środa, 4 marca 2009

Zombie Halloween

"Halloween" Roba Zombiego Guru umieścił na trzynastym miejscu swojej listy najgorszych remake'ów. Bardzo chciałem przyklasnąć mu w opinii. Jako olbrzymi fan carpenterowskiego pierwowzoru niechętnie podszedłem do tej przeróbki. Ominąłem premierę kinową, ominąłem seans na jednym ze zjazdów Klubu Miłośników Grozy. W końcu jednak zmusiłem się, przysiadłem, obejrzałem... i gdybym powiedział, że mi się nie podobało to bym skłamał.


Chyba na początku należałoby poświęcić trochę miejsca oryginałowi. Z resztą nie wyobrażam sobie pisać o remake'u w oderwaniu pod wersji z '78. Uwielbiam pierwsze "Halloween". Atmosfera, którą udało się Carpenterowi uzyskać jest niepowtarzalna. To jeden z tych filmów, gdzie napięcie podczas pierwszego seansu mnie wręcz elektryzowało (a przy każdym następnym było jedynie niewiele słabsze). Surowy, klimatyczny, z bardzo mocno oddziałującą muzyką - uwielbiam myśleć, że nie zestarzał się w ogóle w przeciągu tych 30 lat. Jednak... Nie zestarzał się dla mnie, dla rzeszy fanów, ale dla przeciętnego kinomana wydaje się cholernie nieatrakcyjny. Taka ramota nad którą ludzie pławią się w zachwytach. Mało dynamiczny, mało efektowny, mało krwawy i jak na dzisiejsze standardy niekoniecznie straszny, czasem raczej śmieszny. Trzeba pamiętać, że miał to być niskobudżetowy horrorek kręcony na zamówienie. Miał powstać slasher o mordowaniu opiekunek, a że projekt trafił w łapy Johna.... Facetowi się po prostu chciało i wyszło małe arcydzieło, chociaż w czasie gdy powstawał nikt nie czuł, że zrobią coś dobrego. Ten film to chyba marzenie każdego filmowca - zrobić przy śmiesznych środkach dzieło kultowe (tak zazwyczaj właśnie jest wśród ludzi bawiącym się w tym gatunku). "Halloween" odniosło niebotyczny sukces biorąc pod uwagę kwoty jakimi musieli posługiwać się twórcy. Pieniędzy przeznaczonych na rekwizyty było tak mało, że starczyło zaledwie na dwie maski - klauna i... Williama Shatnera. Chyba właśnie twarz kapitana Kirka stała się w dużej mierze przyczyną sukcesu tej serii.

Carpenter założył maskę człowiekowi, o którym tak naprawdę nic nie wiemy. Chłopaczek ze zwykłej rodziny, który w jakimś amoku zamordował siostrę i jej chłopaka. Brak motywów, później brak uczuć i odruchów ludzkich. Po latach uciekł ze szpitala psychiatrycznego i morduje ludzi. W czasach, gdy każdej z części "Piły" Jigsaw po pięć razy tłumaczy swoje motywy, takie coś już by nie przeszło. Szczególnie, gdy chce się odbudować i kontynuować markę. Antagonista musi mieć powód, musi mieć przeszłość - samo zło, sam Boogieman nie wystarczy. Znaleziono, więc reżysera, który potrafi zaserwować taką ilość patogenu, że świętego zmieni w krwi żądną bestię. Zombie lubuje się w pokazywaniu psychopatów, okrucieństwa i wszelkiego rodzaju makabry. Zafundował małemu Myersowi spaprane dzieciństwo, niezbyt przyjazną szkołę, dom z agresywnym ojczymem i matką striptizerką, no i oczywiście dającą o sobie znać chorobę psychiczną.

Tym co w głównej mierze odróżnia nową wersję "Halloween" od starej jest fakt, że film jest nie o Laurie Strode, ale właśnie o Michaelu Myersie. Pierwsza godzina skupia się na próbie pokazania otoczenia i okoliczności w jakich narodził się potwór. Jest rodzinny dom i szpital psychiatryczny. Później towarzyszymy Michaelowi podczas ucieczki i pościgu za swoją siostrą. To morderca gra pierwsze skrzypce, to na nim skupia się akcja, widzimy każdą z eksterminacji tych, którzy weszli mu w drogę. Co ciekawe, po obejrzeniu doszedłem do wniosku, że Zombie rzeczywiście, chciał pokazać coś zgoła innego niż Carpenter. Nie tylko pogoń mordercy za siostrą, ale również motyw tą pogonią kierujący. Michael chce uchronić swoją siostrę przed brudem i plugastwem świata. Pozbywa się wszystkich, którzy w jego rozumieniu mogliby mieć na nią zły wpływ. Gdy dochodzi do niego, że nie różni się ona od tych "innych", próbuje ją zabić.

Zombie nakręcił film zdecydowanie bardziej brutalny i krwawy. Myers korzysta ze swojej siły i gabarytów. W pierwowzorze rozbijał sklejkowe drzwi do szafy, czasem wybił szybę. Tutaj, w finale, praktycznie rozrywa ściany i sufit w swoim starym domu. Jest jak rozwścieczone zwierze, którego nic nie jest w stanie zatrzymać. Nie ucieka, nie unika konfrontacji. Znak czasu widać również w sposobie z jakim traktuje swoje ofiary. Michael w wersji Zombiego to bezduszny, sadystyczny skurwiel, który lubuje się w katowaniu ludzi. Niestety widać reżyser tak dobrze bawił się podsyłając kolejne ofiary Myersowi, iż nie zauważył, że zaczyna to nudzić. W pewnym momencie, gdzieś między brutalnymi morderstwami, ucieka napięcie. Zamiast siedzieć jak na szpilkach zacząłem patrzeć na zegarek. Co najgorsze dzieje się to również w finale, który powinien właśnie najbardziej rozemocjonować widza. Czas trwania i te momenty przestoju to chyba jedyne poważne zarzuty. Technicznie jest bardzo dobrze. Muzyka fajnie dobrana i o dziwo aktorzy również. McDowell okazał się dobrym Dr Loomisem. Mimo początkowego krzyku rozpaczy przekonałem się do niego w zasadzie od pierwszej sceny. Nie okazał się śmieszny (czego głównie się obawiałem), a jego głos i maniera mówienia wynagradzają te steki bzdur, który sprzedaje każdej napotkanej osobie. Nowa Laurie wypadała bardzo przekonująco. Brawa należą się również dzieciakowi, który grał młodego Michaela. Ciężko mi stwierdzić jaka zasługa w tym jego warsztatu, ale od samego patrzenia na niego robiło mi się nieprzyjemnie.

"Halloween" z 2007 roku jest w moim odczuciu mocny i bezkompromisowy. Powierzenie tego projektu osobie, której wizja świata jest taka jak u Zombiego, było trafnym pomysłem. Nie dostaliśmy bezmyślnej przeróbki dla dzieciaków czy kalki z oryginału. Atmosferą film odchodzi mocno od oryginału. Postanowiono bardziej zszokować, niż przestraszyć widza. Atakuje się go tutaj niepokojącymi obrazami niż pozwala wczuć w klimat. Ale powiedzmy sobie szczerze, w dzisiejszy czasach mogło być zdecydowanie gorzej. Widać, że Rob rozumie kino na swój sposób i jest to coś czego obecnie horror potrzebuje. Co do zestawienia Guru. Szkoda, że ten przyzwoicie wykonany film, z pomysłem na opowiedzenie znanej już historii w inny sposób znalazł się w pobliżu tak kiepskich przeróbek jak "Puls" czy "Psychol". Ja jestem zadowolony i czekam na "H2".

poniedziałek, 2 marca 2009

Nudnawe opowieści na dobranoc

Trailer "Opowieści na dobranoc", najnowszego filmu z Adamem Sandlerem, miałem przyjemność obejrzeć w grudniu, przed seansem "Pioruna". Zapowiadało się fajnie. Niczym nie ograniczona dziecięca wyobraźnia połączona z humorem jaki prezentuje Sandler, mogła zrobić z filmu coś naprawdę dobrego i zabawnego. Coś co będzie się podobało dzieciom i dorosłym, którzy zabiorą się z nimi (i mnie, i Kamili, którzy poszli na ten film bez dorosłycha, ale również bez dzeci) - jak z animacjami Dreamworks albo Pixara. Nie spodziewałem się jakiejś ultra śmiesznej komedii, jedynie lekkiego kina, czegoś może podobnego na przykład do "Jumanji". Było bardzo średnio. Po pierwsze wyobraźnia dzieciaków w tym filmie mocno kulała. Po drugie ludzi, którzy dubbingują filmy aktorskie powinni za karę do końca życia zmuszać do oglądania owoców swoich pomysłów i pracy.


Główny bohater, Skeeter Bronson (którego gra Sandler) jest złotą rączką w hotelu, który wiele lat wcześniej został przejętym od jego ojca. Luzak rzucający czerstwe żarty i podkochujący się w córce swojego szefa. Przy tym ma dobre serce i widać, że się chłopak stara. Pewnego dnia siostra prosi go o przysługę. Ma się przez tydzień zaopiekować jej dziećmi. Zgadza się i nawet mu ta opieka nieźle idzie (pociechy przeżyły do samego końca). Kładzie dzieciaki spać i opowiada na dobranoc kiepską bajkę. Jak się później dowiaduje, to co jego siostrzeńcy dopowiedzieli w bajce, dzieje się w rzeczywistości następnego dnia (jak powiedziały, że będzie padał deszcz gum balonowych to Skeetera taki deszcz złapał). Bohater widzi w tym szanse zmiany swojego życia i każdego wieczora próbuje pokierować opowieścią tak, żeby dzięki temu zyskać dla siebie jak najwięcej. Pomysł super, masa możliwości i wszystko zmarnowane.

Pierwszy, spory problem "Opowieści na dobranoc" jest tym co początkowo myślałem, że będzie atutem. Te bajki Skeetera, mimo iż dzieją się w różnych epokach (starożytny Rzym, Dziki Zachód, średniowiecze) są zwyczajnie nudne, niespecjalnie śmieszne i w dużej mierze wszystkie są do siebie podobne. Opierają się na schemacie: Skeeter - wielki bohater walczy z Kendallem (który jest kierownikiem hotelu), zdobywa sławę, uznanie i piękną kobietę. Z każdą kolejną opowieścią na dobranoc pojawiało się u mnie spore rozczarowanie. Fajny pomysł na zrobienie czegoś naprawdę szalonego został totalnie spaprany. Jest do bólu przyziemnie. Mogły być salwy śmiechu, a bardzo często nie było nawet lekkiego uśmiechu pod nosem. Nie znam się na obecnych trendach w kinie dla najmłodszych, ale w epoce Harrego Pottera było tutaj zdecydowanie za mało magii.

Przez cały film miałem uczucie, że poza koncepcją spełniających się opowieści, twórcy nie bardzo wiedzieli co mają w tym filmie zrobić i jak to wszystko poprowadzić. Było wprowadzenie, był happy end, był morał i czarny charakter dostał bęcki, miłość rozkwitła, a i Sandler zatriumfował po obowiązkowym wyścigu. Jednak brakowało płynności i polotu w prowadzeniu fabuły. Część gagów, jak na przykład rzucanie frytkami, była wpleciona całkowicie bez sensu (tak jakby scenarzysta pomyślał sobie, w komediach rzucają się jedzeniem i to jest śmieszne, więc tutaj będzie rzucanie frytkami), a część była tak długa i nieśmieszna (jak ten występ z napuchniętym językiem), że wywoływała uczucie zażenowania. Chyba zdawali sobie sprawę, że dowcip kuleje i starali się "uśmiesznić" ten film na wszystkie możliwe sposoby. Dzięki temu dostajemy takie kuriozum jak świnkę morską ze spojrzeniem niedorozwiniętego Troskliwego Misia. Ale muszę być fair. Było kilka dobrych momentów. Rozśmieszył gdzieś tam dobrze przemycony troll, seksistowski dowcip, nawiązanie postacią Violet (córki hotelowego magnata) do osoby Paris Hilton. Jednak niewiele tego.

Jeszcze tylko krótki akapit narzekania na polski dubbing. O ile wychodzą nam filmy animowane, o tyle filmy aktorskie są dla mnie całkowicie niezjadliwe. Mam wrażenie, że w dużej mierze ten niski faktor "śmieszności" "Opowieści..." spowodowany był właśnie wyrzuceniem oryginalnej ścieżki dialogowej. Sandler gadający głosem Adamczyka to autentyczna żenada. Nie wiem skąd wzięło się przekonanie, że ktoś chce go słuchać. Russell Brand został pozbawiony swojego fantastycznego akcentu i żadna scena z tym, skądinąd dowcipnym gościem, nie była zabawna (podejrzewam, że przyczynili się również do tego tłumacze).

"Opowieści na dobranoc" są zjadliwe, ale mocno rozczarowujące. Aktorzy, którzy normalnie raczej się nie uświadczy w filmach dla dzieci, są dla mnie największym plusem filmu. Radzą sobie nawet nieźle i po prostu fajnie było ich zobaczyć. Da się wysiedzieć te sto minut, ale można sobie puścić taką "Niekończącą się opowieść" albo "Jumanji" i bawić się zdecydowanie lepiej.

środa, 18 lutego 2009

O miłości i o śmierci


Zaległości komiksowych ciąg dalszy. Nie wiedziałem kto to jest Charles Burns i co to za komiks jego autorstwa wydała Kultura Gniewu do czasu, gdy jesienią 2007 Kamila nie podsunęła mi pod nos recenzji z Przekroju, nie pokazała palcem i nie powiedziała "chcę to mieć". Nadal nie wiem kim jest Burns, ale wiem, że ma facet łeb i przy tym parę w łapie. Nadrobiłem braki, komiks przeczytałem dwa razy i chciałem się podzielić krótko moim przemyśleniami, bo "Black Hole" to świetna rzecz.


Zacznę od rysunków, bo tutaj sprawa zdawałoby się jest dość prosta - są fantastyczne. Spodobały mi się w zasadzie od razu. Na pierwszy rzut oka, czarno-białe ilustracje wydawały się proste, sterylne, ale przy tym bardzo klimatyczne. Po dłuższym obcowaniu dostrzegłem ich upiorność. Burns swoją kreską w doskonały sposób pokazuję brzydotę, serwuje makabryczne i obrzydliwe obrazy. Kreuje świat mroczny, nieprzystępny i tajemniczy. Czytelnik obcuje sobie z uśmiechniętą, wydawałoby się beztroską młodzieżą, a zaraz później zostaje rzucony w pełen chorych wizji i koszmarnych snów świat, i to tak bez najmniejszego ostrzeżenia. Przy tym wszystkim autor daje dowód, że umie też narysować coś pięknego, bo udaje mu się uchwycić niewinność i urodę głównej bohaterki, która w dużej mierze kontrastuje z otaczającym ją światem. Urzekła mnie kompozycja. Plansze, kadry, idealne operowanie czernią i bielą - wszystko sprawia wrażenie perfekcyjności. Nie ma co się dziwić, według tego co napisano na obwolucie, autor rysował swoje dzieło ponad 10 lat.

"Black Hole" to komiks o dorastaniu, a żeby być dokładnym, o nieprzyjemnych stronach dorastania czy nawet takich, których nigdy osobiście się nie doświadczyło. Burns pokazuje nam grupkę młodzieży z przedmieścia, wśród której panuje dziwna choroba przenoszona drogą płciową. Zarażenie się nią skutkuje bardzo różnie - przede wszystkim większymi lub mniejszymi deformacjami ciała. Już blurb ostrzega, że choroba nie jest najważniejsza, że to tylko element układanki, środek do wyznaczenia pewnej granicy. Śledzimy poczynania bohaterów, ich miłostki i miłości, konflikty i wszechogarniającą bezradność. Widzimy jak pomiędzy kolejnymi imprezkami wkraczają w dorosłe życie. Zmierzają się z przygnębiającą codziennością, brakiem akceptacji, bezmyślnością otaczających ich ludzi, gdzie jedyną rozsądną ucieczką jest wypalenie w samotności skręta. Budząca się seksualność, pragnienie odrębności muszą walczyć z społecznymi zapatrywaniami się, zdaniem ogółu, akceptacją kolegów i znajomych. Będąca poza nawiasem grupka zdeformowanych zarażonych wybrała życie wyrzutków. Zamieszkali w lesie, gdzie popadają w apatię i obojętność. Rodzi się wrogość i wzajemna nienawiść. Rzeczywistość "Black Hole" przypomina koszmar, z którego nie można się obudzić. Bohaterowie w niej grzęzną, topią się, zostają przez nią pożarci.

Trudno pisać o fabule tego komiksu, bo nie dość, że jest wielowątkowa i nieliniowa to tak naprawdę główną rolę odgrywają emocje i odczucia. To historia zmierzająca gdzieś, ale to gdzieś, oprócz tego że jest konkluzją, będzie dla każdego chyba czymś innym. Jeżeli miałbym się pokusić o zakwalifikowanie "Black Hole", wskazanie jakiejś przynależności gatunkowej powiedziałbym, że to społeczny horror psychologiczny. Coś czego King doszukiwał się z różnym skutkiem, w filmowych horrorach w "Danse Macabre", tutaj mamy podane jak na dłoni. Pokazanie problemów dorastającej młodzieży, gdzie elementem nadprzyrodzonym jest tajemnicza, objawiająca się potwornymi deformacjami choroba, która można traktować jako odzwierciedlenie młodzieńczych obaw, jak i również jak brak samoakceptacji. "Black Hole" to komiks idealny do wielokrotnego zagłębiania się i zgłębiania pod kątem symboliki. To również coś ponadczasowego, bo chociaż się dzieje w połowie lat 70tych to jednak, problemy nastolatków zawsze będą podobne.

To fantastycznie dobra powieść graficzna. Wydana po prostu pięknie (gruby papier, świetna oprawa). Przyjemność z obcowania jest naprawdę wysoka. Polecam.

piątek, 13 lutego 2009

A Long Night at Camp Blood

Dzisiaj piątek trzynastego, więc jak mógłbym nie napisać, choćby pokrótce, o jednym z najbardziej rozpoznawalnych slasherów na świecie? O filmie, który rozpoczął prawie trzydzieści lat temu fenomen serii o mordercy w hokejowej masce? Dzisiaj piątek trzynastego idealny dzień by odświeżyć sobie i napisać o "Piątku trzynastego".

Trzy dekady temu Sean Cunningham czuł palącą potrzebę zarobienia na horrorze. Pomyślał, że film z dzieciakami jak z reklamy Pepsi i krwawe efekty kolesia od zombie to idealne połączenie. Znalazł miejsce, nakręcił, zarobił i dał podwalinę dla jednej z najsłynniejszych horrorowych serii. Przy tym nawet nie spodziewał się, że będzie sequell (a powstało ich jedenaście) i że stworzy swym filmem mordercę-ikonę. Wszystko zaczyna się typowo. Najpierw prolog z obowiązkowym morderstwem, tytuł, napisy - wszystko według sztampy. Dalej poznajemy sympatyczną brunetkę. Dziewczyna przyjeżdża do miasteczka, dowiaduje się, że miejsce, do którego zmierza i w którym ma pracować jak kucharka jest przeklęte, że zginęli tam ludzie, wybuchały pożary. Facet, który ją podwozi najpierw ukradkiem ją obłapia, ale później namawia żeby wracała. Ona jednak z uśmiechem zmierza dalej, do obozu, w którym ma gotować. Pogodna, miła, zagaduje nawet do psa - po prostu idealna główna bohaterka. Tyle, że zamiast dotrzeć na miejsce i raczyć widza swoim ślicznym uśmiechem, umiera przy drodze z poderżniętym gardłem. Można powiedzieć, że to morderstwo nadaje ton, bo to tylko pierwszy z momentów, kiedy widz zostanie zrobiony w bambuko czy zaskoczony.

Dużą siłą tego slashera jest właśnie dobry suspens. Możemy sobie dedukować kto zabija. Mamy dziwnego właściciela obozu, jest lokalny wariat, który po alkoholu robi się agresywny, mamy też utopionego dwadzieścia lat wcześniej dzieciaka, którego wykluczać nie można, bo przecież to horror. Morderca skrywa swoje oblicze. Obserwuje z ukrycia. Pokazują tylko jego zarys, cień, rękę. Podsycają ciekawość. Dwadzieścia dziewięć lat od premiery, jego tożsamość nie jest już żadną tajemnicą, zakończenie zdradzano nie raz, ale jeżeli ktoś nigdy o Piątkach nie słyszał zostanie miło zaskoczony. Film jest dobry, chociaż specyficzny. Klimatyczny, ale nie można powiedzieć żeby trzymał w napięciu. Mnie za każdym razem w pewnym momencie nuży i mam ochotę go wyłączyć. Mam wrażenie, że zbyt szybko zaczyna brakować bohaterów, przez co siada dynamizm. Trochę intensywniej robi się w finale, który dodatkowo kończy się jedna z najfajniejszych scen w historii kolorowych horrorów.

Od strony technicznej jest naprawdę dobrze (o ile rozpatrujemy go w kategoriach trzydziestoletniego klasyka i nie oglądamy go z blue ray'a w wysokiej rozdzielczości). "Piątek trzynastego" dzieje się w dużej mierze w nocy podczas burzy i odwalono kawał dobrej roboty, przy zdjęciach. Są mroczne, nastrojowe, przygaszone. Nie ogląda się tego zbyt przyjemnie, chociaż tutaj praktycznie nie ma makabrycznej scenerii (która chociażby mroziła krew w "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną"). Na uwagę zasługuje niezłą ścieżkę dźwiękową. Mimo, iż w słuchana osobno nie powala, to w połączeniu z tym co na ekranie konkretnie potęguje doznania. Sam main theme potrafi zjeżyć włosy na rękach. Efektu dopełniały naprawdę dobrze wykonane efekty specjalne. Savini odwalił kawał dobrej roboty, żeby sceny morderstw zrobić jak najbardziej wiarygodnie, a przy tym jak najbardziej efektowne (a seria z tych efektownych morderstw słynie).

Podsumowując... nie jest to żaden wybitnie dobry film. Jednakże, jeżeli ktoś nie zna, a lubi surowe, oldschoolowe horrory powinien znaleźć tutaj niezłą rozrywkę. Rzucę oklepanym sloganem, ale dla fanów gatunku to pozycja obowiązkowa. Istny mus! Nie jest to może prekursor, ale na pewno popularyzator podgatunku jakim jest slasher. To on w dużej mierze zapoczątkował modę na kręcenie tanich gówien w latach 80tych, ale przy tym wyznaczył dość dobre standardy dla lepszych filmów. No, a ludzie, którzy widzieli, którzy znają i lubią niech sobie go odświeżą, już za około 100 dni będzie gościł reboot (taki inszy remake), który zbiera całkiem niezłe recenzje.

niedziela, 8 lutego 2009

Baśnie w świecie waśni #2

Z pewnością recenzja, którą umieściłem wcześniej, nie oddała całości moich odczuć dotyczących "Na wygnaniu". Byłem autentycznie zawiedziony, bo potencjał został w dużej mierze zaprzepaszczony. Całość była miałka, przewidywalna, nudnawa, a przede wszystkim jakoś mało fantastyczna. Nie takie powinno być urban fantasy. Mimo mocno sceptycznego nastawienia do serii, drugi tom dostał naprawdę duży kredyt zaufania. Po pierwsze tytuł sugerował podobieństwo do jednej z moich ulubionych powieści (jednej z niewielu lektur szkolnych, które przeczytałem sam z siebie i chwaliłem pod niebiosa), po drugie wiele recenzji i opinii znajomych było wyjątkowo pochlebnych. Tak, więc któreś z kolei: "Weź się za drugi tom, jest lepszy niż pierwszy." w ostateczności mnie przekonało. Pożyczyłem, przeczytałem i...

"Baśnie: Folwark zwierzęcy" są lepsze i podobały mi się bardziej niż "Na wygnaniu". Nie było to jednak specjalnie trudne. Fabuła zdaje się być ciekawsza i mieć zdecydowanie więcej do zaoferowania od przeciętnej zagadki detektywistycznej z pierwszego tomu. Człekokształtni Baśniowcy żyją sobie w Nowym Jorku, ich zwierzęcy towarzysze, całe zastępy gadających, mniej lub bardziej przyjaznych futrzaków niestety trafiła na Farmę. Odcięci, żyjący w odosobnieniu z wymuszonym zakazem podnoszenia łapy na współtowarzyszy zaczynają kombinować. Marzy im się powrót do baśniowej ojczyzny i życie dawnym życiem. Buntują się, zbroją i akurat na ich małą rewoltę nadziewa się Śnieżka z Różą Czerwoną, które przyjechały na inspekcję Farmy. Zwierzaki początkowo knują, chowają się, ale szybko przechodzą do konkretów. Zaczynają polować na Śnieżkę, mordować się wzajemnie i w ogóle popadają w lekkie szaleństwo. Przybywa jednak kawaleria, rebelia zostaje zdławiona, a jej sprawcy rozliczeni. Epilog pokazuje jak Śnieżka dochodzi do siebie po tym jak odstrzelono jej pół głowy, są procesy, wybierają nową władzę. Jednym słowem happy end.

Po lekturze pojawiają się jednak rozczarowanie. I to dość spore. Willingham potraktował w moim odczuciu historię bez odrobiny refleksji. Coś takiego jak bunt zwierzęco-kształtnych Baśniowców, coś w czym drzemał olbrzymi potencjał (bo to cholera bunt w obozie uchodźców!), potraktował bardzo po łebkach. Jest gonitwa po lasach i polach, ucieczka z niewoli, kilka trupów i wybuch stodoły. Nawet coś takiego jak śmierć Śnieżki zmarnowano, zrobiono z tego tani cliffhanger. Zmartwychwstaje ona już na następnej stronie. Jest kilka odwołań do orwellowskiego "Folwarku zwierzęcego" i do "Władców much" Goldinga, ale ten komiks nawet nie nadąża za ich cieniem. To cienka, grzeczna, plastikowa papka. W tej materii nie zmieni tego nawet Złotowłosa sypiająca z Niedźwiedziem czy głowa nabita na pal.

Brakowało mi duetu Śnieżka - Wilk. To oni, ten magnetyzm który się między nimi rodził, stanowił jedną z rzeczy dzięki którym lektura tomu pierwszego nie była drogą przez mękę. Samotna Śnieżka jest całkowicie pozbawiona charyzmy i przebojowości. Miota się między kadrami i wyraźnie widać, że wycieczka na Farmę jej nie służy. Trzecią rzeczą, która od razu rzuciła mi się w oczy i której nie rozumiem jest brak konsekwencji. Możecie mnie nazwać czepialskim, ale dlaczego Wilk ma postać człowieczą, a już takie świnie, miśki i liski nie? Dlaczego największy killer w dżungli nadal jest tygrysem, a Bigby chadza swobodnie po Manhattanie i korzysta z dobrodziejstwa chwytnych kciuków? Komiks czytałem dość dawno, ale doskonale pamiętam, że ta myśl błąkała mi się w czasie lektury. Tak wiem, głupie to trochę, bo przecież to BAŚNIE.


Graficznie jest dobrze. Zmienił się rysownik, ale szczerze mówiąc tego nie zauważyłem (dopiero jak przeczytałem kto rysował to pojawiło się lekkie zdziwienie). Nadal jest to czytelnie, schludnie i miło dla oka rysowany komiks. Może ciut mniej szczegółowo, ale kreska utrzymała podobną stylistykę. Za to lepiej zrobiło się w warstwie kolorystycznej. Nie można przyczepić się do dominującej szarości i fioletów. Jest kolorowo, fantastycznie. Bardzo mocnym elementem są dla okładki Jamesa Jeana.
Drugi tom "Baśni" to lektura lekka, przyjemna i na pewno bardziej fantastyczna (w porównaniu z tomem pierwszym), ale bez głębszej myśli i niewykorzystująca swojego potencjału nawet w połowie. Ani to śmieszne, ani zmuszające do kombinowania, ani nawet specjalnie wciągające. Nie rozumiem tych zachwytów krytyki, nominacji i przyznawanych nagród (chociaż te za okładki [a chyba też były] są akurat zasłużone). Może po prostu ja oczekuję i wymagam od tej pozycji za dużo? Może właśnie to ma być takie miłe dla oka i niewymagające, a ja chcę Bóg wie co? Podobno tom trzeci to w ogóle najlepszy z najlepszych, z tych trzech co Egmont już wydał, więc sprawdzę. Już leży na biurku. Złapię się za niego jutro.

Dzięki Rychu za pożyczanie tej serii... i mam nadzieję, że mimo mojego kręcenia nosem będziesz pożyczał mi ją dalej.

Baśnie w świecie waśni #1

Mam nadzieję, że w lutym pisać głównie będę o komiksach, bo mam pokaźną stertę przerobionych pozycji, o których bardzo chciałbym wspomnieć. Zaległości sięgają maja zeszłego roku! Na pierwszy ogień idą "Baśnie". Recenzję pierwszego tomu serii Billa Willinghama napisałem na zeszłoroczny konkurs recenzencki serwisu Carpe Noctem. Otrzymałem wyróżnienie (i książkę w nagrodę), reckę opublikowali, a dzisiaj wrzucam ją na bloga, bo jestem w trakcie spisywania myśli po lekturze tomu drugiego i tak głupio byłoby zacząć o czymś pisać na blogu od środka. Miłego czytania.

"Baśnie" to seria fantasy stworzona przez Billa Willinghama w 2002 roku. Od powstania, aż po chwilę obecną zyskuje coraz większe grono fanów na całym świecie. Wielokrotnie zastała nazywana przez krytyków i recenzentów "najlepszą, współcześnie ukazującą się serią komiksową", co potwierdza otrzymując kolejne nagrody (może poszczycić się jedenastoma nagrodami Eisera, w tym: za najlepszy debiut, trzykrotnie za najlepszą serię, a także za rysunki i okładki). Jest na tą chwilę jednym ze sztandarowych produktów Vertigo i doczekała się również dwóch spin-offów. Pomysł Willinghama, który zyskał bardzo szybko tysiące zwolenników, polegał na przeniesieniu do współczesnej Ameryki doskonale wszystkim znane postaci z baśni, bajek i ludowego folkloru. Tak oto czytelnik trafia do Baśniogrodu, który notabene znajduje się w Nowym Jorku i jest zamieszkały przez wszelkiego rodzaju fantastyczne, człekokształtne istoty.
"Na wygnaniu", bo taki tytuł nosi pierwszy tom, ukazał się w Polsce jesienią 2007 roku. Historia opowiedziana przez Willinghama, a zilustrowana przez Lana Medine skupia się na sprawie zaginięcia siostry Królewny Śnieżki - Róży Czerwonej. Śledztwem zajmuje się bajkowy łotr numer jeden, który po amnestii awansował na stróża prawa i porządku. Wilk, bo o nim mowa, nazywany również Bigby, jak przystało na rasowego detektywa rzuca się w wir śledztwa podsuwając czytelnikowi subtelne wskazówki, by ten mógł samodzielnie rozwiązać zagadkę. Należy zaznaczyć, że intryga nie jest specjalnie wyszukana i sprawny obserwator, mimo tych kilku pobocznych wątków, które połączą się zgrabnie w finale, jest w stanie przewidzieć dość szybko końcówkę. Mimo iż wszystko wskazuje, że zaginiona została zamordowana, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała sprawa została potraktowana przez twórców dość błaho. Nie czuć grozy sytuacji, która towarzyszyłaby tak brutalnemu zdarzeniu. Zagadka kryminalna nie wywołuje jakichś większych emocji i obawiam się, że trzeba ją potraktować jako tło, na którym pokazano relacje i prawa panujące w Baśniogrodzie, a także służące nakreśleniu stosunków między postaciami. Stanowi całkiem niezłe wprowadzenie do serii. W "Na wygnaniu" poznajemy przyczynę, która zmusiła Baśniowców do ucieczki ze swojego świata i osiedlenia się w całkowicie dla siebie obcych warunkach.

Przez śledztwo przewijają się kolejni doskonale nam znani bohaterowie: Jack (ten od łodygi fasoli), Sinobrody, Książe (były mąż Królewny Śnieżki), Kopciuszek, Piękna z Bestią i chociażby Pinokio, jednak główną rolę odgrywa duet Śnieżka - Wilk, i jak dla mnie jest on głównym atutem tego komiksu. Z jednej strony piękna, poważna i pełna wyniosłości Królewna - pełniąca obowiązki zastępcy burmistrza i przytłoczona masą obowiązków. Na dodatek, na horyzoncie pojawia się były mąż, który zwiastować może tylko kolejne kłopoty. Z drugiej brutalny i wyglądający na wiecznie zmęczonego Bigby, który zdaje się nie wiedzieć co to maniery i dobre wychowanie. Śledztwo, które przychodzi im razem prowadzić, jest powodem nieustannych spięć, ale i również źródłem pełnych humoru dialogów i wzajemnych, zabawnych docinek, tak więc sądzę, że dość szybko oboje zaskarbią sobie sympatię czytelnika.

Strona wizualna komiksu stoi na bardzo przyzwoitym poziomie. Jak wcześniej wspomniałem, za szkic odpowiada Lan Medina. Tusz nałożyli Craig Hamilton i Steve Leialoha. Rysunki są ładne i staranne. Niektóre kadry zachwycają ilością detali i misternością kompozycji. Niestety kolory pozostawiają wiele do życzenia. W pierwszym tomie "Baśni" dominują chłodne odcienie brązu, zieleni, fioletu i szarości. Ilustracje są przez to zimne, smutne i mało fantastyczne, brakuje im finezji. Wydawać by się mogło, że seria zasługuje na znacznie bardziej bogatą kolorystycznie oprawę.


Podsumowując, lektura komiksu "Baśnie. Na wygnaniu", mimo iż całkiem przyjemna, nie należy do tych ekstatycznych przeżyć jakie dane mi było zaznać przy obcowaniu z niektórymi arcydziełami komiksu. Z pewnością nie przysporzy żadnego olśnienia, a jeżeli potraktować tę pozycję jako komiks kryminalny to ze względu na intrygę wypadnie blado. Cała esencja "Baśni" polegająca na wrzuceniu bajkowych postaci w realia XXI wieku i jako taka zabawa konwencją wypada całkiem nieźle. Chociaż to, co serwuje Willingham nie umywa się do gaimanowskiego "Sandmana". Sądzę, że może zapewnić dość przyjemną, kilkudziesięciu-minutową rozrywkę i stanowi jedynie preludium do dalszych losów bohaterów. Konwencja wydaje się ciekawa i dająca szereg wspaniałych, scenariuszowych możliwości. Za przykład można podać krótki tekst Willnghama dołączony do albumu, opowiadający o pierwszym spotkaniu Śnieżki i Wilka. Chce się więc wierzyć, że kolejne tomy będą lepsze.