Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Na nadchodzący tydzień polecam... #9*

GRA



"Sleeping Dogs" estetyka kina akcji z Hong Kongu ani mnie ziębi, ani grzeje. To co widziałem można podsumować słowami: "policjanci kontra złodzieje, trzaskanie się po mordach, krew i strzelanie z kapiszonów". Wyróżniają się na pewno głupkowate i pełne popisów kaskaderskich produkcje Jackiego Chana, ale na mam czasu na dygresje. Jest w tym pewien potencjał, bo takie filmy - rasowe kino klasy B - są omijane przez lwią część publiki. Stylistyka jest słabo znana, materiał gotowy do wykorzystania w grach wideo. Więc było sobie nawet takie "True Crime", które korzystało z dobrodziejstw gatunku, ale nie doczekało się trzeciej części. Gra poszła pod skrzydła Square Enix i dostaliśmy "Sleeping Dogs" - zwyczajnie dobry sandbox. Tylko tyle i aż tyle. 


Wcielamy się w postać Wei Shena, policjanta z USA, który ma w Hong Kongu rozpracować Triadę. Pnie się typ po szczeblach przestępczej kariery. Ściąga haracze, porywa opancerzone furgonetki, okłada po pyskach ziomków z  innych gangów, w końcu do nich strzela, by później uciekać przed policją, a w wolnych chwilach też tej policji pomagać np. rozpracowując siatkę handlarzy żywym towarem. Fabuła nie jest odkrywcza, bo ciężko coś wymyślić w temacie tajniaka i gangsterskich porachunków, ale gra nadrabia schematy i ewentualną wtórność właśnie świetnym klimatem i umiejscowieniem akcji. Pełnymi garściami czerpie z HKCinema.

Jest porządny system walki (a jest je naprawdę dużo), jest parkour który świetnie sprawdza się przy wszelkiego rodzaju pościgach, jest w końcu strzelanie i wyskakiwanie z pojazdów - i obowiązkowy bullet time, w połączeniu dający możliwość tworzenia na ulicach niesamowite karambole. Do tego dziesiątki misji pobocznych, hazard, karaoke, uzupełnianie szafy i garażu, randki z dziewczynami, minigierki podczas hackowania kamer ochrony, trochę skradanki i całkiem nieźle zaimplementowany system osiągnięć, które z przyjemnością zaliczałem.


Twórcy kupili mnie DLC w klimatach chińskiego horroru. Duchy, zombie, demony, adwersarz zmielony w fabryce karmy dla kotów, wracający z piekła przeciwnicy. Niebieski ogień i egzorcyzmy - BAJKA! Jest jeszcze m.in. Turniej Zodiaka - wariacja na temat mojego ukochanego "Wejścia smoka"! 

Gra starcza na tydzień rozsądnego grania (tzn. katowania cały weekend, kończenia po kilka godzin w tygodniu), ja dostałem za darmoszkę od Sony, więc nie mogę przeliczyć stosunku funu do wydanych pieniędzy. Ale grę polecam, na tyle fajna że pokusiłem się o platynę, a zazwyczaj szkoda mi czasu na takie pierdoły.  






KSIĄŻKA



"Bractwo Bang Bang" Greg Marinovich i Joao Silva. Czytam ostatnio cholernie mało, taki poważny kryzys mnie pod koniec zeszłego roku dopadł i pomyślałem, że może uda mi się go przełamać zamieniając beletrystykę na reportaż. Trafiło na historię czterech fotoreporterów z RPA, którzy dokumentowali zmierzch apartheidu i przemiany w swoim kraju. Ta książka to mroczna podróż w głąb Czarnego Lądu, który wydaje mi się jeszcze bardziej dziki i bezwzględny niż do tej pory sądziłem. Bestialstwo i wyzucie z ludzkich odruchów jest wpisane w historię tego kontynentu  i miałem momenty, kiedy chciałem pizgnąć książką w kąt, chociaż ja do osób delikatnych czy też specjalnie wrażliwych nie należę. Od opisywanych wydarzeń, w których uczestniczyli, momentami chce się rzygać. Nie tyle ze względu na ich brutalność, a były cholernie brutalne, co sam fakt ich zaistnienia. To mocna i łapiąca za gardło pozycja, którą absolutnie polecam, bo:
  • dobrze pokazuje realia pracy fotoreportera i korespondenta wojennego, tego z czym się spotyka nie tylko w terenie, 
  • daje obraz tego co się działo podczas przemian i zdobywania niepodległości przez afrykańskie państwa - chociaż pokazane na przykładzie RPA, to jestem pewien, że odnieść się można do każdego innego państewka, gdzie toczyły się wojny plemienne,
  • obrazuje ten samoistny proces kiedy człowiek obojętnieje na krzywdę drugiego człowieka. 

Jeżeli ktoś szuka konkretnych informacji z zakresu historii najnowszej to - - - będzie musiał sporo doczytać, bo jednak to wspomnienia konkretnych wydarzeń obserwowanych przez obiektyw aparatu, a nie pozycja popularnonaukowa. 



FILM



"Człowiek o żelaznych pięściach" w reżyserii RZA. Znowu ukłon w stronę chińskiej kinematografii - tym razem filmów spod znaku wu tang. Miłość do tego gatunku widać i słychać w twórczości RZA i chłopaków z Wu Tang Clanu od pierwszej płyty. Historia fajnie zatacza koło, jeden z kawałków (już nie pamiętam który) słyszymy na napisach początkowych. Będzie naprawdę bardzo krótko, bo nie ma sensu się rozpisywać. Tutaj nie chodzi o historię, chodzi o napieprzanie się i o tym jest ten film. To rasowa chińska rozpierducha. Pomysłowe i cieszące oko choreografie, świetni fighterzy walczący każdy swoim własnym stylem, ładne scenografie. Bardzo udany hołd - nie da się tego rozpatrywać w kategorii odgrzewanego kotleta, bo od pierwszych minut czuć o co twórcom chodziło. Produkował to Tarantino i wiecie co, podobało mi się to bardziej niż rozwleczone "Django", chociaż nie twierdzę, że "Człowiek o żelaznych pięściach" to lepszy film. 







* pomyślałem że najlepszym żartem będzie wrzucić tutaj jakiś wpis.

środa, 7 września 2011

Paryska nostalgia

"Nie ma złych tematów jeśli historia jest prawdziwa, jeśli proza jest czysta i szczera, a odwaga i cnota poddawane opresji" powiedział Ernest Hemingway w najnowszym filmie Woody'ego Allena (tak mi się przynajmniej zdaje). Urzekło mnie to zdanie. 

Jest to jedna z perełek, bo "O północy w Paryżu" to dla mnie taki sznur pereł - małych, ale jakże cennych i trafnych prawd, które nie zawsze muszą urwać dupę, ale miło je usłyszeć. Szalenie mi się film podobał, a trzeba zaznaczyć, że entuzjastą allenowskiej twórczości nie byłem nigdy. Kilka jego filmów, z przełomu lat dziewięćdziesiąty i nowego stulecia, mnie do faceta zniechęciło. Dopiero, gdy przeczytałem "Czystą anarchię" i za namowami Kamili skusiłem się na "Annie Hall" oraz "Manhattan", doszło do mnie, że gościu ma przebłyski geniuszu i potrafi nakręcić niesamowity film.
Siłą "O północy w Paryżu" są nocne wyprawy Gila (który tak na marginesie, z tą swoją wkasaną koszulą wygląda gorzej niż ja z wypuszczoną) podczas, których spotyka się z paryską bohemą lat 20tych. Bezbłędnie dobrany drugi plan i genialne sceny ze wspomnianym Hemingway'em, Dalim, Buñuelem, Picasso czy  państwem Fitzgerald kradną film głównej obsadzie. Myślę, że każdy kto ma w sobie choć odrobinę romantyka tęskni za minionymi epokami (i nie chodzi mi tu o tęsknoty za PRLem). Tacy ludzie z pewnością znajdą w "O północy w Paryżu" coś dla siebie. Jednakże Allen swoim wywodem na temat "złotych czasów" nie przekazuje nam niczego nowego. Każdemu w pewnym momencie przychodzą do głowy podobne przemyślenia. Dla mnie to jest ok. Ja lubię sobie obejrzeć taką oczywistość. Bez napinki. Zdaje sobie jednak sprawę, że jest to mało błyskotliwe spostrzeżenia jak na tego autora i ludzie mogą poczuć się rozczarowani. Film jest inteligentną, pełną specyficznego humoru rozrywką. Nie wiem czy to dobra rekomendacja. Mam nadzieję, że tak. Oglądajcie!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Zaplątani

Disney to taka wytwórnia, która z jednej strony posiada najlepsze animacje (dla podkreślenia napiszę że chodzi mi o te "animacje wszech czasów"), a jednocześnie potrafi uwalić naprawdę fajny pomysł i sklecić głupawego, ciężkostrawnego gniota. Niejednokrotnie mnie zawiedli, niejednokrotnie pokazali też, że konkurencja musi się od nich wiele nauczyć. Także, każda ich nowa produkcja to w jakimś stopniu dla mnie zagadka. Zupełnie nie wiedziałem też czego się spodziewać po ich najnowszym dziele - "Zaplątanych". Dla mnie to był film zagadka. Trafiłem kiedyś na jakieś concept arty, ale tak się złożyło, że przedstawiał on samą wieżę. Innych bliższych kontaktów nie pamiętam. I tak się dziwnie złożyło, że gdy pojawił się pomysł pójścia na to do kina, bez większego zastanowienia się zgodziłem. Co więcej szybko stałem się entuzjastą tego pomysłu! nadal nie wiedząc na co się wybieram.


"Zaplątani" to historia Roszpunki. Podejrzewam, że tytuł wziął się stąd, że ewentualna "Roszpunka" byłaby wielce nieatrakcyjna dla chłopców, szczególnie, że kojarzy się głównie z Barbie. Księżniczka o magicznych włosach, porwana przez jędzowate babsko, spędza całe życie zamknięta w wieży. Aż zjawia się Flynn, przystojny łotr o dobrym sercu i obiecuje jej, że w zamian za zwrot kosztowności które ukradł, zaprowadzi ją na coroczny pokaz lampionów - które notabene mieszkańcy królestwa wysyłają w niebo w rocznicę jej zaginięcia. I ruszają w drogę pełną przygód. Ich śladem podążają zła macocha-kidnaperka, wykiwani wspólnicy łotrzyka i aż-za-bardzo-praworządny koń ze straży miejskiej (który zabiera tytuł najzabawniejszego i jednocześnie najodważniejszego disnejowskiego konia wałachowi Belli).

O czym wypada wspomnieć, to fakt, że mimo iż mamy film o księżniczce, a i pewne uczucie między głównymi bohaterami się rodzi (bo jakby mogło nie), to nie jest to już taka słodka historia miłosna, z ptasimi trelami w chórku. To dużo bardziej wybiegająca wobec oczekiwań młodych ludzi historia. Może nie tyle uwspółcześniona, bo nadal mamy na wskroś bajkową krainę, gdzie jest magia i zwierzęta niejednokrotnie inteligentniejsze od ludzi, ale jednak... "Zaplątani" są bardziej współcześni duchem niż większość disnejowskich animacji. Chociażby sama Roszpunka to krnąbrna nastolatka z krwi i kości. Czuć w niej młodość, naiwność, ale też to postać kipiąca energią, autentyczna i rozbrajająco zabawna. Od dawna tak dobrze wykreowanej postaci kobiecej Disney nie stworzył. Flynn natomiast to złodziej-parkurowiec. Akrobata nie tylko na miarę Aladyna, ale prawdziwy Yamakashi do kwadratu. I nawet dialogi są bardziej "luzackie", a przy tym i naturalne, i zabawne. Humor niewymuszony, a sceny łapiące za serce chociaż obecne, to są nieprzesłodzone.


Generalnie film nie ma słabej strony. Nie ma momentu nudy, bo akcji jest naprawdę sporo..., ale nie ma też specjalnego zaskoczenia. Niby to nie problem, bo w "Zaplątanych" chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, ale wszyscy (może oprócz dzieciaków) doskonale wiemy jak się cała heca skończy. Bardzo przypadły mi do gustu piosenki (chociaż z tej tawernianej, śpiewanej przez zgraję oprychów, nie zrozumiałem prawie nic). Świetnie wkomponowane i zaśpiewane. Od strony wizualnej film pierwsza klasa. Jest kolorowo, baśniowo i z fikuśnym wykończeniem. Nie dość, że wszystkie lokacje są bajerancko zaprojektowane to oszałamiają bogactwem detali. Udało się też Disneyowi stworzyć przepiękną, magiczną scenę z lampionami, na której autentycznie zaniemówiłem z wrażenia. Animacja postaci jest świetna. Miny jakie strzela Roszpunka mnie niejednokrotnie rozbrajały. Polski dubbing jednak bez szału. Jakoś mi do końca nie pasował młody Stuhr, BrzydUla wypadła w moim odczuciu lepiej i całkowicie faceta przyćmiła. Za muzykę odpowiada Alan Menken, także to powinno wystarczyć. Ten czterokrotny zdobywca Oscara to klasa sama w sobie. 

Nam się udało jeszcze załapać na seans w kinie. Jako że trochę czasu upłynęło to pewnie teraz jest to już niemożliwe. Niemniej jednak "Zaplątani" mieli niedawno swoją premierę na DVD i sądzę, że będzie to nie tylko kapitalny prezent dla najmłodszych.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jedenaście najlepszych filmów roku 2010

Tytuł noty mówi wszystko, prawda? 11 najlepszych zeszłorocznych filmów, które miałem okazję obejrzeć albo w kinie, albo w domu. Dochodzi do mnie powoli, że te listy są strasznie kuleją, bo część zeszłorocznych filmów, na które bardzo czekam obejrzę dopiero w tym roku... zresztą tak było i ostatnim razem. Ale co zrobić?

  1. "Scott Pilgrim kontra świat"
  2. "Incepcja"
  3. "Wyspa tajemnic"
  4. "Jak wytresować smoka"
  5. "Wyjście przez sklep z pamiątkami"
  6. "Toy Story 3"
  7. "Kick-Ass"
  8. "Miasto złodziei"
  9. "The Social Network"
  10. "Kołysanka"
  11. "Red Hill"

Western z antypodów

O "Red Hill" wspominałem przy okazji recenzowania dwóch filmów z gatunku weird west. Udało mi się go obejrzeć w grudniu i powiem szczerze, trochę mnie rozczarował. Historia tam przedstawiona jest prościutka i przewidywalna. Młody stróż prawa (Ryan Kwanten, czyli tępawy, ale i poczciwy Jason Stackhouse z "Czystej krwi"), który ma kłopoty z używaniem broni przeprowadza się z miasta na zabitą dechami wieś. Tam już pierwszego dnia dostaje wycisk - z więzienia uciekł bezwzględny morderca, najlepszy tropiciel jakiego można sobie wyobrazić. Stary szeryf z grupką miejscowych organizuje obronę miasteczka, a młody policjant trafia w sam środek strefy wojny. I chociaż fabularnie film jest odgrzewanym kotletem, to jednak Australijczycy skręcili niezwykle klimatyczny, mroczny i trzymający w napięciu quasi western. I dlatego film Patricka Hughesa znalazł się na liście. Bardzo, ale to bardzo podobało mi się ustylizowanie tego filmu na slasher. Autentycznie! Mamy sceny jakby żywcem wyjęte z horrorów, kiedy morderca wykańcza swoje ofiary nieśpiesznie, jedna po drugiej. Podobieństwa do Michaela Myersa nasuwały mi się czasami same (chociaż te postaci dzieli Pacyfik) "Red Hill" to oszczędne, brutalne i smutne kino. Ale sporo tutaj akcji - strzelania i wybuchów. Nie zaskoczy niestety finezyjną historią, praktycznie każdy widz domyśli się wszystkiego szybciej, niż twórcy by sobie tego życzyli... ale myślę, że warto po niego sięgnąć. Chociażby dla gęstego klimatu i pięknych zdjęć. Poza tym to solidnie zagrane, męskie kino.


Wampiry z prowincji

Machulski od lat należy do moich ulubionych reżyserów. Na jego najnowszy film miał zawierać elementy horroru, więc czekałem niecierpliwie. "Kołysanka" okazała się oczywiście bardziej komedią niż horrorem, co nie przeszkadzało mi rozkosznie się na niej bawić. Postać wampira została tutaj wywrócona do góry nogami w sposób podobny do tego co zrobiła Stephanie Meyer, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Uznałem to nawet za dobrą drogę, bo konwencję już wyeksploatowano do ostatniej kropli krwi, a to co zaserwował Machulski było w swojej przekorze autentycznie zabawne. Jeżeli dodać do tego świetne kreacje aktorskie i komizm sytuacyjno-słowny (zgrany z moim poczuciem humoru) to otrzymujemy niemalże komedię idealną. Oczywiście lekkie zgrzyty były. Tempo momentami siada, a i w połowie filmu wdziera się lekki chaos. Ale osobiście ani na chwilę nie przestawałem się śmiać. Nie jest to czołówka Machulskiego, ale chyba od "Kilera" to jego najlepsza komedia. Wszystkim, którzy szukają czegoś... po prostu innego, trochę przaśnego, szczerze polecam.


Zuckerberg-Fake-Story

Czuć w "The Social Network" już od pierwszych minut rękę Finchera, ale ten film to wspólne dziecko jego i Aarona Sorkina. Ten wielce zdolny i ceniony scenarzysta napisał skrypt, który z historyjki o zakompleksionym, dupku-geniuszu kradnącym pomysł na Facebooka zrobił film, równie magnetyczny i trzymający w napięciu co najlepsza historia szpiegowska. Autentycznie nie mogłem się oderwać. W sumie na sukces i poziom tego filmu składają się cztery rzeczy. Po pierwsze bardzo dobry scenariusz, po drugie reżyseria, po trzecie muzyka, która od początku filmu jest wręcz hipnotyczna. Dawno nie miałem takiej sytuacji, kiedy czułem, że soundtrack idealnie zgrywa się z tym co na ekranie. Po czwarte aktorstwo. Jesse Eisenberg jest świetny. W "Zombieland" był dobry, ale w "TSN" pokazał klasę. Ta jego maniera mówienia - trochę jak robot, ten bijący od niego introwertyzm - wszystko składa się na świetną kreacje. Wiem, że Zuckerberg Eisenberga jest pełen przekłamań, ale postać przez niego wykreowana jest tak cholernie wyrazista, że aż przyjemnie na tego mega-dupka patrzeć. Podobało mi się bardzo przeplatanie fabuły z rozprawą sądową - to jak to zrobiono i jak to podkręcało napięcie. Bardzo dobry film.


Zakochany kundel

Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu Ben Affleck ma w każdym filmie minę zbitego psa. Na szczęście bardzo przyjemnie ogląda się go w roli cichego złodzieja o miękkim sercu... i miną zbitego psa. "Miasto złodziei" zaraz po seansie nazwałem drugą "Gorączką" - troszeczkę na wyrost, ale szczerze mówiąc od czasu "Gorączki" nie było równie energetycznego i tak zagranego filmu o napadzie. Affleck-aktor sprawił się dobrze, ale przyćmił go Jeremy Renner. Zagrał tutaj ostro powalonego skurczybyka i podejrzewam, że tą rolą przypieczętował swoją pozycję w Hollywood. Będziemy go oglądać coraz częściej i w coraz to droższych superprodukcjach. I dobrze, bo aktor dobry, źle żeby marnował się w sensacyjniakach pokroju "S.W.A.T.". Affleck-reżyser sprawił się fenomenalnie. Jego poprzedni film był wielce okej, ale "Miasto złodziei" jest więcej niż dobre. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma i może zamiast grać będzie tylko kręcić. Udało mu się zestawić kilka kapitalnych scena akcji, utrzymać tempo, zrobić świetne sceny dramatyczne no i nadzwyczaj dobrze napisał dialogi. Aktorstwo pierwsza klasa - poprowadził ich, czuć między postaciami chemię. No i historia fajna. "Miasto złodziei" oglądałem z olbrzymią przyjemnością. Film trzyma w napięciu i chociaż każdy poczuje w jaką stronę pójdzie zakończenie, to myślę że nie będzie z tego powodu rozczarowania. Mam nadzieję wrócić nie raz do tego filmu. Mikro-świat bostońskich złodziei, chociaż tylko zarysowany w jakiś sposób przyciąga.


Krwawa jatka

Hollywood ma szczęście, że zatrudnia Brytoli. Matthew Vaughn skręcił im jedną z najfajniejszych i najbardziej klimaciarskich ekranizacji komiksu w tym roku. "Kick-Ass" po prostu kopie dupsko, chociaż zdaję sobie sprawę, że świat tam przedstawiony wielu osobom wyda się chory. Trzeba mieć odpowiednio dużo dystansu do tego, by oglądać jak jedenastoletnia dziewczynka rzuca "fuckami" i morduje dziesiątki bandziorów. Ale ci którzy przeszli nad tym do porządku dziennego mieli najprawdziwszą ucztę. "Kick-Ass" jest zabawny i bije z niego czysty "fun". To taka pozycja, którą ogląda się z bananem na gębie. Podobało mi się osadzenie go tak mocno w naszych realiach: MySpace, Youtube czy tam inny Facebook i do tego ta cała kultura geekowska, która chociaż potraktowana mocno po łebkach, to jednak coraz bardziej przebija się do świadomości mas i pokazują ją w coraz bardziej rzetelnie. No i jest to jedne z niewielu filmów z Nicholasem Cagem, w którym można pochwalić jego rolę. Nie wiem jak ma się do pierwowzoru, ale ja go łykam takiego jaki jest bez problemu. Dawno nie było równie bezkompromisowego filmu.


Pożegnanie z dzieciństwem

Nie mam co się specjalnie rozwodzić... "Toy Story 3" jest fenomenalnie dobre. Można nie lubić animacji, można psioczyć i kręcić nosem na "bajeczki" ale nie da się obok tej serii przejść obojętnie. A nawet największe buce zmiękną na tej części. Osobiście oceniam ją najwyżej z trylogii. Historia jest najciekawsza, najbardziej rozbudowana i oczywiście film łapie za serce jak mało który. Były sceny, które po prostu mną tam sponiewierały. Beksłem dwa razy - to chyba największa rekomendacja. Oczywiście kilka razy śmiałem się do rozpuku. Sama końcówka to przepiękne zakończenie trylogii. Spece z Pixara zrobili coś autentycznie wspaniałego, coś tak pełnego i dojrzałego, że powinni dostać specjalnego Oscara w kształcie Buzza Astrala.


Fun Art

Dawno nic mi tak nie utkwiło w głowie jak "Wyjście przez sklep z pamiątkami" Banksy'ego. Nie chodzi o treść, jaką niesie ten film. Chociaż może po części też. Składam pokłon reżyserowi, który potrafi zmanipulować widzem do tego stopnia, że ten nie wie w co wierzyć, że musi sobie ten film rozłożyć i złożyć, by tylko dojść do wniosku, że nadal nie wie co jest grane. Czy to zagrany film? Czy rzetelny dokument? To było wszystko na prawdę czy może tylko w połowie? Czy oni są tam sobą? "Wyjście przez sklep z pamiątkami" to taka układanka i jednocześnie żart. Dzieło obnażające próżność ludzi i street art na salonach, ale również fajnie dokumentuje i pokazuje na czym to wszystko polega, że nie jest to tylko wandalizm, że niesie za sobą coś głębszego.


An Epic of Epic Epicness

Film, który ostatecznie pokonał "Incepcję". Słyszę jęki zawodu i oczami wyobraźni widzę zdziwione miny moich znajomych. Ale "Scott Pilgrim kontra świat" mnie pozamiatał w dużo większym stopniu i w o wiele bardziej złożony sposób niż jakikolwiek inny film w tym roku. Tak bardzo zgrywa się z moim uwielbieniem dla kina, komiksów, muzyki, gier i jednocześnie w tak naturalny sposób opowiada historię miłosną, że nie potrafię o nim mówić czy pisać w sposób inny niż hurapozytywny. Nie oglądałem jeszcze nigdy czegoś równie bliskiego do pojęcia "komiks w filmie" i wypadającego przy tym równie naturalnie. To że Edgar Wright ma łeb na karku wiedziałem w momencie kiedy obejrzałem "Wysyp żywych trupów", ale nigdy, nawet przez myśl mi nie przeszło że to jest tak łebski facet. "Scott Pilgrim kontra świat" urzekł mnie genialnym przedstawieniem pokolenia geeków i fanboy'ów wszelakich. Urzekł mnie niesamowitym wręcz wykorzystaniem efektów CGI, które po prostu tak bardzo na miejscu, że nie przychodzi na myśl, że można byłoby inaczej. Perfekcja. Urzekł mnie wpadającymi do ucha melodiami, podejściem do widza i humorem. Jezu, jak ja się na tym filmie śmieję! Obejrzałem go już trzy razy. Niektóre sceny chyba po kilkanaście. Po prostu miód na moją duszę dziecka. Mógłbym się rozpływać w zachwytach przez dziesięć kolejnych akapitów, ale myślę, że mogę to zamknąć to w jednym zdaniu. Dla mnie to jeden z najlepszych i najważniejszych obrazów dekady, nie tylko tego roku.


No i tak to wygląda. W 2010 kino odwiedziłem tylko 9 razy + zaliczyłem jeszcze kilka pokazów festiwalowych, ale tego jakoś nie wliczam do statystyk. Jeszcze się postaram wyłuskać jakieś 3 lub 5 najgorszych filmów 2010, bo i tych kwasów trochę było. Ale zeszły rok oceniam o wiele lepiej niż 2009. Filmów dobrych było więcej, takich wybitnie też trochę, a jeszcze przede mną "Czarny łabędź", "Prawdziwe męstwo", Tron: Dziedzictwo", "127 godzin", "Medium" i "Fighter".

I na pewno na dniach napiszę jakiegoś topa najlepszych książek, bo mam w czym wybierać.

środa, 14 lipca 2010

Lecą smoki pod obłoki

W dzień w którym, dzieciaki odbierały świadectwa szkolne, ja miałem to szczęście, że siedziałem w kinie na "Jak wytresować smoka". Tylko dzięki Bree, która znalazła jeden, jedyny, poranny seans, nie ominęła mnie wielka przyjemność obcowania z tym filmem na dużym ekranie. A było jak najbardziej warto, bo ta animacja, obok "Wyspy tajemnic", to na tą chwilę najwyżej przeze mnie oceniana, tegoroczna produkcja. I nie sądzę, że nawet letnia ofensywa zabawek Pixara zagrozi jej pozycji.

Historia z gatunku tych "od zera do bohatera". Mamy osadę dzielnych wikingów, którzy od pokoleń walczą zaciekle ze smokami. Wioskowy ciamajda - Czkawka, próbuje ze wszystkich sił zdobyć akceptację pobratyńców i ojca, który tak się składa, że jest ich przywódcą. Im bardziej próbuje walczyć tym więcej nieszczęścia sprowadza. Podczas jednego z gadzich ataków udaje mu się zestrzelić smoka, którego do tej pory, nikt nie ubił, a nawet widział - Nocną Furię. I zamiast uwięzioną bestię ukatrupić, zaprzyjaźnia się z nią. Oczywiście robi to w sekrecie przed wszystkimi, i oczywiście tego sekretu utrzymać się w tajemnicy nie udaje. Fakt, że Czkawka ujeżdża smoka nie zostaje przyjęty przez wikingów z entuzjazmem. Oskarżają go o zdradę, a smok na którym latał zostaje prymitywnym GPSem, który ma doprowadzić do wojowników do smoczego legowiska. A tam oczywiście czeka, nic innego jak zagłada całego wojskowego kontyngentu. Jak to się wszystko kończy łatwo się domyślić. Oferma ratuje wszystkich (wraz z grupką dzieciaków, które wcześniej jeździły na nim jak na szmacie), udaje mu się pojednać z ojcem i na dodatek zdobywa dziewczynę. Także można powiedzieć, że standardzik. I chociaż to wszystko gdzieś już się oglądało, to "Jak wytresować smoka" nie cierpi z tego powodu, bo...


Cały czas coś się dzieje, nie ma żadnej zmarnowanej sceny. Od pierwszych minut nie ma chwili żeby się nudzić. Sporo jest również humoru i to nie tylko słownego. Postaci są cholernie mordziaste i przy tym mimicznie, także niejednokrotnie chichotałem sobie pod nosem patrząc na gęby średniowiecznych zakapiorów. Sama Nocna Furia, ochrzczona przez Czkawkę Szczerbatkiem, jest smoczą wersją wielkiego kota. Ruchy ciała, nerwowe spojrzenia czy sceny takiej zwierzęcej zazdrości wyszły animatorom genialnie. Wybija się ona zdecydowanie na prowadzenie, zostawiając resztę smoczych gatunków daleko w tyle. Te stylizowany na świnkę, kozła czy kozła, wydawały mi się ciut za bardzo udziwnione, a jednocześnie zupełnie nieciekawe. Prawdziwą perełką tego filmu są olśniewające sceny lotów. Chwytające za serce i wyglądające wprost bajkowo. Niemałym zaskoczeniem było dla mnie to, że przebiły te z "Avatara" (chociaż momentami krajobrazy dalekiej północy przypominały do złudzenia Pandorę). Z animacji, które miałem okazje oglądać w 3D smoki wypadły najlepiej. Dreamworks wyciągnął z naprawdę sporo z tej technologii. Krajobrazy, sceny walk czy wspomniane loty są wyborne.

I tak niespodziewanie "Jak wytresować smoka", na które o mały włos w ogóle bym nie poszedł, trafia do moich ulubionych filmów animowanych. Trochę smuci, że film mimo pozytywnych recenzji i wysokich ocen przeszedł troszkę u nas niezauważony (chociaż okazał się największym sukcesem finansowym wśród animacji Dreamworks). Z osób które znam, oprócz Kamili i mnie, do kina trafił tylko mój chrześniak z kumą. A szkoda, bo film: po pierwsze mocno działający na wyobraźnię (bardziej niż te wszystkie animacje z futerkowcami), po drugie budzi w dorosłym dziecko (a przynajmniej we mnie obudził). Tym co lubią animacje, a ominęli kino obowiązkowe "Żałujcie!"

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Avatar

Minęło 10 dni od wypadu do łódzkiego IMAXu na "Avatara". Przez ten czas miałem kilka podejść do spisania moich odczuć po seansie. Zazwyczaj kończyło się na wypisaniu kilku banałów i zamknięciu okna bez zapisu. I mimo iż chciałbym napisać jakąś błyskotliwą recenzję, dochodzi do mnie, że nie potrafię. Nie umiem uciec od tych frazesów, tekst przypomina komentarze fanboy'ów z FilmWebu. Sorry, ale tak musi być. Cameron obudził we mnie jakieś wewnętrzne dziecko, bo od dobrych kilkunastu lat nie podszedłem do niczego tak bezkrytycznie. Łyknąłem ten film jak młody pelikan. Także, żeby dłużej nie zwlekać, spiszę te kilka myśli, ale dziś dla odmiany, w punktach.

  • "Avatar" jest piękny. Albo raczej PIĘKNY. I nie chodzi nawet o poziom animacji (chociaż to też). Po prostu Pandora to filmowy raj - jeszcze nigdy w kinie nie widziałem równie ładnych, zapierających dech w piersiach, epickich widoków. Przy scenach leśnych i powietrznych w myśli powtarzałem cały czas "Wow!", a gdy zobaczyłem fluorescencyjny las to zabrakło mi słów, żeby wyrazić podziw nad wyobraźnią i wrażliwością Camerona. I te latające nasionka - no totalny zachwyt.
  • Wszystko co do tej pory pokazali Japończycy w "Final Fantasy", Zemeckis w swoich trzech ostatnich filmach, Bay w bajce z robotami, zostaje za dziełem Camerona daleko w tyle. CGI jest nieporównywalne z niczym co do tej pory oglądałem, a wrzucenie w to aktorów i interakcja między nimi to mistrzostwo. Wiem, że za kilka lat będzie to standard, ale nie sądzę abym przez najbliższą dekadę obejrzał coś równie przełomowego pod tym względem.
  • 3D w IMAXie to jest to! Byłem do tej pory na dwóch seansach w 3D, na zwykłych salach i były to w obu przypadkach animacje. Podobało mi się, ale wiedziałem, że musi być lepiej. Nie sądziłem jednak, że różnica będzie tak kolosalna. To po prostu całkowicie nowe doświadczenie, zupełnie inny odbiór filmu - nieporównywalny ze zwykłym seansem. Olbrzymi imaxowy ekran jest stworzony do wyświetlania efekciarskiego kina akcji. "Avatara" dzięki temu się chłonie, cieszy oko każdy malutki szczegół, a sceny batalistyczne wywoływały u mnie fale dreszczy. Od 31 grudnia 2009 jest fanem IMAXa.
  • Emocje i maksymalna przyjemność z oglądania. Pod tym względem ten film jest idealnie skonstruowany. Ani przez chwilę się nie nudziłem i ciągle coś czułem: zachwyt, złość, smutek, napięcie. Do tego akcja, akcja i jeszcze raz akcja w końcówce. Finał jest bombowy i przy tym patetyczny - w dobrym tego słowa znaczeniu. Oczywiście nie udało mi się nie wzruszyć, a dla mnie film jest już wyjątkowy jeżeli uda mu się wycisnąć ze mnie łezkę.
  • Postaci są super i piszę to jak najbardziej serio. Niby tak typowe i sztampowe, że powinienem kręcić nosem. Indianie i kowboje, ileż razy to już było? Grupka chciwców, grupka opętanych chęcią zabijania, grupka wyłamujących się oszołomów, którzy próbują nawiązać dialog z żyjącymi zgodnie z naturą dzikusami. Do tego zagubiony, z lekka rozdarty główny bohater - Jake Sully. Ten oczywiście przejdzie przemianę. Chce się krzyknąć znowu? Ale tutaj wszystko gra i jak dla mnie sprawdza się idealnie. Do tego nie popada w banał. A sami obcy... Na'vi wyglądają świetnie. Miałem sporo zastrzeżeń zaraz po pierwszych przeciekach dotyczących ich wyglądu. Strasznie kojarzyli mi się z furries i byłem nimi bardzo rozczarowany. Wolałem obojętnie co, byle nie wielkie, niebieskie kotowate cośki. Trailery utwierdzały mnie w mojej niechęci, a pierwsze sceny w ludzkim obozie raczej nadal nie nastrajały pozytywnie. Ale na ekranie w końcu pojawiło się plemię żyjące na drzewie, avatar Jake'a przestał biegać w ludzkich ciuchach i moje uprzedzenia zniknęły, momentalnie. Poza tym nie da się im nie kibicować w tym konflikcie. I nie dziwię się, że Smutny uznał w swoim przeglądzie Neytiri za najseksowniejszą bohaterkę filmu sf dekady.
  • Było miodnie. Moje uwielbienie i głód mechów został tutaj zaspokojony. O pojazdach i statkach wszelakich mogę się wypowiadać tylko w superlatywach - nawet ten przerośnięty transportowiec z odpowiednikiem Little Boya ma pokładzie był fajny. Quaritch wyciskający więcej niż Willis w "Niezniszczalnym" to chodzące uosobienie wojskowych twardzieli i chociaż skurczybyk do kwadratu to micha się cieszy jak facet na bezdechu posyła serie z karabinu albo leci w bój z kubkiem kawy w łapie.
  • Zdaję sobie sprawę z niedostatków fabularnych, ale nie mam zamiaru udawać, że film podobał mi się tylko ze względu na efekty. Historia bardzo mi się podobała, mimo że nie była zaskakująca czy specjalnie odkrywcza, miała w sobie to coś, co pozwoliło mi się rozkoszować każdą minutą filmu. Może jestem sentymentalny, ale dla mnie w kinie najważniejsza jest magia, a ten film ją ma, sprzedaje ją w ilościach hurtowych i chociaż jest to głównie magia CGI to nie jest ani odrobinę gorsza od tej do której przyzwyczailiśmy się w XX wieku. Cieszę się, że Cameronowi wyszedł ten manifest ekologiczny w tak fantastycznej formie, musiał na to czekać dwadzieścia lat (z "Otchłanią" mu się to nie do końca udało), ale zrobił to z porządnym wykopem.
Jak dla mnie "Avatar" to bezapelacyjnie film roku (podsumowanie w drodze). Piękne widowisko na zakończenie roku i dziesięciolecia. Kto jeszcze nie oglądał to marsz do kina, ja wybieram się wkrótce drugi raz.

wtorek, 2 grudnia 2008

Żółty listopad

Listopad był takim dość żółtym miesiącem, i nie chodzi mi tu o kolor liści, a raczej o kolor filmów, które oglądałem. Seanse z Godzillą spowodowały, że poczułem głód azjatyckich produkcji i łyknąłem kilka pozycji, które czekały na swoją kolej od dłuższego czasu. Olbrzymi procent tego co oglądam i tak nie doczeka się jakiejś konkretnej recenzji, więc teraz będę podsumowywał kolejne miesiące (takie luźne, blogowe przemyślenia).

Zacznę od kina kopanego. Na rozgrzewkę "Draka w Bronksie", przez wielu uważana za produkcję, która otworzyła wrota Hollywoodu Jackie Chanowi. Jackie gra Keunga, policjanta z Hong Kongu, który przyjeżdża do Nowego Jorku na ślub wujka. Facet bardzo szybko wplątuje się w kłopoty. Najpierw naraża się członkom lokalnego gangu, później w jego ręce wpadają diamenty z napadu i oprócz miejscowych obwiesi ścigają go także prawdziwi gangsterzy. Pomaga kalekiemu chłopcu, zakochuje się w seksownej tancerce, robi z siebie głupka i oczywiście kopie tyłki wszystkim, którzy próbują skopać tyłek jemu. Sceny walki jak to w filmach z Chanem są zróżnicowane i na ogół bardzo śmieszne. Raz pierze na kwaśne jabłko złodziei w spożywczaku, innym razem demoluje przeciwnikami ich własną melinę. Dla mnie jednak największą zaletą tego filmu jest ilość świetnych scen kaskaderskich. Nie żeby walki były złe, są ekstra, ale co kaskaderka to kaskaderka. Wszystkie popisy Jackie wykonuje oczywiście sam, bez dublerów, linek, green screenów, asekuracji. I tak po pogoni na wielopoziomowym parkingu mamy ucieczkę z ciężarówki pełnej gumowych piłek, która zaraz po tym jak Keung z niej wyskakuje rozbija się kilka pięter niżej. Zwięczającą sceną tego pościgu jest efektowny przeskok nad zaułkiem do sąsiedniego budynku. W dość długim finale Jackie ściga poduszkowiec trzymając się jedynie trapezu. Wygląda to jakby jechał na nartach wodnych tyle, że bez nart. Jedzie na nogach, tyłu, brzuchu, twarzy. Robi fikołki i wywroty, wszystko przy naprawdę dużej szybkości. Później daje się poduszkowcowi przejechać i zaczyna gonić go pieszo. W końcu unieruchamia go i przy okazji kasuje Lamborghini Countach. Film kończy biegając i skacząc z gipsem na nodze, ale gdyby nie duble z napisów końcowych, nigdy nie byłbym w stanie tego zauważyć.

Drugim filmem z Jackiem był "Przyjemniaczek", trochę nowsza i słabsza od "Draki w Bronksie" produkcja. Jackie jest kucharzem i kręci programy kulinarne. Pewnego razu, wracając ze studia wpada na kobietę gonioną przez gangsterów. Jest to dziennikarka, której udało się nagrać transakcję narkotykową, co nie specjalnie podoba się jej uczestnikom. Jackie pomaga jej i przez przypadek staje się posiadaczem kasety. Gangsterzy dowiadują się o tym znacznie wcześniej, porywają mu dziewczynę no i reszty można się domyśleć. Jest sporo klepania się po pyskach, sporo gonitw, ale chyba tylko jedna wyróżnia się spośród pozostałych. Chodzi mi o tą na placu budowy, gdzie walczą nad włączoną krajzegą, z użyciem betoniarek i szukają się między niebieskimi drzwiami. Wyszło to bardzo zabawnie i oczywiście jest cholernie emocjonujące. Podsumowując, oba filmy trochę głupawe i banalne. Taka niewymagająca rozrywka z kung-fu i sporą dawką śmiechu. Jackie Chan jest szalony, lubi grać ciałem i nie boi się obić sobie tyłka. Te dwie produkcje są idealnym tego przykładem. Głupie miny, potknięcia, śmieszne pozy, masa upadków, ten jego zabawny chód i komiczny bieg. Momentami bardziej przypomina Charlie Chaplina niż faceta, który jest mistrzem sztuk walki.

Z kopania krótka droga do walk na miecze. Którejś niedzieli zebrałem się i obejrzałem "Azumi" i "Azumi 2: Miłość albo śmierć", wydane już jakiś czas temu Anime Gate. Miałem ochotę właśnie na coś samurajskiego i zamiast rzucić się na klasyki Kurosawy wybrałem to. Niby takie sobie, ale muszę przyznać, że oglądając bawiłem się całkiem nieźle. Jest to historia dziewczyny, wychowanej wraz z kilkoma innymi dzieciakami na super skutecznych zabójców (wszystkie ninja Japonii się chowają). Razem mają za zadanie przeszkodzić w wybuchu kolejnej, wyniszczającej kraj wojny, likwidując trzech przeciwników cesarza (w pierwszej części likwiduje dwóch, w drugiej tego który się ostał). Twórcy zaserwowali sporą liczbę głupot, jak chociażby na dzień dobry oddział zabójców musi stać się silniejszy przez likwidację połowy swoich członków. Posłuszne dzieciaki zabijają swoich towarzyszy, z którymi się wychowywały, a później ruszają karnie za swoim mistrzem. Inny przykład to np. spadająca lektyka, która wybucha jakiś metr nad ziemią. Takich fabularnych bubli i technicznych wpadek jest sporo. Efekty jakoś nie powalają, choreografia walk nie zachwyca. Aktorstwo raczej słabe, a główna bohaterka grana przez Aya Ueto jest bezpłciowa do granic możliwości. A jednak ogląda się to z jakąś dziwną przyjemnością. Śmiałem się do łez z naiwności posunięć bohaterów, niedociągnięć twórców, hektolitrów wylanej krwi i kiepskiej szermierki. Jest sporo kuriozalnych postaci wyrwanych żywcem z anime. Sadystyczny, zniewieściały psychopata lubujący się w mordowaniu, banda niedorozwiniętych braci, którzy żyją z rabowania, gwałcenia i mordowania, człowiek-małpa, klan ninja do złudzenia przypominający ten z "Ninja Scroll". Wszyscy na maksa komiksowi, w odjechanych strojach i makijażach. Całość to właśnie taka pokręcona bajka z aktorami, skierowana dla wyrobionego widza, który nie weźmie tego na serio. Widać, że kręcąc bawiono się świetnie, cameo zaliczył Hideo Kojima i sporo tutaj różnych smaczków dla fanów azjatyckiego kina i anime. Szkoda jednak trochę, że nie przełożyło się to jakość filmu. Oba stoją na bardzo podobnym poziomie, dwójka ma lepszy początek, ale znacznie mniej efektowny finał, kręcony chyba na jakiejś opuszczonej żwirowni. Na plus na pewno jeszcze przyjemna muzyczka. Pewnie za dwadzieścia lat będą pojawiały się na listach dobrych crapów. Zdaniem podsumowania: warto poświęcić cztery godziny i obejrzeć, ale lepiej wypożyczyć niż kupić.

Za to shitem pierwszej wody są "Zabójcze i bezlitosne", które włączyłem w jakimś totalnym zaćmieniu umysłu i nie wyłączyłem do końca (pewnie będąc nadal pod jego wpływem). Mogę sobie wyobrazić, że faceci znajdą tą płytę w jakimś koszu z przecenionymi DVD bądź w wypożyczalni i pomyślą: "To musi być zajebisty film!". Zaręczam, nie jest. Mamy trzy zabójcze i bezlitosne, które są zabójczyniami. Jedna jest główną bohaterką, druga jest jędzą, a trzecia jest specjalistką od komputerów, która jest tylko po to, żeby było kogo zabić. Dostają zadanie i już prawie udaje im się je wykonać, ale jędza zdradza koleżanki (zabija tą trzecią, której prawie nie widać, ale w jej miejsce przyprowadza cztery inne zabójcze i bezlitosne, więc nie jest źle) i główna bohaterka musi się mści. (V) na IMDb w tym wypadku oznacza półamatorską produkcję, gdzie wszystko stoi na żałosnym poziomie. O aktorstwie nie ma w ogóle mowy. Dziewczynom niewiele brakuje do patrzenia się w kamerę. Choreografia walk nie istnieje, fabuła praktycznie również. Film ma siedemdziesiąt pięć minut, ale spokojnie mógłby trwać kwadrans albo pozostać tylko trailerem. Nie warto ruszać nawet dla zabójczych i bezlitosnych.

No i na koniec trzy filmy grozy. Na pierwszy ogień "Forbidden Siren", ekranizacja, podobno bardzo kultowej gry, w którą niestety nie miałem przyjemności pograć. Wychodzę z założenia, że film ma dostarczać rozrywki, a horror przy tym jeszcze dodatkowo straszyć. "Forbidden Siren" spełnił oba warunki. Była tajemnica, była dość szybka akcja i był gęsty klimat. Czułem niepokój i strach, a i krzyknąłem sobie nawet na jednej scenie, co mi się zdarza, ale raczej rzadko. To w sumie całkiem niezła rekomendacja dla horroru. Fabuła wydaje się z początku standardowa. Ojciec, rodzeństwo, nowy dom, tajemnicze wydarzenia, duchy. Fajnie nawiązano do historii Roanoke i Mary Celeste dobrze wplątując w scenariusz wątki mitologiczne i historyczne. (a swoją drogą, ciekawi mnie w ilu filmach, serialach, książkach, piosenkach i komiksach nawiązywano do tych wydarzeń?). Oczywiście nie jest to żadne olśnienie jeżeli chodzi o gatunek. Końcowe sceny na syrenie były dość słabe, ale znowu nie na tyle, żeby negatywnie wpłynęły na ocenę. Jeżeli ktoś lubi j-horrory i lubi oglądać je samemu to sądzę, że może nawet być przyjemnie zaskoczony tym filmem.

"Infekcja" wydana w Polsce w kolekcji Asian Terror. Tutaj również wrażenia jak najbardziej na plus, chociaż do czołówki moich ulubionych j-horrorów sporo tytułowi brakuje. Jest chylący się ku upadkowi szpital i seria niezbyt fortunnych dla jego pracowników zdarzeń. Najpierw śmiertelna pomyłka jednego z lekarzy podczas reanimacji pacjenta, a później pozostawione przez sanitariuszy zainfekowane zwłoki, które stają się gwoździem do trumny. Dość trudno mi zakwalifikować jednoznacznie "Infekcję". Jest tam wszystko. Po części to historia o duchach, po części z lekka obrzydliwa komedia ze z niesmacznym gore i sporą ilością przeróżnych obrzydliwości, ale jest również panika i paranoja w stylu "Królestwa" Von Triera. Rozwiązanie może nie jakieś wielce oryginalne, ale zaskoczyło mnie, więc plus. Niestety sporą wadą jest żółwie tempo. Film momentami nużący i to niepotrzebnie przeciągane niektórych scen wybijało z klimatu. Braki w aktorstwie i robiona mąką charakteryzacja też raczej nie potraktuje się jako zaletę. Jednak "Infekcja" to jedna z najoryginalniejszych produkcji jeżeli chodzi o azjatycki horror, jaką miałem przyjemność oglądać, więc warto poświęć półtorej godzinki.

Trzecim filmem będzie koreańska "Cinderella" z 2006 roku. Miała to być horrorowa wersja "Kopciuszka", ale "Kopciuszka" tam tyle co kot napłakał. Cenię sobie koreańskie horrory (czyli głównie dramaty z elementami grozy) głównie za warstwę techniczną. Zawsze świetne zdjęcia, jakaś myśl artystyczna przejawiająca się w kompozycji kolejnych scen i scenografii. Czuć w nich finezję i naprawdę przyjemnie się to ogląda, słucha i wspomina. "Cinderella" jest właśnie taka dość nietypowa, bo nie ma tutaj czym się zachwycać. Jest bardzo przeciętna, przy tym nudna i scenariusz poplątano o kilka razy za dużo. Atmosfera grozy momentami się trafia, ale tych momentów jej zdecydowanie za mało. Fabuły przyznam się szczerze już do końca nie pamiętam. Była bardzo popieprzona matka, która poparzoną córkę trzymała w piwnicy, a porwaną dziewczynkę, od której miała przeszczepić twarz pokochała. W każdym razie nie ma balu, księcia ani dobrej wróżki. Tragedii nie ma, ale raczej nie warto.

Następnym razem thrillery i horrory (amerykańskie), oraz komedie, a także kolejne filmy z Godzillą, samurajskie anime i wiaderko komiksów z Polski i zza granicy (na które opisywanie nigdy nie mam siły). Naprawdę sporo tego.