środa, 18 lutego 2009

O miłości i o śmierci


Zaległości komiksowych ciąg dalszy. Nie wiedziałem kto to jest Charles Burns i co to za komiks jego autorstwa wydała Kultura Gniewu do czasu, gdy jesienią 2007 Kamila nie podsunęła mi pod nos recenzji z Przekroju, nie pokazała palcem i nie powiedziała "chcę to mieć". Nadal nie wiem kim jest Burns, ale wiem, że ma facet łeb i przy tym parę w łapie. Nadrobiłem braki, komiks przeczytałem dwa razy i chciałem się podzielić krótko moim przemyśleniami, bo "Black Hole" to świetna rzecz.


Zacznę od rysunków, bo tutaj sprawa zdawałoby się jest dość prosta - są fantastyczne. Spodobały mi się w zasadzie od razu. Na pierwszy rzut oka, czarno-białe ilustracje wydawały się proste, sterylne, ale przy tym bardzo klimatyczne. Po dłuższym obcowaniu dostrzegłem ich upiorność. Burns swoją kreską w doskonały sposób pokazuję brzydotę, serwuje makabryczne i obrzydliwe obrazy. Kreuje świat mroczny, nieprzystępny i tajemniczy. Czytelnik obcuje sobie z uśmiechniętą, wydawałoby się beztroską młodzieżą, a zaraz później zostaje rzucony w pełen chorych wizji i koszmarnych snów świat, i to tak bez najmniejszego ostrzeżenia. Przy tym wszystkim autor daje dowód, że umie też narysować coś pięknego, bo udaje mu się uchwycić niewinność i urodę głównej bohaterki, która w dużej mierze kontrastuje z otaczającym ją światem. Urzekła mnie kompozycja. Plansze, kadry, idealne operowanie czernią i bielą - wszystko sprawia wrażenie perfekcyjności. Nie ma co się dziwić, według tego co napisano na obwolucie, autor rysował swoje dzieło ponad 10 lat.

"Black Hole" to komiks o dorastaniu, a żeby być dokładnym, o nieprzyjemnych stronach dorastania czy nawet takich, których nigdy osobiście się nie doświadczyło. Burns pokazuje nam grupkę młodzieży z przedmieścia, wśród której panuje dziwna choroba przenoszona drogą płciową. Zarażenie się nią skutkuje bardzo różnie - przede wszystkim większymi lub mniejszymi deformacjami ciała. Już blurb ostrzega, że choroba nie jest najważniejsza, że to tylko element układanki, środek do wyznaczenia pewnej granicy. Śledzimy poczynania bohaterów, ich miłostki i miłości, konflikty i wszechogarniającą bezradność. Widzimy jak pomiędzy kolejnymi imprezkami wkraczają w dorosłe życie. Zmierzają się z przygnębiającą codziennością, brakiem akceptacji, bezmyślnością otaczających ich ludzi, gdzie jedyną rozsądną ucieczką jest wypalenie w samotności skręta. Budząca się seksualność, pragnienie odrębności muszą walczyć z społecznymi zapatrywaniami się, zdaniem ogółu, akceptacją kolegów i znajomych. Będąca poza nawiasem grupka zdeformowanych zarażonych wybrała życie wyrzutków. Zamieszkali w lesie, gdzie popadają w apatię i obojętność. Rodzi się wrogość i wzajemna nienawiść. Rzeczywistość "Black Hole" przypomina koszmar, z którego nie można się obudzić. Bohaterowie w niej grzęzną, topią się, zostają przez nią pożarci.

Trudno pisać o fabule tego komiksu, bo nie dość, że jest wielowątkowa i nieliniowa to tak naprawdę główną rolę odgrywają emocje i odczucia. To historia zmierzająca gdzieś, ale to gdzieś, oprócz tego że jest konkluzją, będzie dla każdego chyba czymś innym. Jeżeli miałbym się pokusić o zakwalifikowanie "Black Hole", wskazanie jakiejś przynależności gatunkowej powiedziałbym, że to społeczny horror psychologiczny. Coś czego King doszukiwał się z różnym skutkiem, w filmowych horrorach w "Danse Macabre", tutaj mamy podane jak na dłoni. Pokazanie problemów dorastającej młodzieży, gdzie elementem nadprzyrodzonym jest tajemnicza, objawiająca się potwornymi deformacjami choroba, która można traktować jako odzwierciedlenie młodzieńczych obaw, jak i również jak brak samoakceptacji. "Black Hole" to komiks idealny do wielokrotnego zagłębiania się i zgłębiania pod kątem symboliki. To również coś ponadczasowego, bo chociaż się dzieje w połowie lat 70tych to jednak, problemy nastolatków zawsze będą podobne.

To fantastycznie dobra powieść graficzna. Wydana po prostu pięknie (gruby papier, świetna oprawa). Przyjemność z obcowania jest naprawdę wysoka. Polecam.

piątek, 13 lutego 2009

A Long Night at Camp Blood

Dzisiaj piątek trzynastego, więc jak mógłbym nie napisać, choćby pokrótce, o jednym z najbardziej rozpoznawalnych slasherów na świecie? O filmie, który rozpoczął prawie trzydzieści lat temu fenomen serii o mordercy w hokejowej masce? Dzisiaj piątek trzynastego idealny dzień by odświeżyć sobie i napisać o "Piątku trzynastego".

Trzy dekady temu Sean Cunningham czuł palącą potrzebę zarobienia na horrorze. Pomyślał, że film z dzieciakami jak z reklamy Pepsi i krwawe efekty kolesia od zombie to idealne połączenie. Znalazł miejsce, nakręcił, zarobił i dał podwalinę dla jednej z najsłynniejszych horrorowych serii. Przy tym nawet nie spodziewał się, że będzie sequell (a powstało ich jedenaście) i że stworzy swym filmem mordercę-ikonę. Wszystko zaczyna się typowo. Najpierw prolog z obowiązkowym morderstwem, tytuł, napisy - wszystko według sztampy. Dalej poznajemy sympatyczną brunetkę. Dziewczyna przyjeżdża do miasteczka, dowiaduje się, że miejsce, do którego zmierza i w którym ma pracować jak kucharka jest przeklęte, że zginęli tam ludzie, wybuchały pożary. Facet, który ją podwozi najpierw ukradkiem ją obłapia, ale później namawia żeby wracała. Ona jednak z uśmiechem zmierza dalej, do obozu, w którym ma gotować. Pogodna, miła, zagaduje nawet do psa - po prostu idealna główna bohaterka. Tyle, że zamiast dotrzeć na miejsce i raczyć widza swoim ślicznym uśmiechem, umiera przy drodze z poderżniętym gardłem. Można powiedzieć, że to morderstwo nadaje ton, bo to tylko pierwszy z momentów, kiedy widz zostanie zrobiony w bambuko czy zaskoczony.

Dużą siłą tego slashera jest właśnie dobry suspens. Możemy sobie dedukować kto zabija. Mamy dziwnego właściciela obozu, jest lokalny wariat, który po alkoholu robi się agresywny, mamy też utopionego dwadzieścia lat wcześniej dzieciaka, którego wykluczać nie można, bo przecież to horror. Morderca skrywa swoje oblicze. Obserwuje z ukrycia. Pokazują tylko jego zarys, cień, rękę. Podsycają ciekawość. Dwadzieścia dziewięć lat od premiery, jego tożsamość nie jest już żadną tajemnicą, zakończenie zdradzano nie raz, ale jeżeli ktoś nigdy o Piątkach nie słyszał zostanie miło zaskoczony. Film jest dobry, chociaż specyficzny. Klimatyczny, ale nie można powiedzieć żeby trzymał w napięciu. Mnie za każdym razem w pewnym momencie nuży i mam ochotę go wyłączyć. Mam wrażenie, że zbyt szybko zaczyna brakować bohaterów, przez co siada dynamizm. Trochę intensywniej robi się w finale, który dodatkowo kończy się jedna z najfajniejszych scen w historii kolorowych horrorów.

Od strony technicznej jest naprawdę dobrze (o ile rozpatrujemy go w kategoriach trzydziestoletniego klasyka i nie oglądamy go z blue ray'a w wysokiej rozdzielczości). "Piątek trzynastego" dzieje się w dużej mierze w nocy podczas burzy i odwalono kawał dobrej roboty, przy zdjęciach. Są mroczne, nastrojowe, przygaszone. Nie ogląda się tego zbyt przyjemnie, chociaż tutaj praktycznie nie ma makabrycznej scenerii (która chociażby mroziła krew w "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną"). Na uwagę zasługuje niezłą ścieżkę dźwiękową. Mimo, iż w słuchana osobno nie powala, to w połączeniu z tym co na ekranie konkretnie potęguje doznania. Sam main theme potrafi zjeżyć włosy na rękach. Efektu dopełniały naprawdę dobrze wykonane efekty specjalne. Savini odwalił kawał dobrej roboty, żeby sceny morderstw zrobić jak najbardziej wiarygodnie, a przy tym jak najbardziej efektowne (a seria z tych efektownych morderstw słynie).

Podsumowując... nie jest to żaden wybitnie dobry film. Jednakże, jeżeli ktoś nie zna, a lubi surowe, oldschoolowe horrory powinien znaleźć tutaj niezłą rozrywkę. Rzucę oklepanym sloganem, ale dla fanów gatunku to pozycja obowiązkowa. Istny mus! Nie jest to może prekursor, ale na pewno popularyzator podgatunku jakim jest slasher. To on w dużej mierze zapoczątkował modę na kręcenie tanich gówien w latach 80tych, ale przy tym wyznaczył dość dobre standardy dla lepszych filmów. No, a ludzie, którzy widzieli, którzy znają i lubią niech sobie go odświeżą, już za około 100 dni będzie gościł reboot (taki inszy remake), który zbiera całkiem niezłe recenzje.

niedziela, 8 lutego 2009

Baśnie w świecie waśni #2

Z pewnością recenzja, którą umieściłem wcześniej, nie oddała całości moich odczuć dotyczących "Na wygnaniu". Byłem autentycznie zawiedziony, bo potencjał został w dużej mierze zaprzepaszczony. Całość była miałka, przewidywalna, nudnawa, a przede wszystkim jakoś mało fantastyczna. Nie takie powinno być urban fantasy. Mimo mocno sceptycznego nastawienia do serii, drugi tom dostał naprawdę duży kredyt zaufania. Po pierwsze tytuł sugerował podobieństwo do jednej z moich ulubionych powieści (jednej z niewielu lektur szkolnych, które przeczytałem sam z siebie i chwaliłem pod niebiosa), po drugie wiele recenzji i opinii znajomych było wyjątkowo pochlebnych. Tak, więc któreś z kolei: "Weź się za drugi tom, jest lepszy niż pierwszy." w ostateczności mnie przekonało. Pożyczyłem, przeczytałem i...

"Baśnie: Folwark zwierzęcy" są lepsze i podobały mi się bardziej niż "Na wygnaniu". Nie było to jednak specjalnie trudne. Fabuła zdaje się być ciekawsza i mieć zdecydowanie więcej do zaoferowania od przeciętnej zagadki detektywistycznej z pierwszego tomu. Człekokształtni Baśniowcy żyją sobie w Nowym Jorku, ich zwierzęcy towarzysze, całe zastępy gadających, mniej lub bardziej przyjaznych futrzaków niestety trafiła na Farmę. Odcięci, żyjący w odosobnieniu z wymuszonym zakazem podnoszenia łapy na współtowarzyszy zaczynają kombinować. Marzy im się powrót do baśniowej ojczyzny i życie dawnym życiem. Buntują się, zbroją i akurat na ich małą rewoltę nadziewa się Śnieżka z Różą Czerwoną, które przyjechały na inspekcję Farmy. Zwierzaki początkowo knują, chowają się, ale szybko przechodzą do konkretów. Zaczynają polować na Śnieżkę, mordować się wzajemnie i w ogóle popadają w lekkie szaleństwo. Przybywa jednak kawaleria, rebelia zostaje zdławiona, a jej sprawcy rozliczeni. Epilog pokazuje jak Śnieżka dochodzi do siebie po tym jak odstrzelono jej pół głowy, są procesy, wybierają nową władzę. Jednym słowem happy end.

Po lekturze pojawiają się jednak rozczarowanie. I to dość spore. Willingham potraktował w moim odczuciu historię bez odrobiny refleksji. Coś takiego jak bunt zwierzęco-kształtnych Baśniowców, coś w czym drzemał olbrzymi potencjał (bo to cholera bunt w obozie uchodźców!), potraktował bardzo po łebkach. Jest gonitwa po lasach i polach, ucieczka z niewoli, kilka trupów i wybuch stodoły. Nawet coś takiego jak śmierć Śnieżki zmarnowano, zrobiono z tego tani cliffhanger. Zmartwychwstaje ona już na następnej stronie. Jest kilka odwołań do orwellowskiego "Folwarku zwierzęcego" i do "Władców much" Goldinga, ale ten komiks nawet nie nadąża za ich cieniem. To cienka, grzeczna, plastikowa papka. W tej materii nie zmieni tego nawet Złotowłosa sypiająca z Niedźwiedziem czy głowa nabita na pal.

Brakowało mi duetu Śnieżka - Wilk. To oni, ten magnetyzm który się między nimi rodził, stanowił jedną z rzeczy dzięki którym lektura tomu pierwszego nie była drogą przez mękę. Samotna Śnieżka jest całkowicie pozbawiona charyzmy i przebojowości. Miota się między kadrami i wyraźnie widać, że wycieczka na Farmę jej nie służy. Trzecią rzeczą, która od razu rzuciła mi się w oczy i której nie rozumiem jest brak konsekwencji. Możecie mnie nazwać czepialskim, ale dlaczego Wilk ma postać człowieczą, a już takie świnie, miśki i liski nie? Dlaczego największy killer w dżungli nadal jest tygrysem, a Bigby chadza swobodnie po Manhattanie i korzysta z dobrodziejstwa chwytnych kciuków? Komiks czytałem dość dawno, ale doskonale pamiętam, że ta myśl błąkała mi się w czasie lektury. Tak wiem, głupie to trochę, bo przecież to BAŚNIE.


Graficznie jest dobrze. Zmienił się rysownik, ale szczerze mówiąc tego nie zauważyłem (dopiero jak przeczytałem kto rysował to pojawiło się lekkie zdziwienie). Nadal jest to czytelnie, schludnie i miło dla oka rysowany komiks. Może ciut mniej szczegółowo, ale kreska utrzymała podobną stylistykę. Za to lepiej zrobiło się w warstwie kolorystycznej. Nie można przyczepić się do dominującej szarości i fioletów. Jest kolorowo, fantastycznie. Bardzo mocnym elementem są dla okładki Jamesa Jeana.
Drugi tom "Baśni" to lektura lekka, przyjemna i na pewno bardziej fantastyczna (w porównaniu z tomem pierwszym), ale bez głębszej myśli i niewykorzystująca swojego potencjału nawet w połowie. Ani to śmieszne, ani zmuszające do kombinowania, ani nawet specjalnie wciągające. Nie rozumiem tych zachwytów krytyki, nominacji i przyznawanych nagród (chociaż te za okładki [a chyba też były] są akurat zasłużone). Może po prostu ja oczekuję i wymagam od tej pozycji za dużo? Może właśnie to ma być takie miłe dla oka i niewymagające, a ja chcę Bóg wie co? Podobno tom trzeci to w ogóle najlepszy z najlepszych, z tych trzech co Egmont już wydał, więc sprawdzę. Już leży na biurku. Złapię się za niego jutro.

Dzięki Rychu za pożyczanie tej serii... i mam nadzieję, że mimo mojego kręcenia nosem będziesz pożyczał mi ją dalej.

Baśnie w świecie waśni #1

Mam nadzieję, że w lutym pisać głównie będę o komiksach, bo mam pokaźną stertę przerobionych pozycji, o których bardzo chciałbym wspomnieć. Zaległości sięgają maja zeszłego roku! Na pierwszy ogień idą "Baśnie". Recenzję pierwszego tomu serii Billa Willinghama napisałem na zeszłoroczny konkurs recenzencki serwisu Carpe Noctem. Otrzymałem wyróżnienie (i książkę w nagrodę), reckę opublikowali, a dzisiaj wrzucam ją na bloga, bo jestem w trakcie spisywania myśli po lekturze tomu drugiego i tak głupio byłoby zacząć o czymś pisać na blogu od środka. Miłego czytania.

"Baśnie" to seria fantasy stworzona przez Billa Willinghama w 2002 roku. Od powstania, aż po chwilę obecną zyskuje coraz większe grono fanów na całym świecie. Wielokrotnie zastała nazywana przez krytyków i recenzentów "najlepszą, współcześnie ukazującą się serią komiksową", co potwierdza otrzymując kolejne nagrody (może poszczycić się jedenastoma nagrodami Eisera, w tym: za najlepszy debiut, trzykrotnie za najlepszą serię, a także za rysunki i okładki). Jest na tą chwilę jednym ze sztandarowych produktów Vertigo i doczekała się również dwóch spin-offów. Pomysł Willinghama, który zyskał bardzo szybko tysiące zwolenników, polegał na przeniesieniu do współczesnej Ameryki doskonale wszystkim znane postaci z baśni, bajek i ludowego folkloru. Tak oto czytelnik trafia do Baśniogrodu, który notabene znajduje się w Nowym Jorku i jest zamieszkały przez wszelkiego rodzaju fantastyczne, człekokształtne istoty.
"Na wygnaniu", bo taki tytuł nosi pierwszy tom, ukazał się w Polsce jesienią 2007 roku. Historia opowiedziana przez Willinghama, a zilustrowana przez Lana Medine skupia się na sprawie zaginięcia siostry Królewny Śnieżki - Róży Czerwonej. Śledztwem zajmuje się bajkowy łotr numer jeden, który po amnestii awansował na stróża prawa i porządku. Wilk, bo o nim mowa, nazywany również Bigby, jak przystało na rasowego detektywa rzuca się w wir śledztwa podsuwając czytelnikowi subtelne wskazówki, by ten mógł samodzielnie rozwiązać zagadkę. Należy zaznaczyć, że intryga nie jest specjalnie wyszukana i sprawny obserwator, mimo tych kilku pobocznych wątków, które połączą się zgrabnie w finale, jest w stanie przewidzieć dość szybko końcówkę. Mimo iż wszystko wskazuje, że zaginiona została zamordowana, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała sprawa została potraktowana przez twórców dość błaho. Nie czuć grozy sytuacji, która towarzyszyłaby tak brutalnemu zdarzeniu. Zagadka kryminalna nie wywołuje jakichś większych emocji i obawiam się, że trzeba ją potraktować jako tło, na którym pokazano relacje i prawa panujące w Baśniogrodzie, a także służące nakreśleniu stosunków między postaciami. Stanowi całkiem niezłe wprowadzenie do serii. W "Na wygnaniu" poznajemy przyczynę, która zmusiła Baśniowców do ucieczki ze swojego świata i osiedlenia się w całkowicie dla siebie obcych warunkach.

Przez śledztwo przewijają się kolejni doskonale nam znani bohaterowie: Jack (ten od łodygi fasoli), Sinobrody, Książe (były mąż Królewny Śnieżki), Kopciuszek, Piękna z Bestią i chociażby Pinokio, jednak główną rolę odgrywa duet Śnieżka - Wilk, i jak dla mnie jest on głównym atutem tego komiksu. Z jednej strony piękna, poważna i pełna wyniosłości Królewna - pełniąca obowiązki zastępcy burmistrza i przytłoczona masą obowiązków. Na dodatek, na horyzoncie pojawia się były mąż, który zwiastować może tylko kolejne kłopoty. Z drugiej brutalny i wyglądający na wiecznie zmęczonego Bigby, który zdaje się nie wiedzieć co to maniery i dobre wychowanie. Śledztwo, które przychodzi im razem prowadzić, jest powodem nieustannych spięć, ale i również źródłem pełnych humoru dialogów i wzajemnych, zabawnych docinek, tak więc sądzę, że dość szybko oboje zaskarbią sobie sympatię czytelnika.

Strona wizualna komiksu stoi na bardzo przyzwoitym poziomie. Jak wcześniej wspomniałem, za szkic odpowiada Lan Medina. Tusz nałożyli Craig Hamilton i Steve Leialoha. Rysunki są ładne i staranne. Niektóre kadry zachwycają ilością detali i misternością kompozycji. Niestety kolory pozostawiają wiele do życzenia. W pierwszym tomie "Baśni" dominują chłodne odcienie brązu, zieleni, fioletu i szarości. Ilustracje są przez to zimne, smutne i mało fantastyczne, brakuje im finezji. Wydawać by się mogło, że seria zasługuje na znacznie bardziej bogatą kolorystycznie oprawę.


Podsumowując, lektura komiksu "Baśnie. Na wygnaniu", mimo iż całkiem przyjemna, nie należy do tych ekstatycznych przeżyć jakie dane mi było zaznać przy obcowaniu z niektórymi arcydziełami komiksu. Z pewnością nie przysporzy żadnego olśnienia, a jeżeli potraktować tę pozycję jako komiks kryminalny to ze względu na intrygę wypadnie blado. Cała esencja "Baśni" polegająca na wrzuceniu bajkowych postaci w realia XXI wieku i jako taka zabawa konwencją wypada całkiem nieźle. Chociaż to, co serwuje Willingham nie umywa się do gaimanowskiego "Sandmana". Sądzę, że może zapewnić dość przyjemną, kilkudziesięciu-minutową rozrywkę i stanowi jedynie preludium do dalszych losów bohaterów. Konwencja wydaje się ciekawa i dająca szereg wspaniałych, scenariuszowych możliwości. Za przykład można podać krótki tekst Willnghama dołączony do albumu, opowiadający o pierwszym spotkaniu Śnieżki i Wilka. Chce się więc wierzyć, że kolejne tomy będą lepsze.

wtorek, 27 stycznia 2009

Samuraje po raz pierwszy

Produkcji z samurajami powstało i powstaje tak wiele, że pewnie gdybym obrał sobie za cel życiowy poznanie wszystkiego, to umarłbym nie spełniwszy go. Zresztą nie mam takich aspiracji. Przyznam się szczerze, kino chambara, poza pewnymi wyjątkami, mnie w dużej mierze nudzi. Nie nudzą mnie za to anime z samurajami i chociaż nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, nie szukam specjalnie, oglądam tylko to co mi w łapy wpadnie, to postaram się zrobić jakiś mały przegląd tego na co warto, w moim mniemaniu, rzucić okiem.

Zacznę od przeróbki jednego z najlepiej rozpoznawalnych filmów gatunku, klasyka Akiry Kurosawy - "Siedmiu samurajów". Jest to 26-odcinkowe anime noszące tytuł... "Samurai 7" i jak to bywa z remake'ami jest w każdym aspekcie gorsze od oryginału. To niby ta sama historia - banda rzezimieszków napadająca wioskę i ograbiająca ją z jedzenia, przeciwko której staje wynajęta przez wieśniaków grupa doświadczonych wojowników. Konwencja i stylistyka już zupełnie inna. Dostajemy dziwną mieszankę science fiction. Jeden z głównych bohaterów jest napędzaną parą zbroją, przeciwnicy to wielkie, latające roboty, ich ich twierdza to statek wielkości niszczyciela ze Star Warsów. Ta konwencja, która w pewien sposób odcina serial od filmu Kurosawy, ratuje anime w moich oczach przed klapą. Brak tutaj klimatu filmu, postaci chociaż sympatyczne nie odbiegają od standardów wytartych w podobnych produkcjach, fabuła jest przewidywalna, nawet dla tych którzy pierwowzoru nie znają. Przede wszystkim historia się ciągnie i co chyba najgorsze dla produkcji rozrywkowej, męczyła mnie momentami. Ale przecież nie ma nic lepszego jak oglądanie walk, podczas których kolejne mechy są rozczłonkowywane i zamieniają się w stosy dymiącego złomu. Bo nie może być fajniej niż pojedynek samuraja z mechem! Animacja jest dobra i chociaż osobiście nie przepadam za nachalnymi wstawkami z 3D, których tutaj jest sporo, to nie nazwałbym "Samurai 7" brzydkim. Na plus policzyć na pewno muszę stylizację - latające fortece wyglądają jak japońskie zamki, a roboty zrobiono na samurajskie zbroje. Nie jest to anime, które bym polecił, ale z pewnością nie odradzałbym lub skreślał zupełnie. Jeżeli ktoś lubi zabawy konwencją może spokojnie odpalić i obejrzeć do końca lub zarzucić po godzinie. Jeżeli ktoś oczekuje czegoś znacznie lepszego niech sięgnie po...

"Sword of the Strager". To ponad półtora godzinny, pełen walk na miecze film awanturniczy z pierwszorzędną animacją i z dość dobrą fabułą. W opuszczonej świątyni spotykają się Kotarou - młody chłopak, sierota, którego ściga oddział wynajętych przez dynastię Ming wojowników i enigmatyczny Nanashi - włóczący się po kraju ronin. Chłopak wynajmuje samuraja jako swojego ochroniarza, by ten doprowadził go do pewnej świątyni. Najemnicy próbują chłopaka porwać, Nanashi go broni, jest trochę pościgów i oczywiście masa walk. W międzyczasie poznajemy tajemnicę ronina i wyjaśnia się dlaczego Chinczycy potrzebują dzieciaka. Chociaż akcja osadzona jest w realiach historycznych to jednak ten element w "Sword of the Stranger" należy traktować z dystansem. Historia jest tylko tłem do pokazania pełnej niebezpieczeństw przygody, która raczej nie mogłaby zaistnieć w rzeczywistości. To świetna produkcja rozrywkowa, która zapewnia dobrą zabawę. Dzięki dopracowanej animacji jest przyjemna dla oka, a lekka muzyka (z niewielką ilością wschodnich wstawek) sprawia, że tym których orient wkurza, ucho nie zwiędnie. To takie wyważone, wypośrodkowane, zrobione na poważnie anime. Ludzie, którzy narzekali na zbytnią fantastyczność "Ninja Scrolla" będą mieli okazję zobaczyć coś w podobnym klimacie tyle, że bardziej "normalnego", a ci którzy lubią spektakularne pojedynki będą ustatysfakcjonowani, bo Nanashi, jak i jego główny oponent Rarou to rzeźnicy.

Sporo finezyjnych walk można również zobaczyć w "Samurai Champloo", chyba jedna z ciekawszych pozycji dostępna u nas w kraju. Za to wielce oryginalne anime odpowiada twórca "Cowboy Bebop" Shinichiro Watanabe. "Samurai Champloo" to sprzedawanie stylistyki samurajskiej wymieszanej z elementami hip hopowymi. Tu również, pozornie zachowane zostały realia historyczne, dużą wagę przyłożono do tradycji, obyczajów, życia codziennego i chyba największą - do kuchni. Jednak w to wszystko wdzierają się elementy kultury hip hop. Raz jest to gang rysujący graffiti innym razem klan samurajów hodujący trawę, która ma służyć do wszczęcia rebelii. Jeden z głównych bohaterów walczy stylem przypominającym break dance, a w tle nieustannie można usłyszeć świetną muzykę, która łączy w sobie nowoczesne brzmienia z tchnieniem orientu. Fabuła skupia się na poszukiwaniach samuraja pachnącego słonecznikiem prowadzonym przez przypadkowo i źle dobraną trójkę kompanów. W kolejnych odcinkach oglądamy ich kolejne szalone przygody, poznajemy skrywane sekrety i patrzymy jak eksterminują w wybitnie fajny sposób dziesiątki przeciwników. Animacja jest żywa, dynamiczna, kreska momentami karykaturalna. Całość sprawia świetne wrażenie. Jest co niemiara akcji, multum śmiechu, ale jak dla mnie to największą siłą tego serialu, tym co sprawia, że mówię, że "Samurai Champloo" jest kozackie, jest właśnie ta feudalna Japonia w wersji pop. Jest sporo uproszczeń, sporo przebajerowania, przekolorowania, ale Watanabe sprzedał mi ten wyborny misz-masz bez problemu. Zakochałem się! Dostałem tony zabawy konwencją, masę odwołań, pastisz przechodzący w parodię. Czyli to co tygryski lubią najbardziej. Te 26 odcinków, które składają się na serię konkretnie skopały mi zad i dostarczyły niegłupiej rozrywki na najwyższym poziomie. Za to w zupełnie inną stronę poszli twórcy "Afrosamuraja" i jego drugiej części "Afro Samurai: Resurection". Te dwie produkcje to również czysto rozrywkowe pozycje, które łączą w bardzo udany sposób na pozór dwie przeciwstawne rzeczy: samurajów i hip hop. Fabuła to milion razy wałkowany temat zemsty. W pierwszej części główny bohater jest światkiem morderstwa ojca, więc gdy dorasta i opanowuje sztuki walki idzie się mścić i przy okazji zabija setki ludzi po drodze. W drugiej części kradną ciało zabitego ojca i grożą jego wskrzeszeniem, więc idzie im tego martwego ojca odebrać. I nie ma sensu pisać o dziesiątkach przeszkadzajek po drodze - wszystkie giną. "Afrosamuraj" ma dwie potężne zalety. Pierwsza to świetna, mocno komiksowa kreska. Jest kolorowo, lekko i dynamicznie. Twórcy dali popis swojej wyobraźni i możemy podziwiać wspaniały spektakl. Tą drugą jest klimat. Tym razem nawet nie próbowali udawać, że są jakieś realia czy mrugnięcia okiem. To anime to jeden, wielki gatunkowy kocioł. Ramię w ramię samuraje, cyborgi, roboty, mutanty, rewolwerowcy i demony. Do tego górzyste wsie jak z obrazka, lasy, pustynie, a w tle zabójcy z wyrzutniami rakiet. W jednej chwili przydrożna knajpka jakby wyrwana z "Shoguna", a chwilę później uzbrojone po zęby cyborgi na motorach. Japoński festiwal i ludowe tańce do muzyki puszczanej przez DJ w złotych piksach i ze złotym pistoletem, jadącego na platformie górującej nad drewnianymi chatkami. Hip hop w wydaniu RZA, blanty, złote łańcuchy, sygnety, nadmuchane japonki, kosmiczne pojedynki na miecze i hektolitry wylanej posoki. Obie części "Afrosamuraja" cieszą oko i ucho. Olbrzymia zasługa w tym Samuela L. Jacksona, który użyczył swojego głosu dwóm głównym bohaterom. Oprócz niego można usłyszeć też Lucy Liu, Rona Perlmana i hip hop o samurajach. Te dwa anime to naprawdę ostra jazda, mająca w sobie więcej z japońskiego gore niż kina chambara. Żadnego honoru, żadnego bushido, chodzi tam tylko o zemstę i brutalne zabijanie. Dla fanów dobrej animacji i pokręconych gatunkowo produkcji pozycja obowiązkowa.

Na koniec zostawiłem sobie przysłowiową wisienkę, chociaż ta wisienka to tak naprawdę samurajska uczta. Anime nietuzinkowe, artystyczna, a przy tym bijące po oczach swoim naturalizmem - "Shigurui" (tytuł angielski: "Crazy for Death", ale nie zauważyłem, żeby ktoś na sieci go używał). Jest to 12-odcinkowa historia rywalizacji dwóch samurajów Fujiki'ego Gennosuke i Irako Seigena. Wszystko zaczyna się od turnieju Lorda Tokugawy, w który mistrzowie miecza mają walczyć ze sobą na śmierć i życie (wszystkie dotychczasowe turnieje były rozgrywane za pomocą drewnianych mieczy). Ale zanim dochodzi do walki musimy obejrzeć historię poznania i zrodzonej nienawiści między tą dwójką. Retrospekcja sięga czasu, gdy Irako przybywa do szkoły, w której Fujiki ma zostać pupilem mistrza, wygrywa z nim walkę i zostaje przyjęty na nauki. Zdobywa poważanie, pozycję, ale przez swoją zachłanność i brak szacunku zostaje oślepiony, pohańbiony i wyrzucony. Później się mści. Pełnej historii, która wyjaśniałaby obecność i stan dwójki na turnieju, czy nawet wyniku tej walki nie dane jest widzowi poznać. Te dwanaście odcinków pozostawia w tej materii olbrzymi niedosyt, ale mimo wszystko warto poświęć te cztery godziny i obejrzeć coś co początkowo może się wydawać rzeczą nieskończoną. Animacja mnie zachwyciła. Na efekt składa się wiele rzeczy, przytłumione barwy, kadrowanie, dbałość o szczegóły strojów, broni, przedmiotów, wygląd postaci. Te kilka kadrów które wrzucę pod tekstem nie będą w stanie tego oddać. Jest brutalnie, ostro, krwawo i jest to wszystko dokładnie pokazane, ze zbliżeniem, lubością. Ścieżki dźwiękowej częściej nie ma niż jest, a "Shigurui" momentami wręcz hipnotyzuje. Nie można oderwać wzroku. Co ciekawe walki nie są spektakularne, czasami nawet nie są ciekawe, a jednocześnie w tym swoim naturalizmie, braku finezji są poważnym atutem. To anime jest wyjątkowo... inne, i chyba w tym jego siła.


Jest kilka innych pozycji, które w mniejszy lub większy sposób dotykają tematyki samurajskiej i które miałem przyjemność (bądź nie) obejrzeć. Może zrobią drugi sezon "Shigurui", może coś mi się przypomni, może obejrzę coś jeszcze. Może samuraje będą na flcl po raz drugi.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Pięć najlepszych książek roku 2008

Z żenującą ilością szesnastu książek na koncie zakończyłem ubiegły rok. Jak człowiek odejdzie od tekstów z ubezpieczeń społecznych, czy wcześniej z prawa pracy. Jak odgrzebie się spod ton notatek z postępowania administracyjnego i prawa UE to jedyne na co ma ochotę to odpalić sobie płytę z filmem albo serialem. Aż dziw bierze, że udało mi się tyle, niezwiązanych ze studiami lektur zaliczyć. Wybrałem pięć, które uważam za najlepsze i teraz korzystając z chwili wolnego czasu podzielę się kilkoma przemyśleniami.

5.) "Stukostrachy" Stephena Kinga. Wakacje to najlepszy czas na Kinga, więc rzuciłem się za nadrabianie zaległości. Nieprzeczytanych książek jego autorstwa mam coraz mniej i muszę je sobie dawkować. Tak, więc rocznie czytam dwie, z tych kilku zostawionych sobie na zaś. "Stukostrachów" nie ruszyłem wcześniej z dwóch powodów. Raz, że opinie o tej książce są delikatnie mówiąc różne, a dwa miałem w pewnym momencie dość tematu alkoholizmu i religii, które King lubi sobie powałkować. O dziwo poeta-alkoholik, główny bohater książki jest jej najmocniejszym elementem. King trochę za bardzo miesza, trochę się gubi w swojej wizji. Jest sporo nieścisłości i głupot. Widać, że lepiej mu idzie grzebanie w ludzkich umysłach, zjawiskach paranormalnych i horrorze niż przy fantastyce popularno-naukowej. Bo właśnie "Stukostrachy" to sci-fi z inwazją obudzonych po milionach lat ufokach. Muszę przyznać, że w ogólnym rozrachunku wypada całkiem niezłe. Nie jest to najlepszy King. Pewnie gdybym robił zestawienie jego książek to nie znalazłby się w pierwszej trzydziestce, ale wśród zeszłorocznych lektur wybija się rozmachem, kapitalnymi postaciami, fantastycznym językiem i poziomem pisarstwa, o którym masa pisarzy fantastycznych może pomarzyć.

4.) "Horrorshow!" Łukasza Orbitowskiego. W zasadzie to była lektura powtórna, bo powieść ukazała się w 51 numerze Science Fiction (tym z Batmanem na okładce) i czytałem ją we wakacje 2005 roku. Później Orbit powieść przepisał, przerobił i wydał w formie książki, a ja sobie odświeżyłem i muszę przyznać, po raz wtóry, że jest świetna. "Horrorshow!" to historia kręcąca się wokół krakowskiej giełdy i ludzi bardziej lub mniej z nią związanymi. Jest o żądzy, kłamstwach i duchach. Polskie realia, dobra narracja, bogaty styl Łukasza, galeria fantastycznych postaci i masa grozy wylewająca się ze stron czyni powieść jednym z najlepszych polskich horrorów. Parę lat temu Orbitowskiego można było nazwać pionierem tego gatunku w Polsce. Obecnie trochę tych osób się pojawiło, ale dla mnie w większości to tworzą oni quasi horrory i są za Orbitem daleko w tyle.

3.) "Harry Potter i Insygnia Śmierci" J.K.Rowling. Tak, jestem fanem książek o Potterze i przykro mi, że nie mam na co już czekać. Siódmy tom uważam za bardzo dobry, ale w porównaniu z poprzednimi rewelacyjnymi tomami jest to tylko "bardzo dobry". Po raz kolejny dostałem świetnie napisaną powieść z dopiętym na ostatni guzik światem i przyjemną fabułą. Ładnie pozamykano wątki, ładnie wszystko wyjaśniono, na końcu była spektakularna bitwa i happy end, na który zawsze po cichu liczyłem. Jednak siódmy tom był chyba najnudniejszym z cyklu i w przeciwieństwie do poprzednich książek trochę go męczyłem. Jak dla mnie mógłby być skrócony o kilkadziesiąt stron siedzenia w lesie i zbędnych retrospekcji. No i ten dziadowski epilog, który przypominał fanfic gimnazjalistki i nijak miał się do całości. "Insygnia Śmierci" to lekkie rozczarowanie, ale za razem to dobra książka, dobre zakończenie sagi i jedna z lepszych rzeczy przeczytanych przeze mnie w 2008 roku.

2.) "Pies i Klecha: Przeciwko wszystkim" duetu: Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk. Powieść ma już swój osobny wpis, w którym ją wychwalam, ale i trochę narzekam. Drugie miejsce za język, styl, a przede wszystkim za bohaterów i historię. Czytam obecnie tom drugi. Jeżeli nic się nie zmieni i w 2010 będę robił podobne zestawienie to "Tancerz" ma bardzo dużą szanse znaleźć się wysoko.

1.) "Brudna robota" Christophera Moore'a. Kto czytał ten nie powinien być zaskoczony. To najlepsza książka jaką czytałem w zeszłym roku. Lubię lekką fantastykę, lubię dobry humor i lubię jak mi Kamila poleca lekturę, bo trafia w dziesiątkę. To właśnie dzięki jej namową złapałem się za Moore'a i bardzo prawdopodobne, że facet zostanie jednym z moich ulubionych pisarzy. "Brudna robota" jest świeża, zabawna i przy tym mądra. Śmiałem się na niej na głos, momentami nawet dusiłem się ze śmiechu. Autentycznie! To jedna z najzabawniejszych książek jakie w życiu czytałem. Autor ma lekki styl, wyobraźnię Gaimana i już nie mogę się doczekać kolejnych godzin z jego pisarstwem. Facet idealnie wiąże sceny smutne z wesołymi, a i miesza je tak, że ciężko przewidzieć, czy akurat jakiś chwytający za serce moment nie skończy się salwą śmiechu. Podsumowując: "Brudna robota" to lekka rozrywka na najwyższym poziomie. A w kolejce czekają "Krwiopijcy" i "Ssij mała, ssij"- już nie mogę się doczekać!



Pod skryptem. Wyróżnienie dla "Sztuki Świata Dysku" Pratchetta z rysunkami Paula Kidby'ego. To jedna z najładniejszych książek z jaką miałem przyjemność obcować, a na dodatek dotyczy jednego z najfajniejszych światów jakie stworzyła myśl człowieka. Dziękuję Kamila za pożyczanie i polecanie. Fajnie, że lubimy podobne książki.