na wszystkich dostępnych planszach rozegraliśmy dziesiątki "meczy". Później zaczęliśmy projektowanie własnych, bardzo "specjalnych" map i zabawie nie było końca. I w sumie pewnie bawilibyśmy się dalej, gdyby nie fakt, że liceum się kończyło i drogi się nam porozchodziły. W każdym razie te wesołe przepychanki, szarpanie fotela i wieczne poganianie zapamiętam na długo. Kolejne części były zwyczajnie do dupy pod tym względem i nie miały żadnych szans z trójeczką.

4.) "WWE SmackDown! Shut Your Mouth" (platforma: PS2). Grind zawsze był miłośnikiem wrestlingu i zawsze miał "SmackDowna" (dwie wersje na szaraka, dwie na czarnulę i teraz na XO też ma). I nie było osoby (ale zaznaczę, że wszystkie osoby były płci męskiej), która nie lubiłaby okładać się na wirtualnym ringu. Potęgą tej gry była możliwość budowania i modyfikowania własnych postaci. Najróżniejszych i najdziwniejszych. Możliwości były ogromne, a katalog ciągle rósł. Wyglądało to tak, że ktoś w singlu odblokował jakieś dodatkowe ciosy, stroje bądź skórki, a zaraz inni wykorzystywali to w konstruktorze. Piszę "inni", bo tych miłośników WWE była cała masa. Zdarzało się, że na swoją kolej przy padzie czekało nawet 5 osób. W takiej grupce zawsze było wesoło (rodzicom Grinda już nie do końca). Liczba stworzonych przez nas postaci i teamów oscylowała chyba przy ilości tych prawdziwych, licencjonowanych zawodników. Możliwości i różnorodność rozgrywki powodowała natomiast, że "SmackDown!" nigdy się nie nudził. Jeżeli miało się dość zwykłych walk, można było zdecydować się na klatkę albo na drabinę i zdejmowanie zawieszonego nad ringiem pasa mistrzowskiego. Jeżeli nudził się ring, brało się tryb hardcore i wybiegało okładać na zapleczu, w garażach czy nawet na ulicy. Setki godzin nad grą były dla słabeuszy psychicznych ciągłą frustracją, dla innych pasmem triumfów! Te nasze wirtualne walki owocowały czasem w niesamowite historie w realu i zawsze była kupa śmiechu. I do historii przeszły dwa hasła (przynajmniej dla mnie): "Puść mu fatala!" i "Ty cieciu, zostaw mnie!".

3.) "Time Splitters 2" (platforma: PS2). To chyba taki czarny koń tej listy. Raczej mało popularny i słabo znany tytuł, chociaż oceniany był wszędzie bardzo wysoko i zaliczył nawet występ w moim ulubionym "Wysypie żywych trupów". To bardzo dynamiczny FPS z komiksową grafiką, który, mimo iż był świetny do samotnej rozgrywki, to tak naprawdę pokazywał swoją klasę, gdy druga osoba dołączała do gry. Multiplayer zapewniał kilkanaście różnych rodzajów zabawy. Od wspólnego przechodzenia kampanii, poprzez klasyczny i drużynowy deathmatch, capture the flag, na likwidowaniu jak największej ilości płonących zombie skończywszy. Co najważniejsze, można było dorzucić do rozgrywki kilka botów, a one wzorowo przeszkadzały i czasem nawet udawało im się wykazać całkiem niezłą sztuczną inteligencją. W "TS2" było sporo rzeczy do odblokowania i konstruktor map, także spędziliśmy z Grindem dobrych kilka miesięcy strzelając, podpalając i wysadzając się wzajemnie. Zabawa pierwsza klasa i przy tym beczka śmiechu.

2.) "Worms Armageddon" (platforma: PC). Najbardziej imprezowa gra na liście (w rozumieniu, że impreza to picie alkoholu i bawienie się dobrze przy siedzeniu przed kompem) i do tego praktycznie dla każdego. Przez lata grałem w nią z kilkunastoma osobami i chociaż uważałem się za dość dobrego w te klocki, nigdy nie byłem pewny wygranej. Bo w Wormsach oprócz skilla, potrzeba było sporo szczęścia (szczególnie jeżeli dobrało się komputer jako dodatkowych graczy). Generowane mapy i masakryczna ilość opcji do zdefiniowania powodowały, że każda partia była nieprzewidywalna i zabawna. Zmuszająca do oglądania w czasie rzeczywistym jak kumpel kolejno pozbywa się twojej drużyny budowało charakter. Moim ulubionym wariantem była gra z dość mocnym ograniczeniem amunicji i broni, ale rekompensowanie tego dużą ilością zrzutów. Zmuszało to do strategicznego myślenia i kombinowania. Ilość stworzonych przez nas drużyn była oszałamiająca, w pewnym momencie spokojnie przekroczyła 100, mimo iż nie było takiego ich urozmaicenia jak w późniejszych częściach (różniły się imionami, flagą i okrzykami). Swojego czasu działała nawet mini liga i wszystkie wyniki były skrupulatnie zapisywane. W ogóle przygodę z tym tytułem rozpocząłem od jedynki, jeszcze na Amidze, ale wtedy się na niej za bardzo nie poznałem. 1 i 2 część na PC była odpalana trochę częściej, ale dopiero Armageddon katowaliśmy bez umiaru. Później, gdy robale przeszły na 3D próbowaliśmy się przerzucić, ale to już nie było to. Armageddon FTW!

1.) "Quake II" (platforma: PSX). W Q2 ciąłem po sieci przez lata. Ten tytuł do tej pory uważam za najlepszą odsłonę serii i posiadam czteropłytowe wydanie, na które patrzę teraz z sentymentem. Jednakże to właśnie split-screen na PSX i multitap, który umożliwiał granie we czwórkę zapewnił mi najlepsze doznania jeżeli chodzi o wieloosobową rozgrywkę. Kiepska grafika powodowała ustawiczne zmęczenie wzroku, także po kilku godzinach oczy miało się jak królik i non stop leciały łzy. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Pamiętam jak na mapie z gigantycznym wentylatorem rozgrywaliśmy godzinne deathmatche i wyniki oscylowały na granicy 300 fragów. Jeżeli graliśmy w salonie (gier), z racji większego telewizora, za plecami mieliśmy zgraję dzieciaków podpatrujących i żywo komentujących nasz mecz. Graliśmy z Grindem na padach bez analogów (R1 giwera w górę, L1 giwera w dół) i celowanie ssało na maksa, a i tak byliśmy świetni. Q2 to bezapelacyjnie najbardziej skatowany tytuł na szaraka - nie sądzę, żeby Grind w ogóle chował tą płytę do pudełka. Graliśmy w nią tak długo i tak często, że przez pewien okres czasu, dzień w dzień, śniło mi się że w nią fraguję.


Pod koniec podstawówki i przez całe liceum grałem naprawdę dużo. W ogóle nie mam pojęcia jak to się działo, że miałem na wszystko czas. Szkoła, odrobienie lekcji, koszykówka, piłka ręczna, harcerstwo, później nałogowe połykanie książek, a popołudnia i wieczory spędzane w większym gronie przy konsoli czy PC. To naprawdę niesamowite, bo teraz nie starcza mi czasu na to, żeby zwyczajnie się spotkać i pogadać, a gdzie tu myśleć o wspólnym graniu? I dla niewtajemniczonych, Grindzior to mój kuzyn i chyba z nikim tyle czasu nie spędziłem na elektronicznej rozrywce co z nim. Jak widać w zestawieniu brak wszelkich gier sportowych i wyścigów. Zawsze uważałem, że zwykłe ścigałki bez strzelania to straszna nuda, a jeżeli chodzi o sportowe... to lepiej wyjść i samemu pograć. Było kilka innych znaczących tytułów, które się nie załapały, więc...

Wyróżnienia:
  • "Jazz Jackrabbit 2" (platforma: PC). Pamiętacie tą platformówkę? Można było grać na podzielonym ekranie i do tego każda postać miała inne możliwości co w jakiś tam sposób urozmaicało zabawę. Nie było to nic specjalnego, ale grałem w nią z kumplami w czasach przedwormsowych i o ile pamiętam było to dość często. Później pojawiły się gry z pozycji: 2 i 5, więc popadła w zapomnienie. Do dzisiaj.
  • "Tony Hawk's Pro Skater" (platforma: PSX). Każdy Tony Hawk miał pewnie opcję multi, ale tylko z jedynki zapamiętałem opcję "Graffiti". Należało w ciągu dwóch minut zrobić jak najwięcej, jak najlepiej punktowanych tricków na wszelkiego rodzaju powierzchniach i sprzętach. Wtedy te zmieniały kolor na ten, który miał gracz, a przetagować taki sprzęt można było tylko robiąc wyżej punktowaną ewolucję. Oczywiście, co najlepsze, można było sobie przeszkadzać, przewracać i rozjeżdżać deskorolką. Wygrywał ten, którego kolor dominował na planszy. Świetna zabawa, zdecydowanie lepsza niż zwykłe nabijanie punktów.
  • "Crash Team Racing" (platforma: PSX) . PSXowa wersja "Mario Kart 64", w które nie można było pograć, chyba że posiadało się N64. Kolorowe, całkiem ładne, zabawa zawsze była dobra, także często się do salonu i do tej gry wracało. Strzelało się, spychało i dojeżdżało do mety najlepiej w towarzystwie trzech kumpli, także nie było to dużo gorsze od produktu Nintendo.
  • "Baldur's Gate: Dark Alliance" (platforma: PS2). Całkiem przyjemna gierka. Niby nie ma co porównywać do wersji pecetowej, ale kilka razy do tej krótkiej i prostej przygody, w różnych konfiguracjach wracaliśmy.
  • "Syphon Filter 2" (platforma: PSX). Świetny multi z bardzo dobrym deathmatchem (i w sumie tylko z nim). Kapitalne mapy i duży wybór broni. Można się było ganiać w labiryncie z granatnikiem lub pojedynkować na snajperki.
  • "Half-Life" (platforma: PS2). Kolejna konsolowa gra, która wg. mnie jest jedynie cieniem swojego pecetowego odpowiednika (chociaż może marudzę), ale mulit (deathmatch i plansze przygotowane do kooperacji) zapewniło dodatkowej uciechy. Jedną mapę zapamiętałem wyjątkowo dobrze, kompleks biurowy z masą niewielkich pomieszczeń - idealne do polowania z shotgunem. Strzelaliśmy tam do siebie godzinami.
  • "Medal of Honor" (platforma: PSX). Kiepski bo kiepski, ale w 1999 roku był pierwszym FPSem, który pozwalał na fragowanie. Pojawił się na trochę przed "Quakiem II", który go z miejsca zdeklasował. Był strasznie powolny, co ułatwiało podglądanie części ekranu przeciwnika. Także rozgrywaliśmy w niego głównie pojedynki snajperskie.
  • "Cadillacs and Dinosaurs" (platforma: automaty, emulator na PC). Kolejna perełka od Capcomu. Adaptacja komiksu i dodatek do całkiem fajnego serialu animowanego. Dinozaury, nomadzi, mutanty w chodzonym mordobiciu. Miód na serce, który na automacie wyciągnął niejedno kieszonkowe i wielokrotnie bawił nas w domu przy piwie.
I to by było na tyle. A w co Wy graliście?

MTV - niemuzyczna telewizja


Z samego rana trafiłem na newsa, że niegdyś kultowy kanał muzyczny MTV zmienił po 30 latach logo i tym samym ostatecznie pozbył się konotacji z muzyką. Jak widać powyżej, oprócz pozbycia się wesołych kolorów, wykadrowali to tak, że zniknął napis "Music Television", a samo "M" kojarzy mi się mocno z Miramaxowskim.

Gdy w listopadzie 2008, po 7 latach obcowania tylko z 7 kanałami odbieranymi z azartu, wróciła do mojego domu telewizja kablowa, znalezienie stacji muzycznych było drugim priorytetem, zaraz po sprawdzeniu co leci na Cartoon Network. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przez pierwszy tydzień skakania po kanałach nie trafiłem na ani jeden teledysk na MTV! Było wszystko tylko nie muzyka. Jakieś zwiedzanie domów gwiazd i innych "gwiazd", pełne pustych blondynek "Króliczki Playboya", Tilla Tequila i jej problemy z ludźmi którzy fatalnie udawali miłość, umawianie się na randki po zwiedzaniu swoich zasyfionych pokoi i Murzyni z getta, którzy próbowali zostać dżentelmenami. W ogóle samych programów randkowych było do zarzygania - autentycznie co chwilę ktoś szukał (samotnie bądź grupowo) dziewczyny albo faceta. I jedno w tych wszystkich programach jest wspólne, świetnie obrazują zidiocenie społeczeństwa. Przez pół roku trafiłem aż raz na koncert. Teraz z ciekawości sprawdziłem ramówkę i okazuje się, że trochę muzyki można posłuchać przed dziesiątą rano (lista MTV MAXXX HITS) - kiedy młodzież jest w szkołach, a teledyski ciągiem są puszczane dopiero przed drugą w nocy, pora odpowiednia dla wszystkich którzy lubią sobie głośniej posłuchać muzyki. Pasmo zostało nazywane, chyba ironicznie: "Don't Kill The Music".

Smutne jest to, że stacja, która dotąd kojarzyła mi się z pewnymi bardzo pozytywnymi trendami, wolną myślą, propagowaniem popkultury przeszła w ciągu dekady tak potężną metamorfozę. Nawet seriale animowane, które dawniej stanowił sporą siłę tej telewizji ograniczone zostały w tej chwili chyba tylko do kolejnych sezonów "Włatców móch", czegoś co prezentuje tak słaby humor, że chyba tylko niżej są żarty o pierdzeniu. MTV, ikona niezależności, młodzieńczego buntu stała się miejscem gdzie znajdzie się jedynie nic nie wnoszącą, bezmózgą rozrywkę typu reality show. Lansuje dziwną modę, mam wrażenie, że leżącą przeciwną do priorytetów jakie postawiono sobie, gdy zakładano tą stację. Także teraz "M" w nazwie, jest nie od "Music", a od "Mindless".

Zdaję sobie sprawę, że istnieją jeszcze MTV2 i MTVHD, na którym muzyka jest obecna w większych ilościach, ale akurat ja tych kanałów nie mam i chce mi się krzyczeć: "Czemu nie jest odwrotnie?!" Czemu nie puszczacie tego syfu tam albo czemu nie zrobiliście na to osobnego kanału? Żal dupę ściska, że 10 lat temu umarła rewelacyjna Atomic TV i na jej miejsce weszła MTV Polska, która miała wprowadzić nową jakość, i teraz musimy się męczyć z tym ostatniej jakości gównem. Uczcijmy minutą ciszy stare, dobre MTV. I miejmy nadzieję, że kiedyś się odrodzi.


(górna graficzka wzięta z /film)