wtorek, 15 grudnia 2009

W-WA - komiksowy reportaż ze stolicy

U mnie w domu jakoś nie kupuje się prasy codziennej i lokalnej. Raz na jakiś czas jest Wyborcza albo RzP, a od wielkiego dzwonu Moje Miasto albo któreś z wersji Życia Pabianic (wychodzą trzy). Gdy jakaś gazeta już jest, to zazwyczaj pierwsze co robię to szukam strony z komiksami, z dowcipnymi rysunkami albo chociaż z karykaturą lokalnego polityka. Zdarza się, że jak stoję po bułki to biorę do łapy MM i szukam rysunków Błażeja Kurowskiego. Taka moja prywatna głupotka. Pewnie wiele osób to robi. Polują na Garfilda albo pasek z Dilbertem. Warszawiacy mieli wyjątkowe szczęście, bo przez kilka lat mogli czytać krótkie reportaż, właśnie w komiksowej formie. Wiosną Kultura Gniewu mi umożliwiła zapoznanie się z nimi wydając je w formie albumu.

Pierwsze co się rzuca w oczy to bardzo nietypowy format tego wydania. Na "Komiks W-WA" składają się 123 pionowe paski (z prawie 150 opublikowanych), które przez cztery lata ukazywały się w Gazecie Stołecznej. Nie pocięto, nie poprzerabiano. Bardzo fajnie to wygląda i chociaż z deka nieporęczne, to jednak chwali się, że ten wielce oryginalny album wygląda tak jak wygląda. Za scenariusze odpowiadał Alex Kłoś i Tomek Kwaśniewski, a rysował Przemek Truściński. Olbrzymia większość to zapisy rozmów ze zwyczajnymi mieszkańcami Warszawy. Są policjanci, rowerzyści, ochroniarze, sklepikarze, radni, maturzystki, kierowcy wszelacy i nawet dżokej. Przypominało mi to momentami trochę przedstawienia zawodów z książeczek dla dzieci. "To pan policjant. Pan Policjant łapie przestępców i kieruje ruchem." Tyle że tutaj zamiast tego Pan Policjant je kebab albo opowiada jak to się dobrze mu się z kolegą chodzi w parze. Raz te rozmowy są zabawne, innym razem trochę mniej, ale raczej zawsze mają jakąś pointe. Czasami te komiksy nawiązują do ważniejszych wydarzeń (Pomarańczowa Rewolucja, protesty pielęgniarek, wybory do parlamentu), informują o jakiejś akcji, a czasami są to po prostu sielskie obrazki z plaży bądź parku. Mimo, iż pomysł niecodzienny, to gdyby nie niesamowita kreska Trusta, nie sięgnąłbym po to. Bo może to i fajny przykład reportażu, ale myślałem sobie: "Co mnie obchodzi pani Krysia z warzywniaka albo pan Sylwester, który łowi w Wiśle? Ja nawet Warszawy nie lubię!" Dopiero jak miałem komiks w łapie, jak zobaczyłem rysunki Truścińskiego, powiedziałem z zachwyte "Ło!", to nabrałem ochoty na tą pozycję. Kapitalne kadrowanie, świetna mimika twarzy bohaterów, tła, kolory, liternictwo - to wszystko wpływa na bardzo dobry odbiór "Komiksu W-WA". Miałem go w domu kilka miesięcy i czasami sięgałem tylko żeby przejrzeć, popatrzeć jak facet rysuje.

Mimo sceptycznego podejścia i oporów względem tej pozycji z lektury jestem bardzo zadowolony. Może trzy rozmowy/historie nie przypadły mi do gustu. Myślę, że to pozycja warta posiadania w domowej biblioteczce, szczególnie dla ludzi kochających naszą stolicę.

niedziela, 13 grudnia 2009

Wieści z blogosfery

Wszystkich, którzy czekają na jakiś tematyczny wpis muszę rozczarować. Dzisiaj trochę reklamowania i polecania. Obiecuję, że w grudniu pojawi się kilka postów (część z nich nawet jest na ukończeniu). Będzie o dobrych komiksach, komediowych anime, kiepskich horrorach i cholera wie o czym jeszcze. Do rzeczy.

  • Burial, człowiek odpowiedzialny za jedną z pierwszych stron o Stephenie Kingu (w swoim czasie była zresztą najlepsza), zapalony kolekcjoner, miłośnik filmów spod znaku horror i science fiction, seriali i książek, prywatnie cholernie sympatyczny i życzliwy kolega, perfekcjonista o gigantycznej wiedzy i na dodatek mój ziomek (jedno miasto, jedna podstawówka), założył wielotematycznego bloga, którego później podzielił na trzy: kolekcjonerskiego - Martwa Strefa, kulturalnego - Pulp Coolture i technicznego - redsocket (cóż za masakrycznie długie zdanie). Jeżeli ktoś jest ciekaw jak wygląda jedna z największych kolekcji (książki, filmy, komiksów, czasopisma, gadżety wszelakie) kingowych w Polsce, to musi koniecznie do niego zajrzeć. Opisuje też pierwsze wydania i rzeczy o których nieKingowcom się nie śniło. Poza tym, w przeciwieństwie do mnie, potrafi krótko i treściwie opisać film (to na tym drugim) i do tego wyjaśnić jak zrobić górne menu w bloggerze (na trzecim).
  • Mando, o którym pisałem w momencie, gdy założył bloga poświęconemu Star Wars, nie pozostał dłużny i również zaczął dzielić się swoją Kingową kolekcją. Jego zbiór również spokojnie można zaliczyć do największych w Polsce. Dla kogoś komu wystarczy jeden egzemplarz książki na półce albo przechadzka do biblioteki, to co tam zobaczy z pewnością wyda się niezrozumiałe. Dla mnie natomiast zagadką jest czemu wybrał taką banalną nazwę. Zdecydowanie bardziej pasowałoby coś w stylu: "Kingowiec - historia choroby" albo "Niekończąca się kolekcja".
  • Prawie dwa lata minęły od postu o blogujących Karpiach. O ile pisarze trzymają się dobrze, to "wolni blogerzy" się wykruszyli. Z trójki, o której pisałem aktywny został tylko Guru, który na swoim The Horror Hall of Fame regularnie znęca się nad filmami spod znaku grozy. Później dołączyła do nich redaktorka Carpe Noctem, przyszła anglistka i tłumaczka - Crusia i głupio byłoby mi przy tej okazji nie wspomnieć. Jeżeli lubicie książkowe horrory (ale nie tylko) to zajrzyjcie na jej Kawę i fantastykę.
  • Od jakiegoś czasu prowadzę trzeciego bloga (o tym zaraz) i poprzez komentarz pod jednym ze wpisów trafiłem na świetne i zabawne Fast Food Eaters. O czym można tam przeczytać? Praktycznie o wszystkich przejawach szybkiego jedzenia (czy jak kto woli śmieciożarcia). Jest o daniach gotowych, mrożonkach, zupkach instant, słodyczach, a i również o piwach. Idealne miejsce dla studentów i ludzi, którzy muszą sobie robić obiad, a niekoniecznie to potrafią, bądź mają na to czas.
  • Parę dni temu trafiłem na Komiksiki, więc linkuję. Odpowiada za nie kaerel (który jakiś czas temu pozbawił się swojego bloga) i rysovek. Takie centrum z adresami blogów i stron polskich komiksiarzy. Niby katalog linków, ale fajne.
  • No i na koniec o tym, o czym część nie wiedziała, część udawała, że nie wie, a ja od kilku miesięcy stukałem tam opisy piw, które wypiłem. Dlaczego założyłem bloga o piwie i jak do tego doszło można przeczytać na miejscu. Dlaczego Experiment Beer nazywa się tak a nie inaczej? No więc... nawet nie macie pojęcia ile piwnych domen już pozajmowali. Ciężko było znaleźć coś fajnego, a przy tym w moim stylu i najlepiej po angielsku. W pewnym momencie doszło do mnie, że fajnie gdyby był jakiś charakterystyczny skrót. EB kojarzy się z dość dobrze, a rozwinięcie jakoś samo mi się narzuciło. Link czai się pod obrazkiem na górze menu. Zachęcam do odwiedzania, czytania, ale przede wszystkim picia tego co polecam. Będzie mi miło.
No i flcl w końcu (!) dorobiło się listy linków, która będzie sukcesywnie uzupełniana.

czwartek, 10 grudnia 2009

Żółta jesień

Parę miesięcy temu, natrafiałem na różnych stronach na wywiad z Quentinem Tarantino, w którym, przy okazji promocji "Death Proof", opowiadał o 20 najlepszych filmach jakie powstały w ciągu ostatnich 17 lat (od 1992, czyli momentu kiedy nakręcił "Wściekłe psy"). To, że Quentin ma specyficzny gust można odczuć oglądając filmy które wyreżyserował, napisał, wystąpił i na które wyłożył pieniądze. Z tą dwudziestką nie jest inaczej. Przewija się parę naprawdę świetnych obrazów, które uwielbiam i do których wracałem kilkakrotnie. Kilku nie znałem, dodałem sobie do listy "do nadrobienia" i akurat tak się złożyło, że tej jesieni obejrzałem trzy: "Gra wstępna", "Zagadka zbrodni" i "Joint Security Area". I muszę się z Tarantino zgodzić, wszystkie są jak najbardziej godne polecenia.



Na pierwszy ogień poszła "Gra wstępna" Takashiego Miike. Na wstępie pochwalę osobę, która zafundowała nam tytuł. Ten polski jest świetny i co się chyba nigdy nie zdarza... jest lepszy od oryginalnego. Ale do rzeczy. Miike to prawdziwy tytan pracy. Facet się nie opieprza, kręci kilka filmów rocznie. Większość jest moim zdaniem średnia, ale w tej olbrzymiej filmografii znajdzie się kilka bardzo dobrych, albo nawet wybitnych, filmów. "Gra wstępna" łapie się właśnie do tej ostatniej grupy. Jest to historia Shigehariego Aoyamy - faceta, któremu umiera żona i po dekadzie samotnego wychowywania syna, postanawia zmienić stan cywilny. Z pomocą przychodzi przyjaciel - producent filmowy. Postanawiają zorganizować lewy casting i wśród kandydatek do filmu znaleźć najbardziej odpowiednią kobietę na wybrankę serca. Uwagę Aoyamy przykuwa urodziwa była baletnica Asami. Umawia się z nią, randkuje i w końcu zabiera na romantyczny weekend, podczas którego lądują w łóżku. W tym momencie kończy się sielanka. Asami znika, a zakochany Shigeharu rusza na poszukiwania. I trafia w sam środek koszmaru, który kończy się makabrycznie w jego salonie.

"Gra wstępna" to nie jest jeden z tych głupawych filmów, których Miike poczynił przez lata. Nie ma gangów, cyborgów yakuzy, szalonych mafiozów. To historia zwykłego, korpulentnego faceta, który szukał bliskości i ciepła. Film przeraża swoim realizmem, prawdopodobieństwem, że taka sytuacja, może przytrafić się każdemu. Tobie albo twojemu znajomemu, który szuka dziewczyn przez portal randkowy. Poraża mnie myśl, że nieśmiała i na pozór niewinna dziewczyna, którą oglądamy na przesłuchaniu, może być w rzeczywistości sadystyczną bestią, rozkoszującą się maltretowaniem innych i zadawaniu cierpienia. Jest coś, co nie pozwala nie odebrać "Gry wstępnej" na serio. Przemoc jest tam do bólu autentyczna, a aktorzy cholernie przekonywujący. Uczucia Aoyamy wydają się jak najbardziej szczere i niewinne, także podczas tego ostatniego, niezbyt miłego spotkania z Asami czułem olbrzymi żal i smutek. Miike zawarł sporo charakterystycznych dla siebie elementów. Oprócz makabrycznych i krwawych tortur, prowadzi poprzez sny swoją grę z widzem. "Faza w fazie", gdzie nie wiadomo co jest prawdą, a co wytworem majaczącego umysłu i nawet brutalnie prosta historia staje się nie do końca jasna. Oczywiście nie jest to film idealny. Ogląda się go dosyć ciężko, ze względu na ślimacze wręcz tempo. Historia toczy się powoli, niespiesznie. Reżyser pozwala nawet na to, żeby widz się momentami ponudził. Ale ostatecznie uderza z siłą huraganu i pozostawia z uczuciem zadowolenia i dziesiątkami kłębiących się w głowie myśli.

Drugim "żółtym" filmem, który łyknąłem z olbrzymią przyjemnością była koreańska "Zagadka zbrodni" Joon-ho Bonga (reżysera kapitalnego "The Host") - thriller kryminalny z grającym na nosie policji seryjnym mordercą. Przemysł filmowy Korei Południowej nie przestaje mnie zadziwiać. Z każdym kolejnym filmem dochodzi do mnie, że to właśnie tam powstają najciekawsze produkcje. Koniec lat 80tych, małym miasteczkiem wstrząsa fala morderstw o podłożu seksualnym. Miejscowa policja dostaje wsparcie w postaci młodego inspektora ze stolicy. Mimo ich usilnych starań, zatrzymywania kolejnych podejrzanych, przesłuchiwania co rusz to nowych świadków i wprowadzania nowych metod śledczych, morderstwa cały czas się powtarzają, a sprawca pozostaje nieuchwytny. Podwalinami dla fabuły ma być historia prawdziwego seryjnego mordercy - pierwszego, który sterroryzował Koreę Południową. Na tle tych wydarzeń Bong pokazuje jednak nie tylko policyjną robotę. W pewnym momencie na pierwszy plan wychodzi starcie starego z nowym. Dramat młodego, pełnego ideałów inspektora, skonfrontowanego z działającym od lat, chorym systemem małej komendy. Na porządku dziennym jest wymuszanie zeznań, bicie i tortury czy podkładanie dowodów. Nie liczą się ludzie, rzetelność, sprawiedliwość czy możliwe, przyszłe ofiar. Ważny jest wynik i zdjęcie w lokalnej gazecie. Maluje się smutny obraz głupoty i krótkowzroczności, który spokojnie można byłoby przełożyć na nasze polskie, peerelowskie realia.


Wydaje się, że gatunek całkowicie wyeksploatowany, wałkowany tysiąc razy w kinie i telewizji, a jednak film Bonga jest cholernie świeży, niesamowicie inteligentny i przede wszystkim niepodobny do niczego co dane mi było obejrzeć. Słuchając jak Tarantino mówi, że jest to najbardziej interesujący i złożony film na jego liście, nawet przez głowę mi nie przeszło, że będzie w tym tyle prawdy. Zostałem cholernie pozytywnie zaskoczony. "Zagadka zbrodni", oprócz historii którą napisało życie, ma diabelnie dobry scenariusz, masę napięcia, odrobinę humoru, akcję i świetne postaci. Burackiego detektywa fenomenalnie zagrał Kang-ho Song, jeden z moich ulubionych koreańskich aktorów. Partneruje, a może raczej stawia, mu się Sang-kyung Kim. Z przyjemnością oglądałem pojedynek tych dwóch charyzmatycznych, świetnie wykreowanych bohaterów. Niesamowicie wciągający, momentami w swoim oddziaływaniu dołujący kawał porządnego kina. Nieśmiało snuję sobie przypuszczenia, że sam mistrz thrillera - David Fincher, przygotowując się do "Zodiaca" mógł szukać inspiracji u Bonga. Jeden z najlepszych filmów jakie widziałem tego roku (jak nie w ciągu ostatnich... 17 lat).

Ostatnim, o którym napiszę kilka zdań, jest "Joint Security Area" - dramat polityczny, jednego z najbardziej znanych w tej chwili koreańskich reżyserów, Chan-wook Parka. Zaskoczył mnie mocno tym filmem i udowodnił, że jest twórcą wszechstronnym, czującym się dobrze w szalonej komedii, kinie ekstremalnym jak również w bardziej stonowanych i poważnych klimatach. W strefie zdemilitaryzowanej oddzielającej Koreę Północną od Południowej, zamordowano dwóch żołnierzy z północy. Groźba konfliktu staje się jak najbardziej realna i wszyscy mają wrażenie, że siedzą na beczce prochu. Przybywa niezależna śledcza, która ma rozwiązać sprawę, ale obie strony utrudniają poznanie prawdy. Pani major Jean stopniowo odkrywa kolejne części układanki, porównuje zeznania, obala teorie i demaskuje kłamstwa. Obraz całości jaki się przed nią rysuje jest jednak dość nieoczekiwany - otóż żołnierze, którzy brali udział w incydencie, mimo wpojonej do siebie nienawiści byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni. Więc co się stało feralnej nocy?

Na ostateczne rozwiązanie zagadki trzeba poczekać do końca filmu, ale dość łatwo je przewidzieć, bo tak naprawdę to nie jest to w tym wszystkim najważniejsze. Początkowo byłem trochę rozdrażniony słabym tempem akcji i średnią intrygą. Gdy już całkowicie wsiąkłem w klimat, z irytacją oglądałem finałową strzelaninę i czekałem na chociaż jedną, wspominkową scenę z nocnych spotkań. Park nakręcił film o poczuciu winy i przyjaźni, która teoretycznie, nie mogła mieć miejsca, bo zabrania jej nie tylko regulamin wojskowy, ale również wpajany od dzieciństwa światopogląd. A jednak. Po obu stronach granicy żyje ten sam naród i okazuje się, że tych żołnierzy niewiele różni. Czują się w swoim towarzystwie nawet lepiej niż ze swoimi rodakami. Nie jest oczywiście cukierkowo. Bohaterom towarzyszy niepewność, napięcie i czujność. Wydaje mi się, że z perspektywy Europejczyka i tak nie jestem w w stanie w pełni wszystkiego zrozumieć. Mimo to, czerpałem z seansu dużo przyjemności, większość zachowań była dla mnie czytelna, no i sporo się o Korei dowiedziałem. Jeżeli kogoś zainteresował "Phenian" Guy'a Delisle'a, bądź wojenne "Braterstwo broni" to myślę, że "Joint Security Area" zaspokoi głód wiedzy.

Polecam wszystkie trzy. Chociaż gatunkowo bardzo się różnią mają sporo wspólnego: są porządnie zrealizowanymi, dobrze zagranymi, inteligentnymi produkcjami. Z listy Tarantino zostało mi sześć filmów i byłoby super, gdyby chociaż w połowie dorównywały "Grze wstępnej", "Zagadce zbrodni" i "Joint Security Area" poziomem.

czwartek, 26 listopada 2009

Uniwersalny zregenerowany

W 1992 roku wszedł do kin "Uniwersalny żołnierz" Rolanda Emmericha - jeden z niewielu filmów o zombie, gdzie żywe trupy wyglądają bardziej na żywe niż na trupy, a do tego jeszcze gadają, biegają i ogólnie są sprawniejsi niż byli przed śmiercią. Przez wiele lat był to jeden z moich ulubionych filmów, a katowaniu go na VHSie nie było końca. Wiem, że nie jest to żadne "wielkie kino". Ot, dobrze zrealizowana kopana sensacja z Jean-Claude Van Dammem i Dolphem Lundgrenem. Trochę strzelania, trochę ścigania, trochę humoru i oczywista oczywistość: pośladki Van Damma - ten gościu latał z gołym tyłkiem chyba w każdym swoim filmie z lat 80tych i 90tych.


Naprodukowali kilka sequelów "Uniwersalnego żołnierza". Najpierw dwa bardzo szajsowate z Burtem Reynoldsem i całkowicie nową obsadą, a później jeszcze jeden w którym powrócił Van Damme. Nawet nazywał się "Uniwersalny żołnierz: Powrót". Pamiętam, że było to jedno z pierwszych DVD, które można było wypożyczyć w osiedlowej wypożyczalni, ale w momencie kiedy drobiliśmy się odtwarzacza to filmu już tam nie było. Obejrzałem go kilka lat temu, na TVNie i ciężko mi go nazwać dobrym. I pewnie przeszedłbym obok trailera najnowszego filmu o wskrzeszonych żołnierzach, gdyby nie fakt, że powraca oryginalna obsada! W "Universal Soldier: Regeneration" będzie grał Lundgren, będzie grał Van Damme, a na trzeciego, strzelającego muszkietera doczepiono im fightera Andreja "Pitbulla" Arlovskiego. Zabrakło Ally Walker, ale pewnie nie udało się jej jakoś sensownie wcisnąć w fabułę. Chociaż, prawdę powiedziawszy, obawiam się, że nie uda im się sensownie wytłumaczyć powrotu Andrew Scotta. Facet został zmielony na farmie Deveraux, a w trailerze biega dość żwawo. Nieważne. Nie spodziewam się niczego wielkiego, ale z drugiej strony... nie mogę się doczekać! Holy shit! Taki powrót jak najbardziej mi odpowiada. Dolph i JCVD znowu razem! Film miał już swoją premierę na tegorocznym Fantastic Fest i spotkał się głównie z pozytywnym odbiorem. Film leci prosto na DVD z premierą na początku lutego przyszłego roku. A jak to będzie wyglądało, możecie się przekonać z poniższego trailera.


wtorek, 24 listopada 2009

Baśnie marsz!

Wspominałem przy okazji wpisu o trzecim tomie "Baśni" Willinghama, że prawdziwie wyborna uczta czeka na czytelnika dopiero przy lekturze następnej części. O ile trzy pierwsze albumy można było spokojnie nazwać niespiesznym i przydługim wstępem (co zresztą również zauważył Paweł na Motywie Drogi) to "Baśnie. Marsz drewnianych żołnierzyków" jest pozycją, w której akcja rusza z kopyta, wprowadza historię na nowe tory i w pełni wykorzystuje potencjał jaki drzemie w pomyśle.

"Baśnie. Marsz drewnianych żołnierzyków" to grubaśny album, którego każda strona jest warta tych okładkowych 60 złotych. Na pierwszy ogień dostajemy rysowany przez Craiga Russella "Ostatni Bastion" - opowieść Niebieskiego Chłopca o ostatnich dniach desperackiej obrony przejścia (z krainy Baśniowców do świata Docześniaków) oraz o jego miłości do Czerwonego Kapturka. Utrzymany jest w konwencji bardziej klasycznego fantasy, z całą tą charakterystyczną otoczką: wielkim zamkiem, rycerzami, orkami, trollami i wielką bitwą. Kawał dobrej historii, i to od strony fabularnej, jak i od strony wizualnej. Russell na tych prawie 50 stronach serwuje szczegółowe, klimatyczne rysunki, które idealnie pasują do średniowiecznej stylistyki. Poza tym jest w tym komiksie coś nieuchwytnego, co powoduje, że po skończeniu go, człowiekowi naprawdę jest przykro. Czy to ukłucie smutku, gdyż oglądamy upadek świata marzeń, czy może spowodował to rychły koniec romansu, czy też ostatnie strony z popijawy i toast jaki wygłasza Niebieski. Nie wiem. W każdym razie, "Ostatni Bastion" to świetny wstęp do świetnego albumu i chociaż ciężko nazwać go przystawką, to jednak daniem głównym jest "Marsz drewnianych żołnierzyków".

Zaczyna się tym, że kampanię wyborczą Księcia Uroczego, polegającą głównie na rozdawaniu stanowisk i dawaniu obietnic, przerywa niecodzienne wydarzenie. W świecie rzeczywistym zjawia się Czerwony Kapturek, której podobno udało się uciec z niewoli Adwersarza. Z tym, że jej relacja nie do końca trzyma się kupy i powoli wychodzi na jaw, że dziewczyna nie jest do końca tym za kogo się podaje. W tym samym czasie pojawiają się w Nowym Jorku tytułowe drewniane żołnierzyki. Rozbrajają, dozbrajają się i planują zniszczyć Baśniogród. W końcu dochodzi do ataku na Woodland. Bitwa jest bardziej zaciekła i spektakularna niż ta, którą mieliśmy okazję oglądać, kilkadziesiąt stron wcześniej, w pierwszej historii. Olbrzymie zastępy, wydawałoby się nieśmiertelnych kukieł, przetrzebiają szeregi Baśniowców. Giną kolejne postaci, podejmowane są coraz to bardziej rozpaczliwe próby obrony, ale sytuację ratuje dopiero, bad guy numer jeden, ulubieniec wszystkich - Wilk. I chociaż rezultat wydawał się od początku dobrze znany, to późniejsze reperkusje tego wydarzenia, jak i liczba ofiar po stronie dobrych mnie dość mocno zaskoczyły. Za oprawę graficzną odpowiadał Mark Buckingham. Jak zawsze odwalił kawał dobrej roboty i jak można się domyśleć, najjaśniejszym momentem w komiksie jest właśnie ta niesamowita walka. Dał poszaleć wyobraźni i łapie, dzięki czemu jesteśmy świadkami prawdziwie epickiego wydarzenia. Udało mu się oddać rysunkami chaos i brutalność bitwy, a przy tym widać tą fantastyczność "Baśni". Oprawa jest pierwsza klasa. Nacieszyć oko mogłem praktycznie każdym kadrem (i oczywiście okładkami Jamesa Jeana).

Trochę się bałem tego tomu. Miałem wrażenie, że Willingham chociaż nie ucieka od konfliktów, to boi się większych konfrontacji. Zrobił tak w tomie drugim, gdzie wybuch stodoły zakończył wojnę domową. Tutaj jedzie po bandzie. Zrzuca na Woodland kataklizm i bez problemu pozbywa się kilku drugoplanowych postaci. "Marsz drewnianych żołnierzyków" jak dla mnie zamyka w pewien etap w tej serii. Jeżeli kiedykolwiek dojdzie do tej zapowiadanej serialowej ekranizacji, to myślę, że byłby to idealny moment na koniec pierwszego sezonu. Zmienia się trochę układ sił w Baśniogrodzie, sugerują nam delikatnie kim może być Adwersarz (piszę to dlatego, że się przypadkiem tego dowiedziałem) i przede wszystkim otwierają się pewne drzwi, które do tej pory były zamknięte. W końcu Baśniowcy nie są pozostawieni sami sobie i swoim intrygom (wcześniej ze sceny zszedł Sinobrody i Złotowłosa), ale pojawia się przeciwnik, który do tej pory był tylko mglistym wspomnieniem. To naprawdę obszerna historia, oryginalnie ukazała się w 8 zeszytach. Dodajemy do tego "Ostatni Bastion" i dostajemy 240 stron wyśmienitego komiksu. Warto było przebrnąć przez słabszy początek, by później przeczytać ten album. "Baśnie" rozwinęły skrzydła i pokazały się z naprawdę świetnej strony.

piątek, 20 listopada 2009

Skoro jesteśmy przy balonach...

O francuskim "Czerwonym baloniku" dowiedziałem się kilka dni temu od Kamili, kiedy podesłała mi link, sugerując, że latający dom Pixara, mógł mieć inspirację w finale tej opowieści. Jest to krótki metraż z 1956 roku wyreżyserowany przez Alberta Lamorisse. Utrzymana w fantastycznej konwencji historia chłopca, który pewnego dnia, w drodze do szkoły znajduje czerwony, żyjący własnym życiem balonik. Od tej chwili chłopiec i balon wydają się nierozłączni, co wzbudza wesołość i zazdrość najmłodszych, ale również złość i frustrację u dorosłych. Opowieść, niby zabawną, z kilkoma naprawdę komicznymi sytuacjami, to jednak ostatecznie odebrałem ją jako dość smutną. Idealnie obrazuje ukrytą w ludziach głupią, bezmyślną zawiść i wynikającą z tej zazdrości chęć odebrania czy zniszczenia. "Czerwony balonik", mimo iż praktycznie pozbawiony dialogów, otrzymał Oscara w kategorii oryginalny scenariusz, co wydaje mi się, że jest precedensem (nie przypominam sobie drugiej krótkometrażówki nagrodzonej poza swoją kategorią). Został również nagrodzony Złotą Palmą (za najlepszy film krótkometrażowy) i specjalną nagrodą BAFTA.

Obraz kręcono w okolicach paryskiej dzielnicy Belleville. I jest to prawdopodobnie jeden z niewielu filmów gdzie możemy podziwiać oryginalną zabudowę tego miejsca. 95% tego co możemy zobaczyć już nie ma, zostało zburzone dekadę później. Jeżeli ktoś ma ochotę wybrać się w krótką podróż po paryskich uliczkach to koniecznie powinien obejrzeć ten film. Moim zdaniem warto, nawet jeżeli nie przepada się za "starym kinem".


czwartek, 19 listopada 2009

Odlotowo. Balonowo!

Mimo, iż w grudniu zeszłego roku, zarzekałem się, że będę częstym gościem na seansach 3D, z wybraniem się na kolejny w tej technologii czekałem 11 miesięcy. Jakoś się do tej pory nie złożyło, chociaż kino kusiło. A to morderstwa w Walentynki, a to ekranizacja książki Neila Gaimana, a to oszukiwanie przeznaczenia po raz czwarty. I nic mnie jakoś ostatecznie nie przyciągnęło. Dopiero najnowsza produkcja Pixar Animation Studios była czymś co miałem szczerą ochotę obejrzeć w podwójnych okularach. No i niestety. O ile na "Piorunie" zachwyciłem się 3D o tyle teraz mój entuzjazm wyraźnie osłabł. Co nie znaczy, że animacja była zła.


Bo "Odlot" jest świetny. Już swoim poprzednim filmem Pixar pokazał, że nie boi się zrobić czegoś bardziej dojrzałego, że chce sprzedawać widzowi trochę inne historię niż te do których przyzwyczaiły nas tabuny futrzaków. Także i tym razem również wychodzi przed szereg. Bohaterem uczynił starca. Nie podskakującego, dziarskiego faceta z brodą jakim był Merlin w "Mieczu w kamieniu", ale upartego, zgorzkniałego dziadka, który musi podpierać się laską i jest głuchy jak pień bez aparatu w uchu. Wydawać by się mogło, że strzelili sobie tym samym w kolano i nawet spece od marketingu z Disney'a kręcili nosami i wróżyli porażkę. A jednak się udało! Ludzie poszli do kina i oszałamiająca ilość się w filmie zakochała. Co mnie urzekło to pierwsze 20 minut. To jedna z najlepiej opowiedzianych historii miłości jakie udało się pokazać w filmie animowanym. Wzruszająca i zadziwiająco normalna. Bez heroicznych wyczynów i burzliwych dziejów. Prawdziwa, ciepła i w pewien sposób kojąca. "Odlot" to jeden z tych filmów, na premierę którego mocno czekałem. Czytałem recenzje, słuchałem podcastu i wiedziałem co mnie czeka. Byłem przygotowany na chwytające za serce sceny, ale gdzieś w głębi siebie, sądziłem że ludzie trochę przesadzają, że na pewno nie będę płakać na początku filmu. Czasy "Króla Lwa" bezpowrotnie minęły, ale i tak, w scenie gdzie Carl zostaje sam, nie udało mi się opanować wzruszenia. Dobrze, że Kamila miała naszykowaną paczkę chusteczek.


Dalej film robi się już zdecydowanie bardziej zabawny i mimo, że utrzymany jest w lżejszym klimacie, to chwilami dalej jest strasznie nostalgiczny. Jak raczej nie płaczę na filmach, to tutaj broda zatrzęsła mi się jeszcze ze dwa razy. Ale wróćmy do humoru. Pojawia się gruby, gadatliwy harcerz Russell, źródło kilka naprawdę śmiesznych gagów, a później dołącza do niego ptaszysko Stefan i gadający pies As. Zwierzęta były niewyczerpanym źródłem mojego rechotu. Stefan rozśmiesza przede wszystkim swoją ptasią... mimiką. Czasami wystarczył u niego jeden ruch głowy, mrugnięcie okiem czy podniesienie nogi, by wywołać u mnie atak śmiechu. As natomiast rozkłada na łopatki swoim psim, szczerym, prostolinijnym myśleniem. Pixarowi udało się coś podobnego z mewami w "Gdzie jest Nemo?", tyle że As i tak bije je wszystkie na głowę, a do tego ma jeszcze ze sobą całą zgraję innych, gadatliwych czworonogów. Sporą zasługę ma w tym bardzo dobry poziom dubbingu. Cezary Pazura jako gadający pies jest bezbłędny i chyba tą kreację stawiam na równi z jego Sidem Leniwcem. Kacper Cybiński podkładający głos pod Russella również wypadł świetnie i aż miło, że w końcu Polacy poszli po rozum do głowy i dzieciom przestały użyczać głosu kobiety.

Animacja była świetna, chociaż nie był to już taki zachwyt jak w przypadku "WALL.E-ego" czy "Ratatuj". Postaci, jak postaci. Nie jestem wielkim miłośnikiem pixarowskich modeli. Zdecydowanie lepiej wychodzą im zwierzęta, potwory, zabawki i roboty. Ale przymknijmy na to oko. Świetnie prezentowała się dżungla, dom podczepiony do tysięcy baloników wyglądał bajecznie, ale przez okulary nie mogłem się cieszyć intensywnymi kolorami, którymi tak bardzo kusił trailer. Wszystko było przygaszone. Na dodatek przy scenach akcji miałem wrażenie, że obraz się rozmywa. "Odlot" był praktycznie pozbawiony efektów 3D. Była głębia, fajnie, że widoczki nią olśniewały, ale nie stwierdziłem chyba ani jednego, takiego robionego typowo pod 3D zabiegu. Nic nie leciało, ani nie wybiegało z ekranu, nie było wybuchu od którego trzeba było się uchylić. Sama zapowiedź "Opowieści wigilijnej" była bogatsza pod tym względem od produkcji Pixara, chociaż tak ciemna, że momentami gówno było widać. Po wyjściu z kina, trochę żałowaliśmy, że nie poszliśmy na zwykły, klasyczny seans.

"Odlot" jest jak dla mnie wielce udanym filmem. Z sali wychodziłem z uśmiechem od ucha do ucha. Był zabawny, ciepły, grający na uczuciach i o dziwo pełen akcji. Naprawdę nic nie zapowiadało, że będzie to kino przygodowe, a takie właśnie jest. Może nie Indiana Jones, ale sporo tam pościgów, latania, skradania się i nawet jest walka na miecze. Zaskakujące biorąc pod uwagę to, jak się film zaczyna i fakt, że bohaterami są Azjata z dużą nadwagą i staruszek, który do tej ledwo chodzi.


Przed właściwym filmem oczywiście Pixar wrzuca krótkometrażówkę. Czasami się zdarza, że są one śmieszniejsze niż to na co się tak naprawdę przyszło. Na szczęście tym razem była to tylko wisienka na przepysznym torcie! "Partly Cloudy" - short o chmurze, która robi dzieci i wiernym bocianie, który te dzieci dostarcza przyszłym rodzicom, nie zawodzi. Jest świetnie od strony wizualnej, a co najważniejsze, można pokładać się ze śmiechu. Niby banalny pomysł, ale podano to w sposób bezbłędny. Strasznie pocieszne to. Jak ktoś nie widział, to można pewnie znaleźć na YouTubie. Po prostu miodzio!