wtorek, 2 grudnia 2008

Żółty listopad

Listopad był takim dość żółtym miesiącem, i nie chodzi mi tu o kolor liści, a raczej o kolor filmów, które oglądałem. Seanse z Godzillą spowodowały, że poczułem głód azjatyckich produkcji i łyknąłem kilka pozycji, które czekały na swoją kolej od dłuższego czasu. Olbrzymi procent tego co oglądam i tak nie doczeka się jakiejś konkretnej recenzji, więc teraz będę podsumowywał kolejne miesiące (takie luźne, blogowe przemyślenia).

Zacznę od kina kopanego. Na rozgrzewkę "Draka w Bronksie", przez wielu uważana za produkcję, która otworzyła wrota Hollywoodu Jackie Chanowi. Jackie gra Keunga, policjanta z Hong Kongu, który przyjeżdża do Nowego Jorku na ślub wujka. Facet bardzo szybko wplątuje się w kłopoty. Najpierw naraża się członkom lokalnego gangu, później w jego ręce wpadają diamenty z napadu i oprócz miejscowych obwiesi ścigają go także prawdziwi gangsterzy. Pomaga kalekiemu chłopcu, zakochuje się w seksownej tancerce, robi z siebie głupka i oczywiście kopie tyłki wszystkim, którzy próbują skopać tyłek jemu. Sceny walki jak to w filmach z Chanem są zróżnicowane i na ogół bardzo śmieszne. Raz pierze na kwaśne jabłko złodziei w spożywczaku, innym razem demoluje przeciwnikami ich własną melinę. Dla mnie jednak największą zaletą tego filmu jest ilość świetnych scen kaskaderskich. Nie żeby walki były złe, są ekstra, ale co kaskaderka to kaskaderka. Wszystkie popisy Jackie wykonuje oczywiście sam, bez dublerów, linek, green screenów, asekuracji. I tak po pogoni na wielopoziomowym parkingu mamy ucieczkę z ciężarówki pełnej gumowych piłek, która zaraz po tym jak Keung z niej wyskakuje rozbija się kilka pięter niżej. Zwięczającą sceną tego pościgu jest efektowny przeskok nad zaułkiem do sąsiedniego budynku. W dość długim finale Jackie ściga poduszkowiec trzymając się jedynie trapezu. Wygląda to jakby jechał na nartach wodnych tyle, że bez nart. Jedzie na nogach, tyłu, brzuchu, twarzy. Robi fikołki i wywroty, wszystko przy naprawdę dużej szybkości. Później daje się poduszkowcowi przejechać i zaczyna gonić go pieszo. W końcu unieruchamia go i przy okazji kasuje Lamborghini Countach. Film kończy biegając i skacząc z gipsem na nodze, ale gdyby nie duble z napisów końcowych, nigdy nie byłbym w stanie tego zauważyć.

Drugim filmem z Jackiem był "Przyjemniaczek", trochę nowsza i słabsza od "Draki w Bronksie" produkcja. Jackie jest kucharzem i kręci programy kulinarne. Pewnego razu, wracając ze studia wpada na kobietę gonioną przez gangsterów. Jest to dziennikarka, której udało się nagrać transakcję narkotykową, co nie specjalnie podoba się jej uczestnikom. Jackie pomaga jej i przez przypadek staje się posiadaczem kasety. Gangsterzy dowiadują się o tym znacznie wcześniej, porywają mu dziewczynę no i reszty można się domyśleć. Jest sporo klepania się po pyskach, sporo gonitw, ale chyba tylko jedna wyróżnia się spośród pozostałych. Chodzi mi o tą na placu budowy, gdzie walczą nad włączoną krajzegą, z użyciem betoniarek i szukają się między niebieskimi drzwiami. Wyszło to bardzo zabawnie i oczywiście jest cholernie emocjonujące. Podsumowując, oba filmy trochę głupawe i banalne. Taka niewymagająca rozrywka z kung-fu i sporą dawką śmiechu. Jackie Chan jest szalony, lubi grać ciałem i nie boi się obić sobie tyłka. Te dwie produkcje są idealnym tego przykładem. Głupie miny, potknięcia, śmieszne pozy, masa upadków, ten jego zabawny chód i komiczny bieg. Momentami bardziej przypomina Charlie Chaplina niż faceta, który jest mistrzem sztuk walki.

Z kopania krótka droga do walk na miecze. Którejś niedzieli zebrałem się i obejrzałem "Azumi" i "Azumi 2: Miłość albo śmierć", wydane już jakiś czas temu Anime Gate. Miałem ochotę właśnie na coś samurajskiego i zamiast rzucić się na klasyki Kurosawy wybrałem to. Niby takie sobie, ale muszę przyznać, że oglądając bawiłem się całkiem nieźle. Jest to historia dziewczyny, wychowanej wraz z kilkoma innymi dzieciakami na super skutecznych zabójców (wszystkie ninja Japonii się chowają). Razem mają za zadanie przeszkodzić w wybuchu kolejnej, wyniszczającej kraj wojny, likwidując trzech przeciwników cesarza (w pierwszej części likwiduje dwóch, w drugiej tego który się ostał). Twórcy zaserwowali sporą liczbę głupot, jak chociażby na dzień dobry oddział zabójców musi stać się silniejszy przez likwidację połowy swoich członków. Posłuszne dzieciaki zabijają swoich towarzyszy, z którymi się wychowywały, a później ruszają karnie za swoim mistrzem. Inny przykład to np. spadająca lektyka, która wybucha jakiś metr nad ziemią. Takich fabularnych bubli i technicznych wpadek jest sporo. Efekty jakoś nie powalają, choreografia walk nie zachwyca. Aktorstwo raczej słabe, a główna bohaterka grana przez Aya Ueto jest bezpłciowa do granic możliwości. A jednak ogląda się to z jakąś dziwną przyjemnością. Śmiałem się do łez z naiwności posunięć bohaterów, niedociągnięć twórców, hektolitrów wylanej krwi i kiepskiej szermierki. Jest sporo kuriozalnych postaci wyrwanych żywcem z anime. Sadystyczny, zniewieściały psychopata lubujący się w mordowaniu, banda niedorozwiniętych braci, którzy żyją z rabowania, gwałcenia i mordowania, człowiek-małpa, klan ninja do złudzenia przypominający ten z "Ninja Scroll". Wszyscy na maksa komiksowi, w odjechanych strojach i makijażach. Całość to właśnie taka pokręcona bajka z aktorami, skierowana dla wyrobionego widza, który nie weźmie tego na serio. Widać, że kręcąc bawiono się świetnie, cameo zaliczył Hideo Kojima i sporo tutaj różnych smaczków dla fanów azjatyckiego kina i anime. Szkoda jednak trochę, że nie przełożyło się to jakość filmu. Oba stoją na bardzo podobnym poziomie, dwójka ma lepszy początek, ale znacznie mniej efektowny finał, kręcony chyba na jakiejś opuszczonej żwirowni. Na plus na pewno jeszcze przyjemna muzyczka. Pewnie za dwadzieścia lat będą pojawiały się na listach dobrych crapów. Zdaniem podsumowania: warto poświęcić cztery godziny i obejrzeć, ale lepiej wypożyczyć niż kupić.

Za to shitem pierwszej wody są "Zabójcze i bezlitosne", które włączyłem w jakimś totalnym zaćmieniu umysłu i nie wyłączyłem do końca (pewnie będąc nadal pod jego wpływem). Mogę sobie wyobrazić, że faceci znajdą tą płytę w jakimś koszu z przecenionymi DVD bądź w wypożyczalni i pomyślą: "To musi być zajebisty film!". Zaręczam, nie jest. Mamy trzy zabójcze i bezlitosne, które są zabójczyniami. Jedna jest główną bohaterką, druga jest jędzą, a trzecia jest specjalistką od komputerów, która jest tylko po to, żeby było kogo zabić. Dostają zadanie i już prawie udaje im się je wykonać, ale jędza zdradza koleżanki (zabija tą trzecią, której prawie nie widać, ale w jej miejsce przyprowadza cztery inne zabójcze i bezlitosne, więc nie jest źle) i główna bohaterka musi się mści. (V) na IMDb w tym wypadku oznacza półamatorską produkcję, gdzie wszystko stoi na żałosnym poziomie. O aktorstwie nie ma w ogóle mowy. Dziewczynom niewiele brakuje do patrzenia się w kamerę. Choreografia walk nie istnieje, fabuła praktycznie również. Film ma siedemdziesiąt pięć minut, ale spokojnie mógłby trwać kwadrans albo pozostać tylko trailerem. Nie warto ruszać nawet dla zabójczych i bezlitosnych.

No i na koniec trzy filmy grozy. Na pierwszy ogień "Forbidden Siren", ekranizacja, podobno bardzo kultowej gry, w którą niestety nie miałem przyjemności pograć. Wychodzę z założenia, że film ma dostarczać rozrywki, a horror przy tym jeszcze dodatkowo straszyć. "Forbidden Siren" spełnił oba warunki. Była tajemnica, była dość szybka akcja i był gęsty klimat. Czułem niepokój i strach, a i krzyknąłem sobie nawet na jednej scenie, co mi się zdarza, ale raczej rzadko. To w sumie całkiem niezła rekomendacja dla horroru. Fabuła wydaje się z początku standardowa. Ojciec, rodzeństwo, nowy dom, tajemnicze wydarzenia, duchy. Fajnie nawiązano do historii Roanoke i Mary Celeste dobrze wplątując w scenariusz wątki mitologiczne i historyczne. (a swoją drogą, ciekawi mnie w ilu filmach, serialach, książkach, piosenkach i komiksach nawiązywano do tych wydarzeń?). Oczywiście nie jest to żadne olśnienie jeżeli chodzi o gatunek. Końcowe sceny na syrenie były dość słabe, ale znowu nie na tyle, żeby negatywnie wpłynęły na ocenę. Jeżeli ktoś lubi j-horrory i lubi oglądać je samemu to sądzę, że może nawet być przyjemnie zaskoczony tym filmem.

"Infekcja" wydana w Polsce w kolekcji Asian Terror. Tutaj również wrażenia jak najbardziej na plus, chociaż do czołówki moich ulubionych j-horrorów sporo tytułowi brakuje. Jest chylący się ku upadkowi szpital i seria niezbyt fortunnych dla jego pracowników zdarzeń. Najpierw śmiertelna pomyłka jednego z lekarzy podczas reanimacji pacjenta, a później pozostawione przez sanitariuszy zainfekowane zwłoki, które stają się gwoździem do trumny. Dość trudno mi zakwalifikować jednoznacznie "Infekcję". Jest tam wszystko. Po części to historia o duchach, po części z lekka obrzydliwa komedia ze z niesmacznym gore i sporą ilością przeróżnych obrzydliwości, ale jest również panika i paranoja w stylu "Królestwa" Von Triera. Rozwiązanie może nie jakieś wielce oryginalne, ale zaskoczyło mnie, więc plus. Niestety sporą wadą jest żółwie tempo. Film momentami nużący i to niepotrzebnie przeciągane niektórych scen wybijało z klimatu. Braki w aktorstwie i robiona mąką charakteryzacja też raczej nie potraktuje się jako zaletę. Jednak "Infekcja" to jedna z najoryginalniejszych produkcji jeżeli chodzi o azjatycki horror, jaką miałem przyjemność oglądać, więc warto poświęć półtorej godzinki.

Trzecim filmem będzie koreańska "Cinderella" z 2006 roku. Miała to być horrorowa wersja "Kopciuszka", ale "Kopciuszka" tam tyle co kot napłakał. Cenię sobie koreańskie horrory (czyli głównie dramaty z elementami grozy) głównie za warstwę techniczną. Zawsze świetne zdjęcia, jakaś myśl artystyczna przejawiająca się w kompozycji kolejnych scen i scenografii. Czuć w nich finezję i naprawdę przyjemnie się to ogląda, słucha i wspomina. "Cinderella" jest właśnie taka dość nietypowa, bo nie ma tutaj czym się zachwycać. Jest bardzo przeciętna, przy tym nudna i scenariusz poplątano o kilka razy za dużo. Atmosfera grozy momentami się trafia, ale tych momentów jej zdecydowanie za mało. Fabuły przyznam się szczerze już do końca nie pamiętam. Była bardzo popieprzona matka, która poparzoną córkę trzymała w piwnicy, a porwaną dziewczynkę, od której miała przeszczepić twarz pokochała. W każdym razie nie ma balu, księcia ani dobrej wróżki. Tragedii nie ma, ale raczej nie warto.

Następnym razem thrillery i horrory (amerykańskie), oraz komedie, a także kolejne filmy z Godzillą, samurajskie anime i wiaderko komiksów z Polski i zza granicy (na które opisywanie nigdy nie mam siły). Naprawdę sporo tego.

wtorek, 18 listopada 2008

Godzilla vs. Mothra

W dzieciństwie zdarzyło mi się wypożyczyć na VHSie kilka filmów z Godzillą. Pamiętam tytuły trzech z nich, ale moja mama twierdzi, że było tego więcej. Były to głównie części z serii shōwa (czyli tej pierwszej), ale "Godzilla kontra Mothra" z 1992 roku stanowił wyjątek. Wtedy film bardzo mi się nie podobał, ale odpalając go ostatnio byłem przekonany, iż niemiłe wspomnienia mam po oryginale z 1964. Okazuje się jednak, że nie. W dużym stopniu to właśnie "Godzilla kontra Mothra" spowodował, że przez ponad dekadę uważałem te filmy za niewarte funta kłaków. Zaraz jak zorientowałem się, że już kiedyś oglądałem to "cudo" dopadło mnie lekkie przygnębienie i opadłem z entuzjazmu, ale zmusiłem się i oglądałem dalej. Nie było tragedii, przeżyłem, ale ten film to najgorsza japońska Godzilla jaką widziałem do tej pory.

Wszystko zaczyna się od meteorytu, który spadł na Ziemię i spowodował liczne klęski żywiołowe. Oczywiście obudził wiadomo kogo, ale jak się później okazuje Godzilla nie był jedynym potworem, któremu przeszkodzono w drzemce. W wyniku tajfunów na jednej z wysp Pacyfiku znalezione zostaje olbrzymie jajo, a firma do której wyspa należy postanawia je przetransportować i zrobić z niego atrakcję turystyczną (kto do cholery płaciłby za oglądanie wielkiego jaja?). Rusza więc ekspedycja składająca się z rabusia grobów, jego byłej żony i ciamajdowatego pracownika firmy mającego zabezpieczyć znalezisko. Na wyspie znajdują również dwie, mieszkające w kwiatku Calineczki, które w filmie nazwane są Kosmoskami (ale ja doskonale wiem, że to Calineczki). Te tłumaczą im, że w jajo należy do Mothry i we trójkę zapewniają planecie równowagę. Wspominają też o Battrze, którą również ma strzec równowagi, ale robi to w znacznie mniej pokojowy sposób i wpada w złość, gdy ludzie nie szanują środowiska naturalnego. Wesoła ekspedycja przekonuje Kosmoski, że jajo nie jest bezpieczne na wyspie i należy je zabrać do Japonii. Gdy wesoło płyną sobie do domu pojawia się Godzilla, który chyba ma ochotę zjeść cokolwiek jest w środku jaja. Podczas tego ataku wylęga się Mothra. Przypomina ona larwę jedwabnika (jak niby taki robaczek ma walczyć z gigantycznym gadem?) i próbuje powstrzymać Godzillę niczym innym jak jedwabną nicią - ubaw po pachy. W międzyczasie przypływa Battra (wcześniej zdemolowała dla rozgrzewki jakieś japońskie miasto) i jesteśmy świadkiem całkiem fajnej podwodnej bitwy.

Wszyscy myślą, że Godzilla z Battrą się pozabijali i są najszczęśliwsi na świecie. Jednak Mothra rozdzielona od Kosmosek wpada w szał, demoluje miasto i w końcu owija się w kokon. O ile podwodna walka wyglądała całkiem nieźle o tyle sceny, gdy gąsienica urządza demolkę wypadają bardzo słabo. Larwa Mothry przypomina jeżdżącą na kółkach plastikową kupę z dwiema żaróweczkami zamiast oczu. Oglądanie jej poczynani nie jest to w żaden sposób emocjonujące. Na szczęście Miki, telepatka znana z poprzednich części odkrywa, że Godzilla żyje. Big G. przepłynął podziemną rzeką lawy i wyszedł z góry Fuji (to dopiero coś!). Ten fakt całkowicie ignoruje Mothra, która wychodzi z kokonu i rusza do walki z Battrą, która również przeistoczyła się w ćmę (motyla?). Walczą nad gigantycznym wesołym miasteczkiem... i po raz kolejny jest tak sobie. Nie ma nic ciekawego w walce dwóch zrobionych z dywanu motyli, a co jest w tym najgorsze trwa to zbyt długo. Kiedy już Wielki-Łeb-Mothra leży na plecach i ma się żegnać z życiem pojawia się wkurzony Godzilla, któremu chyba nie podoba się fakt, że został delikatnie mówiąc olany. Ma fatalne wyczucie czasu, bo gdyby zjawił się chwilę później miałby jednego przeciwnika mniej. Mothra i Battra łączą siły. O dziwo wygrywają i mają zrzucić nieprzytomnego Godzillę do morza. Ten ostatkiem sił jednak wgryza się w Battrę i razem lądują w oceanie.

Ostatnia walka jest najlepsza w całym filmie, a wniosek z niej płynący nasuwa się sam. Ćmy bez Godzilli są do kitu. Można je jednak przełknąć, bo są dość zabawne, w ten niezamierzony sposób. Najgorsze w tym filmie jest to, że zrobiono z niego kiepską komedię. Wszystko zaczyna się jak parodia "Poszukiwaczy zaginionej Arki", prastara świątynia zbudowana jest jak piwnice krakowskich kamienic - z czerwonej cegły, a od tego co wyprawia główny bohater od razu robi się smutno. Później mamy jeszcze kolejne nawiązanie do Indiany Jonesa, a także: głupawe kłótnie między byłymi małżonkami, firmę, która z misją wysyła największego fajtłapę jakiego mają w swoich szeregach i te gadające równocześnie Calineczki, którym kupiono domek Barbie i które podróżują w klatce dla kota. To wszystko razem wręcz irytuje i wypada naprawdę żałośnie. Film ratuje Big G. i wyglądająca groźnie w swojej ostatniej formie Battra. Na plus liczyć jak zawsze można efekty pirotechniczne i demolowaną miniaturową Jokohamę. Nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy potwory używają diabelski młyn do napieprzania. Niezrozumiała dla mnie popularność "Godzilla vs. Mothra" zaowocowała serią filmów z Mothrą w roli głównej, a Battra po tym jednym występie została niesprawiedliwie zapomniany. Przyznam szczerze, ciężko mi się tą część oglądało, ale od początku byłem dość mocno uprzedzony i pewnie te doświadczenia sprzed lat mocno wpłynęły na odbiór. Nie sądzę jednak żeby ktoś piał z zachwytów nad tym filmem, bo po prostu ćmy to kiepski przeciwnik.

niedziela, 16 listopada 2008

Godzilla vs. King Ghidorah

Nie wiem o co chodzi Japończykom z tymi królami. Ten przydomek dostał Ghidorah, Ceasar (możliwe, że nie byli jedyni), a przecież wiadomo, że król jest tylko jeden i nie nosi złota, ale zionie atomowym oddechem. "Godzilla kontra Król Ghidorah" z 1991 roku to trzeci film z serii Heisei i muszę przyznać, że mimo pokręconego scenariusza i kilku z lekka kwaśnych efektów specjalnych jest to całkiem fajne science fiction.

Fabuła rozpoczyna się w roku 1992. Młody pisarz fantastyki ogłasza, że jego następną książką będzie historia dinozaura (Godzillasaurusa), który ponoć zamieszkiwał podczas II Wojny Światowej jedną z wysp na Pacyfiku i pomagał Japończykom walczyć z Amerykanami. W tym samym czasie pojawia się nad Japonią UFO, które jednym ze swoich przelotów budzi Godzillę. UFO okazuje się wehikułem czasu przybyłym z roku 2204. Zostaje zorganizowane spotkanie przybyszów z przyszłości z japońskim rządem, na którym streszczone zostaje to co czeka Kraj Kwitnącej Wiśni. Rozwój technologii nuklearnej i ponowne pojawienie się Godzilli spowodują olbrzymi kataklizm, który zdziesiątkuje populacje i uniemożliwi powtórne zamieszkanie wysp. Przedstawiają jednak pomysł na uratowanie milionów. No bo po co by przybyli? Chcą cofnąć się w czasie i uniemożliwić powstanie potwora. Na poparcie swoich teorii przedstawiają ów książkę młodego fantasty. Tak, więc zostaje zorganizowana wyprawa w przeszłość. Wraz z Emmy, dziewczyną z przyszłości i pomagającym jej androidem, zabiera się pisarz i profesor, który współpracował z nim przy stworzeniu teorii, a także telepatka Miki, która wystąpiła w poprzedniej części (i która pojawi się w kilku następnych). Teleportują dinozaura (przyszłą Godzillę) z wyspy Lagos, na której później odbywały się amerykańskie próby jądrowe, w okolice Morze Beringa. Emmy jednak zostawia na wyspie trzy urocze Doraty, które zamienią się w Króla Ghidorę i w roku 1992 jako jego trzy głowy będą terroryzowały Japończyków.

Okazuje się, że Król Ghidorah kontrolowany jest przez przybyszów z przyszłości chcących zniszczyć Japonię, bo ta uzyska zbyt dużą przewagę ekonomiczną nad resztą świata. Jedyne co może pokonać trójgłowe, latające monstrum to nieistniejący Godzilla, o którym o dziwo wszyscy pamiętają. Wysyłają na poszukiwanie Godzillasaurusa okręt atomowy. W kolejnym wybuchu tworzą nowego, jeszcze większego Godzillę (tym razem użyto potężniejszej bomby), który jednak okazuje się za słabym przeciwnikiem dla sterowanej Ghidory i dostaje baty. Zrządzeniem losu Emmy, która gdzieś po drodze czuje się oszukana i zdradzona, postanawia pokrzyżować swoim dawnym kompanom plany. Psuje statek, a Big G. korzystając z okazji rozrywa Ghidorę na strzępy. Sprowadza ja do parteru podpalając jej skrzydła, później urywa jeden z łbów i topi. Następnie w radosnym uniesieniu postanawia trochę podemolować. Jedyne co może powstrzymać Godzillę to Król Ghidorah, ale ten leży martwy na dnie morza. Więc Emmy szybko reaguje, zabiera jego zwłoki w przyszłość i wraca z Mecha-King Ghidorą. Wow! W połowie potwór, w połowie robot, czy może być coś lepszego?

Walki między Godzillą, a obiema wersjami Ghidory są fantastyczne (oczywiście jak na walkę kolesia w gumowym kostiumie przeciwko kolesiowi w gumowym kostiumie wiszącym na sznurkach). Dużo się dzieje, makiety wyglądają naprawdę dobrze, a i pirotechnika nie zawodzi. Czuć wesołość towarzyszącą tej totalnej rozwałce. Były chwile, gdy myślałem "ten budynek mógłby się jakoś efektownie zawalić", a chwilę później, któryś z potworów w nim lądował. W całym filmie jest też kilka bardzo fajnych momentów, które potrafią porządnie rozbawić. W jednej scenie Godzilla spotyka się oko w oko z człowiekiem, którego uratował będąc jeszcze na wyspie Lagos. Tym razem puszcza go jednak z dymem. w 1944 roku ma miejsce również scena z dwoma amerykańskimi marynarzami, którzy zauważają UFO, ale postanawiają nie meldować o nim, jeden z nich nazywa się Spielberg (chociaż Steven urodził się po wojnie). Oczywiście film ma swoje wady. Dość fajny scenariusz drażni sporą niedbałością o szczegóły. Pomijając fakt, że pojawienie się wehikułu w 1992 roku jest bezsensowne, to samo podejście do podróży w czasie jest na poziomie szkoły podstawowej. Film traci również sporo przez fatalne w niektórych przypadkach aktorstwo i te niezwiązane z walkami potworów efekty specjalne, które są zwyczajnie kiepskie, kwaśne i śmierdzą hollywoodzkimi filmami fantastycznymi z lat 60tych. Jeżeli ktoś ma takie predyspozycje to na każdej scenie z żałosnym androidem M-11 może się zwyczajnie posikać ze śmiechu.


"Godzilla kontra Król Ghidorah" wypada całkiem przyzwoicie. Dość kompleksowo podchodzi do tematu originu Godzilli (nawet podwójnego) i zapewnia prawie dwie godziny dobrej rozrywki. Zabawne jest to, że film uznano w USA za antyamerykański. W telewizji pokazywano sceny, gdzie Godzillasaurus morduje wrzeszczących wniebogłosy żołnierzy, a przybyszy z przyszłości chcących niszczyć Japonię z powodu poziomu przemysłowego jaki osiągnęła uznano za propagandę. Czy słusznie, czy może to czysta głupota - warto sprawdzić samemu. Dla mnie "Godzilla kontra Król Ghidorah" po prostu dobra zabawa. Niedługo skrobnę coś o kolejnych filmach ze starymi znajomymi G. - Mothrą i Mechagodzillą.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Retro short #2

Dziś znowu napiszę o produkcji z 1987 roku (fantastyczny rocznik tak w ogóle). Tym razem o "Bionic Six", 65-odcinkowym animowanym serialu, który chyba w Polsce był wyświetlony tylko raz, pod koniec lat 90tych, przez telewizję RTL7 . "Bionic Six" zostało stworzone dla amerykańskiej telewizji przez Tokyo Movie Shinsha (znane również jako TMS Entertainment) japońskie studio animacji, które współpracowało przy masie kreskówek: "Animaniacy", "Przygody Animków", seriali: "Batman", "Spider-Man" (w tym także Disney'a) i stworzyło jeszcze całą górę anime (robili chociażby przy "Akirze"). TMS odwaliło kawał dobrej roboty, bo serial nie tylko dobrze wyglądał, ale również świetnie się go oglądało.

Mimo, iż robiona przez Japończyków to jednak "Bionic 6" jest bardzo "amerykańska", utrzymana w lekko moralizatorskim stylu produkcji dla dzieciaków i młodzieży z tamtego okresu. Serial opowiada o rodzinie Bennettów (ojciec, matka, czwórka dzieci [z czego dwoje adoptowanych]), która dzięki nowoczesnej technologii otrzymała super moce (tak jak w "The Six Million Dollar Man"). Każdy odcinek miał podobny schemat. Rodzina żyła swoim życiem, dzieciaki miały problemy w szkole lub ze znajomymi, ojciec miał problemy w laboratorium, a mama w domu. Pojawiało się niebezpieczeństwo, Bennettowie musieli ruszyć do walki i skopać dupę Dr. Sharpowi i jego mało rozgarniętej ekipie (inni przeciwnicy nie występowali). Po walce następowała jakaś zabawna konkluzja i odcinek kończył się wygłoszeniem morału bądź jakiejś prawdy życiowej (typu: "lepiej zjeść domowy obiad niż pizzę z fast foodu, przez którą mieliśmy tyle kłopotu" albo "przez granie w gry wideo pogorszą ci się stopnie"). Budowa wałkowana po dziś dzień w dziesiątkach seriali dla najmłodszych, ale ile zazwyczaj takie coś mnie zawsze drażniło, o tyle tutaj wychodziło to całkiem pocieszne i strawnie. Serial był dla mnie idealnym połączeniem produkcji o superbohaterach i lekkiej, niewymagającej komedii. Już tą dekadę temu odbierałem go raczej jako delikatną parodię, wyśmiewanie pewnych klisz i schematów, niż coś w stu procentach poważnego. Sam antagonista to kwintesencja wszystkich animowanych "geniuszy zbrodni" jakie widziała telewizja. Na dodatek mający prawdopodobnie taki sam stosunek do idealnej, przesłodzonej rodzinki jak widz. Pomijając jednak pastiszowy charakter, który może być dyskusyjny, to "Bionic Six" było cholernie rozrywkowe i świetnie narysowane. Puszczane w Polsce bez dubbingu, jedynie z lektorem dodatkowo brzmiało lepiej niż wiele podobnych produkcji z tamtego okresu (np. tych z FoxKids). Jest to dla mnie jedna z najlepiej wspominanych produkcji późnego dzieciństwa (okresu, którego wtedy w życiu bym dzieciństwem nie nazwał i podczas którego ukrywałem się z oglądaniem takich właśnie "Bionic Six").



Wspominam je tutaj raczej jako ciekawostkę, niż ewentualną lekcję do odrobienia, ale jakby ktoś chciał to pod linkiem można obejrzeć chyba wszystkie odcinki. Polecam

sobota, 8 listopada 2008

Gaiman dostarcza rozczarowania

W zeszłym roku miałem przyjemność czytać dwie bardzo dobre powieści Neila Gaimana. Obie znalazły się nawet w moim czytelniczym zestawieniu. W tym roku dla odmiany, której z całego serca nie oczekiwałem, doznałem dwóch zawodów związanych z tym pisarzem.

Zacznę od kooperacji Gaimana z Michaelem Reavesem. "Interświat" to fantastyczna powieść (w tym sensie że to fantastyka, a nie świetna książka) skierowana przede wszystkim dla młodszego odbiorcy (bo chyba tylko u takiego może wywołać pozytywne odczucia). Mamy młodego chłopaka, który odkrywa u siebie umiejętność skakania między równoległymi światami. Wyłapuje go organizacja, w której skład wchodzą jego odpowiednicy z innych światów. Walczą oni o utrzymanie równowagi między technologią, a magią. Frakcje reprezentujące te dwie siły walczą ze sobą o przejęcie całego Wszechświata, czy tam Interświata. Cała historia jest do bólu przewidywalna, typowa "od zera do bohatera". Jest nieciekawie, brakuje tutaj cech charakterystycznych dla stylu Gaimana, a humor, na który liczyłem najbardziej praktycznie nie istnieje. Całość jest bez wyrazu, pazura, obrzydliwie nudna i ciągnie się jak flaki z olejem. Neil we wstępie (albo posłowiu) napisał, że powieść zrodziła się z pomysłu na film albo miniserial telewizyjny. Żadne studio nie zainteresowało się projektem. Nie dziwię się, bo to takie nie wiadomo co, które na dodatek wali strasznym kiczem.

Jakiś czas temu czytałem "Kosmiczny dom Larklight", skierowany mniej więcej do podobnej grupy odbiorców (czyli do starszych dzieciaków) i dotyczący podobnej, kosmicznej tematyki. Bawiłem się świetnie, więc moje narzekania nie są spowodowane faktem, że wyrosłem z podobnej literatury. Przy normalnej książce narzekałbym na tragiczną ilustrację zdobiącą okładkę. Tutaj się cieszę. Ludzie z wydawnictwa Mag mieli chociaż tyle uczciwości, że nie sprzedali nam gówna w ślicznym opakowaniu, twardej oprawie i B5. No i jacyś niewtajemniczeni, odstraszeni nie kupią książki na chybił trafił.

O ile po "Interświecie" nie spodziewałem się niczego dobrego, bo opinie znajomych nie były zbyt pochlebne, to w drugim przypadku oczekiwania miałem bardzo duże. Doznałem niestety niespodziewanego, sporego zawodu. "Koralina", sztandarowy produkt pisarza, uznawana przez wielu za jedną z najstraszniejszych bajek mnie rozczarowała! Czy jestem ewenementem na skalę światową? Nie wiem czy jest sens silić się na streszczenie tej prostej historii. Mamy po prostu znudzoną dziewczynkę, która trafia przez drzwi w ścianie do innego, z pozoru ciekawszego świata. Okazuje się on jednak całkowitą iluzją utkaną przez istotę chcącą pożreć duszę Koraliny. Dziewczynka przez swoją podróż traci rodziców, by ich odzyskać musi podjąć grę z potworem. Wszystko poprowadzone standardowo do happy endu. Nie jest to oczywiście zła książka, ale do wybitnej, za jaką jest uznawana, jej w moim odczuciu sporo brakuje. Przede wszystkim rozczarowała mnie fabuła. Po Gaimanie spodziewałem się czegoś wielce oryginalnego (jak to miało miejsce chociażby w przypadku "Nigdziebądź" czy "Amerykańskich bogów"). Podczas lektury co jakiś czas pojawiała się u mnie myśl "To wszystko już było". Nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu i przerabianiu znanych schematów, jeżeli ktoś robi to umiejętnie to mogę tylko przyklasnąć (i wydawało mi się zawsze, że Neil jest w tym mistrzem), ale w tym wypadku nie niosło to nic nowego. Nie znalazłem obiecanej mi grozy. Dostrzegłem jedynie jej śladowe ilości w ilustracjach McKeana. Nie mogę zarzucić "Koralinie", że jest słaba, ale to nie jest Gaiman jakiego lubię i cenię. Gdzie ten synkretyzm gatunkowy? Gdzie ta zabawa konwencją? I przede wszystkim. To ma być współczesna Alicja?

Odrobina ukojenia

Wczoraj odwiedziłem po raz pierwszy łódzkie kino Cinema City i miałem przyjemność obejrzeć na Indesicie (chyba największej i najbardziej wypasionej sali w mieście) najnowszego Bonda. Oglądanie przygód agenta 007 w kinie ma to coś. Ostatni raz Bonda na wielkim ekranie oglądałem trzynaście lat temu, ale pamiętam doskonale, że z "GoldenEye" wychodziłem pełen zachwytów. Magia kina zadziałała wtedy chyba podwójnie, bo był to pierwszy film, na który wybrałem się sam, bez asysty kogoś dorosłego i przeżywałem to jak stonka okres. Wczoraj, przy "007 Quantum of Solace" może aż takich emocji nie było, ale bawiłem się zajebiście.

Film jest świetny, ale "Casino Royale" nie przebił. Nie żebym tego oczekiwał, po prostu zgadzam się w tym miejscu z całą masą internetowych recenzentów. Różni się jednak od całej reszty w równym stopni co poprzednia część. Po raz kolejny pozbawiono Bonda atrybutów charakterystycznych. Nie ma sławnej odzywki, martini, jakiegokolwiek gadżetu. Jest za to akcja, która nie zwalnia tempa praktycznie przez cały czas trwania filmu. Zaczyna się bardzo dynamicznym pościgiem po wąskich drogach. Później kolejna gonitwa, tym razem po dachach kamienic i bardzo efektowna walka na rusztowaniach i linach. Dalej Bond rozbija się motorówkami na Haiti, a w Austrii urządza strzelaninę w holu opery. Zostaje zawieszony, ale nie przeszkadza mu to polecieć do Boliwii, gdzie musi uciekać przed amerykańskimi agentami, zostaje zestrzelony nad pustynią i skacze z samolotu bez spadochronu. Na końcu mamy długą i bardzo satysfakcjonującą demolkę hotel, z masą wybuchów i strzelania. Absolutnie fantastyczne kino rozrywkowe! Jak dla mnie ten film posiada jedną wadę - jest zdecydowanie, za krótki. Te niespełna dwie godziny nie pozwoliły mi delektować się tyle ile chciałem.

Z tą jedną wadą oczywiście przesadziłem, bo można przyczepić się do kilku innych rzeczy. Tylko pytanie, czy trzeba? W sumie raczej robię to z obowiązku, niż autentycznej chęci wytknięcia potknięcia. Najnowszy Bond cierpi na problem "nowoczesnego montażu". Trylogia Jasona Bourne'a wyznaczyła nowe standardy kina sensacyjnego i chcąc nie chcąc, filmy o agencie Jej Królewskiej Mości poszły również tą drogą. To jest super, ale w "Quantum of Solace" chyba jednak trochę przesadzili. Jest tyle szybkich akcji, że przy takim ostrym montażu ciężko mi było się momentami połapać co jest grane. Podczas scen z motorówkami zdarzyło mi się zastanawiać kilkakrotnie, nad tym co właśnie zobaczyłem, co tam mignęło mi na ekranie w ułamku sekundy. W tym samym czasie działo się coś innego co znowu ciężko mi było zarejestrować. Lekkie zmęczenie, lekka irytacja, ale "lekkie" to słowo, które należy podkreślić. W żaden sposób nie popsuło mi to seansu.
Druga rzecz, na którą zwróciła mi Kamila to kiepskie wyeksponowanie dziewczyn. Nie jestem przesadnym fanem klasycznych Bondów i jestem nawet za daleko idącymi odstępstwami. Wolę takiego zabijakę jakiego stworzył Craig, niż lwa salonowego wykreowanego przez Rogera Moora. Jednak ta seria to w pewnym stopniu ładne laseczki! Nie żeby tutaj były brzydkie, po prostu utrudniono im pokazywanie tych wdzięków. Olga Kurylenko jest niezaprzeczalnie atrakcyjna, ale przez większość filmu jest raczej zaniedbana i mało pociągająca. Kiepska fryzura, kiepskie ciuchy, przesadna opalenizna. Gemmie Arterton najpierw zafundowali wejście w tragicznym płaszczyku, a później uczesanie w którym wyglądała jak sekretarka Moneypenny, a nie kobieta, która chwilę temu wyszła Jamesowi z łóżka. I tak naprawdę seksi to wyglądała dopiero w scenie nawiązującej do "Goldfingera". Dziewczyny nie powalają, a mogły. Szkoda. Trzeci zarzut będzie dotyczył czołówki, która zupełnie mi się nie podobał. Nawet specjalnie nie mam czym argumentować, była be i tyle.


Film cholernie widowiskowy i emocjonujący. Czuję dość spory niedosyt fabularny, ale cholera, nie można mieć wszystkiego, prawda? Za te sceny akcji, świetną muzykę, kapitalne aktorstwo wybaczam. Wypad na seans "007 Quantum of Solace" to wspaniały prezent urodzinowy, bawiłem się świetnie. Dzięki!