piątek, 26 czerwiec 2009

Ocalenie? Nie sądzę.

Kto mnie zna, kto kiedyś rozmawiał ze mną na temat Terminatorów, ten wie, że dla mnie istnieją tylko filmy Camerona. "Terminator" i "Terminator 2: Dzień sądu" to dla mnie jedne z najlepszych filmów science fiction jakie kiedykolwiek powstały, a w przypadku dwójeczki to najlepszy sequel jaki nakręcono. Nie sądzę, żeby cokolwiek w przyszłości zagroziło ich miejscu w moim prywatnym rankingu sci-fi "debeściaków" (chyba że ten "Avatar" Camerona albo kolejny jego film). I może kiedyś, np. o obejrzeniu wersji reżyserskiej z alternatywnym zakończeniem przeleję moje bezgraniczne uwielbienie na zera i jedynki, i wrzucę tutaj. Na razie będzie o najnowszym filmie, który widziałem dziesięć dni temu i którego, jak można się domyśleć nie uznaję, nie dodaje do kanonu i który okropnie mnie rozczarował.

"Terminator: Ocalenie" był filmem na który bardzo liczyłem. Od początku cieszyłem się z obsady, podobało mi się to co widziałem na trailerach, nawet nie psioczyłem na reżysera, bo lubię "Supernatural", którego McG jest producentem i przecież zawsze można ten przełomowy, świetny film nakręcić (nim podobno jest "Męski sport"). Niestety, nie udało się. Film miał być moim wakacyjnym hitem, a wylądował obok Wolverine'a. Mam trzy zarzuty wobec tej produkcji. Po pierwsze miałki scenariusz. Po drugie w pipę niepotrzebnych rzeczy, które wpakowali w ten film. Ale tym najważniejszym jest chyba brak bad guy'a - ten końcowy pojedynek z T-800 to nie jest to o co mi chodzi. Wiem, że jest walka o przetrwanie, że nie może być mowy o jednej maszynie, ale wydaje mi się, że do popchnięcia całości potrzeba było właśnie jednego, charakterystycznego skurczybyka. Spalili pomysł z Marcusem. Brakowało tego który wzbudzał strach (jak Arnold w jedynce), nie ma ucieczki, szaleńczego pościgu, relacji między człowiekiem, a maszyną. Na dodatek terminator jest bardziej ludzki niż przywódca ruchu oporu. Brakuje samych emocji. Była tylko namiastka tego wszystkiego. Scena z ucieczką ciężarówką była echem tej z kanałów burzowych dwójki. O przyjaźni między Marcusem, a Kylem w zasadzie nie można mówić. Dorosły Connor ma mniej charyzmy i jest bardziej zagubiony w świecie niż jego młodsza wersja, która obrabiała bankomaty i jeździła na rozklekotanym crossie. Wyszedł twórcom całkowity, niestrawny przerost formy nad treścią. Łódź podwodna ze sztabem dowodzenia, ruch oporu z odrzutowcami, transformersy wychodzące z samolotu, a z transformersówy wyjeżdżające motocykle, pływające, metalowe glizdy, HBC. Po co to komu?

Ale jest "jasna" strona tego filmu, która spowodowała, że nie myślę o nim z jakąś przesadną nienawiścią (jak myślę o tej parodii, którą nakręcili kilka lat temu). Sporo tutaj takich fanowskich, milutkich pierdółek, które cholernie miło było zobaczyć. Sposób w jaki Marcus pokazał Kylowi jak zabezpieczyć strzelbę, John słuchający ciągle Guns & Roses czy sposób w jaki pojawiły mu się blizny na policzku. No i Arnold. Pal licho tą komputerową parę. Z chwilą, w której zobaczyłem jego wklejoną gębę autentycznie chciałem klaskać - miodzio scena.
Sama rozpierducha też mi się podobała. Była dość często głupio przebajerowana (zakończenie sceny pościgu), ale miała sporo fajnych momentów (jak chociażby rozpieprzenie się helikoptera na początku i walka z pozbawionym nóg T-600). Finał niby o kant dupy, ale walka w fabryce, chociaż długa, podobała mi się bardzo.

Styka. Mógłbym popsioczyć jeszcze na Bale'a, na bezmyślności scenariusza, na kilka scen i dialogi rodem z kina klasy B, ale "Terminator: Ocalenie" jako rozrywka w klimatach sprawił się całkiem nieźle. Nie uznaję go, ale daleki jestem od rozpalania stosów. Można to było zrobić znacznie lepiej, ale przez te 10 dni wyobrażałem sobie jak mogli to bardziej spierdzielić, i myślę, że ten film stoi tak gdzieś po środku (żadne odkrycie).

środa, 17 czerwiec 2009

Wojownicy

Zeszłotygodniowy wpis na Niezłym Kinie przypomniał mi, że "zapomniałem" podzielić się wrażeniami po seansie "Wojowników". Od tego czasu minęło już spokojnie kilka tygodni, a film cały czas chodzi mi po głowie, więc może warto coś wystukać. O "Wojownikach" dowiedziałem się od Gonza, przy okazji wpisu "Wytężanie mięśnia popkulturowego", i chwała mu za to. Wcześniej nikt nigdy mi o nich nie wspomniał, nigdzie nie natknąłem się na jakąkolwiek wzmiankę. Dziwne, bo to jedna z tych produkcji, które za oceanem są prawdziwym kultem.

Tytułowi Wojownicy to gang z Coney Island. Wraz z kilkudziesięcioma innymi grupami, zostają wezwani do Bronksu. Zwołał wszystkich Cyrus - nawiedzony zbir z planem zjednoczenia wszystkich przestępców i przejęcia władzy nad Nowym Jorkiem. Nie każdemu się pomysł podoba. Spotkanie zostaje rozbite przez policję, a przywódca zamordowany przez jeden z gangów. Wina spada na Wojowników. Ci muszą przedostać się cało na swoje terytorium, co do zadań łatwych nie należy, gdyż zaczynają polować wszyscy przestępcy w mieście. Chłopaki już na "dzień dobry" zostają osłabieni, bo ginie ich przywódca. Zaczynają się spięcia i walka (może nie tyle fizyczna co raczej próba sił) o przywództwo. Z jednej strony szybki w pięściach Ajax (grany przez Jamesa Remara, jedynego aktora którego kojarzyłem z obsady), z drugiej wyważony i myślący Swan.

Jak można się domyśleć to właśnie Swan doprowadza chłopaków do domu, do ostatecznej konfrontacji z przeciwnikiem. Bo chociaż jest to film o gangach (chuliganach, kryminalistach) to Wojownicy są trochę jakby z innej bajki. Przedstawieni są trochę jak Bogu ducha winnych chłopców z sąsiedztwa. Biją się tylko w samoobronie, a nawet jak już z policją, to ci niebiescy są pokazani jako najgorsze skurczybyki. Próbują przebić się przez Zgniłe Jabłko nikogo nie zaczepiając, nie kradnąc, nie demolując. Kierują się kodeksem dobrego oprycha, a ci którzy go łamią zasady, nie stosują się do planu nie dociągają do mety. Ten film jest pochwałą gangsteryzmu. Bo nie oszukujmy się, Wojownicy na Coney Island nie opowiadają sobie strasznych historyjek przy ognisku, nie wymieniają się komiksami i nie grają w planszówki w osiedlowej świetlicy. To przestępcy od których niejeden przechodzień dostał w zęby, przez których niejedna impreza została rozpieprzona i niejedno mieszkanie czy samochód okradzione. Odniosłem wrażenie, że reżyser, Walter Hill, mówi w swoim obrazie: "Hej, chłopaki! Bycie w gangu jest fajne! Jesteśmy sobie braćmi, pomagamy sobie, nosimy pedalskie kamizelki i nikt nam nie podskoczy, bo kopiemy tyłki! A najlepsze w tym jest to, że uchodzi nam to na sucho!" Myślę, że takie coś by obecnie w kinie w ogóle nie przeszło, no ale robią remake.

Co w tym filmie może się podobać? W zasadzie wszystko. Komiksowa stylistyka (film jest przerywany animowanymi planszami), która jest tym mrugnięciem okiem, daniem sygnału, że nie należy brać tego wszystkiego na serio (ale mimo wszystko...). Masa potyczek, bójek, pościgów, które wyglądają naprawdę efektownie. Zero karate, zero kung fu - zwykłe klepanie się po pyskach i kopanie po zadkach, a frajdy co niemiara. Klimat lat 70tych, muzyka, różnorodność gangów (bejsboliści, wrotkarze, murzyńscy karatecy), sceneria, ewentualne przesłanie (jeżeli ktoś się czegoś takiego będzie chciał doszukiwać) "Wojowników". Na dodatek nakręcone jest to tak, że się łyka bez problemów. Żadnych dłużyzn, żadnej nudy. A co się może nie podobać? Myślę że ta gloryfikacja gangsteryzmu, bo Hill zrobił z przestępców po prostu zwyczajnie fajnych gostków (praktycznie bez wad), a z normalnych ludzi (scena w metrze) nadętych dupków. I polecam, bo film dobry, energetyzujący. Warto obejrzeć.

Autorem pierwszego plakatu jest Tom Whalen, a drugiego Tyler Stout.

poniedziałek, 1 czerwiec 2009

Pierwszy polski podcast o horrorach

W grudniu zeszłego roku trafiłem, dzięki blipowej subskrypcji tagu "horror", na polski podcast o horrorach właśnie. Jak można dowiedzieć się ze strony: "Cafe Makabra jest podcastem poświęconym filmom grozy w ogóle oraz różnym ciekawostkom z nimi związanymi. Każdy odcinek to nowy film, nowa porcja wiadomości oraz trochę muzyki z pogranicza jazzu". Żeby napisać kilka słów na flcl, wstrzymywałem się najpierw do ukazania się czwartej audycji (a trzeba było trochę czekać), a później do czasu odsłuchania jej (co zrobiłem dopiero w zeszłą niedzielę). Do tej pory ukazało się pięć odcinków i liczę, że ukażą się następne.

Zacznę od pochwały. Bardzo się cieszę, że taka inicjatywa w polskim internecie ruszyła. Każda akcja, która w jakiś sposób propaguje horror jest memu sercu bliska, serio. Cafe Makabra prowadzi duet, Jacek Brzezowski i Paweł Syrjus, i chwała im za to, że wpadli na pomysł i zabrali się do realizacji. Szkoda tylko, że jakość tego podcastu miejscami pozostawia wiele do życzenia. Od października 2007, kiedy dowiedziałem się co to takiego jest podcast, minęło sporo czasu. Słuchałem kilku różnych audycji, głównie amerykańskich, w większości bardzo ciekawych, kipiących od informacji, prowadzonych przez bardzo entuzjastycznych ludzi, którzy byli, jak dla mnie, świetnie przygotowani do tematu. W przypadku CM to przygotowanie kuleje, szczególnie w dwóch pierwszych odcinkach, ale i później zdarzają się wpadki. Prowadzący nie potrafią się dogadać, tam gdzie powinien być dialog, wymiana opinii jest monolog, bo któryś z nich nie obejrzał albo co gorsza, nie ma bladego pojęcia o tym, o czym mówi ten drugi. A przecież braki w wiedzy można uzupełnić w pięć minut wchodząc na jedną z dziesiątek stron o horrorach (niekoniecznie korzystać z podstrony Gildii). Sprawdzenie obsady lub filmografii na imdb czy FilmWebie trwa pół minuty. Twórcy tłumaczą się, że są to pogawędki na luzie, rozmowa dwóch kumpli przy piwie, ale skoro wychodzą z tym do ludzi, to powinni liczyć się z krytyką tych, którzy coś więcej o horrorze wiedzą, bo właśnie przede wszystkim oni ściągną podcast.

Dobrze wypadają natomiast wszechstronne analizy tematu odcinka, gdzie kilka razy zostałem pozytywnie zaskoczony podejściem i interpretacją. Ten gwóźdź programu jest niejednokrotnie na tyle mocny, że warto właśnie Cafe Makabra polecić. Miło, iż nie ograniczono się tylko do przeczytania nowinek i skomentowaniu kilku nadchodzących filmów, ale pokuszono się właśnie o takie rozłożenie filmu na czynniki pierwsze czy też rzeczowe porównanie oryginału i remake'u (zrobiono tak z dwiema wersjami "Oka").

Podcast z odcinka na odcinek jest lepszy, a to dobrze wróży. Problemy techniczne są eliminowane, twórcy pozbyli się niepotrzebnych wstawek z trailerów, newsy przedstawiają lepiej, mniej się mylą, no i podoba mi się dobór filmów. CM słucha się naprawdę dobrze. Brzmi to profesjonalnie, czego dużą zasługą jest Jacek Brzezowski, który ma bardzo radiowy głos, a że gra tam pierwsze skrzypce, to właśnie głównie jego się słyszy. W każdym odcinku usłyszymy trzy bardzo przyjemne, jazzowe kawałki, które umilają audycję i oddzielają "bloki programowe". Brakuje jakiejś delikatnej muzyki w tle, co osobiście mi nie przeszkadza, ale warto uprzedzić. Jeżeli ktoś ma kilkadziesiąt minut wolnego czasu, odrobinę samozaparcia, wiedzy o filmach grozy i nie obawia się spoilerów to może z obcowania z tym podcastem wynieść trochę przyjemności. Trudno mi tutaj polecać, bo sam nie jestem do końca zachwycony i mam całkiem sporo "ale", jednak zmiany na lepsze jakie zaszły w przeciągu tych kilku miesięcy, dają nadzieję że w przyszłości będzie dobrze. Teraz tylko trzeba trzymać kciuki, że twórcy po trzymiesięcznej przerwie wrócili z kolejną częścią.

wtorek, 26 maj 2009

Dzisiaj Dzień Matki

niedziela, 24 maj 2009

Star Trek

Dzisiaj będzie o najnowszym dziecku J.J. Abramsa. Ostatnie dwa tygodnie to wysyp recenzji tego filmu, w dużej mierze bardzo pozytywnych, trzeba dodać. Większość tych chwalących zaczyna się dość podobnie i zastanawiając się, jak zacząć spisywanie wrażeń po filmie, doszedłem do wniosku, że chyba ja muszę zacząć właśnie tak jak większość - od wyznania.

Nigdy nie byłem specjalnym fanem "Star Treka". A mówiąc szczerze, ogóle nie byłem. Z filmów to obejrzałem pierwszy i czwarty. Oba mnie w większym lub mniejszym stopniu nudziły i drażniły. Oglądałem również "Następne pokolenie", zawsze po powrocie z podstawówki, przy obiedzie, ale nigdy specjalnie nie byłem zainteresowany fabułą. Leciało sobie w tle, a ja nawet nie kojarzyłem pewnie nawet imion postaci spoza mostku. Jestem star trekowym ignorantem. Ale za to jestem fanem J.J. Abramsa i gdy dotarła do mnie informacja, że bierze się on za jedenasty film, wiedziałem że będzie na tyle fajnie, że trzeba to obejrzeć w kinie.

Bardzo się cieszę, że to prequel, że wszystko dopiero się zaczyna, że nie musiałem specjalnie czegokolwiek kojarzyć. A jeszcze bardziej cieszę się z powodu tego, że film wszystko zrestartował, wyzerował i że mi nie wrócą w przyszłości do tego. Dlatego też podobała mi się zajebiście scena z Corvettą z lat 60tych, którą Kirk zrzuca w przepaść. Scena w zasadzie nie mająca uzasadnienia w fabule, mogłoby się wydawać, że całkowicie niepotrzebna, a jednak tam jest. Wielu na niej psy wiesza, a jednak mnie się podoba. Mniej więcej to samo co młody Tyberiusz robi z tym klasycznym, kultowym samochodem, Abrams zrobił z klasycznym serialem (i całym uniwersum, które opierało się na nim) - zwyczajnie i dokumentnie skasował. Zaserwowana historia bardzo mi się podobała. Podróże w czasie to taki miecz obosieczny i czasami może równo położyć film, ale tym razem wyszli praktycznie obronną ręką. Jest niegłupio, zabawnie, ciekawie. Ostatnie o co można posądzić film to o przynudzanie czy monotonię. Ale niestety stężenie głupoty jest wysokie, a szczęśliwych zbiegów okoliczności cała masa. Po seansie, jak sobie to wszystko układałem, wyszło że Kurtzman i Orci za dużo postawili na przypadek, dlatego momentami scenariusz wydaje się naciągany. Także trzeba zawiesić niewiarę i oglądać bez kwestionowania tego co właśnie się zobaczyło. Wtedy można się bawić wyśmienicie.

Olbrzymi plusem tego filmu jest obsada. Aktorzy zagrali rewelacyjnie i podejrzewam, że w dużej mierze to oni przyczyniają się do tak pozytywnego odbioru wśród krytyki. Postaci są autentyczne, dialogi żywe i zabawne. Widać emocje, widać, że ci bohaterowie na siebie oddziałują, coś czują. Kochają się, nie trawią. Dlatego podwójnie boli fakt, że ciemna strona mocy w tym filmie jest tak słabiutko reprezentowana. Nero, Romulanie, ich motywacja i plan, na którego realizację potrzebowali 25 lat cierpienia byli po prostu słabi. Sprawdzają się na tyle, żeby wszystko ułożyło się w logiczną całość, ale na pewno nie są godni zapamiętania czy głębszej refleksji. Honor złych mógł uratować potwór z lodowej planety, na którą zrzucono Kirka. Niestety to jak się go pozbyto przyprawiło mnie o zgrzytanie zębów. Ale wróćmy do plusów. Kolejną rzeczą, za którą należą się twórcą brawa jest realizacja. "Star Trek" jest fantastyczny od strony wizualnej. Efekty specjalne są świetne, widoczki prze smaczne, a do tego kupa pierwszej klasy wybuchów. W końcu Enterprise wygląda jak statek, bo do tej pory wydawało mi się, że składał się jedynie z mostka, sali konferencyjnej, komory teleportacji i jednego korytarza.

Jeżeli ktoś lubi science fiction to niech się wybierze, bez względu czy lubi "Star Trek" czy też jest mu to wszystko całkowicie obojętne. To taki film, który warto obejrzeć w kinie. Ja bawiłem się zajebiście. I gra tam Karl Urban, i gra dobrze! Szok!

sobota, 16 maj 2009

World of Warcraft

Wrzucam jeden z tekstów, który zalegał niedokończony i kurzył się dobre kilka miechów, a powinien od razu być wrzucony i służyć ku przestrodze, bo jeszcze ktoś jakimś dziwnym trafem kupi, pożyczy i przeczyta.

"World of Warcraft Vol. 1" to jeden z największych komiksowych bubli jakie miałem okazję przeczytać ostatnimi czasy. Ten twardo okładkowy, 176 stronicowy album zawiera osiem pierwszych zeszytów (od numeru zerowego do siódmego) i jest jedną wielką stratą czasu. Serio.

Zacznę od scenariusza, bo jest cienki jak sik komara. Za adaptację wziął się Walter Simonson, wg opisu legenda w branży, ale to jedna z tych legend, o których nigdy nie słyszałem. Zaserwował on historię tak sztampową, że już chyba bardziej się nie da. Otóż mamy brzeg rzeki i faceta, który budzi się z amnezją i zaraz po stoczeniu pojedynku z krokodylem, zostaje niewolnikiem. Ma walczyć na arenie ramię w ramię z krwawą elficą i leśnym rogaczem. Elfy się nienawidzą i chlają między sobą, a on, przywódca, próbuje łagodzić napięcia i zrobić z nich dobrą drużynę. Oczywiście nikt na nich nie stawia, a oni wygrywają z największymi killerami areny, zdobywają sławę i jakby to nie było - udaje im się uciec. Człowiek okazuje się królem z innego kontynentu, którego ktoś postanawia wyeliminować z gry. Elfy mają problemy ze swoją przeszłością, która ich odnajduje i zmusza do konfrontacji. Ktoś kogoś kiedyś zdradził, kogoś trzeba przed kimś ratować, ale wcześniej należałoby jeszcze komuś innemu coś odebrać. Na dodatek trzeba być dość dobrze zorientowany w świecie gry, żeby nadążyć za tymi wszystkimi rasami, gatunkami, krainami, bo narracja kuleje i nie wprowadza nas zbyt dobrze ani w świat, ani w historię (a miejscami w ogóle tego nie robi).

Oglądając rysunki Ludo Lullabi po głowie chodziła mi myśl: "Biusty, dużo dużych biustów". Gdzie tylko się da, jakaś elfica, ogrzyca bądź inna istota płci żeńskiej się wypina lub napina (obojętne czy to przy kolacji, w walce czy w śnie). Kreska jest taka super nowoczesna, szczegółowa, postaci przepakowane do granic możliwości, kobitki super zgrabne i wszyscy noszą miecze, które powinny być cięższe niż kowadło na których zostały wykute. Lullabi rysuje naprawdę fajnie, dba o detale i stara się to wszystko utrzymać w stylistyce znanej z gier. Oczywiście kwestią indywidualną jest czy to się komuś podoba. Niestety, cała ta nowoczesność daje dupy, gdy mamy akcję - scenę walki czy pościgu, i nie da się zrozumieć co właściwie facet narysował. Bywało, że kilkakrotnie przyglądałem się jednemu kadrowi, odwracałem do góry nogami, cofałem się do poprzedniej strony, tylko po to żeby dojść do tego co się właściwie stało. Bardzo podobny problem miałem z "Army of Darkness: Ashes 2 Ashes", ale tutaj jest takich momentów niestety znacznie więcej. Na pewno dużym plusem "World of Warcraft Vol. 1" jest żywa kolorystyka. Dające po oczach, jaskrawe barwy idealnie pasują do klimatu fantasy.

Zastanawiam się, czy najbardziej popularna gra MMORPG nie ma czegoś ciekawszego do zaoferowania. Przecież komiks na licencji (obojętnie czy to filmu czy gry) wcale nie musi obrażać czytelnika. Konrad z Motywie Drogi pisał jakiś czas temu o fanowskich komiksach ze świata "WoW", ale nie dałem rady wciągnąć się w żaden. Zdecydowanie nie polecam.

niedziela, 10 maj 2009

Wolverine

W tygodniu wybrałem się do kina na "X-Men Geneza: Wolverine" i z przykrością muszę stwierdzić, że nie jest to specjalnie udany film (chociaż zły też nie jest). A szkoda, bo i postaci fajne, i możliwości duże, i aktorzy dobrzy. Niestety, scenariusz moim zdaniem kładzie całość i dość dobrze oddaje prawdę, że co za dużo to niezdrowo.

Zacznę od fabuły, która nie podobała mi się w ogóle. Czytałem "Weapon X" w podstawówce i o ile dobrze pamiętam ta historia była mroczna, brutalna i naprawdę mocna. Wolverine na pewno nie zgłosił się na ochotnika, był tam konkretnym killerem i kipiał furią. Sobie naiwny myślałem, że właśnie ta historia będzie kanwą całej historii, a tego nie ma! W filmie zaserwowali nam historię rosomakowej zemsty na bracie, który zamordował mu narzeczoną i po drodze jakieś pięć minut podśmiechujek z Weapon X. Autentycznie, ja to odebrałem jako żart. Na wszczepienia adamentium poświęcono całe pięć minut i wyglądało to licho. Chciałem obejrzeć origin Wolverina - aspołecznego, sarkastycznego gościa, który jest doskonałym zabójcą, świetnie zdaje sobie z tego sprawę i jest zadowolony z tego co robi. A tutaj wszystko to takie ugrzecznione. Logan nawet specjalnie nie szaleje, ma pazury, ale zamiast nimi kroić i siekać przeciwników, pewnie z racji ograniczeń wiekowych, woli używać ich do wywracania samochodów i otwierania drzwi. Zupełnie niepotrzebnie scenarzysta nawrzucał tylu mutantów. Zamiast kierować się zasadą jakościową, facet poszedł na ilość i tak oto mamy kilkuminutowe, bezsensowne występy, których spokojnie mogłoby nie być. Jest coś na co zwrócił mi uwagę Paweł z motywu drogi. Większość postaci jest przepakowana. Oprócz tego, że mają super cela to potrafią skakać na 4 metry i są superszybcy. Wielki niesmak pozostawia ta pokraka z numerem 11 i naprawdę idiotyczny końcowy pojedynek. To sterowane komputerem nie-wiadomo-co jest największym grzechem filmu. Pojawił się i ludzie na sali (głównie poniżej 20) zaczęli autentycznie chichotać. A poza tym jest mniejszych idiotyzmów - Stryker, który swojemu najlepszemu strzelcowi zapomniał dać jedyną skuteczną amunicję, biegający po ścianach Sabretooth i Gambit, przepakowani do granic możliwości Agent Zero i Deadpool (którzy spokojnie we dwójkę mogliby wybić armię całego afrykańskiego państaw, a nie tylko tych kilku ochroniarzy na których się natknęli), czy Logan szatkujący schody przeciwpożarowe, na które wbiega Gambit (to był chyba jakiś ukłon w stronę kreskówek z Tomem i Jerrym). Nie podobała mi się w dużej mierze muzyka. Harry Gregson-Williams to świetny kompozytor, ale tutaj to co zrobił mnie drażniło i w jakimś tam stopniu przeszkadzało mi w oglądaniu. Odnosiłem wrażenie, że muzyka jest toporna i niedopasowana.


Ale żeby być fair, film mimo tych wad oglądało mi się dobrze. To produkcja z bardzo wysokim faktorem rozrywkowym. Jest od groma widowiskowych akcji i sporo momentów, na których można się zaśmiać. Idąc do kina, również i tego oczekiwałem po tym filmie, więc trzeba być sprawiedliwym - "X-Men Geneza: Wolverine" w tym przypadku spełnił moje oczekiwania w 100%. Fajnie dobrano aktorów i taki Liev Schreiber z miejsca jak się pojawił zystkał sobie moją sympatię. Skubany przyćmił swoją łotrowską charyzmą Jackmana, który był jakiś wyjątkowo grzeczny. Fajne zdjęcia, kolorystyka, charakteryzacja - Blob po prostu rewela! Ukłonów w stronę fanów jest sporo, chociaż wyłapałem znacznie mniej niż np. w takim "X2", a tam one były naprawdę subtelne (migający w telewizorze Hank McCoy czy sygnet Hellfire Club). Całość jest lekką i przyjemną rozrywką, w której mimo wszystko czuć komiksowego, trykociarskiego ducha. Film Hooda to niestety przeciętniak. Niespecjalnie się wyróżnia wśród komiksowych adaptacji, a szkoda, bo Wolverine jest jedną z najciekawszych postaci w uniwersum Marvela i przydałoby mu się coś z prawdziwym wykopem.

I dostałem najgorsze alternatywne zakończenie jakie było możliwe. Miałem idącego drogą Strykera, którego zatrzymuje patrol wojskowy. No chyba, że coś było jeszcze później, ale już nie wysiedziałem. Wyszedłem.