środa, 4 marca 2009

Zombie Halloween

"Halloween" Roba Zombiego Guru umieścił na trzynastym miejscu swojej listy najgorszych remake'ów. Bardzo chciałem przyklasnąć mu w opinii. Jako olbrzymi fan carpenterowskiego pierwowzoru niechętnie podszedłem do tej przeróbki. Ominąłem premierę kinową, ominąłem seans na jednym ze zjazdów Klubu Miłośników Grozy. W końcu jednak zmusiłem się, przysiadłem, obejrzałem... i gdybym powiedział, że mi się nie podobało to bym skłamał.


Chyba na początku należałoby poświęcić trochę miejsca oryginałowi. Z resztą nie wyobrażam sobie pisać o remake'u w oderwaniu pod wersji z '78. Uwielbiam pierwsze "Halloween". Atmosfera, którą udało się Carpenterowi uzyskać jest niepowtarzalna. To jeden z tych filmów, gdzie napięcie podczas pierwszego seansu mnie wręcz elektryzowało (a przy każdym następnym było jedynie niewiele słabsze). Surowy, klimatyczny, z bardzo mocno oddziałującą muzyką - uwielbiam myśleć, że nie zestarzał się w ogóle w przeciągu tych 30 lat. Jednak... Nie zestarzał się dla mnie, dla rzeszy fanów, ale dla przeciętnego kinomana wydaje się cholernie nieatrakcyjny. Taka ramota nad którą ludzie pławią się w zachwytach. Mało dynamiczny, mało efektowny, mało krwawy i jak na dzisiejsze standardy niekoniecznie straszny, czasem raczej śmieszny. Trzeba pamiętać, że miał to być niskobudżetowy horrorek kręcony na zamówienie. Miał powstać slasher o mordowaniu opiekunek, a że projekt trafił w łapy Johna.... Facetowi się po prostu chciało i wyszło małe arcydzieło, chociaż w czasie gdy powstawał nikt nie czuł, że zrobią coś dobrego. Ten film to chyba marzenie każdego filmowca - zrobić przy śmiesznych środkach dzieło kultowe (tak zazwyczaj właśnie jest wśród ludzi bawiącym się w tym gatunku). "Halloween" odniosło niebotyczny sukces biorąc pod uwagę kwoty jakimi musieli posługiwać się twórcy. Pieniędzy przeznaczonych na rekwizyty było tak mało, że starczyło zaledwie na dwie maski - klauna i... Williama Shatnera. Chyba właśnie twarz kapitana Kirka stała się w dużej mierze przyczyną sukcesu tej serii.

Carpenter założył maskę człowiekowi, o którym tak naprawdę nic nie wiemy. Chłopaczek ze zwykłej rodziny, który w jakimś amoku zamordował siostrę i jej chłopaka. Brak motywów, później brak uczuć i odruchów ludzkich. Po latach uciekł ze szpitala psychiatrycznego i morduje ludzi. W czasach, gdy każdej z części "Piły" Jigsaw po pięć razy tłumaczy swoje motywy, takie coś już by nie przeszło. Szczególnie, gdy chce się odbudować i kontynuować markę. Antagonista musi mieć powód, musi mieć przeszłość - samo zło, sam Boogieman nie wystarczy. Znaleziono, więc reżysera, który potrafi zaserwować taką ilość patogenu, że świętego zmieni w krwi żądną bestię. Zombie lubuje się w pokazywaniu psychopatów, okrucieństwa i wszelkiego rodzaju makabry. Zafundował małemu Myersowi spaprane dzieciństwo, niezbyt przyjazną szkołę, dom z agresywnym ojczymem i matką striptizerką, no i oczywiście dającą o sobie znać chorobę psychiczną.

Tym co w głównej mierze odróżnia nową wersję "Halloween" od starej jest fakt, że film jest nie o Laurie Strode, ale właśnie o Michaelu Myersie. Pierwsza godzina skupia się na próbie pokazania otoczenia i okoliczności w jakich narodził się potwór. Jest rodzinny dom i szpital psychiatryczny. Później towarzyszymy Michaelowi podczas ucieczki i pościgu za swoją siostrą. To morderca gra pierwsze skrzypce, to na nim skupia się akcja, widzimy każdą z eksterminacji tych, którzy weszli mu w drogę. Co ciekawe, po obejrzeniu doszedłem do wniosku, że Zombie rzeczywiście, chciał pokazać coś zgoła innego niż Carpenter. Nie tylko pogoń mordercy za siostrą, ale również motyw tą pogonią kierujący. Michael chce uchronić swoją siostrę przed brudem i plugastwem świata. Pozbywa się wszystkich, którzy w jego rozumieniu mogliby mieć na nią zły wpływ. Gdy dochodzi do niego, że nie różni się ona od tych "innych", próbuje ją zabić.

Zombie nakręcił film zdecydowanie bardziej brutalny i krwawy. Myers korzysta ze swojej siły i gabarytów. W pierwowzorze rozbijał sklejkowe drzwi do szafy, czasem wybił szybę. Tutaj, w finale, praktycznie rozrywa ściany i sufit w swoim starym domu. Jest jak rozwścieczone zwierze, którego nic nie jest w stanie zatrzymać. Nie ucieka, nie unika konfrontacji. Znak czasu widać również w sposobie z jakim traktuje swoje ofiary. Michael w wersji Zombiego to bezduszny, sadystyczny skurwiel, który lubuje się w katowaniu ludzi. Niestety widać reżyser tak dobrze bawił się podsyłając kolejne ofiary Myersowi, iż nie zauważył, że zaczyna to nudzić. W pewnym momencie, gdzieś między brutalnymi morderstwami, ucieka napięcie. Zamiast siedzieć jak na szpilkach zacząłem patrzeć na zegarek. Co najgorsze dzieje się to również w finale, który powinien właśnie najbardziej rozemocjonować widza. Czas trwania i te momenty przestoju to chyba jedyne poważne zarzuty. Technicznie jest bardzo dobrze. Muzyka fajnie dobrana i o dziwo aktorzy również. McDowell okazał się dobrym Dr Loomisem. Mimo początkowego krzyku rozpaczy przekonałem się do niego w zasadzie od pierwszej sceny. Nie okazał się śmieszny (czego głównie się obawiałem), a jego głos i maniera mówienia wynagradzają te steki bzdur, który sprzedaje każdej napotkanej osobie. Nowa Laurie wypadała bardzo przekonująco. Brawa należą się również dzieciakowi, który grał młodego Michaela. Ciężko mi stwierdzić jaka zasługa w tym jego warsztatu, ale od samego patrzenia na niego robiło mi się nieprzyjemnie.

"Halloween" z 2007 roku jest w moim odczuciu mocny i bezkompromisowy. Powierzenie tego projektu osobie, której wizja świata jest taka jak u Zombiego, było trafnym pomysłem. Nie dostaliśmy bezmyślnej przeróbki dla dzieciaków czy kalki z oryginału. Atmosferą film odchodzi mocno od oryginału. Postanowiono bardziej zszokować, niż przestraszyć widza. Atakuje się go tutaj niepokojącymi obrazami niż pozwala wczuć w klimat. Ale powiedzmy sobie szczerze, w dzisiejszy czasach mogło być zdecydowanie gorzej. Widać, że Rob rozumie kino na swój sposób i jest to coś czego obecnie horror potrzebuje. Co do zestawienia Guru. Szkoda, że ten przyzwoicie wykonany film, z pomysłem na opowiedzenie znanej już historii w inny sposób znalazł się w pobliżu tak kiepskich przeróbek jak "Puls" czy "Psychol". Ja jestem zadowolony i czekam na "H2".

poniedziałek, 2 marca 2009

Nudnawe opowieści na dobranoc

Trailer "Opowieści na dobranoc", najnowszego filmu z Adamem Sandlerem, miałem przyjemność obejrzeć w grudniu, przed seansem "Pioruna". Zapowiadało się fajnie. Niczym nie ograniczona dziecięca wyobraźnia połączona z humorem jaki prezentuje Sandler, mogła zrobić z filmu coś naprawdę dobrego i zabawnego. Coś co będzie się podobało dzieciom i dorosłym, którzy zabiorą się z nimi (i mnie, i Kamili, którzy poszli na ten film bez dorosłycha, ale również bez dzeci) - jak z animacjami Dreamworks albo Pixara. Nie spodziewałem się jakiejś ultra śmiesznej komedii, jedynie lekkiego kina, czegoś może podobnego na przykład do "Jumanji". Było bardzo średnio. Po pierwsze wyobraźnia dzieciaków w tym filmie mocno kulała. Po drugie ludzi, którzy dubbingują filmy aktorskie powinni za karę do końca życia zmuszać do oglądania owoców swoich pomysłów i pracy.


Główny bohater, Skeeter Bronson (którego gra Sandler) jest złotą rączką w hotelu, który wiele lat wcześniej został przejętym od jego ojca. Luzak rzucający czerstwe żarty i podkochujący się w córce swojego szefa. Przy tym ma dobre serce i widać, że się chłopak stara. Pewnego dnia siostra prosi go o przysługę. Ma się przez tydzień zaopiekować jej dziećmi. Zgadza się i nawet mu ta opieka nieźle idzie (pociechy przeżyły do samego końca). Kładzie dzieciaki spać i opowiada na dobranoc kiepską bajkę. Jak się później dowiaduje, to co jego siostrzeńcy dopowiedzieli w bajce, dzieje się w rzeczywistości następnego dnia (jak powiedziały, że będzie padał deszcz gum balonowych to Skeetera taki deszcz złapał). Bohater widzi w tym szanse zmiany swojego życia i każdego wieczora próbuje pokierować opowieścią tak, żeby dzięki temu zyskać dla siebie jak najwięcej. Pomysł super, masa możliwości i wszystko zmarnowane.

Pierwszy, spory problem "Opowieści na dobranoc" jest tym co początkowo myślałem, że będzie atutem. Te bajki Skeetera, mimo iż dzieją się w różnych epokach (starożytny Rzym, Dziki Zachód, średniowiecze) są zwyczajnie nudne, niespecjalnie śmieszne i w dużej mierze wszystkie są do siebie podobne. Opierają się na schemacie: Skeeter - wielki bohater walczy z Kendallem (który jest kierownikiem hotelu), zdobywa sławę, uznanie i piękną kobietę. Z każdą kolejną opowieścią na dobranoc pojawiało się u mnie spore rozczarowanie. Fajny pomysł na zrobienie czegoś naprawdę szalonego został totalnie spaprany. Jest do bólu przyziemnie. Mogły być salwy śmiechu, a bardzo często nie było nawet lekkiego uśmiechu pod nosem. Nie znam się na obecnych trendach w kinie dla najmłodszych, ale w epoce Harrego Pottera było tutaj zdecydowanie za mało magii.

Przez cały film miałem uczucie, że poza koncepcją spełniających się opowieści, twórcy nie bardzo wiedzieli co mają w tym filmie zrobić i jak to wszystko poprowadzić. Było wprowadzenie, był happy end, był morał i czarny charakter dostał bęcki, miłość rozkwitła, a i Sandler zatriumfował po obowiązkowym wyścigu. Jednak brakowało płynności i polotu w prowadzeniu fabuły. Część gagów, jak na przykład rzucanie frytkami, była wpleciona całkowicie bez sensu (tak jakby scenarzysta pomyślał sobie, w komediach rzucają się jedzeniem i to jest śmieszne, więc tutaj będzie rzucanie frytkami), a część była tak długa i nieśmieszna (jak ten występ z napuchniętym językiem), że wywoływała uczucie zażenowania. Chyba zdawali sobie sprawę, że dowcip kuleje i starali się "uśmiesznić" ten film na wszystkie możliwe sposoby. Dzięki temu dostajemy takie kuriozum jak świnkę morską ze spojrzeniem niedorozwiniętego Troskliwego Misia. Ale muszę być fair. Było kilka dobrych momentów. Rozśmieszył gdzieś tam dobrze przemycony troll, seksistowski dowcip, nawiązanie postacią Violet (córki hotelowego magnata) do osoby Paris Hilton. Jednak niewiele tego.

Jeszcze tylko krótki akapit narzekania na polski dubbing. O ile wychodzą nam filmy animowane, o tyle filmy aktorskie są dla mnie całkowicie niezjadliwe. Mam wrażenie, że w dużej mierze ten niski faktor "śmieszności" "Opowieści..." spowodowany był właśnie wyrzuceniem oryginalnej ścieżki dialogowej. Sandler gadający głosem Adamczyka to autentyczna żenada. Nie wiem skąd wzięło się przekonanie, że ktoś chce go słuchać. Russell Brand został pozbawiony swojego fantastycznego akcentu i żadna scena z tym, skądinąd dowcipnym gościem, nie była zabawna (podejrzewam, że przyczynili się również do tego tłumacze).

"Opowieści na dobranoc" są zjadliwe, ale mocno rozczarowujące. Aktorzy, którzy normalnie raczej się nie uświadczy w filmach dla dzieci, są dla mnie największym plusem filmu. Radzą sobie nawet nieźle i po prostu fajnie było ich zobaczyć. Da się wysiedzieć te sto minut, ale można sobie puścić taką "Niekończącą się opowieść" albo "Jumanji" i bawić się zdecydowanie lepiej.