poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #5

... chociaż tak naprawdę tydzień piąty zaginął.

Na razie mało polecanek. Utknąłem między darciem gęby i wycinaniem bandyckich hord w "Skyrimie", a rozczłonkowywaniem zastępów zombie w zbugowanym "Dead Island". Bawię się tak dobrze, że cała reszta rzeczy, które pochłaniałem była, z nielicznymi wyjątkami, do bani i nawet nie szukałem specjalnie odtrutki, ale kilka fajnych rzeczy się trafiło. 

Film    "Horror Express" z 1972 roku. Straszna ramotka, ale wyjątkowo zabawna i przyjemna na ten specyficzny dla staroci sposób. Niewiele brakuje żeby waliła stęchlizną i grzybem, ale właśnie to "niewiele" odgradza ten film od ton crapu, które powstawało w tamtym okresie i przy którym wytrzymuje się tylko dzięki fanatycznemu oddaniu. Występują same tuzy: Peter Cushing, Christopher Lee i Telly Savalas - ten ostatni w roli lubiącego wypić Kozaka. Fabuła to kosmos. Dosłownie. W pędzącym przez Syberię pociągu ożywa zamrożony człowiek pierwotny, który gotuje pasażerom mózgi swoim świecącym czerwoną żarówką okiem. Okazuje się, że jest... no tego nie zdradzę, ale dzięki temu potrafi posiąść ich wspomnienia i wiedzę. Oprócz niego jest jeszcze grupka Anglików, którzy sobie "sirują" i piją herbatę, a przy okazji przewożą różne dziwne rzeczy, jest też szpieg, które te rzeczy chce ukraść, a także mnich-brat Rasputina, który z gorliwego chrześcijanina zostaje wyznawcą bestii. W końcu są też zombie i wielkie bum na koniec. Oldie but goldie!

Film     "Noc komety" z 1984 roku. Połączenie filmu sci-fi i horroru w konwencji post-apo, a poza tym czysty amerykański camp. Lata 80te wylewają się z każdej klatki. Oglądamy je we fryzurach, ciuchach, słyszymy w dialogach, onelinerach,  kiepściutki scenariusz to kwintesencja tamtych lat - ma to swój niepowtarzalny urok. Główne bohaterki, dwie nastolatki zaraz po zagładzie jedyne o czym myślą to o podrywaniu facetów i zakupach. Na dodatek potrafią pociągnąć serię z uzi, a kiedy trzeba mogą konkretnie komuś przypierdzielić. "Noc komety" w ogólnym rozrachunku trochę śmierdzi, ale jest tam jedna scena grozy, która obejrzana za szczyla śni mi się do tej pory - chodzi konkretnie o spotkanie Sam z policjantami. Dla fanów niedorobioncyh zombiaków i Catherine Mary Stewart (która w tym filmie jest świetna) pozycja obowiązkowa. Mnie się film podobał, ale ja zwyczajnie lubię dobre złe filmy.

Teledysk    Dye "Fantasy" reż. Jérémie Périn. Nie mam pojęcia co to za zespół, ale wypadała to Kamila. Już spory kawał czasu temu, ale sobie o tym przypomniałem i odświeżyłem. Miód na oczy wszystkich miłośników horrorów i pokręconych klimatów. Muzyka też całkiem niezła, chociaż to co mnie całkowicie przyciąga to animacja.


sobota, 28 kwietnia 2012

Zanim pójdziesz do kina na Avangersów z polskim dubbingiem...

... obejrzyj:



Silver Surfer przybył na Ziemię już 1994 roku. Z tej krótkometrażówki wychodzi, że zmienił figurkę T-800 w srebrnego Oscara tylko po to by później, wraz z jego małym właścicielem, mógł ją wchłonąć Galactus. Nie wiem co to jest. Czy traktować to jako ewentualną zapowiedź filmu z którego Marvel zrezygnował, reklamę nadchodzącego serialu animowanego czy może to po prostu miał być słaby krótki metraż? Nie przyłożyłem się specjalnie do researchu, aż tak bardzo mi nie zależało. Jak widać same efekty nie były jakoś porażające złe - problemem jest lichutka historia. Rozdźwięk między obecnymi produkcjami z tego uniwersum, a tym co robili 15 lat temu jest jednak olbrzymi, nie? Dobrze, że takie rzeczy popadają w zapomnienie. 

wtorek, 17 kwietnia 2012

Pamiątka po Kraju Rad

"Biała gorączka" Jacek Hugo-Bader

Dawno nie miałem tak przerażającej lektury. Przerażającej dlatego, że wierzę w jej prawdziwość. Rosja opisana przez Hugo-Badera to "potwór zębaty, gotowy gryźć gdy tylko zechce", a jej mieszkańcy jawią mi się jak skazańcy siedzący w celach na jakiejś ostatniej mili. Rzeczywistość bohaterów tych reportaży to jakiś koszmar, w którym nie wyobrażam sobie funkcjonować. Skorumpowany, zdemoralizowany, rozpity, rozłażący się w szwach. Niczego tam nie ma poza wszechogarniającą pustką, zimnem i wódką. I nie są to reportaże jakiegoś rusofoba, który tocz pianę z ust z nienawiści do wszystkiego co rosyjskie. Ale jasne strony, piękno tego olbrzymiego kraju, bogactwo kultur, które próbuje Bader przemycać w swoich tekstach niestety przysłania bandytyzm, głupota i degrengolada jaka zagnieździła się wśród tego narodu. Odebrałem te reportaże strasznie emocjonalnie, po niektórych byłem chory, nie mogłem przestać o nich myśleć - olbrzymia rekomendacja ode mnie. Czytajcie, świetna książka.


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #4

Książka    "Na południe od granicy, na zachód od słońca" autorstwa Haruki Murakamiego. Jak zwykle lektura powieści Murakamiego dostarczyła mi sporo emocji, i chociaż w tym przypadku są to emocje raczej mi obce, to i tak ta powieść sprzedała mi konkretnego gonga. bohaterem jest facet pod 40stkę, który oprócz streszczania nam swojego życia, opowiada o tym jak zaangażował się w platoniczny romans, który o mały włos nie zniszczył go psychicznie. Zdrada to strasznie wyeksploatowany temat, ciężko tutaj chyba napisać coś nowego, ale Murakami podołał. Dokonał analizy umysłu faceta-egoisty, którego tak naprawdę nie można nazwać draniem i którego też nie potrafiłem znielubić. Oczywiście mamy tutaj też element, który umieszcza powieść gdzieś poza romansami, chociaż to uczucia są głównym tematem powieści. Autor stawia też pytanie czy aby na pewno to wszystko się bohaterowi nie uroiło. Czy nie spotkała go kara za grzechy młodości? Za takie zagwozdki cenię Harukiego. Zawsze potrafi zabić mi ćwieka. Myślę, że warto poświęć kilka wiosennych wieczorów na książkę, która przypomina co jest w życiu i miłości ważne. 

Gra   "Dead Island" od polskiego Techlandu. Jak nie polecić czegoś tak wybornego? Gry w której zabija się zombie to mokry sen wielbiciel podgatunku horroru jakim jest zombie flick. A "Dead Island" to chyba najlepszy sen jaki taki geek może wyśnić. Brutalna, że aż czasami naprawdę zastanawiam się nad sobą i nad ty co w tym wirtualnie wykreowanym świecie robię - bo uciąłem obie ręce grubasowi, a teraz kopniakami wrzuciłem go do basenu i go tam topię. Niepozbawiona czarnego humoru i zabawnych postaci, bo chyba ciężko byłoby przełknąć tą ultrabrutalność. Świetnym systemem sterowania bronią i klasyczną historią. Jedyne co trochę kuleje to bugi w coopie i nie do końca sprawny system rozwoju postaci. Ale mimo wszystko jest miodzio. Zabawa na wyspie śmierci to czysty fun.



Miesiąc z PS3

Mija miesiąc od kiedy bawię się na swojej PS3 i myślę sobie, że warto skrobnąć, ku pamięci, kilka przemyśleń na ten temat. Bo konsola to naprawdę fajna rzecz, a ja prawie o tym zapomniałem.

Może zacznę od tego, że wypadłem z grania na dobre jakieś 5 lat temu. Przyczyny były różne, ale chyba najważniejszą był fakt, że blaszak nie nadążał - pecety niestety w astronomicznym tempie się starzeją, a przynajmniej wtedy starzały. Byłem zawsze raczej typowym graczem-pcetowcem: fpsy, rpgi i strategie, i nie myślałem te parę lat temu o konsolce w ogóle. Niestety kupiłem niezłej klasy sprzęt, by po 2 latach nie móc odpalić na nim żadnej, nowości. I to mnie trochę rozczarowało, rozsierdziło... na te kilka lat sobie darowałem wyścig zbrojeń, nie zainwestowałem w sprzęt ani złotówki. I chociaż gdzieś tam po drodze były plany, by kupić Xboxa, to się nie złamałem. Odpalałem z rzadka starocie, które przechodziłem już dziesiątki razy albo coś co mnie w połowie poprzedniej dekady ominęło. Emulowałem i odświeżyłem sobie tym samym część biblioteki z PSXa. Ale grałem naprawdę mało. Zdarzały się nawet półroczne okresy, gdy nie odpaliłem nawet Bejeweled. Głód emocji związanych z graniem cały czas istniał, siedział głęboko ukryty i zdawałem sobie z niego sprawę dopiero kiedy wracałem podchmielony od kumpla, gdzie katowaliśmy przez kilka godzin nowy Mortal Kombat albo dzień po imprezie z kinektem kiedy piwkiem leczyłem zakwasy.

Najpierw, jakoś zaraz po wylądowaniu w gipsie, swoja sonkę pożyczył mi Rychu. Mocno wsiąkłem w kilka tytułów i jakoś niespodziewanie nadarzyła się okazja. Stałem się posiadaczem PS3 i myślę sobie, że chociaż jesteśmy w połowie cyklu życiowego konsoli tej generacji, to i tak był to świetny zakup. 

Olbrzymi plus za XMB - ten interfejs nie dosyć, że ładny to jest, przynajmniej dla mnie, strasznie intuicyjny i wygodny. Wszystko jasne i przejrzyste, sporo opcji, których jeszcze cały czas odkrywam i sprawdzam. PSStore to naprawdę świetne miejsce. Ceny czasem są dziwnie wysokie, szczególnie w przypadku dużych gier, gdzie bywają wyższe niż za wersje pudełkową - to może bardzo zniechęcić. Jednak jest sporo gier mocno przecenionych i widziałem kilka kapitalnych tytułów w cenie poniżej 20 zł. Dycha za takie kultowe (dla mnie) Front Mission 3, przy którym spędzi się spokojnie ponad 50 godzin (przy jednej rozgrywce, a przecież są dwa scenariusze!) to straszenie atrakcyjna cena. Jest to niewątpliwe bardzo wygodny sposób zakupów, chociaż mój bank robi kwasy i muszę bawić się niestety w prepaidy.

Mieszane uczucia mam względem pada. Wydaje mi się odrobinę za mały, a przecież nie mam wielkich dłoni. Kręcąc lewą gałką zdarza zahaczyć mi się kciukiem o kierunki, denerwują mnie tylne spusty, z których wiecznie spada mi palec. Ale uwielbiam SIXAXIS - uważam że to genialny wynalazek. Wielką zaletą jest, że nie muszę wymieniać w nim baterii tylko podłączyć pod usb żeby się podładował - to mega wygoda! Wiem, że każda liszka swój ogonek chwali, ale prawda jest taka, że ostatecznie wyżej oceniam pad od Xboxa - za lepszą ergonomię. 

Natomiast jeżeli chodzi o gry i ekskluzywy to nie potrafię stwierdzić, która konsola jest lepsza. Nie grałem znowu w jakąś wielką ilość tytułów, chociaż koledzy mnie porządnie zaopatrzyli. Przebiegłem okiem po listach tytułów i brakuje mi chyba tylko serii Left4Dead, aczkolwiek liczę, że po sukcesie "Portal 2" ewentualna trójeczka pojawi się na sonkę.

Podoba mi się idea trofeów. Wydłuża to nie tylko żywotność gier, ale też zmusza trochę gracza do wysiłku. Takie ogólne spostrzeżenie, bawiąc się przez ostatnie kilka tygodni to, widać że gry są obecnie bardzo łatwe. Na średnim stopniu trudności przechodzi się gry bez specjalnego wysiłku. I nie mówię tutaj nawet o elementach zręcznościowych, które upraszczane są do maksimum i nie trzeba nawet specjalnie celować przed skokiem, a też o zagadkach logicznych, przy których kiedyś trzeba było się solidnie napocić i porządnie kojarzyć, a teraz dostaje się co i ruszy "hinty", aby przypadkiem nie spędzić na niej dłużej niż trzy minuty. Wchodzą w grę te trofea i pojawia się przed graczem jakieś wyzwanie. To czy chce skończyć fabułę i odłożyć tytuł, czy wrócić tam jeszcze raz i się trochę pomęczyć zależy od niego. I tym samym mamy różne drogi życia dla jednej gry.

DLC, jak wypadałem z tematu to czegoś takiego jeszcze nie było. Ciężko trochę się pogodzić z tym, że za część wyciętej fabuły z "Deus Ex: Human Revolution" będę musiał zabulić dodatkowo kilkadziesiąt złotych, szczególnie, że jakaś, dość ważny fragment historii mi umyka i chcę ją poznać. Z drugiej strony dodatkowe postaci, mapy czy kampania, która dzieje się gdzieś tam obok gry (jak w przypadku "Dead Island") są jakby idealne pod DLC - wydaje mi się że to całkiem fair wobec gracza. 

Na razie tyle moich przemyśleń, spóźnionych względem tematu o jakieś 5 lat. Nie mam czasu, też pisać co tam skończyłem, bo wiecie... robię quest dla gildii złodziei w "Skyrimie", a tych jest pierdyliard.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #3

Nawet nie wiem kiedy ten tydzień zleciał, a to za sprawą "Skyrim", w którym utonąłem. Tym samym, mimo L4, świąt i siedzenia w domu, moce przerobowe były wyjątkowo małe. 

Film     A raczej filmy, bo polecam dzisiaj dwie części "Crows ZeroTakashiego Miike. Najlepiej jedna po drugiej. Samo nazwisko reżysera mówi dużo i wystarczy wielu osobom, aby rzucić się na tytuł lub z miejsca go odrzucić. Miike to bardzo specyficzny reżyser, doskonale operujący kiczem, nie bojący się trudnych i dziwnych tematów i przede wszystkim mające swoje własne autorskie podejście do wszystkiego. Lubi rzeczy zagmatwać, lubi wrzucić w jakąś prostą rzecz wepchnąć tyle metafizyki, że człowiek po trzecim seansie ostatecznie daje za wygraną, poddaje się stwierdzając, że nie rozumie. Lubi brutalność. Z "Crows Zero" jest troszeczkę inaczej. To prequel do bardzo popularnego shonena (mangi dla chłopców) "Crows" i chyba trochę konwencja przycięła mu skrzydła. Ten tytuł jednak sam w sobie jest bardzo mocno przerysowany i przesiąknięty specyficznym humorem, więc nie jest źle. 


To historia pewnego rocznika męskiego liceum Suzuran, szkoły dla wyrzutków - wron - i wydawać by się mogło, że to jest to jedna wielka banda chuliganów i oprychów. I wiecie co,tak chyba rzeczywiście jest.Warto jednak zaznaczyć, że to naprawdę sympatyczne i zabawne łotry. Największym osiągnięciem w Suzuranie i marzeniem każdego, kto chce się liczyć, jest podbicie (przez pobicie) całej szkoły i podporządkowanie sobie wszystkich band oraz klas. Najbliżej tego jest trzecioklasista Serizawa, ale szyki psuje mu Genji - nowo przybyły chłopak, syn lokalnego yakuzy. Genji podbiciem szkoły, chce udowodnić ojcu, że jest w stanie przejąć po nim schedę. Tak zaczyna się wielka rywalizacja i niekończące pranie po mordach. Kolejne fortele by osłabić przeciwnika kończy wielka ustawka, która może i wyłania zwycięzce, ale walka trwa dalej. 

W "Crows Zero II" na arenę wchodzi druga szkoła - Hosen. To jeszcze gorsze liceum, a zgoleni na pałę uczniowie tworzą jednolity front nienawiści. Genji przypadkowo zrywa zawieszenie broni i teraz Kruki po kolei są eliminowani. Musi ocalić honor i pozycję, ale ludzie nie za bardzo palą się do walki, szczególnie że podczas ostatniej wojny ktoś zginął. Wszystko oczywiście kończy wielka bitwa - inaczej być nie mogło, taka konwencja. 


Obie części "Crows Zero" można spokojnie określić mordobiciami, ale nie tylko o wesołe napieprzanie tutaj chodzi. Najważniejszym elementem w filmie jest przyjaźń, to ile te chłopaki robią dla siebie. Oczywiście honor i szacunek również. Mimo że bohaterowie rozwiązują wszystkie konflikty pięściami to wyraźnie zaznaczono, że przemoc nigdy nie jest rozwiązaniem. Że nieważne jakim twardzielem jesteś, zawsze znajdzie się ktoś na kim polegniesz. Nie będzie spoilerem jak napiszę, że Genjiemu ostatecznie nie udaje się podbić szkoły. Suzuran tak działa.


Historię kontynuuje manga Hiroshiego Takahashiego, która trzeba pamiętać, że była pierwsza. Bohaterami są pierwszoroczniaki z filmu, którzy gdzieś tam się przewijają w tle, ale nie są aktywni w konflikcie Genji-Serizawa. Przeczytałem na razie kilka tomów "Crows" i chociaż fajne, to raczej mi na razie starczy. Jest jeszcze "Worst", który też dzieje się w Sazuranie, ale już kilka lat po Krukach. Każdy z tytułów pokazuje nowe pokolenie. Dobrze widać jak przez lata ten mangaka rozwinął warsztat. Miike zekranizuje teraz jego inną gangsterska mangę - "QP". Już nie mogę się doczekać!

Strasznie długaśny mi ten wpis wyszedł, ale jeszcze kilka słów na koniec. "Crows Zero" ma niesamowicie fajny klimat. Miike wyrysował obraz niegrzecznych japońskich chłopców, którzy stoją pomiędzy yakuzą, a gangami motocyklowymi. I chociaż wydaje się to przejaskrawione, to jednak czuć, że jest w tym jakaś cząstka prawdy. Wystarczy pogrzebać trochę w necie by zobaczyć, że Kruki i ich kultura yankee to nie są rzeczy do końca wyssane z palca. Naprawdę bardzo fajne, raczej męskie i trochę inne kino. 

W przyszłym tygodniu mam nadzieję, że polecę trochę więcej i różnorodniej. Albo może i nie. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Na nadchodzący tydzień polecam... #2

Gra    "Trine" od fińskiego Frozenbyte. Jak dla mnie to duchowy spadkobierca kultowego "The Lost Vikings", w które zagrywałem się w podstawówce. Więc coś w tym jest. Może nie nowatorska, ale nadal  oryginalna, prawie trzyletnia platformówka, z bardzo dobrze zachowaną proporcją między miażdżeniem przeciwnika, a główkowaniem i kombinowaniem. Mamy tradycyjną trójkę bohaterów, z którą spotkać się można w co drugiej fantasy: rycerza, maga i złodziejkę. Każde z nich ma unikalne zdolności, a tytułowy Trine - pradawny artefakt, połączył ich dusze tak, że tylko jednym z nich możemy w danej chwili kierować. Od nas zależy jak przejdziemy etap, z czyich umiejętności będziemy korzystać. Mag, który potrafi tworzyć skrzynie i kładki oraz przesuwać obiekty jest tutaj moim faworytem, ale elementy zręcznościowe najlepiej przechodziło mi się złodziejką. Piękna oprawa audiowizualna i olbrzymia grywalność. Bardzo duży nacisk na szczegóły. Niby "mała" gierka, ale można zatonąć na długie godziny. Do wielokrotnego przechodzenia. 


Muzyka   Soundtrack do gry "Deus Ex: Human Revolution" skomponowany przez Michaela McCanna. O rany!, ale cudo! Może to po części spowodowane jest tym, że zauroczyła mnie gra, a świat w niej pokazany jest tak obłędnie miodny, ale zakochałem się w tej ścieżce. Od pierwszych sekund mnie porwała i coś czuję, że na długo zagości w moim odtwarzaczu. Trochę monotematyczny jestem, bo to znowu soundtrack ilustrujący science-fiction, ale co zrobić? "Deus Ex: Human Revolution" to przede wszystkim elektronika. McCann wzbogacił ją elementami symfonicznymi i chórami, także dostajemy coś mrocznego, ale nie przygnębiającego. Ta płyta jest naprawdę energetyczna, zresztą w grze niektóre kawałki przyspieszają tętno. Przebija się też trochę orient, bo część gry dzieje się przecież w Chinach. Bardzo fajna mieszanka, słuchajcie w ciemno!



Film    "The Seaside Motel". Portale internetowe klasyfikują tą ekranizację mangi jako komedię romantyczną, ale film Kentarô Moriya'y dzieli od tego gatunku strasznie dużo. Jest to dramat, który trochę zbacza w stronę czarnej komedii... coś w stylu "Czwartku" albo "11:14". Mamy tytułowy motel, który tak naprawdę leży w samym środku lasu i gór - jedyne morze można tam zobaczyć na obrazkach (coś jakby z Murakamiego) i kilkanaście osób, których losy się przeplatają. Jest uciekający hazardzista i jego uwielbiająca koty, wiecznie zadającą pytania dziewczyna, dwójka gangsterów i specjalista od tortur, prostytutka i komiwojażer, małżeństwo, któremu za bardzo nie idzie w łóżku i które aż się pali do zdrady. Cała plejada nieudaczników, którzy za bardzo nie wiedzą co ze sobą począć. Szukają miłości, szczęścia, drogi życia? "The Seaside Motel" to momentami zabawny, czasami trochę gorzki, niegłupi film. Nie jest to ten rodzaj rozrywki, przy którym można boki zrywać, ale ja się klika razy szczerze zaśmiałem. Lekko pokręcona stylistyka, fajny montaż i zdjęcia oraz umiejętne eksploatowanie klisz dodają mu uroku. Przyjemny seans. Szczerze polecam.