poniedziałek, 26 listopada 2007

Gotować każdy może?

Podobno tak, a przynajmniej tak brzmi przesłanie filmu o którym piszę. Jeżeli jednak chodzi o bajkę o gotowaniu, a taką jest "Ratatuj" ("Ratatouille"), to jednak nie każdy potrafi stworzyć coś w stu procentach strawnego i smacznego w dodatku. Pixar próbował się zmierzyć z tematem i trochę rozczarował. I to już nie pierwszy raz.

Opowieść o szczurzym mistrzu kuchni i jego niedojdowatym ludzkim pomocniku okazała się fajerwerkiem jeżeli chodzi o animację. Świetnie zrobione, "żyjące" lokacje. Efekty na najwyższym poziomie – mnie np. szczególnie zapadły w pamięć wizualizacje zapachów, które samym swoim pomysłem zasługują na brawa, a za ich wykonanie to już owacja na stojąco. Sceny gotowania autentycznie powodowały burczenie w brzuchu, a od tych wszystkich komputerowo wygenerowanych składników, którymi napełniona była restauracyjna chłodnia napływała do ust ślinka. Ludzkie postaci bez rewelacji. Standardy Pixara, które można było poznać w kilku poprzednich produkcjach. Za to szczury były zrobione rewelacyjnie. Widać było każdy włosek, a perfekcyjnie odwzorowane ruchy spowodowały u mnie, osobie która nienawidzi tych gryzoni, że niejednokrotnie przy scenach z całym ich gniazdem, pełnym okropnych różowych ogonów, przechodziły mnie dreszcze.
Scenariuszowo "Ratatuj" to średniak, w tych dolnych granicach. Przewidywalny i w pewnych momentach dłużący się niemiłosiernie. Na dodatek humor kulał. Może oczekiwania były zbyt wysokie? A może po prostu najnowsza produkcja Pixara była skierowana głównie do młodszej widowni, którą bawią głupawe miny i durnowaty, ludzki, główny bohater? Brakowało mi tych smaczków, które były takim mrugnięciem oka do dorosłego widza. Polski dubbing mimo iż jak zawsze dobry, to do wybitnych nie należy. Lata świetlne mu do tego z pierwszej "Epoki lodowcowej" i "Shreka". Wyróżnia się na pewno Tomasz Karolak jako z lekka opóźniony szczurzy brat, ale reszta jest przeciętna, a Zamachowski powoli staje się niestrawny.
Jeżeli porównałbym "Ratatuj" do posiłku to przychodzi mi na myśl wykwintnie wyglądający obiad, który okazuje się troszkę niedogotowany, gdzieś przypalony i zrobiony częściowo z nieświeżych składników, a na dodatek ciut za długo trzeba siedzieć przy stole.


Dużo lepsze wrażenie zostawiło jednak "Nie przeszkadzać" ("Lifted"). Najnowsza, graficznie poprawna krótkometrażówka studia okazała się dużo bardziej śmieszna niż film przed którym była wyświetlana. Pomyłki zielonego ludzika wywoływały na sali salwy śmiechu.

Jakiś czas temu Imperial się postarał i wydał wszystkie filmy krótkometrażowe Pixara na DVD. Jedenaście filmów od samych początków ich działalności do tego ostatniego. I właśnie chyba wkrótce napiszę kilka słów o PIXAR shorts.

czwartek, 1 listopada 2007

"Długie Halloween" na Halloween

Duet: Jeph Loeb i Tim Sale poznałem w roku 1999 za sprawą "Batman Halloween" wydanego przez TM-Semic. Historia mocno inspirowana "Alicją w Krainie Czarów" i "Opowieścią wigilijną" mnie nie oczarowała. Musiało minąć osiem lat żebym po raz kolejny sięgnął po jakieś dzieło duetu. Padło na "The Long Halloween" i jak się okazało był to wybór jak najbardziej trafny.

"The Long Halloween" to 13 odcinkowa mini-seria mocno osadzona w klimatach kryminałów noir i filmów gangsterskich (takich jak chociażby "Ojciec chrzestny"). jest to kontynuacja wątku rodziny Carmine’a Rzymianina Falcone’a, który zapoczątkował Frank Miller w swoim "Roku pierwszym" (o którym pisałem kilkanaście dni wcześniej) i dzieje się kilka miesięcy po wydarzeniach tam przedstawionych.

Batman, komisarz policji Jim Gordon i prokurator Harvey Dent, trzej sprawiedliwi Gotham chcą pogrążyć Rzymianina. Doprowadzić gangstera przed oblicze sprawiedliwości i skazać. Składają na dachu komisariatu policji przyrzeczenie, że zrobią wszystko co będzie koniecznie, aby Falcone trafił za kratki. Jednak nie są jedynymi, którzy wypowiadają wojnę mafijnej rodzinie. W Halloween zostaje zamordowany siostrzeniec Carmine’a. Pozostawiona na miejscu zbrodni broń nie daje się zidentyfikować. Zagadką też jest znajdująca się tam dynia. Kilkanaście dni później, w Święto Dziękczynienia giną kolejni ludzie współpracujący z Falconem. Morderca po raz kolejny zostawia broń i swoją wizytówkę, prasa nazywa go Holiday’em – mordercą zabijającym jedynie w święta.

Intryga związana postacią Świątecznego Mordercy jest odpowiednio skomplikowana. Loeb może i daje sporo wskazówek co do jego tożsamości, ale zostawia też kilka fałszywych tropów, tak by w ostatecznym rozrachunku czytelnik został zaskoczony. Holiday i rodzina Falcone nie są jednak jedynymi przeciwnikami Batmana. Na scenie już na samym początku pojawia się Catwoman, która ma jakieś niejasne porachunki z gangsterami i kierowana tymi niezrozumiałymi motywami raz przeszkadza, a zaraz staje się towarzyszką w walce. Jest też największy z adwersarzy Batmana - Joker. Jego pobudki są jak zawsze egoistyczne, nie podoba mu się zwyczajnie nowy psychopata w mieście i postanawia w Nowy Rok uśmiercić większość mieszkańców Gotham (a nuż będzie w tłumie odliczającym do godziny dwunastej). Rzymianin wynajmuje do pomocy Poison Ivy, Stracha na Wróble i Szalonego Kapelusznika, a także Riddlera, który próbując ustalić tożsamość świątecznego mordercy o mało sam nie zostaje jego ofiarą.

Mamy, więc wątek superbohaterski i kryminalny w bardzo zrównoważonych proporcjach, a do tego świetnie nakreślone tło obyczajowe i relacje między bohaterami. Obsesja jaką się jest szukanie haka na Falcone’a i złapanie Holidaya staje się przyczyną problemów domowych Gordona i Denta. Szczególnie małżeństwo prokuratora przeżywa kryzys. Popadający w obłęd Harvey, by popchnąć sprawę do przodu łapie się wszelkich możliwych sposobów (doszukuje się chociażby powiązań Bruce’a Wayne’a z mafią). W końcu pojawia się przełom, jest ktoś kto chce zeznawać przeciwko Rzymianiowi. Dent na sali sądowej zostaje oblany kwasem przez Sala Maroniego - faceta, który decyduje się pogrążyć Carmine’a. Ludzie zebrani na rozprawie są świadkami narodzin nowego człowieka, który porzuci dotychczasowe życie i przyjmie imię Two Face. "The Long Halloween" to w dużym stopniu komiks poświęcony właśnie Dentowi. Konsekwencją jego uporu i niezmordowanej postawie w walce z mafią są właśnie narodziny Two Face’a. Z oddanego sprawie, zaciętego i praworządnego prokuratora rodzi się facet, który wszystkie decyzje podejmuje za sprawą rzutu monetą i dla którego ludzkie życie jest warte właśnie tyle co ten rzut. Jest to w zasadzie pierwszy przeczytany przeze mnie komiks, w którym poświęcono tyle miejsca temu bohaterowi. Muszę przyznać, że nigdy specjalną sympatią go nie darzyłem i teraz to się zmieniło.

Tak jak scenariusz Loeba jest świetny – odpowiednio skomplikowany i rozbudowany, tak jest również z rysunkami Sale’a. Są szczegółowe i odpowiednio klimatyczne. Dobre kadrowanie i świetne dwustronicowe ilustracje. Dzięki kolorom Gregory’ego Wrighta (na których niedostatek nie można narzekać) Gotham nabiera wyrazu, a zdarzające się panele tylko w czerni, bieli i czerwieni dodają specyficznego nastroju, który znany jest miłośnikom czarnych kryminałów. Te 370 stron to świetna i bardzo przyjemna dla oczu lektura. Może i nie zapisała się w popkulturze jak "Powrót Mrocznego Rycerza" czy "Batman Rok Pierwszy", ale z pewnością jest warta uwagi.

Polecam!

"The Long Halloween" na BatCave.


poniedziałek, 29 października 2007

Czternaście-Zero-Osiem

Z tekstami autorstwa Stephena Kinga zazwyczaj jest tak, że ich filmowe adaptacje w dziewięćdziesięciu procentach przypadków nie trafiają w mój gust. Moje wyobrażenia podczas lektury rozmijają się całkowicie z filmową wizją reżysera. Są oczywiście chlubne wyjątki, takie jak: "Zielona mila", "Misery" czy "Stand by me", które idealnie mi pasują i nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że można by inaczej to pokazać. Są też filmy, które przypadły mi do gustu dużo bardziej niż teksty na bazie których powstały ("Lśnienie" Kubrika, "Skazani na Shawshank"), ale większość tego co kręcą na podstawie powieści i opowiadań Kinga jest słaba. Najgorzej jest kiedy filmowcy próbują dodać coś od siebie i tym samym zmieniają sens czy też wypaczają przesłanie. Zrobiono to z "1408", najnowszym horrorem na podstawie opowiadania o tym samym tytule, znajdującym się w zbiorku "Wszystko jest względne".

Mamy pisarza – Mika Enslina, który po napisaniu jednej niezłej powieści zaczął pisać tanie, broszurowe przewodniki po najstraszniejszych miejscach w kraju (domach, cmentarzach), a teraz właśnie jest w trakcie kończenia kolejnego - o nawiedzonych hotelach. Nie wiadomo skąd w jego skrzynce znajduje się ulotka o nowojorskim hotelu Delfin z adnotacją, żeby nie zatrzymywać się w pokoju 1408. Pisarz postanawia sprawdzić jakież to tajemnicy skrywa hotel i po kilku trudnościach udaje mu się zarezerwować pokój. Przybywa do Nowego Jorku, odbywa rozmowę z kierownikiem i w końcu ma możliwość zamknięcia się wraz z dyktafonem i butelką w feralnym pokoju. To co go spotka za zamkniętymi drzwiami przechodzi jego najśmielsze oczekiwania.
1408 nie jest nawiedzony. Nie ma tam ducha, zjawy, upiora. 1408 jest po prostu skurwysyńsko złym pokojem, jednym z tworów Kinga, w które zwyczajnie trzeba uwierzyć. Jeżeli przełknęło się obdarzony wolą piekielny samochód, morderczy magiel czy też zabójczą lampę* to z hotelowym pokojem, który jest zły tylko dlatego że istnieje nie może być specjalnie trudno. Filmowcom ta sztuczka udała się znakomicie. Widz bez trudu zawiesza niewiarę i daje się porwać rozgrywce toczącej się na ekranie. Początkowe zabawy z Enslinem polegające włączeniu się radia czy też podkręceniu klimatyzacji przechodzą w coraz bardziej wyrafinowane tortury. Najpierw łamanie fizyczne poprzez przytrzaśnięcie ręki czy też poparzenie ukropem, a później psychiczne gnębienie. Pokój rzuca bohaterowi wyzwania, a ten próbując im sprostać musi walczyć również z własnymi lękami. Raz będzie to przeciwstawienie się lękowi wysokości i przejście po gzymsie do pokoju obok, innym znów wędrówka ciasnymi, klaustrofobicznymi przewodami wentylacyjnymi. Wszelkie próby ucieczki kończą się jednakowo, pisarz ląduje w punkcie wyjścia i bombardowany jest jeszcze bardziej przerażającymi bodźcami popada w coraz większy obłęd.
Historię wzbogacono niestety o wątek rodziny pisarza. Po pierwsze śmierć ukochanej córeczki i ucieczka bohatera od żony, po drugie trudne relacje z ojcem. Wciągnięto to do fabuły dość nachalnie. Enslinowi przypominana jest dotkliwa strata w każdy możliwy sposób. Pokój pokazuje mu rodzinne nagrania, Mike słyszy głos dziecka, w końcu po raz kolejny ją traci i jeszcze bardziej zatraca się w chorej rzeczywistości 1408. Takie trochę niepotrzebne psychologizowanie i uciekanie się do tanich zagrań rodem z obyczajówek. Relacje ojciec-syn nie zostały wykorzystane dostatecznie i wydają się zwykłą zapchajdziurą. Trudno się jednak dziwić, że rozbudowano fabułę w ten sposób. Dzięki takiemu zagraniu scenarzystów stan emocjonalny bohatera wydaje się dużo bardziej wiarygodny. Tyle że, film dużo by nie stracił gdyby tej rodziny Mika w ogóle nie było. Nietrafiona wydaje się również obsada. Mimo iż grający pisarza John Cusack daje radę i ciągnie ten film swoją grą aktorską raczej w górę niż w dół, to jednak nie jest Mikiem Enslinem. Nie jest wiarygodny i chociaż sceny mrożące krew w żyłach z jego udziałem są dobre, to nie udaje mu się chwycić widza za serce. Trochę inaczej ma się sprawa z Samuelem L. Jacksonem. Ten gra bardzo dobrze, ale ni jak się ma do Geralda Olina z kart opowiadania. Kingowy Olin był grubawym kierownikiem, momentami przestraszonym, a Jackson tworzy kolejną charyzmatyczną postać, która samym swoim piekielnym, murzyńskim głosem powoduje gęsią skórkę.
Od strony wizualnej "1408" prezentuje się bardzo dobrze. Pokój ustawicznie się zmienia, niby jedno pomieszczenie, ale dwa podobne ujęcia z pewnością nie są takie same. Dzięki temu wybrnięto z problemu jakim jest jedno pomieszczenie jako miejsce akcji. Efekty zrobione z klasą i nie są specjalnie nachalne. Jedynie na chwilowe zlodowacenie można kręcić nosem, ale to również nie jest jakiś olbrzymi mankament.
Na pewno nie jest to arcydzieło horroru czy thrillera. Jest sporo momentów, na których podskoczy się w fotelu, ale klimat, który spokojnie mógłby być bardziej psychodeliczny został zastąpiony problemami psychologicznymi Enslina. Szkoda. "1408" ogląda się dobrze, film zrobiony jest przyzwoicie i co najważniejsze, nie jest nudny. Zmiany w stosunku do pierwowzoru są znaczne. ograniczono dość mocno rozmowę Enslina z Olinem, która stanowiła w zasadzie połowę opowiadania, dodano cholernie dużo i zmieniono końcówkę. Najważniejszą dla mnie zmianą jest jednak to, że film jest o Enslinie. Czytając opowiadanie czułem, że jest ono o 1408, a pisarz to tylko osoba, która zostanie tym razem doprowadzona do szaleństwa i pchnięta w objęcia śmierci. W filmie jest odwrotnie. Tu nie zło gra pierwsze skrzypce, tu bohater jest najważniejszy. Jest aktorem, a złowrogi apartament jedynie sceną na której rozgrywa się dramat. Cóż, takie prawo filmu. Ta sama historia opowiedziana inaczej, z innej perspektywy, wydaje się od razu mieć inny charakter.
Nie jestem zadowolony. Niby dostałem fajny film, ale niestety średnią ekranizację bardzo dobrego opowiadania. Pozytywne jest jeszcze to, że porównując ten film do innych adaptacji prozy Kinga, ma się wrażenie, że scenarzyści jednak wszystkiego tak do końca nie spieprzyli.

* piszę oczywiście o tym jak sparodiowano Kinga w jednym z odcinków "Głowy rodziny".

wtorek, 23 października 2007

Have a nice apocalypse

Richard Kelly w roku 2001 nakręcił film, który dla wielu stał się pozycją kultową. Chodzi tu o "Donnie Darko", opowieść o chłopaku, który widzi królika Franka i przy okazji potrafi przewidywać przyszłość. Niebanalna i wzruszająca historia skierowana do ludzi lubiących myśleć i kombinować, a przy tym pozbawiona pretensjonalności kina europejskiego i dzikiej symboliki, bez której nie można zinterpretować tego co się zobaczyło (co wcale nie znaczy, że w tym przypadku interpretacja jest łatwa, wręcz przeciwnie). Nie mam pojęcia jak krytyka przyjęła "Donniego Darko", podejrzewam, że wśród tych którzy zachwycają się Almodovarem albo Wong Kar-Waiem ochów i achów nie wzbudził. Mną dość mocno potrząsnął i załapał się do grona moich ulubionych filmów, choć przyznam się, że nie jestem pewny czy do końca zrozumiałem o co w tym filmie chodziło.
W 2006 roku Kelly nakręcił "Southland Tales", które najłatwiej można określić wizjonerską opowieścią o końcu świata. Krytyka po pierwszym pokazie na Festiwalu Filmowym w Cannes delikatnie mówiąc obraz zmiażdżyła. Wygwizdany i nazwany najgorszym filmem wyświetlonym na festiwalu doczeka się premiery dopiero w drugi weekend listopada tego roku. Filmu, jak można się domyśleć, jeszcze niestety nie dane mi było obejrzeć, ale w weekend miałem wielką przyjemność przeczytać trzy komiksy, będące prologiem do historii przedstawionej w filmie. Autorem scenariusza do wszystkich trzech albumów był sam reżyser, a ilustracje wykonał Brett Weldele. To co otrzymałem przerosło moje najśmielsze oczekiwania. ponad 300 stron świetnej lektury przesiąkniętej surrealistycznym i onirycznym klimatem narkotycznej opowieści o nadchodzącej apokalipsie. Rozdziały, "Two Roads Diverge", "Fingerprints" i "The Mechanicals" (takie tytuły noszą poszczególne albumy) są idealnym wprowadzeniem (przynajmniej tak zakładam) do tego co dane nam będzie zobaczyć na ekranie, a ja dawno nie narobiłem sobie na żaden film takiego apetytu.
Intryga jest pokręcona jak świński ogon. Może nie ma jakichś niespodziewanych zwrotów akcji, ale ilość wątków i poziom ich skomplikowania (z jednej mamy science fiction, a z drugiej mistycyzm, wizjonerstwo i podróże w czasie) powoduje w głowie czytelnika nielichy mętlik (przynajmniej u mnie spowodowała). Wszystko zaczyna się na pustyni w Nevadzie. Boxer Santaros, jeden z najpopularniejszych aktorów na świecie, budzi się na pustkowiu. Nie pamięta kim jest, nie wie gdzie się znajduje, wie tylko że musi sobie zaaplikować szprycę w kark i ruszyć przed siebie. dociera do szosy, gdzie znajduje go zawodowy hazardzista Fortunio Balducci i zabiera go do granicy z Kalifornią. Trzeba zaznaczyć, że Stany Zjednoczone w świecie "Southland Tales" przeżyły dwa ataki nuklearne i próba wjazdu do Kalifornii na dziko, bez odpowiedniej wizy kończy się śmiercią próbującego. Fortunio węsząc wielkie pieniądze jakie idą za amnezją gwiazdy prosi o pomoc aktorkę filmów dla dorosłych Krystą Now. Ta wymyśla plan, przez który Boxer chcąc, nie chcąc zaczyna wypełniać proroctwa zawarte w przedziwnym scenariuszu filmowym, który jak mu wmawia Now jest podstawą jego najnowszej produkcji.
Właśnie ten napisany przez naćpaną, zahipnotyzowaną i dodatkowo jasnowidzącą gwiazdkę porno staje się kluczem do apokalipsy, wydającej się zupełnie inną niż ta opisana przez Świętego Jana. Kolejnym kluczowym bohaterem jest Ronald Taverner, który również budzi się z totalną amnezją i od razu daje się wciągnąć w plan porwania i przetrzymywania w niewiadomym celu swojego brata bliźniaka Rolanda. Zmuszony zostaje również do wstrzykiwania sobie tej samej substancji co Boxer Santaros, będącą jak się okazuje Fluid Karmą, płyną wersją innowacyjnego, ekologicznego i niekończącego się paliwa, które ma zastąpić te tradycyjne i wprowadzić świat w nową, lepszą przyszłość. Obaj zażywający Fluid Karmę zaczynają dzielić sny o The Serpent Trench, dziwnej rzeczywistości, która jak się zdaje odgrywa kluczową rolę w fabule. Nie ma sensu opisywać wszystkich wątków, każda próba tłumaczenia fabuły w kilku zdaniach zdaje się bezsensowna. Na scenie pojawia się ogromna ilość postaci i każdy wydaje się mieć znaczącą rolę. Są przedstawiciele korporacji produkującej Fluid Karmę, politycy, pracownicy organizacji państwowych, hakerzy i przedstawiciele neo-marksizmu – partii politycznej będącej opozycją do władzy w USA. We wspomnieniach odwiedzimy Irak i dowiemy się, że były tam prowadzone bardzo tajne badania z użyciem żołnierzy i Fluid Karmy, a także wyjdzie na jaw, że Now uczestniczyła w dziwnym incydencie na pokładzie pewnego samolotu i tylko ona ze wszystkich pasażerów te wydarzenia pamięta. Poziom skomplikowania historii jest naprawdę imponujący, a wspomniany przeze mnie incydent z samolotem wydaje się oczywistym nawiązaniem, albo i nawet motywem łączącym "Southland Tales" z "Donnie Darko" (poznanie historii z najnowszego filmu Kelly’ego rzuci może więcej światła na fabułę tego wcześniejszego).
Co do ilustracji jakie zaserwował nam Brett Weldele cholernie przypadły mi do gustu. Idealnie wpasowały się w klimat. Trochę przypominają mi to co możemy oglądać u Templesmitha, tyle że Weldele rysuje/maluje jak mi się wydaje staranniej, z ciut większą dbałością i zwyczajnie lepiej to wygląda. Jeżeli chodzi o kolory, hmmm... komiks jest po prostu bardzo ładny. Bogata gama barw i odcieni cieszy oczy... tyle, że nie ma co się spodziewać jakichś jaskrawych fajerwerków, bo raczej dominują pastelowe kolory.
"Southland Tales" wydał Kevin Smith, a on ma jednak jakiś tam autorytet jeżeli chodzi o pop kulturę i wydaje mi się, że ma nosa do dobrych rzeczy. Tak jak wspominałem, te trzy pierwsze rozdziały historii bardzo mi się spodobały i z niecierpliwością czekam na film. Komiks z pewnością nie należy do lektur jednorazowych i do czasu seansu z pewnością przerobię go nie raz, mam nadzieję, że kiedyś również w wersji polskojęzycznej.

Oficjalna strona "Southland Tales", na której można obejrzeć trailer do filmu (i w zasadzie chyba tylko to).

czwartek, 18 października 2007

Trudne początki

Pierwszym komiksem w życiu, który dostałem, i jednocześnie pierwszym, który miałem przyjemność przeczytać był "Batman" 4/1991 z TM-Semic. Wcześniej komiks był mi praktycznie nieznany (może poza oglądaniem u kogoś albumów z Kajkiem i Kokoszem), więc nic dziwnego, że historia o Anarchu zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Tak wielkie, że Batman stał się moją ulubioną postacią komiksową, a zarazem jedną z najbardziej cenionych przeze mnie kreacji pop kultury w ogóle.

Do "Batman: Rok Pierwszy" podszedłem jednak ze średnim entuzjazmem. Historia początków tej postaci jest powszechnie znana. Miliarder Bruce Wayne jako dziecko był świadkiem zamordowania swoich rodziców. Czyn ten tak dalece zostawia ślady na jego psychice, iż jako dorosły mężczyzna postanawia walczyć ze złem. Zakłada kostium i maskę, wciela się w postać Człowieka-Nietoperza, Mściciela w pelerynie. Nie miałem pojęcia co może w tej materii jeszcze powiedzieć nawet taki scenarzysta jak Frank Miller. Jak się okazało miał do powiedzenia sporo, a komiks, który jak się spodziewałem będzie nudny i wtórny, Okazał się wciągający.

Do Gotham przybywają jednocześnie Bruce Wayne i James Gordon. Przemiennie prowadzona narracja opisuje ich walkę ze złem. Narrator-Wayne streszcza swoje pierwsze kroki jak Mroczny Rycerz. Opisuje porażkę jaką okazuje się jego akcja rozpoznawcza, jaki i sukcesy na polu walki z bandytami i potyczek z policją. Narrator-Gordon relacjonuje natomiast swoje początki na nowym komisariacie. Trudności ze skorumpowanymi kolegami, zwierzchnikiem, kłopoty w domu spowodowane uczuciem do koleżanki w pracy. Obaj spotykają na drodze wiele trudności, dowiadują się jak trzeba grać w Gotham, obaj walczą ze złem i zarazem stoją po różnych stronach. Miller nie zawiódł. Jego historia jest ciekawie i mądrze napisana. Narracja jest sprawna, dialogi nie są sztuczne, ani specjalnie sztywne.

Ciut gorzej moim zdaniem wypada jednak oprawa graficzna tej pozycji. Ani David Mazzucchielli odpowiadający za rysunki, ani Richmond Lewis odpowiadająca za kolory mnie nie powalili. "Year One" jest dla mnie graficznie poprawne. Rysunki dobre, realistyczne, ale mnie nie do końca taka kreska odpowiada. Kolorystyka również bez szaleństw. Przeważa szarość, brąz i stonowane kolory. Gotham jest brudne, ale nie gotyckie. Trochę mi tego brakowało, ale mam wrażenie, że to co widzimy odpowiada właśnie latom 80tym, w których prawdopodobnie toczy się akcja "Roku Pierwszego".

Komiks oryginalnie ukazał się w czterech odcinkach w 1987 roku. u nas, liczące 96 stron wydanie zbiorcze, wydał w 2003 roku Egmont Polska. Tłumaczył Jarosław Grzędowicz, więc nie trzeba się martwić o jakość tłumaczenia. Dobra rzecz, nie powinno się rozczarować.

Wstęp Franka Millera do "Batman: Rok Pierwszy".

Najlepsza polska strona o Batmanie i już wspominany przeze mnie w jednym z wcześniejszych wpisów podcast poświęcony tej postaci.

sobota, 13 października 2007

O facecie, który umiał się teleportować

Doug Liman, twórca takiego arcydzieła jak "Mr. & Mrs. Smith" szykuję do spółki z Davidem S. Goyerem nowy film science fiction - "Jumper". "Jumper" to ekranizacja powieści Stevena Goulda. Opowiada o człowieku, który odkrywa u siebie umiejętność teleportowania się wszędzie gdzie tylko chce (w tej roli Hayden Christensen). Odkrywa również, że ze swoimi zdolnościami nie jest jedyny. Od wieków tacy jak on, nazywani Jumperami są tropieni i tępieni przez inną grupę - ich reprezentuje siwy Samuel L. Jackson. W zasadzie film jakoś fantastycznie się nie zapowiada. Główne role obsadzone przez drewnianego Christensena i Samuela, który niestety już swoim nazwiskiem nie gwarantuje dobrego film, raczej nie zachęcają. Jednak sam pomysł, czyli polowanie na kolesia, który potrafi się teleportować cholernie mnie zaintrygował. Efekt współpracy dobrego, ale nierównego scenarzysty i słabego moim zdaniem reżysera będzie można oglądać już dzień po Walentynkach.

Na razie tylko trailer.