czwartek, 17 lipca 2008

Doomsday

Jestem człowiekiem, który lubi musi od czasu do czasu obejrzeć kino tzn. niższych lotów. Szczególnie coś z mojego ulubionego gatunku, czyli horroru albo coś z mojego ulubionego przedziału czasowego – lat 80-tych, kiedy powstała masa kultowych dla mnie filmów. Jakiś czas temu w kinach gościł "Doomsday", z recenzji wynikało, że to taki porządny ukłon w stronę splatterów. Takie skrzyżowanie "28 dni później" i "Mad Maxa", więc gdy nadarzyła się okazja obejrzałem. Liczyłem na post-apokaliptyczną campową ucztę, ale się przeliczyłem.

Mamy lata trzydzieste dwudziestego pierwszego wieku. Anglię atakuje śmiertelny wirus, na którego nie ma lekarstwa. Dwadzieścia pięć lat wcześniej, Reaper, bo tak go nazywano, zaatakował Szkocję, w wyniku czego ta, została odgrodzona murem, a jej mieszkańcy skazani na wymarcie. Rząd pilnie potrzebuje szczepionki, a że w Glasgow nadal ktoś żyje, co od trzech lat potwierdzają zdjęcia satelitarne, wysyłają za mur oddział żołnierzy dowodzony przez panią Major – główną bohaterkę. Jak można się domyśleć wszystko się pierdzieli, dwa opancerzone transportery szlag trafia, a niedobitki z oddziału muszą wiać gdzie pieprz rośnie. Koncepcja znana z dziesiątek filmów i sądzę, że przynajmniej połowa jest lepsza od "Doomsday".

Dostajemy kiepskie, schematyczne do bólu postaci. Główną rolę obsadzili ładną dziewczyną, która gra jedną miną jak Nicholas Cage. Różnica taka, że Cage gra miną wiecznie zdziwionego baseta, a Rhona Mitra wygląda jakby jej ktoś przez cały film kocie gówno pod nos podstawiał. Brak gry aktorskiej można byłoby przełknąć gdyby chociaż biegała roznegliżowana, ale niestety. Ani kawałka pośladka czy piersi z jej strony się nie uświadczy (a postać, która trochę biustu pokazuje pani major szybko zabija). Cała reszta oddziału z którym wyruszyła do Szkocji jest w zasadzie niepotrzebna. Zawodowcy z super sprzętem, a dają się podejść jak małe dzieci uzbrojonym w siekiery dzikusom, którzy ukryli się w pomieszczeniach wcześniej sprawdzonych. Równie dobrze mogliby być zagrani przez jednego aktora i nie wyszłoby to gorzej, bo nawet nie można było się im przyjrzeć. Albo w ogóle po co tracić czas na przedstawianie załogi, skoro ona zginie w czasie krótszym niż zapamiętanie ich imion? Wystarczyłaby sama Major. Dobra. Prawda jest taka, że ich obecność usprawiedliwiona jest tym, że od czasu do czasu coś powiedzą, bo Major to typ milczka, z której ust nie padają nawet zabójcze hasła w stylu Arnolda. Zamiast charyzmatycznych postaci, które wzbudziłyby sympatię widza i pociągnęłyby film, twórcy wrzucili sporą ilość fabularnych bubli i wytartych schematów. Szybę w opancerzonym wozie rozbija się dwom ciosami toporka (tak wiem, to nie była szyba pancerna, tylko dlaczego nie była?). Mamy wątek złej władzy, która knuje przeciwko obywatelom i nic z tego nic nie wynika. Snują swoje plany i mimo iż zostali nagrani, i taśma idzie nawet w odpowiednie ręce to ten wątek nie wzbogaca filmu w żaden sposób. Ani nie jest ciekawiej, ani nie wpływa to znacząco na losy bohaterów. Zapchaj dziura, której celem jest pokazanie że dzicy szkoccy kanibale nie są wcale tacy najgorsi. Jest urocza wyprawa ciuchcią na prowincję, gdzie jak się okazuje, bohaterowie trafiają wprost do średniowiecza z rycerzami w pełnych zbrojach i krwawymi igrzyskami na dziedzińcu. Dowiadują się tam czegoś co widz wie od początku. Bo przecież skoro w Szkocji ktoś przeżył to pewnie dlatego, że był odporny, bo niby kto i jak miał opracować lekarstwo, skoro przekazy radiowe jasno wskazywały, że w laboratorium niedługo upadnie. Ale dla mniej pojętnego odbiorcy jest Malcolm McDowell ze swoim psychotycznym głosem. W trzy minutowym występie tłumaczy, że lekarstwa nie ma i że pomysł wyprowadzki do zamku był jego. Daje się odczuć, że ten diabelnie sprytny przywódca przed wybuchem epidemii należał do bractwa rycerskiego. Jedynym jasnym punktem jest pościg, który następuje po ucieczce do podziemnego schronu, w którym znajdują się telefony komórkowe i super szybki samochód. Pościg jest dynamiczny, efektowny i w przeciwieństwie do reszty filmu dobrze się go ogląda.


Do tej jedynej zalety można dodać kilka minut z Lee-Anne Liebenberg, szczyptę humoru (który przez cały film się w małych ilościach gdzieś przewija), sporą ilość splatter i gore (które są na wysokim poziomie) oraz obecność całkiem przyjemnego patentu ze sztucznym okiem (które jest tak jakby trochę wymuszonym plusem z mojej strony). Niestety, jeżeli przymknie się oko na idiotyzmy scenariusza, to Doomsday irytuje swoim wykonaniem i marnym aktorstwem. Film jest zwyczajnie słaby i tylko niewiele różni się poziomem od filmów Uwe Bolla, a trzeba zaznaczyć, że jest znacznie mniej od nich zabawny. Nastawiałem się na film akcji, przy którym trzeba będzie lekko zmrużyć oko, ale w tym wypadku najlepiej będzie je w ogóle zamknąć. Wątpię, żebym się, w tej całej mojej miłości do campu, nie poznał na filmie. To po prostu kiepska wysoko budżetowa produkcja, zły film, który miał być dobry ale mu nie wyszło. Nawet nie jest niesmaczny. Mam wrażenie, że Neil Marshall, który nakręcił sympatyczne "Dog Soldiers" i fantastycznie straszne "Zejście" (oryg. "The Descent" - widać, że facet lubi tytuły na 'D', bo jego następny film nazywa się "Drive"), napisał scenariusz do "Doomsday" jako piętnastolatek, a teraz mając dostęp do środków zrealizował swoje szczenięce marzenie. Niepotrzebnie. Jeżeli szukacie filmu z 'doom' w tytule, to "Doom", który też opowiada o oddzile żołnierzy, jest znacznie lepszy.


Jeżeli kogoś ciągnie do podobnych klimatów, a podobał mu się końcowy wyścig to sądzę, że nadchodzący "Death Race" będzie filmem wartym obejrzenia.

7 komentarzy:

  1. Jak chcesz obejrzeć wdzięki Rhony Mitry to sobie CZŁOWIEKA WIDMO zapuść. Kto to widział, żeby poważna pani major biegała z gołymi cyckami ;P Zgadzam się w sumie z twoimi zarzutami. Reżyser kompletnie nie miał pomysłu na ten film i zwyczajnie zmieszał co się dało (28 DNI PÓŻNIEJ, RESIDENT EVIL, UCIECZKĘ Z NOWEGO JORKU itd.). Wyszło co wyszło ale zastawia mnie po kiego oni tam jeszcze wciskali ten średniowieczny zamek i rycerzy (żenada). Nie wiem tylko z której strony DOOM jest lepszy? DOOMSDAY przynajmniej tylko momentami jest nudny a tam przez cały seans ziewałem jak szalony. Na dodatek 'dobre chromosomy' to jeden z największych idiotyzmów jakie widziało współczesne kino.
    PS. Ty się tak na ten DEATH RACE tak nie napalaj. Pamiętaj kto go reżyseruje ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. wg mnie DOOM był nakręcony z polotem. DOOMSDAY nie. grzęźliśmy coraz bardziej w tą historię, w te debilizmy i "kiepskość". przypadku filmu Bartkowiaka było to takie ślizganie się po głupotkach. poza tym wydaje mi się, że DOOM był w dużo większej mierze udanym ukłonem w stronę filmów klasy B (co widać po sekwencji "z oczu") niż DOOMSDAY.

    a P. Anderson to przecież spoko reżyser :D zrobił przecież AVP i RE. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakkolwiek, ja bym raczej powiedział że to było ślizganie się po ciężkich głupotach. W sumie wiele jestem w stanie wybaczyć tego typu filmom ale nigdy nudy a DOOM dla mnie ciągnął się niemiłosiernie. A sekwencja pierwszoosobowa była tam tylko po to, żeby zamknąć gęby fanom gry ;P

    No Anderson jest mniej (AVP) lub bardziej spoko (RE) ale jakie jego filmy są każdy wie a ten trailer z DEATH RACE nie podobał mi się wcale.

    OdpowiedzUsuń
  4. nie rozumiem zawodu. spodziewałeś się filmu niewysokich lotów, więc czego zabrakło? bo przecież brak logiki czy sensu wobec takiego dzieła to nie zarzut. Głupie? taaa. kwintesencją tego filmu jest scena z króliczkiem. Uchachałem się, i do końca jest w tym tonie. Taki papierek lakmusowy chyba. Jest gore, jest cudzysłów i mrugnięcie okiem, w pip nawiązań, a wszystko to podane w tempie które nie dało mi czasu na dywagacje typu 'ej, tak się nie da'. więc gdzie problem? a Mitra wystarczy że wygląda, nawet jak cycem nie błyska. Ja tam chcę sequela.

    OdpowiedzUsuń
  5. brakło mi finezji. ten film jest siermiężny. ciężko mi się go oglądało. nie wiem Gozno czy oglądasz film Bolla, pewnie tak. zauważ że tam poziom idiotyzmu i kaszany jest tak wysoki że po prostu zabawny (przynajmniej dla mnie). w przypadku DOOMSDAY jest za niski żeby się szczerzyć i za wysoki aby uważać go za coś, nawet częściowo, strawnego.

    ciężko mi to w ogóle opisać. nie podobał mi się po prostu. jakkolwiek bym na niego nie patrzył i w jaki sposób nie oceniał. seans całkowicie nieudany był.

    OdpowiedzUsuń
  6. będę bronił DDaya do krwi ostatniej. Głupie to owszem, na poziomie filmów Bolla - nie przeczę, ale z pełną świadomością głupoty i więcej się dzieje. Bolla oglądałem House of the Dead i się ubawiłem dziko (acz tylko na momentach), a takie Alone in the Dark to już była nuda a nie zabawa. tak że dla mnie DDay to hołd dla kina klasy B i C, dużo krwi i autodystans, do mnie ta recepta trafia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ba. powiem wręcz że się dużo lepiej niż na Deathproof wybawiłem. duuuużo. acz Planet Terror (robionego w sumie na podobnej zasadzie, ale z większym wdziękiem) na pewno nie przebija.

    OdpowiedzUsuń