niedziela, 30 stycznia 2011

Fizyki rzeczy niemożliwych

Jestem w trakcie lektury "Fizyki rzeczy niemożliwych. Fazery, pola siłowe, teleportacja i podróże w czasie" Michio Kaku.

Kaku to dziekan katedry fizyki teoretycznej Uniwersytetu Nowojorskiego. Jeden z najbardziej wybitnych fizyków-teoretyków Lista jego publikacji jest imponująca - przy czym facet jest naprawdę sympatyczny i medialny, nie ucieka też od łączenia nauki z fantastyką. Jednakże z pewnymi obawami zabrałem się za tą pozycję. Z fizyką nie miałem do czynienia od czasu liceum. Ale jest dobrze. Kaku pisze bardzo przystępnie, każde zagadnienie wykłada od podstaw (przypominając wszystkie zasady) i bardzo łatwo sobie poradzić z taką podstawową wiedzą, na poziomie liceum (z tym, że ja miałem bardzo wymagającego nauczyciela, który niemiłosiernie nas piłował i może też dlatego, że po prostu lubiłem ten przedmiot). A o czym w ogóle jest ta książka? Jest to rzeczowa analiza rozwiązań technicznych znanych z produkcji science fiction. Kaku bierze na warsztat pojęcia: teleportacji, telekinezy, psychokinezy. Rozważa na temat podróży w czasie, lotów kosmicznych, obcych cywilizacji i wszechświatów równoległych. Olbrzymi plus za to, że nie jest to sucha praca naukowa. Autor okrasza ją niezliczoną ilością przykładów z literatury fantastycznej, seriali i filmów, a także hojnie sypie anegdotami o fizykach, astronomach i pisarzach.
Dwa fragmenty. Pierwszy dotyczy Alana Turinga, twórcy informatyki, człowieka, który przyczynił się w znaczącym stopniu do rozszyfrowania Enigmy:
"Turing nie został jednak uhonorowany jako bohater, który przyczynił się do zmiany biegu II wojny światowej, zamiast tego padł ofiarą nagonki. Pewnego dnia w jego domu doszło do włamania i uczony wezwał policję. Niestety w czasie tej wizyty policjanci znaleźli dowody na jego homoseksualizm i Turinga aresztowano. Wyrokiem sądu został skazany na zastrzyki z hormonów płciowych, co miało katastrofalny efekt - urosły mu piersi i cierpiał psychiczne katusze. W 1954 roku popełnił samobójstwo, zjadając jabłko polane cyjankiem. (Według jednej z plotek, logo filmy Apple, ugryzione z jednej strony jabłko jest hołdem dla Turinga)."
Następny fragment dotyczy budowy miecza świetlnego, którego w wersji prezentowanej w Star Wars nie można zbudować, bo niemożliwym jest zestalenie światła:
"W rzeczywistości istnieje sposób na skonstruowanie czegoś przypominającego miecz świetlny - w tym celu należy posłużyć się plazmą, czyli zjonizowanym gazem. Plazmę można rozgrzać do tego stopnia, że będzie się żarzyć w ciemności i przecinać stal. Plazmowy miecz świetlny składałby się z cienkiego, pustego w środku pręta wysuwającego się z rękojeści niczym wędka teleskopowa. Do wnętrza takiego pręta uwalniałoby się gorącą plazmę, która wydostawałaby się na zewnątrz niego przez umieszczone regularnie na całej jego długości niewielkie otwory. Wypływająca z rękojeści plazma, przemieszczając się wzdłuż pręta i wydostając się przez otwory na zewnątrz utworzyłaby długą, żarzącą się rurę niezwykle gorącego gazu, pozwalając stopić nawet stal. Urządzenie takie nazywa się również czasem palnikiem plazmowym."
Podejrzewam, że Lucas będzie się próbować procesować z każdym kto chciałby taki miecz plazmowy, chociaż częściowo podobny do broni Jedi, produkować.

Polecam szczerze wszystkim lubiącym fantastykę (science fiction w szczególności). Kaku w przystępny sposób tłumaczy co, kiedy i na jakich zasadach będzie możliwe, i w czym się futuryści pomylili. Myślę, że to świetna pozycja dla każdego, kto chce poszerzyć swoją wiedzę i mieć jako takie podstawy w obcowaniu z fantastyką naukową.

Geek's Five #16 - I'm Batman!





Perfekcjonizm. I tylko perfekcjonizm

Nie nazwę "Czarnego łabędzia" rozczarowaniem, ale wychodząc z sali byłem szczerze zdziwiony tak wywindowanymi ocenami dla tego filmu. Co by nie mówić, to sprawnie i ładnie opowiedziana historia, z którą tak naprawdę każdy kinoman zetknął się gdzieś wcześniej. I dla mnie to największa bolączka. Liczyłem, że film mnie porwie, całkowicie oczaruje, swoim ciężarem przygniecie i dosłownie nie będę mógł się podźwignąć, otrząsnąć po tym co mi Aronosky zaserwował. A tak niestety nie było.

Mamy dążącą do perfekcji baletnicę Ninę, która mieszka z patologicznie nadopiekuńczą matką i która powoli popada w obłęd. Wizje, których doświadcza Nina nie powstydziłby się umieścić w swoich filmach Cronenberg. Są straszne. Mocne, mięsiste, obrzydliwie dosadne, ale od początku sugerujące widzowi z czym mamy do czynienia. Jeżeli ktoś umie dodać dwa do dwóch dojdzie bardzo szybko do wniosku, że to wszystko dzieje się w chorym umyśle zahukanej dziewczyny. Dodać należy, że dochodzi do tego zdecydowanie za szybko. Do tej pory Darren Aronofsky był dla mnie synonimem oryginalności. Takiej pełnej. Opowiadał w niebanalny sposób niebanalne historie. Kończyłem "Źródło" i nie mogłem sobie przypomnieć drugiego takiego przeżycia. Po seansie "Czarnego łabędzia" niemal momentalnie przyszedł mi na myśl "Wstręt" Polańskiego. Kamila uważa, że relacje Nina - matka to powtórka z "Pianistki", a piętna filmu o rozdwojeniu jaźni po prostu nie da się pominąć. Po cichu do końca liczyłem, że Aranofski prowadzi ze mną grę, że to jednak nie jest choroba psychiczna. Ale jednak nie.

Tą banalność maskuje fakt, że "Czarny łabędź" to film niezaprzeczalnie piękny. Zdjęcia i choreografia niejednokrotnie zaparły mi dech w piersiach. Ostatnie minuty, premiera "Jeziora łabędziego" to niezapomniane przeżycie, które muszę przyznać trzyma w napięciu. Z każdego ruchu, każdej figury bije piękno. Przemiana jakiej doznaje Nina jest jedna z najładniejszych rzeczy jakie widziałem w kinie. Byłem świadkiem prawdziwej magii srebrnego ekranu. Takie zestawienie piękna i brutalnych wizji, o których wspominałem wcześniej tworzy naprawdę niepokojący klimat. Ale jest jedna rzecz, która strasznie mnie męczyła - maniera prowadzenia kamery za Portman. Trzęsący się, dziwnie wykadrowany obraz pleców przyprawiał mnie o mdłości.

Jeżeli miałbym wskazać kogoś kto zasługuje na Oscara, to i statuetka, i bezgraniczne uznanie należą się Natalie Portman. To co pokazuje w tym filmie to pierwszej klasy aktorstwo. Tłumaczę sobie, że to ona dźwiga cały ciężar i to ona stoi za sukcesem tego filmu. Jej balet (wyuczony w rok), jej kreacja jest tym co przyciąga uwagę. Widać, że jej warsztat Powiem szczerze, po epizodzie z Amidalą nie wróżyłem tej aktorce wielkiej kariery. Ten wybór wydawał mi się drogą do zamknięcia sobie kariery, a okazuje się, że Portman potrafiła to przezwyciężyć i teraz mało kto pamięta jej żałosną i płaską postać z nowej trylogii. Najpierw "Bliżej" teraz to - jestem oszołomiony.

"Czarny łabędź" na pewno pozostawia po sobie dobre wrażenie. Portman bezapelacyjnie należą się nagrody. Kunis w końcu mogła pokazać, że oprócz ładnej buzi umie też grać. Kompozycje, czy może lepiej powiedzieć aranżacje Mansella są świetne. Ale hype mnie nastawił na bóg wie co i po raz kolejny stałem się ofiarą zbyt wygórowanych oczekiwań. Film jest dobrym widowiskiem. Przyjemnym, nieprzeintelektualizowanym, artystycznym kinem, które dzięki popularności tańca trafi do szerszej publiki. Tylko i aż.

niedziela, 23 stycznia 2011

Wieści z blogosfery #2

Przez rok się sporo zmieniło w kwestii blogów, które odwiedzam. Że jest kilka ciekawych, o których warto wspomnieć i kilka, które zacząłem regularnie odwiedzać. Przy okazji uzupełniania listy blogów postanowiłem się kilkoma z nich z wami podzielić.
  • Duddits, kolega z forum Gotham Cafe, a wcześniej Groza w każdym calu założył bloga o twórczości Dana Simmonsa. A że jestem po lekturze "Hyperiona", który po prostu powalił mnie na kolana i tym samym na początku przygody z tym pisarzem bardzo chętnie zacząłem tam zaglądać. Jeżeli Duddits uzna, że jest to warte zamieszczenia, to pewnie coś mojego autorstwa też tam przeczytacie. To drugi blog o pisarzu prowadzony przez znajomych. Blog Cormaca McCarthy'ego od zeszłego roku prowadzi Gage z Agą.
  • Infi wrócił do pisania z blogiem o miłości do winylu. "V for Vinyl" to taki kolekcjonersko-hobbistyczny projekt, który cholera wie jak długo pociągnie. Liczę, że trochę i jeszcze trochę, bo winyle są mi w tej chwili zupełnie obce. Przestałem je puszczać w 2 klasie podstawówki, kiedy to mój chomik Oscar przegryzł kabel do mojego gramofonu Bambino.
  • Powiem szczerze, pogubiłem się w ilości blogów, które prowadzą Mike i Moniqee. O 3city Explorers pisałem przy okazji zeszłorocznego dnia blogowania. Do tego mają dwa blogi o postcrossingu (którego fenomenu osobiście nie jestem w stanie pojąć), blog o kreatywności i jeszcze kilka innych. I biorą też udział w projekcie 365 (codziennie przez rok robią zdjęcie najlepiej oddające ich dzień) - blog nazywa się Codziennik Fotograficzny (i maja 1/3 zdjęć za sobą, a ja dopiero teraz pomyślałem żeby o nim napisać). Swój dzień dokumentuje tam również Mandreill, który ostatnio rozszerzył swojego kulturalnego bloga o... całą resztę i nazwał go po prostu Zapiskami Mandriella.
  • Najchętniej odwiedzanym przeze mnie od jakiegoś czasu blogiem jest The Adamant Wanderer. To chyba najbardziej znana polska couchsurferka. Kamila mi go polecała z pierdyliard razy, ale wciągnąłem się dopiero kiedy Ula (autorka) przyjechała do Nowego Jorku. Świetne zdjęcia, sporo jedzenia, ciekawe życie, US&A.
  • Od czasu kiedy piszę recenzje dla CarpeNoctem zacząłem trochę bardziej interesować się literaturą fantastyczną. Od jakiegoś czasu śledzę blogi dwojga obcych mi ludzi. Są to: Zasadniczo o fantastyce (autorka napisała pracę magisterską na temat twórczości Sapkowskiego i ma ciekawe spostrzeżenia) i Mechaniczny człowiek. Ten drugi jest o tyle ciekawszy, że większość (a nie wiem czy nie wszystkie) recenzowane tam książki jeszcze w Polsce się nie ukazały (autor mieszka w Stanach).
  • A jak już jesteśmy przy blogach książkowo/literackich to czytam też blog Jesieni.
End.

O "Przedwiośniu żywych trupów" na CN

Jeżeli ktoś jest ciekawy dlaczego podobało mi się "Przedwiośnie żywych trupów" Stefana Żeromskiego i Kamila Śmiałkowskiego to na CarpeNoctem pojawiła się recenzja. Spodziewałem się więcej, ale ostatecznie jestem z lektury zadowolony. Mogłoby być więcej zombie, tytuł nawiązujący do klasyki gatunku do tego trochę zobowiązywał. W takiej "Opowieści zombilijnej" są ich całe hordy.
Zainteresowanych odsyłam do recenzji.

Geek's Five #15